Krótka notka o „Resident Alien”

Jakiś czas temu natknęłam się na informację o tym, że kanał SyFy stworzył serial o kosmicie żyjącym w małym miasteczku i rozwiązującym zagadki kryminalne. Co więcej – okazało się, że jest to adaptacja komiksu ze stajni Dark Horse, a samego kosmitę miał zagrać Alan Tudyk, którego ja znałam, między innymi z roli szefa w Powerless i z roli Dangerboata w Kleszczu.

Zainteresowana samym konceptem pierwowzoru, postanowiłam więc zapoznać się z komiksami, a potem, ewentualnie, zobaczyć jak będzie wyglądać jego wersja serialowa.

I cóż, komiks mnie zafascynował – polubiłam głównego bohatera, przedstawiony tam świat i zagadki kryminalne. W Harry’m Vanderspeigle’u było naprawdę coś sympatycznego i uroczego, co wzbudziło moje zainteresowanie tą postacią (nie mówiąc już o tym, że przypominał on mojego własnego rezydującego na Ziemi kosmitę). Kiedy jednak przeczytałam o tym, co SyFy szykuje na serial i jakie zmiany w fabule szykuje, trochę się zaniepokoiłam. Niemniej jednak byłam gotowa dać serialowi szansę i zobaczyć jak się będzie sprawował.

Jak wyszedł pierwszy odcinek, zaraz się przekonacie.

Czytaj dalej „Krótka notka o „Resident Alien””

Sześć świątecznych speciali, które polecam

Ach, święta… najbardziej magiczny okres w roku. Na tę magię składa się wiele czynników, a jednym z nich są okolicznościowe filmy i odcinki seriali, które opowiadają o tym jaki to ten czas okołobożonarodzeniowy jest niesamowity; i, w mniejszym lub większym stopniu, wprawiają nas w świąteczny nastrój.

Już kilka razy opowiadałam Wam o filmach, które lubię sobie obejrzeć w okresie Bożego Narodzenia, ale pomyślałam, że przygotuję listę odcinków świątecznych, które uważam za najciekawsze – z powodu formy, treści i zabawy świątecznymi motywami. Zastanawiałam się nawet czy by nie zwiększyć tradycyjnej dziesiątki do dwunastki (no bo wiecie – Twelve Days of Christmas i te sprawy), ale doszłam do wniosku, że byłoby to trochę wymuszone. Niemniej jednak w pewnym sensie jest to też nawiązanie do zeszłorocznej listy halloweenowych speciali.

Czytaj dalej „Sześć świątecznych speciali, które polecam”

[FF: Iznogud] Wyznanie kalifa, czyli o mocy baśni

Odkąd me oczy łzą wstrętu sycone
Zeszły się z Twoich powolnym ukłonem
Znajdując wyzwań i łask obietnice –
Nie dbam o skarby i gardzę mym tronem;
Iznogud stanął pod komnatą kalifa Haruna Arachida i nasłuchiwał. Zza drzwi dochodziły odgłosy śmiechów, westchnień i szeptów, co świadczyło o tym, że kalif właśnie zabawiał się ze swoją żoną. I choć odgłosy te można byłoby interpretować jako spełnianie małżeńskiego obowiązku, to, znając Haruna Arachida, Iznogud wiedział, że za tymi drzwiami raczej nie działo się nic sprośnego.
Nasłuchiwał wszystkiego, co działo się po drugiej stronie, rozmyślając o tym jak bardzo ta biedna dziewczyna musi się nudzić sam na sam z tym infantylnym grubasem, który nie jest w stanie zaspokoić jej potrzeb. Gdyby Iznogud był na jego miejscu, wiedziałby jak ją zadowolić. A być może nawet… być może…
Jedną z wielu rzeczy, których zawsze zazdrościł kalifowi Harunowi Arachidowi, a co za tym idzie – które sprawiały, że jeszcze bardziej go nienawidził i jeszcze bardziej pragnął zająć jego miejsce, było jego powodzenie u kobiet. Być może wynikało to z jego wysokiej pozycji. No bo przecież żadna kobieta nie pokochałaby nigdy takiego przygłupa, gdyby nie był kimś. Z drugiej strony nikczemny wezyr Iznogud wiedział, że prawda była zupełnie inna. Sekret powodzenia kalifa – przynajmniej u niektórych kobiet – tkwił zupełnie gdzieindziej.
Wezyr otrząsnął się z tych głupich myśli. To nie był czas i miejsce na roztrząsanie takich głupot. Teraz musiał stać się kalifem w miejsce kalifa.

Odkąd ujęłaś znudzony mój członek
W wysmukłych palców zwinną ośmiornicę
Wiem, że mam berło, a Ty masz koronę,
W której obręczy zapłonę, nie spłonę
Bo choć mnie chłoniesz –
Ja Tobą się sycę.
Wierny zausznik wezyra, Pali Bebeh, spóźniał się, ale Iznogud był spokojny. Jego pomocnik prędzej czy później przybędzie wraz z pudełkiem, w którym znajdował się komar. Sam wezyr zbyt był pochłonięty tym, co działo się w komnacie i co miało się wkrótce stać, żeby rozmyślać o Pali Bebehu. Jego plan zakładał, że żona i kalif zmęczą się i usną, a potem on wypuści z pudełka komara, który zarazi Haruna Arachida jakąś śmiertelną chorobą. Na razie szło całkiem nieźle, choć kalif nie wydawał się ani trochę zmęczony.
– Przywódco prawowiernych, czy nie masz jutro jakichś ważnych zajęć? Powinieneś wypocząć.
– Ależ nie czuję się ani trochę zmęczony, moja droga. Uciąłem sobie popołudniową drzemkę, która trwała aż do obiadu. Teraz chcę się tylko bawić.
Iznogud wydał z siebie niecierpliwe westchnienie. Nienawidził, kiedy działo się coś takiego. Zbyt często kaprysy władcy utrudniały mu wykonanie planu, w zasadzie niwecząc go w najgorszy możliwy sposób.
– A może baśń ukołysze cię do snu, panie? W moim kraju byłam znana jako świetna bajarka.
– Nie chcę mi się spać, ale chętnie posłucham i tak.
Tym razem na twarzy Iznoguda pojawił się szeroki uśmiech. Ta dziewczyna nie była taka zła. Byleby tylko opowiedziała coś naprawdę nudnego.
Przez chwilę trwało milczenie. W tej dziwnej ciszy w niemal opustoszałym korytarzu Iznogud usłyszał jedynie lekkie, krótkie szurniecie, które kazało mu myśleć, że któreś z podsłuchiwanych przez niego ludzi zbliżyło się do drugiego. Wyobraził sobie kalifa i jego żonę leżących razem na stosie poduszek, patrzących sobie w oczy, uśmiechających się do siebie. Być może w komnacie panował mrok, a jedyne światło pochodziło z wiszącego na rozgwieżdżonym, brunatnym niebie półksiężyca. Być może otaczały ich płatki róż i delikatny aromat wonnych olejków, których Iznogud nie był w stanie wywąchać zza zamkniętych drzwi. Być może nawet jedno z nich dotknęło drugie, sprawiając, że scena była jeszcze bardziej intymna.
Po chwili kobieta przerwała ciszę, odzywając się szeptem:
– Był sobie raz pewien dobry kalif, który rządził sprawiedliwie. Jego poddani kochali go tak bardzo, że wybaczali mu wszystkie jego drobne wady i skupiali się na jego wielkich zaletach. Kraj, który miał w swym władaniu, był najbogatszym krajem na świecie, a jego stolica była najpiękniejszą ze stolic.
– Ten kalif wygląda na miłego człowieka. Bardzo chciałabym go poznać – przerwał jej mąż.

Ona mówi o tobie, durniu… – powiedział do niego w myślach Iznogud. Sama żona kalifa zachichotała tylko i ciągnęła dalej:
– Ten dobry kalif miał nadpobudliwego doradcę, który wciąż się złościł, a niektórzy mówili również, że chciał przejąć tron i samemu stać się kalifem.

Nie trudź się, moja droga. I tak nie wyczuje przekazu… – Iznogud uśmiechnął się szatańsko do swoich myśli. Być może nie opowiadała o nim. Być może była to tylko baśń zasłyszana na targowisku, i występujący w niej wezyr tylko z przypadku był podobny do wielkiego wezyra Bagdadu, ale Iznogud i tak domyślał się, że zaraz usłyszy którąś ze swoich przygód, przemieszaną z różnymi, krążącymi po mieście plotkami. Co usłyszał w rzeczywistości nieco go zaskoczyło:
– Nie mówmy jednak o tym doradcy. Otóż ów dobry kalif wybrał się razu pewnego na spacer po ogrodzie i zobaczył na dnie stawu maleńką żabkę…

Zaczarowana żaba, co za banał… Zresztą, co w niej takiego niezwykłego? W pałacowym stawie jest z dziesięć takich żab.
– Żabka zawołała do dobrego kalifa: „Pomóż mi, pomóż, panie. Jestem królewną zamienioną przez złego czarnoksiężnika i może mnie uratować tylko pocałunek pięknego księcia, takiego jak ty…”

Piękny książę… Taa, jasne… Iznogud miał nadzieję, że to nie potrwa zbyt długo i wkrótce usłyszy aż nazbyt znajome chrapanie kalifa. Zwłaszcza, że baśń zapowiadała się na strasznie nudną i strasznie sztampową.

A ty niespiesznie tkasz zdarzeń kobierzec
Węzeł za węzłem w rytm serca uderzeń
W gęstej osnowie nie chybiając wątku
Chociaż w najdziksze prowadzisz rubieże.
Idziemy razem labiryntem ścieżek,
Gdzie jeden koniec wiele ma początków,
Bo cały z Twoich utkany zamierzeń…
Należysz do mnie, do Ciebie należę
I Tobie wierzę,
Bo Ty jesteś prządką.
– Dobry kalif pochylił się nad żabką, wziął ja delikatnie w ręce i podniósł do góry. „Biedne stworzenie, z radością cię uratuję.”, powiedział i złożył pocałunek na czole żabki. Po chwili zaczęła świecić jasnym światłem, a przerażony kalif gwałtownie odrzucił ją na ziemię. A wtedy światło zaczęło rosnąć i oczom kalifa ukazała się piękna kobieta o włosach czarnych jak heban, oliwkowej cerze i ciemnych oczach…
Jakby się nad tym zastanowić żona kalifa miała bardzo piękny głos. Delikatny, aksamitny, hipnotyzujący. Im dłużej Iznogud słuchał tej opowieści, tym bardziej spokojny się czuł. Wyobrażał sobie, że ta baśń opowiadana jest również jemu i naraz pragnął posłuchać jej do końca. To mu przecież nie zaszkodzi. Najważniejsze, żeby kalif zasnął. Iznogud równie dobrze mógł umilić sobie czekanie, słuchając opowieści.
– Królewna zbliżyła się do kalifa, uśmiechnęła do niego i złożyła pocałunek na jego ustach. W tym momencie oboje wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. Choć pragnęli oboje, aby ta chwila trwała wieczność, królewna oderwała usta od ukochanego i powiedziała: „Muszę poślubić mojego wybawcę zanim nastanie północ. Inaczej znów będę żabą.” Tak więc kalif zabrał królewnę do pałacu, kazał ją przyodziać w najpiękniejszą ślubną suknię i ogłosił swoje zaręczyny. Lud ucieszył się, że jego władca żeni się z tak piękną kobietą i z radością przystąpił do przygotowań. A kiedy ceremonia wreszcie nadeszła, była iście królewska…

Odkrywam wszechświat przez rzęs Twych kurtyny
Przez siedmiu niebios przejrzyste muśliny
I Tobą słyszę lasy i ogrody,
Ptaki, zwierzęta, wichrowe równiny.
Tobą woń wdycham piżma i cytryny
Tobą smakuję orzechy i miody
Tobą zanurzam się w chłodne głębiny
Gdzie nie ma bólu, obawy ni winy –
W ciche krainy
Świetlistej pogody.
Zaczęła opisywać w bardzo malowniczy sposób jak wyglądała udekorowana świątynia, jak wyglądał orszak weselny, strój państwa młodych… Iznogud uśmiechnął się cierpko na myśl o tym jak oderwane od rzeczywistości było to wszystko. Dwór tak po prostu przyjął do wiadomości, że kalif żeni się z dopiero co poznaną kobietą, o której nikt nic nie wiedział. Mało tego! – wszyscy się cieszyli jego szczęściem i nie mieli nic przeciwko wystawnej uroczystości z budżetu państwa. To było poniekąd piękne w baśniach. Biedni wzbogacali się, śmiertelnie chorzy zdrowieli, nieszczęśliwie zakochani łączyli się ze sobą, a potwory były pokonywane. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
– Ale był ktoś, komu ten ślub był nie na rękę…
Iznogud westchnął. A więc jednak pojawi się w tej historii jako ten zły. No bo dlaczego żona kalifa miałaby wspominać na samym początku o nadpobudliwym wezyrze, skoro nie zamierzała go wykorzystać jako antagonistę? Iznogud wiedział jak postrzegają go ludzie. Wiedział, że straszono nim dzieci, jeśli nie jadły zupy. Wiedział, że uważano go za antypatycznego furiata. Wiedział również, że mieli rację. W przeciwieństwie do Haruna Arachida, dobrotliwego i łagodnego kalifa, nie był nikim kogo można byłoby polubić.
Życie karało go za jego wredny charakterek na każdym kroku i tak też zapewne będzie w tej baśni. Nawet w baśni snutej przez tą cudowną kobietę musiał zostać potępiony.
– Czarnoksiężnik, który z daleka, w swojej wieży, czekał, aż ktoś zdejmie urok z królewny, pojawił się w pałacu i przybrał postać ćmy.
A to dopiero był ciekawy obrót spraw. Być może nie będzie aż tak źle.
– Widzisz, panie, czarnoksiężnik został kiedyś wzgardzony przez królewnę i poprzysiągł, że za wszelką cenę ją unieszczęśliwi. Dlatego właśnie rzucił na nią urok i dlatego zamierzał zniweczyć teraz jej ślub, zabijając mężczyznę, którego pokochała.

Niezły szajbus… – pomyślał Iznogud. On po koszu od dziewczyny pewnie dałby sobie spokój i skupił się na pracy. Miałby na tyle godności, aby nie przejmować się takimi błahostkami jak miłość. W zasadzie miał tylko jedną kochankę – Ambicję. Ale problem polegał na tym, że Ambicja nie weźmie go w swoje objęcia, nie obsypie pocałunkami i nie pocieszy po kolejnym nieudanym zamachu na kalifa. Ambicja nie obdarzy go miłością. Z drugiej strony jedyna kobieta, którą sam wezyr obdarzył miłością, tak naprawdę go nie kochała. Wyglądało na to, że na świecie nie było nikogo, kto pokochałby go tak po prostu.

Z tej świetlistości wysnuwasz opowieść
Słodką, soczystą i cierpką – jak człowiek,
Gęstą od tęsknot, cudów i koszmarów;
Ale jej końca nigdy się nie dowiem…
Być może ten czarnoksiężnik myślał tak samo. Być może był samotnym, wzgardzonym przez wszystkich, aspołecznym typkiem. Być może dla niego Zemsta była tym, czym dla Iznoguda była Ambicja – czymś, co popychało go do przodu, co nadawało sens jego życiu.
– I co było potem? – Nagłe pytanie Haruna Arachida wyrwało Iznoguda z rozmyślań i natychmiast przyśpieszyło bicie jego serca. Chyba niczego nie przeoczył? A co jeśli właśnie nastąpił jakiś ważny zwrot akcji?
– Czarownik zaczekał aż zacznie się uroczystość, a kiedy wreszcie nadszedł czas, przeleciał niezauważony przez cała świątynię aż do ołtarza i przyczepił się do szaty kapłana.
Nie. Na szczęście nic go nie ominęło.
– Nagle drzwi się otworzyły i państwo młodzi weszli razem do środka, trzymając się za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy. A kiedy stanęli już na ślubnym kobiercu, czarownik wyleciał im naprzeciw i przyjął swoją prawdziwą, ludzką postać. A wtedy… – przerwała nagle, wydając z siebie przeciągłe ziewnięcie. Po czym dodała, ni stąd z owąd: – O, przywódco prawowiernych, jestem zmęczona i śpiąca. Być może zechciałbyś odłożyć dalszy ciąg opowieści na jutro rano?
– Ależ, nie przestawaj. Pragnę dowiedzieć się, co było dalej.
– Ale jak tak dalej pójdzie, panie, przegadamy tak do rana i żadne z nas się nie wyśpi.

Bowiem zawieszasz na jednym ją słowie,
W którym zaklęte szukanie jest – czaru.
– Mów dalej – błagam, wstrzymany wędrowiec,
Pan Twego losu i więzień Twych powiek,
Nad życie, zdrowie
Spragniony Twych darów…
– Proszę, mów. To takie ciekawe.
– Panie, zmęczenie utrudnia mi przypomnienie sobie końca opowieści.

Proszę, przypomnij sobie… Iznogud tak bardzo chciał wiedzieć, co stało się dalej. Co zrobił czarnoksiężnik? Czy dokonał swojej zemsty? A może okrutny los szykował mu porażkę? Ta kobieta nie mogła zostawić go tak po prostu, zawieszonego w próżni. Jakże ten biedak musiał się teraz czuć samotnie, jak bardzo był teraz niecierpliwy, będąc tak blisko celu…

Lecz Ty wiesz dobrze dlaczego tak zwlekasz:
Zastyga wicher, wstrzymuje bieg rzeka,
Nie kończy zwierz skoku i słońce nie gaśnie,
Zawiesza oddech łąka i pasieka.
– Może napijemy się kawy albo coś zjemy? Może to ci pomoże?
– Nie, nie fatyguj swojej służby, panie. Chyba już wiem.
Iznogud przypomniał sobie pewną ciekawostkę, którą opowiedzieli mu kupcy z obcego kraju. O kobiecie, którą pojął za żonę tyran, mający zwyczaj zabijać małżonki w noc poślubną. Aby ocalić skórę, kobieta ta zaczęła opowiadać mężowi baśnie. Opowiadała tak długo, aż nie nadchodził świt, czasem przerywając w najważniejszym momencie i każąc mężowi czekać do następnej nocy na dalszy ciąg. I tak co noc, co noc, przeciągając chwilę, w której miała zginąć. W ten sposób uchodziła z życiem. Wielki wezyr nie wiedział, dlaczego właściwie ta anegdotka przyszła mu do głowy właśnie teraz, ale miał wrażenie, że również żona kalifa bała się troszeczkę swojego małżonka. Iznogud prychnął śmiechem. Tak jakby ten idiota był w stanie kogoś skrzywdzić…
Zaraz jednak spoważniał. Na pewno gdyby opowiadała baśń jemu, obawiałaby się go jeszcze bardziej, a jeśli nie, to pewnie odmówiłaby mu dalszego ciągu z czystej złośliwości. W ogóle byłoby wątpliwe, czy opowiedziałaby mu cokolwiek. Musiałaby ją przymusić, a ona pod przymusem nie byłaby skłonna mówić do niego tym samym głosem, którym mówiła po dobroci do kalifa. Nie, chciałaby jak najszybciej uciec z komnaty wezyra i nigdy do niej nie wracać.
– Tak więc czarnoksiężnik pojawił się w swej ludzkiej postaci. Skierował palec w stronę królewny i powiedział: „Podła kobieto, która wzgardziłaś mymi uczuciami. Myślałaś, że życie pod postacią żaby była męką? Oto teraz dowiesz się, że może być jeszcze gorzej.”
Nagle na horyzoncie korytarza pojawiła się postać Pali Bebeha, który trzymał w rękach pudełko.
– Czarnoksiężnik wycelował palec w dobrego kalifa, wypowiedział zaklęcie w starożytnym języku i po chwili z palca czarnoksiężnika wyskoczyła w stronę kalifa błyskawica.
Pali Bebehowi udało się bezszelestnie dotrzeć do swojego pracodawcy i niebawem przycupnął obok wezyra, który wciąż słuchał opowieści żony kalifa.

I Ta, co ciemność ma kłaść na powiekach,
Przy której milknie gwar szczęścia i waśni,
Kruszą się twierdze zamiarów człowieka –
Też trwa bez ruchu, cicha i daleka…
– Szefie, wszystko gotowe – szepnął Pali Bebeh. – Kiedy zaczynamy?
Iznogud nic nie odpowiedział, tylko położył palec na ustach i przeniósł wzrok na drzwi.

Bo i śmierć czeka
Na dalszy ciąg baśni.
– Niewiele myśląc, królewna wypchnęła swego ukochanego z linii strzału i sama opadła na ziemię. Błyskawica zaś trafiła na lustro, które zdobiło ścianę świątyni, odbiła się odeń i uderzyło czarnoksiężnika prosto w serce. Po chwili upadł martwy na ziemię. Dobry kalif i jego ukochana mogli się w końcu pobrać i tak też się stało. Czar został całkowicie zdjęty, a kalif i królewna żyli długo i szczęśliwie, rządząc sprawiedliwie nad swoim ludem i dorabiając się licznego i zacnego potomstwa. Koniec.
Koniec. Tak po prostu koniec. Piękny, a jednocześnie rozczarowujący. Iznogud miał wrażenie, że gdyby tylko był po drugiej stronie tych drzwi; gdyby to on był tym, któremu ta baśń była opowiadana, zapewne cieszyłby się z takiego obrotu sprawy. Wszyscy potrzebują przecież bohaterów i zapewnienia, że ostatecznie wszystko dobrze się skończy. Ale wiedział dobrze, że tak naprawdę był czarnym charakterem i żadna bajarka nie opowie mu baśni, w której występowałaby postać pełnego przymiotów wezyra. Żadna kobieta nie będzie uważać go za atrakcyjnego mężczyznę. Żadna kobieta nie zechce mówić do niego w taki sposób jak żona kalifa do Haruna Arachida. Żadna kobieta nie obdarzy go miłością i nie da mu rozkoszy, choć czasami bardzo tego pragnął.
Bo różnica między kalifem Harunem Arachidem a wielkim wezyrem Iznogudem polegała na tym, że ten pierwszy oprócz swoich wad, miał również zalety, a drugi nie miał żadnych zalet, jedynie wady. Nie był przystojny, nie wzbudzał sympatii i wszystko mu się nie udawało. Dlatego skazany był na samotność.
Z tą dołującą myślą Iznogud wziął pudełko z komarem,  włożył je do kieszeni i zaczął powoli iść w stronę swojej komnaty. Skołowany Pali Bebeh szybko do niego dołączył.
– Co jest, szefie? – zapytał szeptem.
– Chcę się położyć, Pali Bebehu. Jestem w podłym nastroju i nie mam ochoty na kolejną porażkę.
– Ale, szefie, nie chcesz zostać kalifem w miejsce kalifa?
– Daj mi spokój – odpowiedział z rozdrażnieniem wezyr, po czym westchnął i dodał trochę mimochodem: – I tak nie zrozumiesz.

Złote złudzenie! Przepyszna szarado!
Skarbie Sezamu! Marzenie Sindbada!
Objawienie moje! Tajemnico!
Krynico woli! Bezwładu kaskado!
W Tobie się wznoszę.
W Tobie opadam
W pełnię i w nicość…
Szeherezado.
Pali Bebeh zatrzymał się i wodził wzrokiem za swoim pracodawcą, który z opuszczoną głową i najbardziej przygnębionym wyrazem jaki kiedykolwiek pojawił się na jego obliczu, szedł przez korytarz, aż w końcu zniknął za zakrętem.

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz. 2

Lucky Luke przejechał nieśpiesznie przez Cactus Junction, rozglądając się po ulicy. Nasłuchiwał uważnie czy z jakiegoś sklepiku nie dochodzą typowe odgłosy napadu z bronią w ręku. Jednak po kilku minutach bezowocnych poszukiwań i rozmów z mieszkańcami, wydawało się, że tym razem najsłynniejsza obywatelka tego spokojnego i sennego miasteczka postanowiła dzisiaj nie ruszać się ze swojego małego domku. Luke nie wiedział, czy był to po prostu kaprys staruszki i nie słyszała ona jeszcze najnowszych wieści, czy też przeciwnie – fakt, że nie wychodziła oznaczał, iż już wiedziała. A co za tym idzie – nie był pewien, czy powinien tu przychodzić.

– Może nie będzie aż tak źle? – powiedział nagle. – W końcu, podobno ten jej rewolwer jest zardzewiały i nienabity.
– Wciąż wierzysz, że to nieszkodliwa staruszka, kowboju? – zapytał Jolly Jumper. – To przecież kobieta, która wydała na świat Daltonów.

Nareszcie opuścili Cactus Junction i znaleźli się na prerii, gdzie kilka metrów dalej stał niewielki, drewniany dom z różową dachówką i kominkiem. Na ganku znajdował się zielony bujany fotel, a przy prawej ścianie – pieniek do ciosania drewna z wbitą weń siekierą. Kiedy Luke był już na miejscu i zszedł z Jolly’ego, aby przywitać się z Mamuśką Dalton, drzwi się otworzyły i z domu wyskoczył czarny kocur z białym podbrzuszem. Na widok nieznajomych zjeżył się i prychnął na nich wrogo.
– Mruczuś jak zwykle towarzyski – stwierdził Luke, pozwalając sobie na uśmiech.
– Przynajmniej nie ma tu Bzika. Patrzenie jak ten idiota dostaje łomot od kota byłoby żenujące – skomentował beznamiętnie Jolly.
Niebawem w drzwiach stanęła sama gospodyni – niska kobieta w niebieskiej sukience, kuchennym fartuchu i w białym czepku na głowie. Jej twarz, choć pozbawiona typowego zarostu i długich, cienkich wąsów, łudząco przypominała aż nazbyt znajome Lucky Luke’owi cztery facjaty. Kobieta, która urodziła i wychowała Joe, Williama, Jacka i Averella; która była gotowa poruszyć niebo i ziemię, aby uratować swoich synów przed stryczkiem. I mimo tego, że Luke raz po raz pakował jej dzieci do więzienia, nie traktowała go jak wroga, tylko jak zwykłego znajomego.
– Witam, pani Dalton – przywitał się pierwszy, ściągając kapelusz.
– Witaj, Luke – powiedziała, uśmiechając się przyjaźnie. Nagle jednak spoważniała, a następnie zamknęła drzwi na klucz. – Wybacz, ale muszę coś załatwić.
Zrobiła krok do przodu, aby następnie zeskoczyć na ziemię i pójść przed siebie. Patrząc jak starsza pani się oddala, Luke zauważył zawieszoną na ramieniu staruszki parasolkę z charakterystyczną rączką w kształcie głowy kaczki; i trzymaną w ręku zieloną torebkę. Kowboj wskoczył na swojego konia i natychmiast ruszył za Mamuśką Dalton.
– Wyprawa po zakupy, pani Dalton? – spytał domyślnie.
– Nie, do dyliżansu – odpowiedziała. Teraz jej twarz przybrała wyraz determinacji. – Chcę pogadać z tym sędzią, który śmiał rozdzielić moich synków.
– A więc słyszała pani?
Spojrzała w jego stronę, a potem znów przed siebie, cały czas idąc.
– A ty zapewne przyszedłeś tutaj, aby mi o tym powiedzieć?
– W zasadzie to przyszedłem sprawdzić, czy pani słyszała, czy nie – wyjaśnił. – A jeśli tak, to co pani o tym myśli.
– A co mam myśleć? Moi synkowie zostaną całkiem sami w tym okrutnym świecie, zdani na łaskę i niełaskę losu. Dotąd mieli Joego, aby czuwał nad nimi i dbał o to, aby nie ulegli złym wpływom, ale teraz… Aż strach pomyśleć, co mogą im zrobić w tych więzieniach. Mogą ich nawet… – Nagle Mamuśka Dalton się zatrzymała i wydała z siebie westchnienie grozy. – Mogą ich nawet zreformować.
Zaraz jednak musiały jej przyjść do głowy jakieś pocieszające myśli, bo uśmiechnęła się i zaczęła iść dalej. Chwilę potem byli już na miejscu, z którego zwykle wyjeżdżały dyliżanse w Cactus Junction. Pani Dalton usiadła na ławeczce, położyła torebkę obok i oprawszy się oburącz na parasolce spojrzała z uśmiechem na Luke’a.
– Ale to jeszcze nie koniec – odparła. – Joe nie dopuści do tego, żeby oddzielono go od Averella, Jacka i Williama. Znasz go przecież, Luke. Ma temperament swojego ojca.
Luke nie wiedział co powiedzieć, ale i tak z oddali nadciął właśnie dyliżans, więc samotny kowboj skierował Jolly’ego w przeciwną stronę i powiedział do Mamuśki:
– Życzę szczęścia z sędzią, pani Dalton.
Podziękowała mu, a on ruszył w drogę, którą znał aż nazbyt dobrze. Miał mnóstwo czasu na refleksję, jadąc do więzienia, i nie krępował się dzielić tymi refleksjami ze swoim wiernym towarzyszem.
– Naprawdę chciałbym poznać ich ojca. Skoro Joe odziedziczył po nim temperament, staruszek musiał być niezłym furiatem.
– Ich rodzinne posiłki musiały wyglądać interesująco – skomentował Jolly. – Założę się, że Jack i William dość często mówili: „Wyluzuj, tatuśku.”
– Musisz przyznać, Jolly, że to bardzo osobliwa familia. Inne rodziny wybierają się na pikniki albo na ryby. Daltonowie integrują się poprzez wspólne napady na banki. Może rzeczywiście rozdzielenie ich to dobry pomysł? Może z dala od siebie wyjdą wreszcie na ludzi?
– Albo zaczną kariery solowe i będziesz musiał łapać każdego z osobna.
– Z drugiej strony sam pomysł wydaje mi się trochę zbyt… drastyczny. To nie jest jakiś tam gang przypadkowych ludzi, tylko czterej bracia. Większość swojego życia dotąd spędzali razem. To musiał być dla nich cios. Chyba sami nie wyobrażają sobie życia bez siebie… – Westchnął ciężko. – Sam nie wiem czemu się o nich martwię. Od momentu, w którym spotkałem ich po raz pierwszy, próbowali mnie zabić. Ciągle robią mi różne numery i muszę ich prowadzić z powrotem do więzienia. To bandyci jak wszyscy inni.
– Może po prostu są tak nieporadni i głupkowaci, że wydają ci się uroczy? A może po prostu znacie się tyle lat, że zacząłeś darzyć ich sympatią? Osobiście obstawiam pierwszą opcję.
Na horyzoncie pojawił się właśnie zarys więziennej bryły osadzonej na kompletnym pustkowiu.
– Jakoś wszystkie eksperymenty resocjalizacyjne przeprowadzone na Daltonach nigdy nie zdają egzaminów. Okres próbny skończył się tym, że obrabowali swój własny bank i wprowadzili terror w miasteczku. Terapia z kolei poskutkowała tym, że zamiast sprowadzić ich na dobrą drogę, terapeuta się do nich przyłączył. Nie mówiąc już o resocjalizacji w wojsku i na ranczu. Dlaczego mam wrażenie, że teraz też tak będzie? – powiedział uśmiechając się lekko, ale zaraz spoważniał. – Tylko gorzej.
– W każdym razie będzie wesoło, kowboju. Tak jak zawsze.
Niebawem zatrzymali się kilka metrów przed główną bramą. Nagle tuż przed nimi wyskoczyła z ziemi brudna łyżka, potem przebiła się ręka, która zaczęła rozkopywać grudki gleby na boki, tworząc wielki otwór i wkrótce wychynęła zeń głowa Daltona. Na widok Luke’a, natychmiast poczerwieniała, zdradzając tożsamość swojego właściciela. Luke uśmiechnął się lekko i przywitał się swoich zwykłym tonem:
– Cześć, Joe.
Joe zawarczał z wściekłości i od razu rzucił się na kowboja, ale zaraz pojawili się Jack i William i ściągnęli go z powrotem do dziury.
– Wyluzuj, Joe – powiedział William, a Jack dodał:
– Właśnie, wyluzuj, Joe.
– Możecie już wyjść, chłopaki? – Z głębi zabrzmiał głos Averella. – Trochę tu ciasno.
– Zamknij się, Averell! – wykrzyknęli wszyscy trzej.
A potem po kolei wygrzebali się na powierzchnię i stanęli przed Lukiem, który tylko przyglądał im się z uśmiechem.
– Czego chcesz, Lucky Luke? – odezwał się pierwszy Joe.
– Chciałem was odwiedzić, chłopcy – odparł beztrosko.
– Kpisz sobie?! – wykrzyknął Joe.
Ale zanim doszło do rękoczynów, Jack i William od razu zainterweniowali, chwytając go jednocześnie za ramiona. Zaczął się miotać i krzyczeć, żeby go puścili, a oni jak zwykle mówili mu, żeby się uspokoił, co zdawało się działać – po kilku sekundach odzyskał panowanie nad sobą. Rzucił jednak Luke’owi chłodne spojrzenie.
– Joe, co robimy? – zapytał Averell. – Lucky Luke nie da nam odejść. Wracamy do więzienia?
Joe podskoczył i uderzył brata w brzuch.
– W żadnym razie. Pokonamy go i ruszamy dalej.
Luke spoważniał.
– A dokądże chcecie się wybrać?
– Jeszcze nie wiemy. Joe nam nie powiedział – odpowiedział Averell.
– Może lepiej nie podejmować żadnych pochopnych decyzji? – zaproponował Luke. – Wasza matka wyjechała właśnie, aby spotkać się z sędzią Archerem i przemówić mu do rozsądku. Możecie zniweczyć jej wysiłki, jeśli teraz uciekniecie.
Przez jakiś czas wyglądali jakby rozważali to, co przed chwilą usłyszeli, i Luke miał wrażenie, że ten argument wystarczy, aby powrócili grzecznie do swojej celi. Zaraz jednak na ich twarzach pojawiła się determinacja.
– Ale jeśli zostaniemy, rozdzielą nas – oświadczył Joe.
– Umieszczą w czterech różnych więzieniach – dodał William.
– I będziemy musieli do siebie pisać – wtrącił Averell.
– Wiesz jaki to dla nas wielki wysiłek intelektualny? – odparł Jack.
– Tak więc za żadne skarby nie wrócimy do więzienia. Będziesz musiał nas zabić – oznajmił Joe i wszyscy czterej założyli ramiona.
W końcu na szczycie murów więziennych pojawił się zaaferowany zamieszaniem przed bramą naczelnik więzienny, wraz ze swoimi strażnikami. W pierwszej chwili na jego twarzy zagościło zdumienie, ale potem ustąpiło ono miejsca uśmiechowi ulgi.
– Panie naczelniku, co robimy? – spytał jeden ze strażników.
– To co zawsze – odparł. – Czekamy, aż Lucky Luke ich tutaj przyprowadzi.
Luke przewrócił oczami nad lenistwem naczelnika i natychmiast przeniósł wzrok na Daltonów.
– Panowie, was jest czterech, nieuzbrojonych więźniów. Ja jestem jeden, ale mam kolta i tak się składa, że strzelam szybciej niż mój własny cień. Jak myślicie, kto wygra?
– Znasz nas całe lata, Lucky Luke, i myślisz, że twoje groźby zrobią na nas wrażenie? – spytał Joe, i wszyscy czterej uśmiechnęli się złośliwie.
Ale Luke był spokojny. Albowiem – jak zauważył najstarszy z Daltonów – znał ich całe lata. Tak się też składało, że znał również rozkład dnia w więzieniu. Podniósł wzrok na naczelnika i strażników i powiedział do nich:
– Dzisiaj jest puree z brokułów, prawda?
Joe, Jack i William wzdrygnęli się i spojrzeli na swojego młodszego brata. Averell najpierw się oblizał, a potem jego twarz rozpromienił błogi uśmiech.
– Tak, prawda – przyznał naczelnik. – A do tego zupa fasolowa.
Averell natychmiast dał nura do tunelu. Joe, Jack i William skoczyli za nim i wyciągnęli go z powrotem na powierzchnię. Joe szybko wymierzył mu policzek, a potem on i jego bracia zaczęli uciekać przed siebie w stronę bezkresnej pustyni. Nie przebiegli jednak kilku metrów, a pętla lassa złapała wszystkich czterech Daltonów i mocnym szarpnięciem Lucky Luke zmusił ich do powrotu do więzienia.
Nie mieli wyboru. Musieli wracać. Joe poczuł przytłaczającą go beznadzieję tej sytuacji. Nie mieli broni, nie mieli jak się wydostać z pętli, nie mieli szans. Nawet gdyby spróbowali teraz uciec, Lucky Luke zapewne znalazłby inny sposób, aby ich schwytać. Kiedy wpuścili ich znów do więzienia; kiedy poprowadzili ich długim, ciemnym korytarzem; kiedy zamknęli wszystkich czterech w nowej celi na trzecim piętrze, aby poczekali tam na przybycie ludzi, którzy mieli ich rozdzielić, Joe nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, stanie się coś złego. Jednakże nie był w stanie nic wymyśleć. Miał pustkę w głowie. Obecność Lucky Luke’a, który najpierw towarzyszył im do celi, a potem usiadł obok wejścia do niej, aby ich przypilnować, nie pomagała w skupieniu.
– Zamorduję cię, Lucky Luke! Zapłacisz za to!
– Tak, tak. – Groźby Joego zdawały się nie robić na kowboju wrażenia. Luke siedział sobie spokojnie obok drzwi i nasłuchiwał tego, co działo się w środku. – Pamiętaj, że mogę zawsze zaproponować naczelnikowi umieszczenie was w czterech różnych izolatkach. Chyba chcesz spędzić te kilka godzin z braćmi, zanim ich zabiorą?
Przez chwilę trwało milczenie, jakby Daltonowie nagle spotulnieli.
Luke poczuł się nieswojo. Bo też w istocie to mogły być ostatnie godziny Daltonów siedzących razem w jednym pomieszczeniu. To wszystko było takie dziwne…
– Spróbujcie odpowiednio spożytkować ten czas – powiedział po chwili. – Wkrótce będziecie mogli tylko do siebie pisać.
– Myślisz, że my, najgorsi bandyci na Zachodzie, będziemy tak po prostu czekać?! – wykrzyknął Joe. – Jeśli będzie trzeba przegryziemy kraty i uciekniemy. Nie będziemy siedzieć tutaj jak owce na rzeź!
– Przesadzasz z tą metaforą, Joe  – odparł beznamiętnie Luke, chociaż z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuł niepokój. – Nie chcą was przecież powiesić.
– A skąd wiesz, czy los, który nam gotują, nie będzie gorszy od śmierci? – tym razem odezwał się Jack.
– Poradzicie sobie. Jesteście najgorszymi bandytami na Zachodzie, prawda?
– Ty nic nie rozumiesz – powiedział William.
– Dlaczego miałbyś zrozumieć? – zapytał oschle Joe. – Nigdy nie miałeś rodzeństwa.
Mógłby im powiedzieć o swoich wątpliwościach. Mógłby im powiedzieć co myśli o wyroku sędziego Archera. Mógłby im podsunąć jakieś rozwiązanie ich obecnej sytuacji. Mógłby ich pocieszyć, mówiąc, że na końcu pewnie i tak znów się ze sobą połączą. Ale wiedział, że cokolwiek powie, oni mu nie uwierzą (no, może poza Averellem, a on i tak miał kiepską siłę przebicia). Za często ich zwodził. Za często pakował ich do więzienia. Za często był tym, który krzyżował im plany. Dlaczego niby mieliby wierzyć, że jest po ich stronie? Że chce im pomóc? To w końcu on doprowadził do śmierci ich kuzynów.
I czy był sens im pomagać? Czy był sens litować się nad ich losem? No więc mieli zostać rozdzieleni i co z tego? To nie było to samo, co decyzja prezydenta o powieszeniu ich. Wtedy było Luke’owi żal Daltonów. Wtedy miał wrażenie, że nie zasłużyli sobie na taki los. Teraz… teraz nie wiedział co myśleć. Zawsze uważał, że Averell miałby spore szanse, aby stać się porządnym człowiekiem, gdyby Joe, Jack i William zostawili go w więzieniu i nie ciągali za sobą. Być może nawet Jack i William wyszliby na ludzi, gdyby nie Joe. Być może rzeczywiście rozdzielenie ich było najlepszym rozwiązaniem problemu z gangiem Daltonów.
Ale z drugiej strony Luke miał nieodparte wrażenie, że to nie był dobry pomysł.
No nic. Czas pokaże. Trzeba było na razie obserwować dalszy rozwój wypadków i dopiero wtedy zdecydować, po której stronie się opowiedzieć.
Czekanie na przybycie ludzi z innych więzień było dla Daltonów mordęgą, mimo że Joe spędził całą noc i pół następnego dnia chodząc po celi uporczywie poszukując jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Cały jego wysiłek intelektualny poszedł jednak na marne i oto późnym popołudniem do więzienia przybyli strażnicy z trzech więzień, do których mieli zostać przetransportowani William, Jack i Averell (Joe miał pozostać w więzieniu, w którym obecnie przebywali).
W korytarzu rozlegały się kroki ciężkich butów co najmniej dziesięciu ludzi. Daltonowie popatrzyli na siebie i wiedzieli, że właśnie nadchodził ten moment, którego się bali. Poczuli jak coś ścisnęło ich za gardła, a oczy zaszkliły im się od łez, które chciały być wylane, ale bandyci byli zbyt twardzi, aby im na to pozwolić. Niebawem zostaną rozdzieleni. Jeśli czegoś nie zrobią, jakoś temu nie zaradzą – być może nigdy się już nie zobaczą. Jednak im głośniejsze były kroki obcych, tym bardziej nie wiedzieli co robić.
– Spróbujmy chociaż stawiać opór – powiedział Joe. – Tylko to nam pozostało.
Siedzący przed celą Luke przyglądał się idącym w jego stronę przybyszom i nawet nie drgnął. Prawdę mówiąc spodziewał się, że przybędą jeszcze później. W końcu od pamiętnej rozprawy minął zaledwie tydzień. W każdym razie teraz każde z tych więzień będzie miało swojego własnego Daltona i będzie się musiało z tym Daltonem użerać. Czy to będzie trudne zadanie, czy nie; czy będzie to koniec jego ciągłych pogoni za niesfornymi braćmi; i czy to w jakikolwiek sposób pomoże – kto to wie? Luke miał jednak złe przeczucia.
Podniósł się z krzesła, na którym siedział, a naczelnik osobiście otworzył przybyszom celę z Daltonami. Najpierw wkroczył jakiś wysoki, chudy jak szkapa mężczyzna z bokobrodami, w towarzystwie dwóch obcych strażników.
– Który z panów do William Dalton? Przybyliśmy zabrać go do więzienia w Yumie.
Daltonowie nie odzywali się, tylko uśmiechnęli złośliwie. Zawsze był problem z rozróżnieniem Jacka od Williama. Nie wyróżniali się aż tak bardzo swoimi osobowościami jak ich młodszy i starszy brat, więc dla wielu pozostawali jedną wielką niewiadomą. Toteż trudno było określić który jest który. Tak więc była nadzieja, że Daltonom się uda. I zamierzali milczeć jak grób.
Zaraz jednak ich nadzieja prysła, kiedy strażnik, który zwykle pilnował ich celi, wszedł do środka i wskazał palcem Williama.
– Tego zawsze nazywają William – wyjaśnił krótko i odszedł na bok.
Strażnicy z Yumy natychmiast przystąpili do Williama i chwycili go za ramiona, ale Jack, Joe i Averell  również go złapali i nie zamierzali oddać. Z całych sił starali się zatrzymać brata w celi. Szybko jednak do środka weszli pozostali strażnicy. Uderzyli Joe, Jacka i Averella w głowy i korzystając z ich chwilowego oszołomienia, odczepili od Williama, który natychmiast został wyprowadzony z celi, chociaż również stawiał zaciekły opór – cały czas próbował bezskutecznie wyrwać się z objęć strażników.
– Zrób coś, Joe! – krzyczał i nawet odwrócił się w stronę brata. – Błagam cię, zrób coś!
Joe rzucił się na pomoc, ale natychmiast został zatrzymany przez dwóch strażników, którzy złapali go za ramiona i unieruchomili. Wciąż krzyczący i wyrywający się William został wyprowadzony z celi. Do środka wszedł kolejny mężczyzna, tym razem niski, w średnim wieku, gruby.
– Przyszedłem po Jacka Daltona. Mamy go eskortować do więzienia San Quentin.
– To ten – wskazał po raz kolejny strażnik Daltonów.
Sytuacja znów się powtórzyła – strażnicy przystąpili do Jacka, a jego bracia próbowali uniemożliwić im wyciągnięcie go na zewnątrz. Tym razem jednak natychmiast zostali unieruchomieni i wciąż odczuwali skutki uderzenia w głowę. Jack został wyprowadzony przez dwóch strażników, twarzą do celi.
– Puśćcie mnie! Joe! Joe!
Po chwili w celi było już tylko dwóch Daltonów. A ponieważ nie trudno było zgadnąć który z nich to Joe, a który Averell, niski mężczyzna o wielkiej, okrągłej głowie kazał swoim ludziom schwytać najmłodszego z braci Dalton.
– Ale mnie się tu podoba! Zostawcie mnie w spokoju! Joe, powiedz im coś!
– Spokojnie. Jestem pewny, że więzienie w Sundance ci się spodoba – odparł niski mężczyzna.
Joe z całych sił próbował się wyrwać z uścisku  strażników, ale mógł tylko patrzeć bezsilnie jak ostatni z jego braci opuszcza celę. Na korytarzu słyszał jeszcze rozpaczliwe krzyki Averella, który wołały go i błagały o interwencję. Kiedy wreszcie ucichły; kiedy wreszcie został uwolniony z uścisku strażników i kiedy drzwi celi zamknęły się z łomotem, Joe miał silniejsze niż kiedykolwiek poczucie przegranej. Nigdy wcześniej smak porażki nie smakował tak potwornie gorzko. Nigdy wcześniej nie miał wrażenia, że zawiódł. Żadne dotychczasowe niepowodzenie nie mogło się równać z tym, że nie zdołał uchronić swoich braci przed rozdzieleniem.
Teraz był sam, w ciemnej i zimnej celi, i pierwsze co zrobił, to walnął pięścią w kamienną ścianę. Ręka natychmiast spuchła i posiniała, a nerwy zarejestrowały ból. Joe zaczął skakać z wściekłości po celi, wykrzykując przekleństwa.

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz.1

Sędzia Archer oparł brodę na jednej ręce, a palcami drugiej zaczął postukiwać w stół. Spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na ławę oskarżonych, którą zajmowała czwórka aż nazbyt dobrze znanych mu braci Dalton. Najstarszy z nich (o dziwo! – również najniższy), Joe, uśmiechnął się do starego sędziego tym złośliwym uśmieszkiem, którym zatwardziali przestępcy częstują uczciwych obywateli, obnażając tym samym swoją zwyrodniałą naturę. Po chwili jego bracia skopiowali jego wyraz twarzy.

Ława przysięgłych właśnie opuściła salę obrad, aby się naradzić, ale sędzia Archer z góry znał wyrok. Był jednym z sędziów, którzy mieli wątpliwą przyjemność sądzić i skazywać Daltonów na kolejne lata ciężkich robót. To było jak jeden wielki młyn – Daltonowie uciekali albo wynajdywali jakiś podstęp, aby wydostać się z więzienia legalnie; dokonywali kilku przestępstw, następnie Lucky Luke (który siedział teraz gdzieś z tyłu) łapał ich w ten czy inny sposób, chłopaki zarabiali kolejne lata odsiadki, a po kilku spokojnych tygodniach czy miesiącach, i tak znów uciekali z więzienia. To, że lata, które musieli spędzić w więzieniu, osiągnęły już liczbę kilku wieków, nie robiło na tych zwyrodnialcach żadnego wrażenia. Wręcz śmiali się z takiej kary. Równie dobrze Archer mógł posłać ich do kąta i oczekiwać, że przemyślą swoje postępowanie.

Joe Dalton szturchnął łokciem siedzącego obok niego Williama, a ten szturchnął Jacka, który z kolei szturchnął Averella. Wszyscy trzej spojrzeli na swojego starszego brata, a on odezwał się do nich – szeptem, ale na tyle głośno, aby sędzia mógł go usłyszeć:
– Hej, chłopaki. Reakcja właściciela banku w Cactus Gulch na nasz widok była świetna, nie? „D-daltonowie! Tak szybko po wypłatę? Przecież odwiedziliście nas po waszej ostatniej ucieczce…”
Jego bracia zachichotali rubasznie.
– Myślał, że jego nowy sejf nas powstrzyma. Nie docenił naszych czterech lasek dynamitu – dodał po chwili William i Daltonowie znów wybuchli śmiechem.
– Przed wybuchem uciekał aż się kurzyło. Pobiegł do przedsiębiorcy pogrzebowego i schronił się w jego najlepszej trumnie, a on na to: „Dziękuję za wybranie mojego zakładu, no, ale najpierw musi pan umrzeć.” – Jack również wtrącił coś od siebie i jego bracia znów zarechotali.
– A wtedy wkroczył Lucky Luke, rozbroił nas jednym strzałem i powiedział: „Dwie godziny od ucieczki z kicia. Mój nowy rekord.” I zabrał nas do więzienia – odezwał się wciąż wesoły Averell.
Joe, William i Jack nagle przestali rechotać i spojrzeli w jego stronę. Joe wskoczył na stół i już miał rzucić się na brata, gotów go rozszarpać, ale William i Jack szybko go złapali i próbowali uspokoić.
– Puśćcie mnie, idioci! Muszę mu przywalić! – wrzeszczał.
– Joe, wyluzuj – powiedział William.
– Właśnie, wyluzuj, Joe – dodał Jack.
Widok złoszczącego się jak małe dziecko i próbującego wyrwać się z objęć swoich braci Joe był tak pocieszny, że sędzia Archer prychnął śmiechem. Inni świadkowie tego dziwnego widowiska również wyglądali na rozbawionych, a kilku z nich wybuchło nawet śmiechem, tylko rozjuszając Joego jeszcze bardziej. W końcu jednak Williamowi i Jackowi udało się sprawić, że Joe się opanował i usiadł grzecznie na swoim krześle. Z rękami założonymi na ramionach rozejrzał się po sali obrad i rzucił nienawistne spojrzenie na Lucky Luke’a, a potem na Averella.
– Jasna cholera, gdyby nie to, że jesteście moimi braćmi i że rabujemy razem banki, pewnie bym was ukatrupił – wymamrotał po chwili, ale echo i tak poniosło jego słowa na koniec sali.
Brew sędziego podniosła się nieznacznie i Archer zamyślił się przez chwilę. W jego głowie właśnie zaświtał pewien pomysł. A gdyby tak ich rozdzielić? Zawsze, do jakiekolwiek więzienia by ich nie wtrącono, dzielili razem celę. Joe knuł plan ucieczki, a potem wraz z braćmi wprowadzał go w czyn. Razem się ukrywali, razem rabowali banki, razem byli pakowani do więzienia… Cholera jasna, nawet na szubienicę wchodzili kolektywnie! Byli ze sobą zadziwiająco zgrani. Ale jeśli się ich rozdzieli, Joe nie będzie miał komu komenderować, a William, Jack i Averell nie wpadną na to, jak wydostać się z paki. Być może nawet z dala od swoich wpływów wyjdą na ludzi. Sędzia Archer nie mógł  wyjść ze zdumienia, że wcześniej o tym nie pomyślał… Że inni sędziowie i naczelnik więzienia o tym nie pomyśleli!
Ława przysięgłych weszła na salę obrad. Archer wodził za nimi wzrokiem, dopóki nie zasiedli na swoich miejscach.
– Czy ława przysięgłych ustaliła już wyrok? – Pytanie w sumie bezsensowne, ale formalności musiało stać się za dość.
– Tak. – Przewodniczący przysięgły powstał. – Ława przysięgłych uznała Daltonów winnymi zarzucanych im czynów.
Po tych słowach spoczął, a sędzia Archer przeniósł swój wzrok na oskarżonych, na twarzach których malował się wyraz znudzenia. Sędzia odchrząknął, wyprostował się i oświadczył głośno i wyraźnie werdykt:
– Joe, Averellu, Williamie i Jacku Dalton, skazuję was na kolejne dwadzieścia lat więzienia.
Na ich twarzach pojawiły się znów te złośliwe uśmiechy, a potem wszyscy trzej ostentacyjnie ziewnęli. Archer znów się wyprostował i poważnym tonem kontynuował:
– Ze względu na niereformowalność podsądnych sąd nakazuje umieszczenie każdego z nich w innym więzieniu – przerwał, aby sprawdzić ich reakcję.
Nagle ich miny zrzedły i na zarośniętych twarzach wymalował się najprawdziwszy szok. Sędzia Archer mógł łatwo odgadnąć, że żaden z nich nie dowierzał własnym uszom. Siedzący z tyłu Lucky Luke najwyraźniej również był zdumiony takim obrotem sprawy. A potem Joe Dalton, którego dolna warga drgała jeszcze przez kilka chwil, zaczerwienił się ze złości, stanął na swoim krześle, oparł ręce na stole i krzyknął:
– Kpisz sobie?! Bracia Dalton nie mogą zostać rozdzieleni!
– Właśnie! – wtrącił William, a Jack dodał:
– Rodziny się nie rozdziela!
– To nieludzkie! – dołączył się do protestu Averell.
Teraz to sędzia był tym, którego twarz rozpromieniła się w złośliwym uśmieszku.
– Niemniej jednak, panowie – ciągnął dalej – nie widzę innego sposobu, aby zapobiec waszym kolejnym występkiem, jak tylko was od siebie odseparować. Z dala od siebie nawzajem nie sprawicie nam więcej kłopotów. Możecie jednak do siebie pisać.
– Słuchaj no, stary idioto! – zaczął znów Joe, podnosząc do góry palec wskazujący. – Daltonowie nie będą męczyć się z układaniem zdań, przyklejać durnych znaczków i wysyłać do siebie idiotycznych kartek tylko po to, aby porozmawiać o tym, że żarcie jest do kitu, praca ciężka, a koledzy z celi przytępawi!
– Czy mówiąc to ostatnie miałeś na myśli tylko Averella, czy nas też? – spytał Jack. Joe natychmiast się do niego odwrócił.
– Oczywiście, że tylko Averella, idioci! I nie przerywać mi mojej płomiennej przemowy, bo zabiję! – zwrócił się znów do sędziego: – Tak czy inaczej, stara prukwo, nie rozdzielisz nas! Prędzej wepchnę ci tę twoją tandetną perukę do gardła i powieszę cię na wadzę Temidy, niż ci na to pozwolę!
Archer wysłuchał tej tyrady z beznamiętnym wyrazem twarzy, a kiedy Joe już skończył i jeszcze dyszał z wściekłości, sędzia wziął swój młotek i chłodnym tonem oświadczył:
– Nie może pan nic zrobić, panie Dalton. Wyrok już zapadł i nie zamierzam go zmienić, bo pan mi grozi. – Uderzył młotkiem w stół. – Koniec rozprawy. Proszę się rozejść.
Ludzie zaczęli podnosić się ze sowich miejsc i kierować w stronę wyjścia, ale wciąż wkurzony Joe pobiegł z gotowymi do rękoczynów dłońmi do sędziego, który na ten widok zamarł. Na szczęście drogę przeciął Joemu pocisk, który przeleciał mu tuż przed twarzą, sprawiając, że najstarszy z braci Dalton zbladł ze strachu. Dopiero wtedy – ku wielkiemu rozczarowaniu sędziego – strażnicy wkroczyli do akcji. Archer zaś odwrócił się w stronę swojego wybawcy.
– Dziękuję panu, Lucky Luke.
– Zawsze do usług. – Z uśmiechem na ustach kowboj zakręcił rewolwerem i jednym szybkim ruchem włożył z powrotem do kabury.
Kiedy jednak oglądał zabieranych z sądu Daltonów, miał nieodparte wrażenie, że to nie koniec, ale początek kłopotów.

Na czas załatwienia formalności związanych z przenosinami Daltonowie mogli spędzić jeszcze kilka dni razem w jednej celi. Następnego ranka po ogłoszeniu wyroku Joe spacerował z jednego końca pomieszczenia na drugi, podczas gdy jego bracia leżeli na dwupiętrowych pryczach i przyglądali mu się.

– Próbowali nas zreformować poprzez pracę, wyleczyć terapią, ożenić, a nawet powiesić, ale nigdy dotąd nikt nas nie chciał rozdzielić!

– Co zrobimy, Joe? – zapytał William.
– Będziemy walczyć – odparł Joe nawet się nie zatrzymując. – Jeżeli te kojoty myślą, że tak po prostu damy się wsadzić do czterech osobnych więzień, to się mylą.
– A co jeśli Lucky Luke się wtrąci? – spytał nagle Averell.
Joe nagle zamarł, a po chwili odwrócił się w jego stronę. William i Jack szybko zareagowali, każąc Averellowi się zamknąć, ale Joe i tak natychmiast się zaczerwienił i skoczył na niego. Na szczęście jego brat siedział na niższej z prycz, więc Joe wylądował na jego brzuchu. Złapał go za kołnierzyk i spojrzał mu w oczy rozwścieczonym wzrokiem.
– To go ukatrupimy i sprawa załatwiona.
– Ależ Joe… – zaczął Averell, jednak lewy sierpowy brata nie pozwolił mu dokończyć.
– Posłuchaj mnie, Averell: Choćbyśmy mieli stanąć do walki nawet z Lucky Lukiem, nie pozwolimy mu nas rozdzielić.
– Co zamierzasz zrobić, Joe? – zapytał Jack.
Najstarszy z braci Dalton zeskoczył na ziemię i spojrzał na pozostałych z uśmiechem.
– To co robimy zawsze: wykopiemy tunel i uciekniemy.
Na szczęście dla nich zostali umieszczeni w swojej starej celi. Toteż Joe podważył kafelek w podłodze, pod którym krył się wykopany przez nich poprzednim razem tunel, i odstawił go na bok. Wyglądało na to, że strażnicy zdążyli go już zakopać. Następnie wziął swoją łyżkę.
– Bierzmy się do pracy.