Recenzja: Nancy Drew. Tajemnica starego zegara

Niedawno doszłam do wniosku, że ostatnio mam szczęście. Jeszcze trzy-cztery lata temu usłyszałabym o jakiejś książce, która w USA jest hitem, i byłoby mi smutno, że nie mogę jej dostać w Polsce, a teraz coraz częściej widzę w polskich księgarniach takie książki jak Ostatnie dzieciaki na Ziemi, Ella Zaklęta, Jak wynaleźć wszystko, czy Jak wytresować smoka i od razu wiem, co wkrótce będę czytać.

Jednymi z książek, których przez całe lata żałowałam, że nie mogłam przeczytać, była seria o Nancy Drew. Tak się składa, że ta bohaterka ma swoje zasługi dla kryminału i literatury młodzieżowej, chociaż Polacy nie zdają sobie z tego tak do końca sprawy. Kiedy zaś dowiedziałam się, że wydano w Polsce dwa pierwsze tomy oryginalnych powieści (niechybnie w związku z serialem CW, który ostatnimi czasy święci triumfy w telewizji), postanowiłam przeczytać pierwszy tom, czyli Tajemnicę starego zegara.

Czytaj dalej „Recenzja: Nancy Drew. Tajemnica starego zegara”

Październik z Agathą Christie – Recenzja: Agata i prawdziwe morderstwo (oraz Agatha and the Curse of Ishtar)

W 1926 roku Anglią wstrząsnęła wiadomość o tajemniczym zniknięciu Agathy Christie. Przez 11 dni policja i wojsko szukało pisarki, a Artur Conan Doyle zorganizował nawet seans spirytystyczny, aby odnaleźć koleżankę po piórze. Ponieważ jakiś czas przed zniknięciem wydało się, że pułkownik Archibald Christie miał romans z młodszą kobietą, a pani Christie nie chciała mu dać rozwodu, aby mógł ożenić się z kochanką, zaczęto podejrzewać, że to mąż zabił żonę. W końcu jednak przyszła Królowa Kryminału się odnalazła w spa, twierdząc, że niczego nie pamięta.

To słynne zaginięcie Agathy Christie do dziś stanowi jedną z najbardziej tajemniczych spraw w historii i jest źródłem wielu teorii. Jedna z nich – prawdopodobnie najpopularniejsza – głosi, że Agatha próbowała ukarać męża za niewierność, pozorując własną śmierć. Wychodząc od tej teorii w 1979 roku powstał film Agata z Vanessą Radgrave jako Christie i Dustinem Hoffmanem jako dziennikarzem idącym jej tropem.

Wydawałoby się, że słynne zniknięcie Agathy Christie powinno być zaczynem do mnóstwa powieści i filmów historical fiction, w których proponowano by jego różne rozwiązania. Niemniej jednak – poza Agatą – jedynymi dziełami, które brały się za tę historię, był odcinek Doktora Who pod tytułem The Unicorn and The Wasp oraz koreański musical Agatha z 2015.

I otóż w grudniu 2018 roku miał premierę film telewizyjny Agata i prawdziwe morderstwo (Agatha and the Truth of Murder), w którym zaproponowano całkiem inną teorię: Co jeśli podczas swojego zniknięcia przyszła Królowa Kryminału działała pod przykrywką, aby rozwiązać zagadkę morderstwa?

Czytaj dalej „Październik z Agathą Christie – Recenzja: Agata i prawdziwe morderstwo (oraz Agatha and the Curse of Ishtar)”

Recenzja: A Voice From the Dark

Ci, co znają Channel Awesome, pamiętają, że jedną z najbardziej interesujących rzeczy, które zdarzały się na stronie, były monumentalne crossovery robione co roku i wiążące się z przeróżnymi przygodami jakie producenci tworzący na stronie przeżywali razem podczas tychże crossoverów. Pomijając wielką rozróbę, która zrodziła się z rywalizacji Nostalgia Critica i Angry Video Game Nerda oraz serię krótkich filmów robionych w ramach Uncanny Valley, właściwe rocznicowe crossovery były trzy: Kickassia (opowiadająca o tym jak Nostalgia Critic i inni krytycy przejęli pewną mikronację), Subarbian Knights (gdzie mierzyli się z magiem chcącym pozbyć się technologii) i To Boldly Flee (gdzie wyruszyli w kosmos, aby zobaczyć, co się dzieje na księżycu Europie). Fani czekali na rocznicowe filmy, bo takie zatrzęsienie ich ulubionych producentów Channel Awesome w jednym miejscu było niesamowite, a i humor był niczego sobie.
Potem jednak pojawił się ruch #ChangeTheChannel i nagle nie tylko owi producenci zaczęli opuszczać Channel Awesome, ale też dowiadywaliśmy się, co działo się za kulisami rocznicowych crossoverów. Mimo że były momenty, kiedy krytycy czuli satysfakcję i radość z bycia razem, sposób, w jaki szefowie kanału i sam Nostalgia Critic ich traktowali, sprawił, że trudno było się cieszyć z rocznicowych crossoverów. Po masowym exodusie producentów i po tym wszystkim, co przeżyli, wydawało się, że nie uświadczymy czegoś na miarę Kickassii czy Suburbian Knights – tej niesamowitej przygody, w której biorą udział „internetowe persony”, które zdążyliśmy już poznać i pokochać.
Jednakże pod koniec zeszłego roku Linkara zaczął wspominać na Twitterze coś o „Sekretnym Projekcie”, nad którym pracował. Po jakimś czasie również inni producenci zaczęli coś mówić o tymże Sekretnym Projekcie, więc wyglądało na to, że szykowało się coś niesamowitego. Wreszcie na wiosnę Linkara wypuścił zwiastun A Voice From the Dark – słuchowiska, w którym on i kilku innych byłych producentów CA – tych starych i tych, którzy dołączyli do strony nieco później – wzięło udział.

Fabuła zarysowuje się tak: dawno, dawno temu niejaki Scarsdale zbudował wielki dom, a potem zniknął w tajemniczych okolicznościach, próbując powstrzymać coś, co było w tymże domu uwięzione. W czasach współczesnych Linkara, Marzgurl i paru innych byłych producentów Channel Awesome dostaje tajemnicze zaproszenie, aby przybyć do Scarsdale Manor na poszukiwanie skarbów. Na początku wszystko idzie świetnie – nasi bohaterowie cieszą się z ponownego spotkania i z poznawania nowych ludzi, których nie mieli okazji poznać wcześniej. Potem jednak dzieje się coś niespodziewanego – podłoga się pod nimi zapada i goście zostają uwięzieni w podziemnych katakumbach i rozdzieleni na cztery małe grupki. Co więcej, wkrótce każda z grup natyka się na rzeczy świadczące o tym, że w Scarsdale Manor dzieje się coś niedobrego: spotykają duchy, zombie, szalonego naukowca i upiorną, ożywioną lalkę. Nasi bohaterowie muszą więc z jednej strony powstrzymać zło, które czai się w Scarsdale Manor, a z drugiej znaleźć sposób, aby się z domu wydostać i przeżyć.
Zacznijmy może od tego, że za scenariusz tego słuchowiska odpowiadają Linkara i Leslie Rice, znany też jako Terror Obscura. Ktokolwiek oglądał Linkarę przez dłuższy czas, zda sobie sprawę, że facet ma wprawę w tworzeniu linii fabularnych, a kilka z nich nawet ocierało się o tak zwany cosmic horror. Leslie Rice zaś nie tylko recenzował filmy grozy i omawiał horror jako gatunek, lecz także od kilku lat tworzy serię The Signal, w której czytane są opowiadania grozy – Terror Obscura ma więc doświadczenie w tworzeniu słuchowisk.
Inni producenci również mieli na przestrzeni tych kilku lat swoje odjechane przygody. Wszyscy kojarzą, że Linkara ma statek kosmiczny, ale Luke z Rocked dziwi się, dlaczego wśród gości znajduje się H.P. Lovecraft i jeden z recenzentów wyjaśnia mu, jak to w jakichś dziwnych okolicznościach pisarz został wskrzeszony i jak doszło do powstania serii Ask Lovecraft. Suede wszędzie chodzi z mieczem samurajskim, Diamanda Hagan jest dyktatorem państwa o nazwie Haganistan, ERod ma magiczny młotek… jednym słowem dziwność nie jest tym ludziom obca.
Linkara bardzo się postarał, aby oddać charakter każdej „internetowej persony” (przygotował się jeszcze do tego zadania, nie tylko oglądając filmy innych producentów, ale też pytając ich o różne rzeczy i zachęcając do tego, aby dodawali coś od siebie) i to czuć w scenariuszu. Nie mogę wypowiadać się na temat wszystkich producentów, bo wielu z nich w ogóle nie kojarzę, ale w A Voice From the Dark występuje kilku z moich internetowych ulubieńców (ERod, Maven of the Eventide, Lotus Prince, Dena Natali i Dominic Smith) i w żadnym momencie nie miałam wrażenia, że są OOC. Każdy ma swój głos, każdy gra siebie i nie ma tam takiej sytuacji, jaka była przy Film Brainie w filmach rocznicowych – że ich charakterystyka została wyrzucona do kosza na rzecz głupawej wizji reżysera konkretnego bohatera.
Również postaci poboczne wyszły całkiem nieźle. Goofy Gary (czyli nawiedzona lalka) jest irytujący, ale i na swój sposób upiorny; a szalony naukowiec ma w sobie jakąś chłodną elegancję, przez co to jego szaleństwo nie jest przeholowane. Jedynie Sally, która przez pewien czas jest jedyną osobą z pewnej ekipy nie zmienioną w zombie, wydaje się taka… mało ciekawa (poza tym jej portret wygląda tak, jakby była ubrana jak na bal, a nie w strój roboczy dźwiękowca). Na tle pozostałych postaci pobocznych, które są bardziej wyraziste (poniekąd również dlatego, że są antagonistami), Sally po prostu wypada słabo. Może to też kwestia tego, że Sally ma być kimś, kto nie walczy i stoi z boku, kiedy inni, bardziej zaznajomieni z makabrą ludzie, biorą na siebie całą akcję.
Z punktu widzenia fabularnego A Voice From the Dark jest całkiem dobrym horrorem komediowym. Czerpie garściami z cosmic horroru – od samego początku wiemy, że Scarsdale Manor jest nie tyle nawiedzonym domem, co miejscem, gdzie ukrywa się jakieś pradawne zło, którego nie można wyciągnąć na zewnątrz; a im więcej dowiadujemy się o tym pradawnym złu, tym bardziej przypomina ono Wielkich Przedwiecznych. Z drugiej strony jednak – jak już wspominałam wyżej – wielu byłych producentów w swoich własnych filmikach nieraz mierzyła się z gorszymi stworami i je pokonywała, tak więc reagują bardziej irytacją niż strachem na to, że znowu muszą się plątać w jakieś bagno. Poza tym jest jeszcze humor, który bierze się z samych postaci i z ich relacji z innymi (Diamanda znęca się nad swoim pomagierem, Marzgurl męczy upiorną lalkę, która ciągle opowiada jakie to złe rzeczy spadną wkrótce na naszych bohaterów; Lovecraft ciągle wygłasza ponure ostrzeżenia, których nikt nie bierze na poważnie; Welshy wszędzie chodzi z małpką-zabawką, Dom wciąż mówi do Luke’a z Rocked, że są najlepszymi przyjaciółmi, a Luke’a to irytuje… jednym słowem jest zabawa).
Sam pomysł ze słuchowiskiem jest fenomenalny. Z jednej strony bohaterowie mają charakterystyczne głosy i sposób mówienia, więc aktorstwo głosowe wychodzi im całkiem dobrze. Z drugiej strony, polegając głównie na dźwięku, wiele rzeczy pozostawiane jest naszej wyobraźni. Wydaje mi się, że z punktu widzenia realizacji, słuchowisko jest pod pewnymi względami łatwiejsze i daje więcej możliwości, już choćby przez to, że wyobraźnia słuchacza wypełnia luki. Na przykład, w pewnym momencie jedna z grup natyka się na potwora i tylko kilka linijek poświęcone jest jego opisowi. Wydaje mi się, że gdyby ktoś ten opis próbował wprowadzić w życie, czy to za pomocą CGI, czy to za sprawą charakteryzacji, to ten potwór wyszedłby raczej marnie.
Słuchowisko składa się z sześciu części (oczywiście prawie każda część A Voice From the Dark kończy się cliffhangerem, tak więc od razu słuchacz chce poznać dalszy ciąg). Aby ułatwić słuchaczom orientowanie się, kto co mówi w czyim towarzystwie, na ekranie pojawiają się portrety poszczególnych bohaterów, które świecą się w momencie, kiedy poszczególne postaci wypowiadają swoje kwestie (same portrety zresztą – nawet jeśli większość z nich przypomina awatary, którymi producenci posługują się na co dzień w serwisach społecznościowych – są narysowane w taki sposób, że wpasowują się w ogólny klimat słuchowiska).
Ponieważ jest to pierwszy tak wielki crossover od odejścia wielu ludzi z Channel Awesome, A Vocie From the Dark ma kilka nawiązań, tak do rocznicowych filmów, jak i do strony w ogóle. Na początku to tylko rozmowy między poszczególnymi producentami, potem zaś, im bardziej ich przygoda staje się podobna do Suburbian Knights czy To Boldly Flee, tych nawiązań jest coraz więcej. Sama nazwa strony nie pada, ale jeśli ktoś śledził albo chociaż oglądał film dokumentalny Cinematic Venoma o #ChangeTheChannel (nawiasem mówiąc, naprawdę polecam tym, którzy nie wiedzą o co chodzi, a chcieliby wiedzieć), to zrozumie aluzje, jakie pojawiają się tu i tam. W dużej mierze dramatyzm w słuchowisku bierze się nie tylko z sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie i z zagrożeń, które na nich czyhają, ale właśnie z tego, że nagle wychodzi na jaw pewna tajemnica, która przypomina pozostałym postaciom o ich doświadczeniach z CA. W pewnym sensie to słuchowisko jest taką formą uporania się z tymi doświadczeniami, a jednocześnie jest to pochwała braterstwa, jakie się przez te wszystkie lata uformowało wśród byłych producentów Channel Awesome.
Cieszę się, że A Voice From the Dark powstał. Włożono w niego mnóstwo pracy, historia jest interesująca, a wykonanie świetne. Mam nadzieję, że nie będzie to też ostatni crossover, jaki ta ekipa razem zrobi, bo aż chce się zobaczyć (i usłyszeć!) ich wszystkich jeszcze raz. Oby to był początek nowej, lepszej tradycji.

Recenzja: Star Trek: Następne Pokolenie

Pierwotnie ten tekst miał być opublikowany jutro, ale ponieważ mogę wtedy nie mieć dostępu do internetu, publikuję go dzisiaj.

8 września 1966 miała premierę oryginalna seria Star Treka. O tym jak wielki wpływ na popkulturę wywarł ten serial chyba nie muszę nikomu mówić. Przez lata Star Trek niósł przesłanie o świetlanej przyszłości ludzkości, a jednocześnie podejmował kwestie etyczne i filozoficzne. Jest on również uważany za jednego z pionierów science-fiction w telewizji (tuż obok Strefy Widmo i Zagubionych w kosmosie).
Przez lata Star Trek: Oryginalna Seria, był dla mnie jedynie słusznym Star Trekiem. Wiedziałam, oczywiście, że jest całe startrekowe uniwersum, czekające na odkrycie – od Następnego Pokolenia po Voyagera – ale nie paliłam się do poznania go. Być może była to kwestia przeświadczenia, że żadna załoga nie dorówna Kirkowi i spółce, a być może chodziło o to, że jako mała dziewczynka widziałam jakieś fragmenty Następnego Pokolenia i Stacji Kosmicznej i sprawiły one, że dopiero w gimnazjum przekonałam się do Star Treka.
W końcu jednak zapragnęłam jednak wyjść poza Oryginalną Serię i poznać wreszcie te inne załogi Enterprise (i nie tylko). Wypadało też dowiedzieć się, dlaczego fani uważają, że Następne Pokolenie jest równie dobre, co pierwszy Star Trek, i czemu ludzie wciąż debatują na temat tego, kto jest lepszym kapitanem: Kirk czy Picard.
Zajęło mi to dwa lata. Wielokrotnie przerywałam oglądanie na długie tygodnie, ale wreszcie udało mi się obejrzeć wszystkie siedem sezonów Następnego Pokolenia. Nie powiem, była to bardzo ciekawa i wzbogacająca podróż, choć i tak pewne jej elementy mi się dłużyły. Ta recenzja jest więc zbiorem moich wrażeń na temat serialu, jego postaci i wątków.

W tym momencie zwykle piszę w recenzjach opis fabuły recenzowanego dzieła, jednak – podobnie jak jego legendarny poprzednik – Następne Pokolenie jest właściwie zbiorem pojedynczych przygód, które przytrafiają się naszym bohaterom, i zwykle można je oglądać nie po kolei. Pomówmy więc o bohaterach, bo wydaje mi się, że oni najbardziej rzucają się w oczy.
Przede wszystkim kapitan Jean-Luc Picard. Od samego początku jest to zupełnie inny bohater od Kirka, już choćby przez to, że jest samotnikiem, ale to, co uderza w jego przypadku najbardziej, to to, że jest to człowiek oczytany i żywo zainteresowany innymi kulturami (i być może to wpływ Patricka Stewarta, który jest przecież aktorem szekspirowskim). To właśnie wydawało mi się w nim najbardziej unikalne. Dodajmy do tego kogoś, kto ma dyplomatyczne podejście, ale nie boi się podjąć stanowczych działań; a do tego troszczy się o swoją załogę, i mamy bohatera, który patrzy na ludzką naturę przez pryzmat historii, tradycji i sztuki.
Pierwszym oficerem kapitana Picarda jest William Riker… I tutaj muszę wyjaśnić, że ja grającego Rikera Jonathana Frakesa znam z serialu Nie do wiary, prawda czy fikcja, gdzie był prowadzącym, a jego zadaniem było zapowiadanie kolejnych opowieści i budowanie mrocznej atmosfery. Dlatego też zdziwiłam się, kiedy okazało się, że zaczynał karierę w Star Treku.
Jako postać Riker mnie ani ziębi, ani grzeje, chociaż denerwuje mnie to, że duży nacisk jest położony na jego relacje z doradczynią Troi, z którą Riker miał kiedyś romans i do której nadal coś czuje. I też czasem ma się wrażenie, że nadal ich coś łączy. Był nawet odcinek, w którym cała załoga straciła pamięć i w rezultacie Riker się przespał z kimś, a potem, kiedy już załoga odzyskała pamięć Troi potraktowała Rikera tak, jakby właśnie ją zdradził, i ja już wtedy w ogóle nie wiedziałam, na czym polega ich związek.
Natomiast powiem tak: doradczyni Troi i cały koncept jej postaci mi się bardzo podoba. Ot, pokładowy psycholog, który jest w dodatku empatą. Fajny pomysł i całkiem niezłe wykonanie. Przy czym zanim w ogóle zasiadłam do oglądania Następnego Pokolenia, słyszałam opinie, jakoby jej rola ograniczała się do mówienia oczywistości (no bo po twarzy widać, że ktoś jest wściekły albo coś knuje). Ja osobiście nie odniosłam takiego wrażenia. Być może Troi była taka na początku serii, ale z czasem stała się kimś więcej i ja ją bardzo polubiłam.
Jednakże niewiele odcinków jej poświęconych mnie interesowało. Tak samo jak niewiele odcinków poświęconych doktor Crusher. Powód tego jest prosty: zaskakująco dużo epizodów koncentrujących się na którejś z pań, opierało się na schemacie, że one przeżywały romans z kimś, kto potem okazywał się albo mieć złe zamiary względem nich, albo być poza zasięgiem.
Generalnie doktor Beverly Crusher, jako lekarz pokładowy, nie przypadła mi do gustu. Tak, jest ciekawą postacią, jednakże za każdym razem, kiedy czytałam w opisie odcinka, że będzie on skoncentrowany na niej, oglądałam go bez entuzjazmu, bo wiedziałam, co tam znajdę: doktor Crusher i Picarda wzdychających do siebie, co na dłuższą metę było irytujące.
Zdecydowanie bardziej od doktor Crusher, lubiłam doktor Pulaski, która niestety była na Enterprise tylko jeden sezon, zanim doktor Crusher nie wróciła. Doktor Kathrine Pulaski jest powszechnie nielubiana przez fandom ze względu na to, że twórcy próbowali zrobić z niej damskiego Bonesa (doktora McCoya), co nie zdawało egzaminu, bo Data (będący poniekąd odpowiednikiem Spocka) nie mógł odpowiedzieć na jej zaczepki tak jak Spock odpowiadał na zaczepki doktora McCoya. Z czasem jednak doktor Pulaski zmieniła nastawienie względem Daty i stała się interesującą postacią sama w sobie, i trochę mi żal, że zniknęła, tak po prostu.
Skoro już omówiliśmy McCoya w tej serii, przyjrzyjmy się ichniemu Spockowi, czyli Dacie. Data jest androidem żywo zafascynowanym ludzkością i pragnącym stać się człowiekiem. Jest też jedną z postaci, które mają najbardziej interesujące odcinki sobie poświęcone. Z jednej strony mieliśmy cały wątek związany z przeszłością Daty i jego rodziną (jego twórcą, doktorem Soongiem, oraz złym bratem, Lorem), a z drugiej pytanie o to, jakie Data ma prawa jako android i jak dąży do zbliżenia się do człowieczeństwa (na przykład, jest odcinek o tym jak tworzy sobie córkę i uczy ją wszystkiego, co sam umie). Poza tym jest on tak przemiłą postacią, że trudno go nie lubić.
Drugim bohaterem, którego bardzo polubiłam, jest Worf, Klingon będący oficerem Gwiezdnej Floty. Czytałam gdzieś, że Gene Rodenberry, twórca Star Treka, żałował, że traktował Klingonów w Oryginalnej Serii jak sztampowych złoczyńców i dlatego w Nowym Pokoleniu chciał ich pokazać jako bardziej skomplikowane społeczeństwo. W rzeczy samej, niejako poprzez Worfa poznajemy klingońską kulturę, filozofię, a nawet mitologię. Worf kultywuje tradycje przodków, traktuje swoje dziedzictwo bardzo poważnie i pragnie przekazać je synowi, Alexandrowi (którego też bardzo lubię; słodki jest). Jednocześnie nie jest stereotypowym, ciągle szukającym bitki Klingonem, tylko kimś, kto stara się postępować honorowo i któremu zależy na przyjaciołach i członkach załogi.
Głównym inżynierem na Enterprise jest Gordie LaForge. Tak jak w przypadku Rikera, Gordie nie jest postacią, którą jakoś szczególnie lubię, ale na pewno znoszę ją o wiele lepiej od pierwszego oficera Enterprise. Po części dlatego, że ma fajne relacje z Datą (można śmiało powiedzieć, że łączy ich przyjaźń na poziomie intelektualnym). Gordie jest też niewidomy, ale to nie jest główna cecha jego postaci. Gordie kocha swój statek i lubi wprowadzać do niego ulepszenia. Jest takim pięknym przykładem przyszłości, w której osoba niepełnosprawna może realizować swoją pasję i swobodnie funkcjonować.
Wspominałam o doradczyni Troi i o doktor Pulaski, ale jest jeszcze jedna postać, o której wcześniej słyszałam mnóstwo negatywnych rzeczy, a po obejrzeniu serii zdałam sobie sprawę z tego, że są one nieco przesadzone. Tą postacią jest Wesley Crusher, syn doktor Crusher, który zyskał wśród fanów status Gary’ego Stu.
Widzicie, w pewnym momencie w pierwszym sezonie pojawia się istota nazywana Wędrowcem i mówi załodze Enterprise, że Wesleyowi przeznaczona jest świetlana przyszłość, gdyż jest on supergeniuszem. I też w pewnym momencie kapitan Picard bierze na siebie przygotowanie Wesleya do Akademii Gwiezdnej Floty, a i wiele odcinków pokazuje, że Wesley ma dobre pomysły, które ratują potem statek przed katastrofą. Mimo wszystko jednak nie odniosłam wrażenia jakoby był Gary’m Stu (no cóż… przynajmniej do ostatniego odcinka z Wesleyem jako jednym z bohaterów). Zdarzają się sytuacje (zwłaszcza później), w których Wesley nie ma racji i popełnia głupie błędy (chociażby jak już trafia do Akademii). Ma też bardzo ciekawe relacje z kapitanem, który z jednej strony nie czuje się zbyt dobrze w jego towarzystwie, a z drugiej próbuje nim pokierować (a pamiętajmy, że ojciec Wesleya zmarł, kiedy on był dzieckiem). Sam Wesley nieźle to ujął: „Nie lubi pan dzieci. A szkoda, bo byłby pan dobrym ojcem.”
Oczywiście są także postaci wspierające albo powracające w każdym sezonie. I tutaj, na przykład, nigdy nie przepadałam za odcinkami z Q i matką Troi, Loxwanną, bo oboje mnie denerwują swoim zachowaniem (Q ciągle trolluje załogę Enterprise, a Loxwanna wprowadza zamęt i za bardzo klei się do Picarda). Natomiast chorążego Barclaya oglądało mi się z przyjemnością, choć jest on neurotycznym psychosomatykiem.
Czasami owymi powracającymi postaciami są rasy, z którymi Enterprise ma styczność jako jednostka Federacji. A tak się składa, że ciągnącym się wątkiem serialu jest kruchy pokój z Cardassianami, którzy co chwila coś knują; oraz Federacja stojąca na granicy wojny z Romulanami. Następne Pokolenie wprowadza też Ferengi, którzy niby przez lata nie kontaktowali się z Federacją; niby prawie nic o nich nie wiadomo, no ale jednak od odcinka, w którym pojawiają się po raz pierwszy, nagle zdają się być prawie wszędzie (nawet na Stacji Kosmicznej 9).
A skoro już jesteśmy przy rasach, to siłą rzeczy charakteryzacja w Następnym Pokoleniu jest o wiele lepsza od tej w Oryginalnej Serii, ale o ile tam mieliśmy przeważnie ludzi pomalowanych na różne kolory, o tyle tutaj mamy takich z licznymi protezami na twarzy. W zasadzie niektóre rasy są tak do siebie podobne w tym, że mają wielkie, pofałdowane czoła, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy czasem się Picardowi i spółce nie myli jedna rasa z drugą.
No i oczywiście estetyka… Mimo wszystko każda seria science-fiction musi być w ten czy inny sposób zainspirowana technologią i estetyką czasów, w jakich jest tworzona. I też tutaj mamy getry, sweterki, lycrę… Ale poza tym przyciemnione światło i ciepłe kolory na mostku. Do tego Borgowie – nowy przeciwnik, który został wprowadzony do Star Treka właśnie w Następnym Pokoleniu – wydają się trochę kiczowaci ze swoimi mechanicznymi młynkami zamiast rąk i wystającymi tu i ówdzie kablami. I też jak porównamy ich z takim Datą podczas rutynowych napraw (gdzie fragment jego głowy jest usuwany i widzimy małe światełka i kabelki) od razu widać ten kontrast.
Efekty specjalne dają radę (zwłaszcza na blue screenie), ale pamiętajmy, że to jednak przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a serial miał (mimo wszystko) ograniczony budżet, zwłaszcza względem filmów. Niektóre rzeczy jednak wychodzą gorzej, choć CGI się zestarzało całkiem-całkiem. Inna sprawa, że również oryginalny Star Trek musiał sobie radzić z ograniczeniami technologicznymi i właściwie oglądałam go nie dla efektów, tylko dla historii.
No właśnie, jak sobie radzi Następne Pokolenie z punktu widzenia fabularnego? O kilku rzeczach już mówiłam w tym tekście, ale co z poziomem opowiadanych historii tak w ogóle? Oryginalny Star Trek, mimo że schematyczny, poruszał jednak różne kwestie etyczne i społeczne, a przy tym przedstawiał różne ciekawe koncepty sci-fi i pozaziemskich społeczeństw. Następne Pokolenie nie ustępuje poprzednikowi w tym względzie, choć wiele odcinków oglądałam ratami, nieraz w odstępie kilku tygodni, bo dopiero później robiły się interesujące. Na przykład, był odcinek, w którym Picard (dzięki pewnej sondzie) przeżył prawie całe życie jako członek nieistniejącej już cywilizacji, choć na zewnątrz trwało to tylko kilka minut (odcinek zaczynał się powoli, a na końcu sprawił, że zachciało mi się płakać). W innym odcinku mieliśmy rasę, która porozumiewa się poprzez metafory i załoga musi zrozumieć, co one znaczą. Kiedy indziej Enterprise odwiedził podróżnik w czasie, który twierdził, że jest historykiem i przybył, aby zobaczyć na własne oczy jak zakończy się pewien konflikt. Trafiały się również odcinki w najlepszym razie średnie, które w sztampowy sposób podchodziły do danego konceptu (na przykład, planeta, na której panuje matriarchat), a niektóre historie zestarzały się gorzej z powodu zmian norm społecznych.
Ogólny werdykt jest taki: cieszę się, że zapoznałam się ze Star Trek: Następne Pokolenie. Ma on pewne elementy, które mnie denerwowały, ale z drugiej strony ma też fantastycznych bohaterów i po latach trzyma poziom. Nie powiem, który serial jest lepszy – Oryginalna Seria czy Następne Pokolenie – bo, obie są na swój sposób unikalne i mają swoje wady i zalety. Niemniej jednak teraz już wiem, dlaczego Następne Pokolenie cieszy się tak dużą miłością wśród fanów.
Pozostaje mi więc ruszyć w dalszą podróż po uniwersum Star Treka. Może niedługo wezmę się za Stację Kosmiczną?

Czerwiec z Supermanem – Sezon pierwszy "Kryptonu" (recenzja)

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do pierwszego sezonu Kryptonu.

Jeszcze kiedy Arrowverse zaczynało się rozpędzać, a Gotham wchodziło na antenę, już pojawiały się informacje o tym, że w planach jest serial o ojczystej planecie Supermana. Na początku Krypton miał być osadzony w tym samym uniwersum co obecne filmy Warnera i DC… co było zrozumiałe, bo wielu ludzi uważało, że najciekawszym elementem Człowieka ze Stali był właśnie początek mający miejsce na Kryptonie. Jednakże z czasem producenci postanowili, że Krypton powinien być oddzielony od DC Extended Universe i od Arrowverse (a więc nie ma nic wspólnego z Kryptonem z Supergirl, na przykład).
Ja osobiście nie byłam zainteresowana Kryptonem. Po części dlatego, że producentem miał być David S. Goyer (którego ja kojarzyłam głównie ze stwierdzenia, że Hulk jest nerdowską power fantasy, a She-Hulk nadaje się na gwiazdę porno); a po części dlatego, że wydawał mi się wtedy powstawać na fali popularności Gotham, a przecież mieliśmy już kiedyś supermanowski odpowiednik GothamSmallville.
Mimo wszystko jednak kiedy w kwietniu wyszedł pierwszy odcinek, z ciekawości go obejrzałam i był… taki sobie. Potem obejrzałam drugi i się wciągnęłam nieco bardziej.

Głównym bohaterem Kryptonu jest Seg-El – przyszły dziadek Człowieka ze Stali. Dziadek Sega, Val-El, zostaje postawiony przed sądem za szerzenie herezji o tym, że poza Kryptonem istnieje życie i że Kryptonowi grozi niebezpieczeństwo. Val zostaje skazany na śmierć, a ród El – pozbawiony rangi (czyli dobrego imienia i pozycji). Seg dorasta więc wśród nizin społecznych i dorabia bijąc się za pieniądze w barze swojego przyjaciela, Kema. Traf jednak sprawia, że pewnego dnia Seg ratuje przed atakiem terrorystycznym Wielką Radę i niejaki Daron-Vex proponuje młodzieńcowi powrót do elit poprzez małżeństwo ze swoją córką, Nyssą (co w rezultacie oznaczałoby, że Seg przyjąłby nazwisko Vex). Wydaje się, że przed Segiem roztacza się cudowna przyszłość, jednak nagle pojawia się obcy, Adam Strange, który twierdzi, że pochodzi z Ziemi i został wysłany, aby ostrzec Sega przed niebezpieczeństwem w postaci Kolekcjonera Światów, Brainiaca.
Tak więc główny wątek, to wątek Brainiaca, który najpierw wysyła sondy na Kryptona, a potem sam na niego przybywa. W pewnym momencie pojawia się też kwestia tego, czy Brainiac powinien w ogóle zostać powstrzymany, skoro to, że Kolekcjoner Światów zamknął w butelce stolicę Kryptona, Kandor, zaowocowało potem katastrofą, która pochłonęła planetę i zmusiła Jor-Ela do wysłania jedynego syna na Ziemię. Jednocześnie mamy wątek ściśle polityczny – Darona-Vexa, który chce obalić rządy Głosu Rao; Lytę-Zod, kochankę Sega i jedną z wojowniczek Sagitari, która przeżywa konflikty moralne związane ze swoją pozycją; matkę Lyty, Jaynę-Zod, która musi wybierać między rodziną a honorem; Nyssę, która ma własne plany co do Sega; i w końcu tajemniczego przywódcę organizacji terrorystycznej Czarne Zero.
Sam Krypton przedstawiony jest jako bardzo klasowe społeczeństwo. Mamy rządzące Kryptonem rody z rangami; mamy gildie, mamy niziny społeczne, czyli bezrangowców, a ponadto anty-rządowe Podziemie. A żeby było ciekawiej każde dziecko „rangowców” ma już określoną przyszłość – komora Genesis wyznacza gildię, do której przyszły obywatel będzie należeć; a w wojsku istnieje sposób przejęcia władzy poprzez próbę walki. Mamy więc takie dziwne połączenie społeczeństwa plemiennego i teokracji z wysoko rozwiniętą technologią (przy czym pojęcie honoru Kryptonianie mają specyficzne). Można tutaj odnaleźć ślady tego Kryptona z Człowieka ze Stali, gdzie genetycznie uwarunkowany generał Zod stoi przed Wielką Radą w dziwnych strojach. I o ile owa Wielka Rada w różnych adaptacjach opowieści o Supermanie nie słuchała ostrzeżeń Jor-Ela, bo uważała, że sieje niepotrzebną panikę, o tyle tutaj jest ona gotowa skazać na śmierć dziadka Sega za to, do jakich wniosków doszedł podczas swoich badań kosmosu.
Seg-El jako bohater jest ciekawy nie tyle poprzez swoją osobowość, co przez sytuację, w której się znalazł. Bo oto on – potomek upadłego rodu, próbujący żyć z dnia na dzień „bezrangowiec” – ze wszystkich stron jest informowany o tym, że jego czyny będą decydować o życiu wielu istnień, zarówno na Kryptonie, jak i na Ziemi. Adam Strange wręcz zawiesza mu w Fortecy Samotności pelerynę Supermana, która powoli zaczyna znikać i jej właściciel może zostać na zawsze wymazany z linii czasowej. Seg chce stworzyć lepsze jutro, ochronić Krypton przed Brainiakiem, chociaż musi się mierzyć nie tylko z nieokreśloną przyszłością, lecz także grzechami swoich przodków z przeszłości.
W rzeczy samej, serial próbuje zbudować Supermanowi jakieś dziedzictwo. Pokazać nam jaki był ten ród El, za czym stał i do czego dążył. Z jednej strony mamy więc przemowę hologramu Val-Ela o tym, że „tak długo jak jest na Kryptonie El, jest nadzieja.”; a z drugiej żyjąca w Podziemiach społeczność strzeże broni, którą dawno temu stworzyli razem Elowie i Zodowie.
Pozostałe postaci są nierówne. Obiektywnie rzecz biorąc każda z nich jest na swój sposób ciekawa, skonfliktowana i wielowymiarowa… ale, na przykład, Lyta mnie w ogóle nie porwała swoim idealizmem i życiem w cieniu matki-wojowniczki (i też wiem, że w dużej mierze moja niechęć do tej postaci wynika z jej niemrawego wątku romansowego z Segiem), a Daron-Vex, moim zdaniem, może śmiało dołączyć do Malcolma Merlyna i Lilian Luthor, jako wkurzająca postać, która jest dodatkowo łajzowatym rodzicem względem dorosłej córki; i której śmierci pragnę, ale – znając życie – się jej nigdy nie doczekam.
Właściwie jedyne postaci, które jakoś lubiłam, to Kem, Nyssa-Vex i przywódczyni Czarnego Zera, Jax-Ur. Kem był fajny, bo mimo że na początku wydawał się takim lekko szemranym gościem, był gotów nie tylko pomóc Segowi w jego misji, lecz także zaopiekować się Oną. Nyssa okazała wyrachowanie i zmysł polityczny, a ponadto targały ją wątpliwości i w pewnym momencie zbuntowała się przeciwko ojcu. W końcu Jax-Ur lubiłam za to, że jako lekarz była przeciwko eugenice i chciała ulepszyć życie wszystkich, a nie tylko elity (no i spuściła Daronowi zasłużony łomot, co było piękne).
Chociaż nie – chciałabym jeszcze, aby było więcej Val-Ela. Wydawał się całkiem miłym staruszkiem, a fajnie by było się dowiedzieć czegoś więcej na jego temat. Chociażby poprzez jego relacje z rodzicami Sega (którzy właściwie byli po to, aby pokazać to upodlenie rodu El, wyjaśnić synowi, co odkrył jego dziadek, a potem tragicznie zginąć), czy nawet z samym Segiem.
Powiem jednak tak: Brainiac – jak na gościa, którzy przez pierwsze kilka odcinków tylko pływa w kosmosie, a przez resztę chowa się za maską Głosu Rao – jest fantastycznym czarnym charakterem. Zacznijmy od tego, że lubię jego design ze zwiastuna: te wielkie czarne oczy, zieloną skórę i latające na wszystkie strony mechaniczne macki… jest w tym coś niesamowitego. A kiedy już Kolekcjoner Światów przejmuje ciało Głosu Rao, jest niepokojący, zwłaszcza, kiedy się odzywa tym swoim cichym, syczącym głosem. Jest to szczególnie widoczne w jego relacjach z Oną – dziewczynką, którą Seg i Kem znają a która zostaje w pewnym momencie wzięta na nowicjuszkę. Za każdym razem, kiedy Ona i Brainiac rozmawiają, ma się wrażenie, że on jej zaraz coś zrobi; że w pewnym momencie Brainiac ją zabije.
Popatrzcie tylko na tę creepy mordeczkę!
Ciekawą rolę odgrywa w tym serialu generał Zod i wszystko, co z nim związane – to, kim jest dla Sega i Lyty; to, jakich metod chce użyć, aby pokonać Brainiaca; to, że Adam Strange chce go zabić, bo jest on wrogiem Supermana. Ja osobiście nigdy nie przepadałam za Zodem, więc nie interesował mnie jakoś zbytnio (może też dlatego, że był on tak bardzo sprzęgnięty z Lytą; i że Zodowie w ogóle mnie mało obchodzą), muszę jednak przyznać, że jako podróżnik w czasie, który ma w zasadzie ten sam cel, co bohaterowie, generał Zod stawia widza w dość ciekawej pozycji. No bo z jednej strony my wiemy, co to za człowiek i wiemy, że nie za bardzo można mu ufać. Z drugiej strony jednak on też nie chce doprowadzić do tego, aby Kandor padł ofiarą Brainiaca i jest gotów współpracować z Segiem i innymi, aby uratować Krypton. Wiemy, że pewnie w którymś momencie w jakiś sposób zdradzi protagonistów, jednakże na ten moment mają oni o wiele większy problem, z którym trzeba się zmierzyć.
Niemniej jednak finał pierwszego sezonu kończy się w taki sposób, że w drugim sezonie to właśnie generał Zod będzie głównym złym.
I tak szczerze, to jestem troszeczkę rozdarta między tym, czy będę oglądać dalszy ciąg Kryptona. Mimo wszystko jednak jest to produkcja co najwyżej średnia. Nie nudzi, ale też nie powala. Jest taka trochę nijaka.
Jednakże powiem tak: na pewno najciekawsza rzecz w tym serialu to właśnie kultura i społeczeństwo nieistniejącej już planety Supermana – zwykle taki przeciętny fan, który nie siedzi w komiksach, nic nie wie o Kryptonie i jego kulturze. Również temat rodu El i jego dziedzictwa (zwłaszcza w kontekście głównego bohatera) jest poprowadzony nie najgorzej. I chociażby dlatego warto by sprawdzić przynajmniej kilka odcinków Kryptonu.
Poza tym serial, mimo wszystko, przedstawił w finale kilka wątków, które warto by było eksplorować. Zobaczymy więc, co z tego będzie.