Lipiec z Lucky Lukiem – Krótka notka o mojej tęsknocie za prostotą

Uwaga! Tekst zawiera spoilery to The Man Who Shot Lucky Luke.

W trakcie pracy nad tegorocznym Lipcem z Lucky Lukiem naszła mnie pewna refleksja, a mianowicie – że nasz samotny kowboj jest dość prostym bohaterem. A przynajmniej nie jest skomplikowany w taki sposób, jak postrzegamy skomplikowane postacie dzisiaj. Nie ma tragicznej przeszłości, nie łączą go napięte relacje z żadnym członkiem bliskiej rodziny, nie zmaga się z wewnętrznymi demonami. Jest po prostu facetem, który podróżuje po Dzikim Zachodzie, pomaga ludziom i strzela szybciej niż jego własny cień.

To właściwie zrozumiałe – Lucky Luke powstał we wczesnych czasach komiksu, był skierowany dla młodszego czytelnika i w założeniu miał być jeźdźcem znikąd, który pojawia się, aby wprowadzić sprawiedliwość. W zasadzie w opowieściach o Luke’u nacisk położony jest na sytuację, którą zastaje, i na ludzi, których spotyka. Nawet komiksy o Kid Lucky’m, które opowiadają o dzieciństwie samotnego kowboja, nie nadają mu jakiejś większej głębi, tylko ukazują go jako zwykłego dzieciaka.

I kiedy tak myślałam nad tą prostotą Lucky Luke’a, zdałam sobie sprawę z tego, że brakuje mi takich nieskomplikowanych bohaterów w fikcji. Pozwólcie, że porozwodzę się nad tym w tej notce.

Dzisiaj jest silny nacisk na to, aby bohaterowie byli skomplikowani – żeby rozwijali się wraz z fabułą, żebyśmy rozumieli ich motywacje i żeby można ich było poddać psychologicznej analizie. Im bardziej psychologicznie rozwinięta postać, tym lepiej.

Oczywiście, ja również lubię takie postacie (czy którykolwiek z moich czytelników w to wątpi, biorąc pod uwagę artykuły tutaj opublikowane?) i nie twierdzę, że rozbudowani bohaterowie to coś złego… niemniej jednak brakuje mi herosów, którzy robią to, co robią, bo tak trzeba i nie jest to związane z jakąś traumą z dzieciństwa, potrzebą buntu przeciw społeczeństwu czy wewnętrznych kompleksów.

I tutaj wkracza Lucky Luke na swoim białym koniu. Postać, którą na pewno wielu uznałaby za Gary’ego Stu, z jej niewiarygodnymi zdolnościami strzeleckimi, tym, że zawsze udaje jej się przechytrzyć przeciwnika i tym, że to ona zawsze ma rację. Trudno też powiedzieć, aby miał jakieś wady, poza – być może – tym, że jest tak bardzo praworządny. Jednakże to, że Luke nieraz daje się przechytrzyć i pakowany jest w dość głupie sytuacje, nieco równoważy tą jego zarąbistość.

Powróćmy jednak do Luke’a jako prostego bohatera. Coś, co idealnie ilustruje jego prostotę, to fakt, że – jak wielu bohaterów – ma zasadę, aby nie zabijać… ale niezabijanie przychodzi mu niesamowicie łatwo. Inni, bardziej skomplikowani bohaterowie, którzy przyjęli zasadę niezabijania przeciwników, borykają się z moralnymi dylematami i są krytykowani za to, że pozwalają mordercom i gwałcicielom chodzić normalnie po świecie. W ogóle świat jest przedstawiony jako cyniczny i pełen psychopatów, a zabijanie jest łatwe i wydaje się najsensowniejsze.

Przy Lucky Luke’u wiadomo, że żaden nikczemnik nie zostanie zabity. Przechytrzony, obezwładniony, zdemaskowany i aresztowany – tak. Ale nie zabity. Lucky Luke nie rozwodzi się nad tym, czy powinien usunąć jakiegoś przestępcę, a gdy ktoś celuje z pistoletu w niego albo w jakąś niewinną osobę, Luke po prostu jednym strzałem wytrąca mu broń z ręki albo robi jeszcze inną rzecz, aby złoczyńca został unieszkodliwiony. Po kilku takich akcjach czytelnik ma wrażenie, że niezabijanie nie jest tak skomplikowane, jakby się mogło wydawać (choć trzeba tu jeszcze zaznaczyć, że Luke dysponuje niesamowitymi zdolnościami strzeleckimi, które zapewniają szybką reakcję na zagrożenie). Również świat przedstawiony nie jest tak mroczny jak mógłby być, zwłaszcza, że mówimy o westernie. (I znów – to wszystko to wynik konwencji i cenzury tamtych czasów, która zabraniała Morrisowi i Goscinny’emu na bardziej realistyczne podejście do Dzikiego Zachodu.)

Luke ma w sobie coś z błędnego rycerza – wędruje na Jolly’m po Dzikim Zachodzie i pomaga tym, którzy wydają się być w potrzebie. I wiecie, przez pewien czas uważałam za nieco wtórne to, że tak często Luke trafia do miasteczka, którym trzęsie jakiś bandyta, i jest nie tylko jedynym, który próbuje coś z tym zrobić, ale też wszyscy dookoła ze strachu stają po stronie bandytów. Ale zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy.

Pewnie, na Dzikim Zachodzie i w starych westernach, które Morris i Goscinny parodiowali, zdarzało się, że jakiś gang zaczął terroryzować miasto albo wioskę. Jednakże im dłużej nad tym myślę, tym bardziej przypomina mi się artykuł z Focusa (przepraszam, nie potrafię podać jego tytułu) na temat postaci z komiksów, będących współczesnymi mitycznymi herosami. Autor poświęcił małą rubrykę Asteriksowi i wygłosił stwierdzenie, że po drugiej wojnie światowej Europejczycy byli zmęczeni motywem nadczłowieka i o wiele bardziej od supersilnego Herkulesa woleli chytrego Odyseusza, którego przypomina właśnie Mały Gal.

Wiecie, jest taka teoria, że Joe Shuster stworzył Supermena, ponieważ jego ojciec miał zawał serca, kiedy napadnięto na jego sklep, i Człowiek ze Stali miał być takim spełnieniem marzeń o obrońcy uciśnionych gnębionych przez przestępców. O tym, że Kapitan Ameryka powstał jako reakcja na zagrożenie ze strony Hitlera, powszechnie wiadomo. Obaj superbohaterowie reprezentują sobą wszystkie wartości, które chcielibyśmy, aby były powszechne – odwagę, niezłomność, współczucie i pragnienie czynienia dobra. Superman i Kapitan Ameryka są współczesnymi herosami, którzy chcą nas chronić i dawać nam nadzieję, a stworzeni zostali w odpowiedzi na panoszące się zło, którego byli świadkami ich twórcy.

Bandytów, którzy terroryzują miasteczka w komiksach z Lucky Lukiem, zwykle nie jest jakoś specjalnie dużo. Właściwie chyba tylko Pat Poker osiągnął swoją pozycję w Red City, bo miał za sobą całkiem spory gang. A tak, to przeważnie jest ich trzech-czterech, a czasem wystarczy tylko jeden, aby całe miasto nie ważyło się go dotknąć. Oto więc mamy zło, które się panoszy, bo nikt nie chce nic z nim zrobić. Zło, które wywodzi się, co prawda, od niewielu ludzi, ale wzbudza lęk w całej społeczności, która jest moralnie zbyt słaba, aby podjąć walkę. Lucky Luke zaś jest sprawiedliwym, który przybywa, aby zaprowadzić porządek. Jedynym, który nie boi się stanąć z bandytami twarzą w twarz. Może to wymagać sporo wysiłku, ale zawsze dopina swego, dzięki pomyślunkowi i umiejętnościom strzeleckim.

Tak jak Superman i Kapitan Ameryka, Lucky Luke mógłby być przerażającym przeciwnikiem, gdyby kiedykolwiek użył swoich zdolności w złym celu. Ale żaden z tych bohaterów nigdy tego nie zrobi (no, chyba że autorowi scenariusza odbije), a wiecie dlaczego? Bo wolą działać zgodnie z prawem. Bo wolą pomagać. Bo chcą, aby słabsi żyli spokojnie i szczęśliwie.

Jednakże Superman i Kapitan Ameryka zmieniali się w miarę upływu czasu. Zmieniali się w odpowiedzi na to, co działo się wokół nich – na to, jak rozwijało się społeczeństwo i jak kształtowała się polityka Stanów Zjednoczonych. Ideały obu superbohaterów były poddawane próbie, a oni sami nabierali głębi, poprzez refleksję nad swoją sytuacją w świecie i walkę z własnymi demonami. Tymczasem Luke pozostał taki sam, mimo że przez te siedemdziesiąt lat świat się zmienił nie do poznania (a i western stał się gatunkiem pozbawionym swojego dawnego idealizmu). Jeśli już, to samotny kowboj jest jeszcze bardziej idealistyczny niż na początku.

Tylko James Huth próbował nadać Lucky Luke’owi głębię (no i Metthieu Bonhomme, ale o nim potem).

Wciąż wracam do filmu z 2009 roku, bo jest on niemal ewenementem na tle innych adaptacji Luke’a. Podczas gdy pozostałe wcielenia samotnego kowboja pozostają proste, to podejmuje się uczynienia go skomplikowanym. Po pierwsze – mamy tragiczne origin story – rodzice Luke’a giną, kiedy ten jest jeszcze dzieckiem i z powodu tej traumy, on sam przysięga, że nigdy nikogo nie zabije. Po drugie – mamy jego wewnętrzne rozdarcie po tym, kiedy wydaje się, że jednak kogoś zabił. Po trzecie – po tym jak Luke postanawia się ustatkować, wyraża zdanie, że jest przytłoczony własną legendą; a Jesse James przybywa do Daisy Town po to, aby stoczyć historyczny pojedynek z Lucky Lukiem i naciska na bohatera, aby podjął wyzwanie. Po piąte wreszcie – wielokrotnie wspominane jest, że czasy się zmieniają i świat Dzikiego Zachodu niebawem się skończy. Wiele „rewizjonistycznych” westernów traktuje o tym jak legendy Dzikiego Zachodu się starzeją i próbują ułożyć sobie życie, z dala od swojej przeszłości; i o tym jak romantyzm epoki chyli się ku końcowi z powodu nadciągającego XX wieku. Film Hutha zdaje się iść w podobnym kierunku, jednak reżyser Serial Lovera tak jakby chciał skonfrontować idealizm Luke’a ze współczesnym cynizmem i pokazać, że samotny kowboj zawsze podniesie się na równe nogi, nawet po załamaniu. Mam też takie wrażenie, że Huth specjalnie uczynił Luke’a synem Indianki i Irlandczyka – dwóch mniejszości, które były pogardzane w dziewiętnastym wieku – aby usprawiedliwić jego brak uprzedzeń etnicznych i chęć chronienia słabszych.

Mimo że sam w sobie Lucky Luke z 2009 roku jest, jak dotąd, najlepszym filmem aktorskim z samotnym kowbojem, ja wciąż mam wobec niego mieszane uczucia. O mojej wiecznej bolączce, czyli Daisy Town jako rodzinnym mieście Luke’a, już mówiłam, O wątku romansowym również. Natomiast nie wspominałam jeszcze, że sam pomysł ze śmiercią rodziców Luke’a zdaje się taki jakiś… nietrafiony. Po prostu takie backstory nie wydaje mi się pasować do Lucky Luke’a jako postaci, nie mówiąc o tym, że jest dość sztampowe.

Pamiętam jak w trzecim sezonie Arrow Ray Palmer pokazał Felicity Smoak projekt zbroi Atoma i wyjaśnił, że zamierza walczyć z przestępcami, bo jego ukochana została zabita przez pomagierów Deathstroke’a. Pomyślałam sobie wtedy: „Wszystko pięknie, Ray, ale jesteś kolejną postacią w Arrowverse, której motywacją do bycia bohaterem jest śmierć kogoś bliskiego.” Dlaczego herosi w dzisiejszych czasach muszą przeżyć jakąś wielką traumę, aby chcieć robić coś dobrego? Właśnie dlatego śmierć rodziców Luke’a jako jego backstory tak mi przeszkadza i sto razy bardziej wolę wersję jego dzieciństwa, gdzie po prostu został znaleziony jako niemowlę w zepsutym powozie, ale potem przygarnęła go życzliwa rodzina. Wolę tę wersję, w której wychowywał się w szczęśliwym domu i z niego właśnie wywodzi się jego chęć pomagania ludziom. Osobista tragedia to nie jedyna motywacja, jaką można dać bohaterowi.

Ale James Huth nie był jedynym, który podjął się dekonstrukcji Lucky Luke’a jako postaci. Otóż w 1985 wydano antologię komiksową Rocky Luke – Podmiejski kowboj – Pogromca dzikiego zachodu słońca. Był to zbiór parodii Lucky Luke’a rysowanych przez różnych autorów. Znacie może te teorie fanowskie, które zakładają, że fabuła jakiejś kreskówki, komiksu, sitcomu itp. ma być niby przedśmiertną halucynacją, fantazją pacjenta oddziału zamkniętego albo innymi rzeczami tego typu? No więc wiele komiksów z Rocky Lukiem zasadzało się na tym, że prawdziwy Luke jest jakimś biednym popychadłem, które wyobraża sobie, że jest bohaterem Dzikiego Zachodu.

Nie zapomnijmy też o Lucky Luke pozbywa się zahamowań – o tym komiksie, napisanym i narysowanym na przekór cenzurze, gdzie Luke nie tylko zabija szeryfa, ale też pije alkohol i uprawia seks. Tak jak wielu postaciom, również Lucky Luke’owi nieobce są „mhroczne” klimaty. I tak jak wielu postaciom, tak i jemu mrok nie za bardzo pasuje. Nie bez powodu Gilberte Goscinny, która sprawuje pieczę nad schedą po swoim ojcu, jest orędowniczką Luke’a, który nie zabija przeciwników.

Także w tym roku nie potrafiliśmy uciec od poważniejszego Luke’a, ale tym razem było naprawdę warto. The Man Who Shot Lucky Luke Matthieu Bonhomme’a miał podobną konwencję, co film Hutha i tam również Luke kogoś traci. Tym kimś jest „Doc” Wedensday, który wręcz oddaje swoje życie za Lucky Luke’a. Przez cały komiks Wedensday nie ukrywa, że nie tylko wkrótce umrze z powodu zniszczeń jakie poczyniły w jego organizmie alkohol i papierosy; ale też że zabił kilka osób. I oto spotyka kogoś, kto jest prawdziwym bohaterem i kto na pytanie o to, czy zabił Daltonów odpowiada: „To źle zabić człowieka, dzieciaki… Zabieracie mu wszystko co ma i wszystko cokolwiek mógłby mieć.” Doc dwa razy prosi Luke’a o to, aby coś mu przysiągł. Za pierwszym razem po ataku kaszlu prosi go, aby pozostał dobrym człowiekiem, za drugim – kiedy już umiera od kuli przeznaczonej dla samotnego kowboja.

Wspominałam już o tym na tumblrze, ale ta scena przywodzi mi na myśl tę z Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia, kiedy ginie Erskine. Im dłużej o tym myślę, tym więcej podobieństw między nimi dostrzegam. Poczynając od tego, że obaj starcy nie za bardzo mają po co żyć (pamiętajmy – żona i dzieci Erskine’a zginęli w obozie) i postrzegają spotykanych przez siebie idealistycznych młodzieńców jako nadzieję dla pogrążonego w ciemności świata. Obaj starcy wymuszają na tych młodzieńcach przysięgę, że pozostaną dobrymi ludźmi, choć Doc chce też, aby Luke dbał o swoje zdrowie i dożył długiego życia. Właściwie to pod koniec The Man Who Shot Lucky Luke, samotny kowboj sięga po źdźbło trawy i wkłada je do ust, jakby Bonhomme chciał zasugerować, że to właśnie dzięki poświęceniu Doca Wedensday’a, Luke rzucił palenie i dożył tych siedemdziesięciu lat bez jakiegoś raka czy rozedmy.

Jednakże – tak jak napisałam w recenzji – w The Man Who Shot Lucky Luke sam bohater jest taki jak zawsze i jego motywacje też nie są wynikiem jakiejś tragicznej przeszłości. Po prostu Bonhmme zrobił poważniejszego Luke lepiej niż Huth.

Chyba to, co chcę powiedzieć, to to, że chciałabym również takich protagonistów, którzy po prostu pomagają i nie kryje się za tym żadna dekonstrukcja. Najbliższą taką postacią, która przychodzi mi do głowy, jest Wander w Wander over Yonder. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Wander i Lucky Luke mają ze sobą wiele wspólnego (no bo Wander też jest bohaterem, który wędruje w towarzystwie sarkastycznego, koniopodobnego kompana, aby pomagać każdej osobie w potrzebie), chociaż ich charaktery są diametralnie różne.

Lucky Luke zaczynał jako parodia „klasycznych” westernów, które święciły triumfy przed wojną i były bardzo idealistyczne. Parodię odróżnia się od satyry tym, że satyra to gatunek skoncentrowany na wyśmiewaniu tego, co nam się nie podoba; z kolei parodia opiera się na żartach z czegoś, co parodysta darzy ciepłymi uczuciami. Maurice de Bevere kochał stare westerny, ale chciał nadać im żartobliwy ton. Dlatego stworzył Lucky Luke’a.

I też kiedy dzisiaj myślimy o protagonistach westernów, widzimy moralnie niejednoznacznych, zmęczonych życiem kowboi, którzy nieraz nie mają nawet okazji się zestarzeć. Mimo jednak, że czasy mamy bardzo cyniczne, Lucky Luke nie stał się cyniczny. A wręcz wydaje się, że ludzie walczą o to, aby pozostał idealistyczny. W dobie antybohaterów, bohaterowie, którzy po prostu chcą pomagać, to rzadkość. Pozwólmy więc Luke’owi celować w broń przeciwników, a nie w ich pierś. Pozwólmy mu mieć radosne i pozbawione traum dzieciństwo. Pozwólmy mu być rycerzem na białym koniu. Oczywiście, nie mówię, żeby nie nadawać mu głębi, jeśli ma to oznaczać, że powstanie więcej takich perełek jak The Man Who Shot Lucky Luke… ale zachowajmy to, co w samotnym kowboju najważniejsze.

(Jeszcze a propos niezabijania – wczoraj natrafiłam na ten wyczerpujący esej wyjaśniający dlaczego tak istotne jest, aby Lucky Luke nie zabijał. Jest tam odniesienie do filmu Hutha, ale jest też całkiem sporo na temat historii komiksu francusko-belgijskiego i tego, jak bardzo niezabijający przestępców Luke ma swoje korzenie w cenzurze, a jak w zamyśle twórców.)

Lipiec z Lucky Lukiem – Czy aktorskie "Lucky Luki" mogą być dobre?

Kiedy pracowałam nad wideo o postaciach z Lucky Luke’a, z jakiegoś powodu myślałam, że doktor Doxey pojawia się we wszystkich trzech produkcjach aktorskich o samotnym kowboju. W związku z tym – ku swojej wielkiej irytacji – zdałam sobie sprawę z tego, że muszę obejrzeć Dzielnego szeryfa Lucky Luke’a. Odkryłam, że Doxey’a nie ma tam ani na lekarstwo (hehe), ale też, że znienawidzony przeze mnie film z Terrence’m Hillem nie jest znowu taki zły, jak mi się wydawało.

I tak się zaczęłam zastanawiać nad wszystkimi trzema aktorskimi Lucky Luke’ami, nad tym, jak ludzie je postrzegają i jak sam Luke został w nich przedstawiony, i doszłam do wniosku, że powinnam przygotować tekst, w którym powiem Wam, co – moim zdaniem – w nich zagrało, a co nie. Zwłaszcza, że sama zdałam sobie sprawę z wielu pozytywów i negatywów, których wcześniej nie widziałam w tychże produkcjach.

Dzielny szeryf Lucky Luke (1991)

Pozytywy: Daltonowie byli całkiem fajni, zwłaszcza Averell. W filmie Terrence’a Hilla po raz pierwszy najwyższy z braci Dalton mnie nie wkurzał, a wręcz wydawał mi się całkiem sympatyczny. Duża w tym zasługa samego aktora, Fritza Sperberga, który nie tylko wygląda wręcz dziecięco niewinnie, ale nawet udaje mu się tę dziecięcą niewinność zagrać. Generalnie wolę Averalla Daltona z Dzielnego szeryfa Lucky Luke’a od tego z Les Dalton.

Lotta Legs jest również ciekawą postacią i aż się zastanawiam, czy czasem nie wyjęto jej z jakiegoś komiksu, którego jeszcze nie udało mi się przeczytać. W porównaniu z Belle z filmu Hutha, nie była irytująca.

Indianie byli nieźli. Na początku wydaje się, że wódz Żółty Pies został przekonany przez Daltonów do ataku na Daisy Town, ale potem mamy jeden z tych momentów w Lucky Luke’u, kiedy to Indianie niszczą jakieś idiotyczne wyobrażenie bladych twarzy na ich temat. I jest to po prostu piękne.

Piosenka tytułowa jest niczego sobie. Wpada w ucho.

Negatywy: Przypominam, że Dzielny szeryf Lucky Luke jest „luźną adaptacją” Dwudziestego pułku kawalerii i Daisy Town, a wcześniejsza animowana adaptacja tego ostatniego była robiona z udziałem samego Rene Goscinny’ego. Już choćby przez to animacja z 1971 roku jest lepsza.

Nie wiem jak Wy, ale mnie aktorskie adaptacje kreskówek i komiksów interesują chociażby ze względu na to, że można zobaczyć w nich narysowane postaci w „prawdziwym świecie”. Chodzi mi o tę stronę ściśle wizualną, która potrafi być naprawdę dobrze zrobiona. I choć pozbawieni swoich zielonych wdzianek i zupełnie niepodobni do siebie nawzajem Daltonowie mi nie przeszkadzali, to Luke w wykonaniu Hilla był po prostu nietrafiony.

Nie dość, że Hill jest blondynem w brązowym płaszczu, to jeszcze ma twarz jakiegoś biedaczka, który znalazł się na Dzikim Zachodzie przez przypadek. Niestety, nawet jak czasem widzę w Hillu jakieś przebłyski Luke’a, to jednak za mało, aby można go było uznać za samotnego kowboja. Do tego jeszcze dochodzi to jak on patrzy rozmarzonym wzrokiem na Lottę i… ja wiem,że Luke jest nieśmiały wobec kobiet, no ale przykro mi – Luke w tym filmie sprawiał, że cały ten wątek romansowy był irytujący.

W ogóle ten film jest wizualnie nijaki. Może to przez budżet, a może po prostu reżyser chciał pokazać brudną szarość prerii, niemniej jednak nie powala. Niektóre sceny z komiksów były nawet nieźle odwzorowane, ale jednak widać, że animacja ma więcej do zaoferowania w tym względzie, już choćby przez to, że nie musi się ograniczać przy scenie z kadrylem. Nawet najbardziej kolorowe sceny są takie jakieś… szare?

Pewnie są ludzie, którzy ten film lubią, ale mnie się on niemiłosiernie dłużył, zwłaszcza na początku. W rezultacie był on dla mnie jedną wielką męką.

Lucky Luke/Les Dalton (2004)

Pozytywy: Film Hilla był wizualnie nijaki, a ten ma żywe kolory. Ktoś w jakiejś recenzji nawet napisał, że jest to estetyka wyjęta z komiksu. Ogląda się to wspaniale, zwłaszcza jeśli chodzi o kostiumy.

Daltonowie, którym poświęcona jest ta przygoda, są do siebie – mniej więcej – podobni i kiedy wreszcie wdziewają te swoje zielone koszule, wydają się jakby żywcem wyciągnięci z jakiejś Ballady o Daltonach. Ich charaktery też zostały zachowane, a szczególnie dobrze wypadł Joe. Mały, temperamentny i wiecznie kombinujący. Jest taka scena, jak on i jego bracia przymierzają się, aby znów okraść bank i widzimy jak Joe bada każdy szczegół. Joe nie jest idiotą. On musi kierować trójką swoich braci, planować ucieczki i napady na banki. I w tej scenie widzimy, jak działa jego mózg.

Poza tym ten film robi świetne rzeczy z Mamą Dalton. Nie ma żadnej wątpliwości, że jest to ta sama kobieta, która w poświęconym sobie albumie nie tylko prała swoim dorosłym dzieciom tyłki, ale też zmotywowała Joe do uwolnienia jego braci z aresztu. Właściwie gdyby nie Mama Dalton, nie mielibyśmy fabuły Les Dalton.

Ale najlepiej, moim zdaniem, wyszedł Lucky Luke. I serio, Til Schweiger powinien częściej grać samotnego kowboja, bo nie tylko wygląda jak Luke, ale wręcz czuć bijące z niego pewność siebie, opanowanie i siłę. Widać, że to jest facet, który strzela szybciej niż jego własny cień (a cień Luke’a też ma swoje momenty w tym filmie). Nie wiem, czemu nie pojawił się w tej kompilacji, bo zasługuje na to, aby zostać zapamiętany.

Negatywy: Z drugiej strony to, że głównymi bohaterami są Daltonowie i fabuła koncentruje się przede wszystkim na nich, sprawia, że Lucky Luke nie ma specjalnie za wiele do roboty. Tylko pokrzyżować braciom plany na początku, dowiedzieć się, że uciekli z więzienia, zajrzeć do Mamy Dalton podczas poszukiwań, dowiedzieć się, co knują jej dzieci, a w końcu stanąć z nimi do ostatecznej konfrontacji. Właściwie ma się wrażenie, że Luke jest tutaj po to, aby wyglądać cool i zgarnąć Daltonów.

Ten film miejscami przedstawia samych braci jako nieudaczników (w swojej pierwszej scenie nie są w stanie obrabować sklepu z warzywami) i robi z nich analfabetów, co mnie osobiście zawsze denerwuje. Ja wiem, że stereotyp nie umiejącego czytać i pisać bandyty jest śmieszny i w ogóle, ale Daltonowie wielokrotnie pokazywali, że posiadają te umiejętności. Nie idą im one dobrze, niemniej jednak jakoś idą.

Jednak wydaje mi się, że największy problem tego filmu leży gdzie indziej, a konkretnie – w magicznym sombrero. Coś takiego byłoby na miejscu w Asteriksie albo Iznogudzie, gdzie magia jest na porządku dziennym. Ale w uniwersum Lucky Luke’a jedynym elementem o charakterze nadprzyrodzonym jest to, że od czasu do czasu Indianie sprowadzają deszcz albo wywołują wizje przyszłości, a tak to większość niezwykłych rzeczy można podciągnąć pod „to nie magia, konie po prostu wyrażają swoje myśli, a Luke jest szybszy niż własny cień, bo długo ćwiczył”.

A tymczasem w Les Dalton nie tylko mamy sombrero, które chroni tego, kto je nosi, ale eliksiry doktora Doxey’a nagle mają cudowne właściwości, a Luke stał się Flashem. Ech…

Lucky Luke (2009)

 Pozytywy: Ten film jest dla fanów komiksów z Lucky Lukiem. To nie ulega wątpliwości. Mogę właściwie usiąść z kimś z boku i w trakcie seansu mówić: „O, tutaj pojawia się taka a taka postać. A tu mamy nawiązanie do tego a tego komiksu.” A i tak zawsze trafi się coś, czego nie zauważyłam wcześniej. Dodatkowo chwali się Huthowi, że zamiast iść po najniższej linii oporu i dać Luke’owi za przeciwników Daltonów, postanowił wykorzystać tę naprawdę sporą Rogue Gallery, którą Luke uzbierał sobie w przeciągu tych kilku dekad. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że zobaczę Phila Defera albo Pata Pokera w wersji aktorskiej, a jednak pojawili się tutaj.

Ponadto wizualnie ten film jest niesamowity. Nie chodzi mi tylko o kostiumy czy scenerię, ale też niektóre ujęcia, zwłaszcza te, które mają oddawać stan emocjonalny Luke’a. Coś, co mi szczególnie zapadło w pamięć, to sekwencja pokazująca jak świadomość tego, że Luke kogoś zabił, w niego uderza, a zwłaszcza okładka opowiadania groszowego, na której pokazany jest człowiek z wielką dziurą w brzuchu.

Jean Dejurdin jest bardzo ciekawym Lukiem. Przede wszystkim widać, że to miał być samotny kowboj z głębią – zmęczony własną legendą, zmęczony przemocą, doświadczony przez tę straszną rzecz, która zdarzyła się, kiedy był mały… Jest to bardzo interesująca interpretacja Lucky Luke’a.

Negatywy: Mimo że jest to całkiem niezły film, ma on mnóstwo wad. O niektórych z nich mówiłam w recenzji, o innych w Ze wspomnień fana. Zamierzam też mówić o jednej z nich, ściśle związanej z Lukiem, w krótkiej notce, którą właśnie szykuję, ale pozwólcie mi pochylić się nad niektórymi problemami, które mam z tym filmem.

Zacznę od pewnego przykładu.

Niedawno, kiedy oglądałam ten film po raz kolejny, zdałam sobie sprawę, że w scenie, w której Luke konfrontuje bandytów w saloonie, przez kilka sekund pojawia się Eliot Belt. Mimo że jest innej rasy, niż jego komiksowy pierwowzór, nie ma żadnej wątpliwości, że jest to właśnie ta konkretna postać. Długi płaszcz, czarny kapelusz, małe, skośne oczka… wszystko jest na miejscu. Eliot Belt jak malowany.

Eliot Belt jest łowcą nagród. I to takim wyjątkowo chciwym, traktowanym z pogardą przez wszystkich, którzy nie są jego kolegami po fachu.

Okej, załóżmy, że przybył do Daisy Town (ech…), bo chciał wywrzeć pomstę na Luke’u jak większość bandytów w mieście. Dlaczego więc inni złoczyńcy dają mu spokojnie po nim chodzić? Dlaczego nie chcą go powiesić czy coś? Przecież ten facet łapie ich za pieniądze i równie dobrze może planować jakiś przekręt, aby na nich zarobić.

Widzicie o co mi chodzi? Easter Eggi z komiksów bywają świetne i ciekawe, ale w wielu miejscach nie mają żadnego sensu. Widać, że Huth chciał zrobić coś swojego, nadać własny rys kanonowi. Rozumiem Billy Kida, który zabił swoich rodziców jako dziecko, zamiast uciec z domu; rozumiem Jesse Jamesa cytującego namiętnie Szekspira. No ale są momenty – takie jak ten z Eliotem Beltem – gdzie po prostu mam wrażenie, że Huth dodał nawiązanie dla samego nawiązania, nie myśląc nad tym, co może z nich wynikać.

Poza tym mamy ten durny trójkąt miłosny między Lukiem, Belle i Calamity Jane. Jego w ogóle nie powinno być. Nie tylko dlatego, że stosunki między Lukiem a Jane są platoniczne. Nie wiem, może są ludzie, których Belle nie irytowała, ale ja do nich nie należę.

W końcu mroczność tego filmu… Będę o niej mówić jeszcze we wspomnianej wyżej notce, ale już teraz powiem, że backstory Luke’a mi się nie podobało, bo nie pasowało do postaci; i że Bonhomme zrobił „mrocznego” Lucky Luke’a lepiej.

Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie trzy filmy wywołują u mnie mieszane uczucia. Nie ma czegoś takiego, że myślę sobie: „O, ten film jest tak samo genialny, jak animowane adaptacje.”, one wszystkie mają gigantyczne problemy, które trudno zignorować. Ale z drugiej strony, nie brak im również zalet, które sprawiają, że są one interesujące. Sama uważam, że Les Dalton jest o wiele lepsze, niż się ludziom wydaje; a do filmu Hutha powracam wciąż i wciąż. Nie spisywałabym ich więc na straty, nawet Dzielnego szeryfa Lucky Luke’a, który jest w tym towarzystwie najsłabszy.

Lipiec z Lucky Lukiem – Komiksy z Kid Lucky’m totalnie powinny zostać zekranizowane

Pierwotnie ta notka miała być listą komiksów Lucky Luke’a, które chciałabym, aby zostały zaadaptowane w formie filmowej albo serialowej, ale szybko zdałam sobie sprawę z tego, że to właśnie o przygodach Kid Lucky’ego najbardziej marzę. Postanowiłam więc poświęcić cały tekst o tym, jak to widzę.
Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, że nie znam się na rynku animacji i nie wiem, czy ten pomysł gwarantuje sukces. To wszystko to tylko takie dywagacje z punktu widzenia fana.

Ci, co czytali moją (nieco subiektywną) listę najlepszych komiksów z Lucky Lukiem, wiedzą o czym mniej więcej jest Kid Lucky. Ba – już sam tytuł zdradza o co chodzi. Jak dotąd seria składa się z czterech albumów: dwóch pełnoprawnych przygód (Kid Lucky i Oklahoma Jim) i dwóch zbiorów krótkich historyjek o charakterze edukacyjnym (Pierwsze kroki kowboja i Niebezpieczne lasso). Oferuje ona coś w rodzaju origin story Lucky Luke’a – w Pierwszych krokach… jest (tak jakby) pokazane, skąd samotny kowboj się wziął, zaś w Kid Lucky’m mamy początek przyjaźni między Lukiem a Jolly’m. Dodajmy jeszcze, że Kid Lucky tak jakby już się pojawił w animacji, a konkretnie w jednym z późniejszych, nieprzetłumaczonych jeszcze na polski, odcinków Daltonów. Oto jak wyglądał:

 

A więc ja to widzę tak:
Najpierw powinny być zekranizowane albumy z krótkimi historyjkami, czyli Pierwsze kroki kowboja i Niebezpieczne lasso. Forma? Serial animowany, oczywiście. Wyobrażam sobie, że każdy odcinek opowiadałby dwie historyjki, po pięć minut każda (bo też przygody, na których serial by bazował, nie przekraczają zwykle jednej strony), z wyjątkiem pierwszego odcinka, opisującego odnalezienie Luke’a i przygarnięcie go przez Ciocię Martę, który miałby długość dwóch hisotryjek. A jeśli serial doczekałby się drugiego sezonu, to opowiadanie otwierające Niebezpieczne lasso też mogłoby zostać zaadaptowane jako dziesięciominutowe.
Po jakimś czasie można by wyprodukować film pełnometrażowy na podstawie pierwszego Kid Lucky’ego, ale dodać też jakąś scenę na początku, która tłumaczyłaby jak doszło do tego, że mały Luke wyruszył z jakimś randomowym staruszkiem w podróż; i scenę na końcu, która pokazywałaby powrót chłopca do Nothing Gulch i wkurzoną Ciocię Martę. Jakiś czas potem powstałby drugi film, tym razem oparty o Oklahomę Jima, ale zamiast robić kolejną przygodę z Old Timerem (który w oryginale posyła Luke’a do szkoły w jakimś przypadkowym mieście, gdzie chłopiec spotyka małych Daltonów i tytułowego Jima), można by to osadzić w Nothing Gulch i pokazać, że to Ciocia Marta nalega na to, aby Luke poszedł do szkoły. A tymczasem do miasteczka sprowadza się bandyta Oklahoma Jim i nowa rodzina – para z czwórką synów. Tylko niech ci mali Daltonowie wyglądają tak:

 

 

A nie tak:
(I pięknie, teraz mam pomysł na fanfika, gdzie kilkuletni Daltonowie wraz z rodzicami przybywają, aby okraść bank w Nothing Gulch i ich ojciec ma bardzo skomplikowany plan, który zakłada udział wszystkich jego pociech.)
Tak czy inaczej, jest potencjał na fajny serial o samotnym kowboju. Skoro powstała seria o Rin Tin Canie, który jest jedną z najgorszych postaci w całym Lucky Luke’u; i o Daltonach uciekających z więzienia, to czemu nie zrobić czegoś o Kid Lucky’m?