[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 9 (ostatni)

Wyprowadzono mnie na zewnątrz, gdzie – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – stał doktor Watson. Na mój widok (czy też raczej na widok mojego krwawiącego ramienia) natychmiast podszedł szybkim krokiem do mnie i asystującego mi policjanta i towarzyszył nam w drodze do karetki. Zadziwiające było to, że na jego twarzy odbijała się najszczersza troska.
– Ależ on się zaraz wykrwawi! Trzeba zatamować krwotok.
– Właśnie idziemy do ambulansu – wyjaśnił policjant.
Dotarliśmy do karetki, gdzie już dwóch ratowników wzięło się za udzielanie mi pierwszej pomocy. Najpierw ostrożnie zdjęli ze mnie płaszcz, a potem marynarkę. Następnie rozdarli rękaw koszuli, aby przyjrzeć się lepiej ranie.
Anonimowy policjant sobie poszedł, ale John został. Popatrzyłem na niego z zainteresowaniem, podczas gdy jeden ratownik zacisnął opaskę kilka centymetrów nad raną postrzałową, a drugi zaczął oglądać ślad po uderzeniu na mojej głowie. W końcu postanowiłem się odezwać:
– Czy mogę zapytać, co tu robisz, John?
– Lestrade mnie przywiózł – odparł dobry doktor, unikając mojego wzroku.
– Domyślam się, ale dlaczego? Na pewno nie po to, abyś udzielił mi pierwszej pomocy.

Milczał przez chwilę. A ja pomyślałem, że zabieram się do tego w zły sposób. Cokolwiek było powodem nagłej zmiany jego nastawienia do mnie, musiało mieć bardziej osobisty charakter i nie nadawało się do omawiania na miejscu zbrodni, w otoczeniu policjantów i ratowników. Postanowiłem więc przenieść tę rozmowę na później.
Tymczasem pojawił się Lestrade, który również wyglądał na zmartwionego.
– Wszystko dobrze? – spytał, czym od razu wzbudził reakcję Johna:
– Na miłość boską, Lestrade, przecież widzisz, że został postrzelony!
Chciałem coś powiedzieć, ale jeden z ratowników wszedł mi w słowo:
– Panie Holmes, musimy przewieźć pana na obserwację. Stracił pan dużo krwi, a ta rana na pana głowie może mieć poważne konsekwencje dla pana zdrowia.
Przyglądałem im się przez chwilę, a potem mój wzrok dojrzał w oddali zarys ukrytej pomiędzy skrzynkami wysokiej sylwetki, w której od razu rozpoznałem Sherlocka. Spojrzałem znów na ratownika.
– Do którego szpitala mnie zawieziecie?
– Świętego Bartłomieja – odparł spokojnie ratownik.
– Barts! Wspaniale! – wykrzyknąłem z entuzjazmem, mając nadzieję, że Sherlock mnie usłyszy.
Obaj sanitariusze pomogli mi wejść do karetki. Lestrade poinformował mnie, że pojedzie ze mną, bo ma kilka pytań, a John bez słowa poszedł za nim. W ambulansie wsadzono moje lewe ramię w temblak (oczywiście zatamowawszy wcześniej krwotok), a przez żyłę w prawym podano mi krew. Kiedy zaś dotarłem wreszcie do szpitala, przeprowadzono na mnie kilka badań (w tym tomografię mózgu). Co jakiś czas zerkałem na szpitalny korytarz, gdzie czekali Lestrade i John (który rozmawiał przez telefon z panią Hudson). Przebrany za woźnego Sherlock jeszcze nie dotarł. Martwiłem się, czy uda mu się przedostać z magazynu do szpitala. Nie byłem pewien, czy znajdzie jakiś środek transportu, który zawiezie go do Barts.
Mimo że badania nie wykazały niczego niepokojącego, pozostawiono mnie na obserwacji. Miałem spędzić tę noc w szpitalu. Kiedy już przenieśli mnie do pokoju i zezwolili na gości, wbrew moim podejrzeniom pierwszą osobą, która weszła mnie odwiedzić, nie był poszukujący odpowiedzi Lestrade, tylko John. Na chwilę spojrzał w dół, trzymając ręce w kieszeniach, ale po zrobieniu kilku kroków podniósł wreszcie wzrok.
– Tak się zastanawiam – przerwał ciszę i wyciągnął z kieszeni batonika – twoja dieta mówi coś o czekoladzie?
Mimowolnie uśmiechnąłem się, ale zaraz spoważniałem. John usiadł obok mnie na łóżku. Znów spojrzał w dół, aby po krótkiej chwili milczenia przenieść wzrok na mnie.
– Chyba jestem ci winny przeprosiny.
Te słowa wprawiły mnie w zdumienie, ale nic nie odpowiedziałem. Bo choć chciałem coś odpowiedzieć, nie wiedziałem co, więc milczałem. Po kilku sekundach ciszy, John znów się odezwał:
– Wczoraj był u nas Lestrade. Głównie pytał o szalik, który ci podrzucono, ale dowiedzieliśmy się przy okazji, że dostajesz anonimy.
– I fakt, że ktoś mnie prześladuje, sprawił, że zmieniłeś o mnie zdanie? – wtrąciłem, uśmiechając się cierpko. – W to raczej nie uwierzę, doktorze Watson. – Posmutniałem. – Nie po tym, co zrobiłem.
– Prawda, na początku uważałem, że sobie zasłużyłeś – odparł z lekkim uśmiechem, zaraz jednak spoważniał. – Ale kiedy Greg opuszczał Baker Street, powiedział mi, co dla niego zrobiłeś.
Podniosłem brew. Domyślałem się o co mu chodzi, ale tak po prawdzie, to nie oczekiwałem, że Lestrade powie komuś o tym, że użyłem swoich wpływów i przekonałem jego zwierzchników, aby po skandalu z Sherlockiem inspektor pozostał na swoim stanowisku, jedynie z naganą w aktach. Podejrzewałem, że parę osób w Scotland Yardzie musiało okazywać mu jawną wrogość, bo mimo korzystania z usług oszusta, nie został ani zawieszony, ani zdegradowany, tak więc jego wdzięczność nie byłaby szczególnie wielka. A tu nagle dowiaduję się, że jednak była.
– Poza tym – John ciągnął dalej – kiedyś powiedziałeś Sherlockowi, że łączy was więcej niż on myśli. Pamiętasz Baskerville? – rzucił nagle.
– Jakże mógłbym zapomnieć? – rozpromieniłem się. – Najpierw weszliście tam dzięki mojej przepustce, a potem musiałem załatwiać wam własne.
John opowiedział mi jak po spotkaniu z tym rzekomym piekielnym psem, on i Sherlock siedzieli przy kominku w gospodzie, popijając whiskey.
– Jego ręce się trzęsły. Trzymał szklankę whiskey, a jego ręce się trzęsły. Twierdził, że to ze strachu. A kiedy ty i ja spotkaliśmy się na stołówce Barts i zadzwonił twój telefon, twoje ręce również się trzęsły. Powiedziałeś, że to ze zmęczenia, ale nawet głupi domyśliłby się, że się boisz. Bardzo przypominałeś mi wtedy Sherlocka. Postanowiłem więc popatrzeć na ciebie tak jak patrzyłem na niego. I ujrzałem coś, czego wcześniej nie widziałem.
– Cóż takiego? – zapytałem z lekkim uśmiechem.
– Że Moriarty był cholernie inteligentny i potrafił zwieźć każdego. Nawet Sherlock został przez niego oszukany. Tamtego dnia, w Klubie Diogenesa, powiedziałeś mi, że tylko ty mogłeś skłonić go do mówienia. Jesteś Brytyjskim Rządem. Musiałeś wyciągnąć od niego kod.
– Nie jestem z tego dumny – odparłem cicho.
– Wiem. – John wyprostował się. – Popełniłeś błąd i chciałeś go naprawić. Chciałeś, abym uważał na Sherlocka i kazałeś przekazać mu twoje przeprosiny. Nie zastanawiałem się, co śmierć Sherlocka znaczyła dla ciebie. Dopiero dzięki pani Hudson zdałem sobie z tego sprawę.
Opowiedział mi o dialogu między nim a panią Hudson. Co prawda, już wtedy wiedziałem o przebiegu wizyty Lestrade’a, ale nie przerywałem doktorowi.
– Na początku nie zastanawiałem się zbytnio nad jej słowami, ale potem przypomniałem sobie, co robiłeś, kiedy Sherlock jeszcze żył. Może i twoja protekcjonalność bywała upierdliwa, szczególnie gdy ja albo Greg musieliśmy zrezygnować z planów, aby zająć się Sherlockiem, ale nie ulegało wątpliwości, że się o niego martwiłeś. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak musisz się czuć. Jak wielkie poczucie winy musi cię dręczyć, zwłaszcza, kiedy podsycały je te anonimy. I musiałeś z tym wszystkim zmagać się sam.
Słuchanie tego wszystkiego było bardzo… budujące. Wyglądało na to, że John mi wybaczył. Bardzo mnie to cieszyło.
Zamilkł na moment i spojrzał w dół. Ja zaś dojrzałem na korytarzu sztuczną brodę Sherlocka, który właśnie wziął się za czyszczenie mopem. Przyglądając się podłodze, John znów się odezwał:
– A kiedy dzisiaj dowiedziałem się o strzelaninie, a pani Hudson powiedziała mi o tym, że pobiegłeś za snajperem i dotąd nie wróciłeś, naprawdę martwiłem się o ciebie. Mogłem być na ciebie wściekły, ale nigdy nie chciałem, aby stało ci się coś złego. A już śmierć była ostatnią rzeczą, którą ci życzyłem.
Siedzieliśmy tak w ciszy przez dłuższy czas, a potem doktor przekazał mi pozdrowienia od pani Hudson i pożegnał się ze mną. Lestrade zrezygnował z przesłuchania mnie, bo – jak powiedział – chciał, abym odpoczął. Prawda, czułem się trochę zmęczony wydarzeniami z tego dnia, i choć była jeszcze jedna sprawa, którą chciałem załatwić, to ta sprawa mogła jeszcze poczekać.
Tak więc nazajutrz zostałem wypisany ze szpitala, skontaktowałem się z Antheą (mimo że nie miałem komórki, ona sama przyszła do mnie, oświadczyła, że nie udało jej się zidentyfikować snajpera, i zapytała mnie o wytyczne) i poleciłem jej, aby przywiozła Sherlocka do jednego z opuszczonych magazynów. Czekając aż mój brat w końcu się pojawi, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że żyje, a z drugiej obawiałem się spotkania z nim. Było tyle rzeczy, które chciałem mu powiedzieć, tyle pytań, które chciałem mu zadać…
W końcu nadjechał samochód i wyszedł zeń znajomy brodacz. Kiedy samochód wyjechał z magazynu, jeszcze przez chwilę staliśmy tak naprzeciw siebie, przyglądając się sobie nawzajem. Widziałem rezerwę w jego oczach, ale i pewien smutek. A potem Sherlock uśmiechnął się złośliwie, podszedł do mnie i powiedział z udawaną złością:
– Ładnie to wyrywać brata z pracy, Mycroft? Mogą mi za to obciąć pensję.
– Sprawdziłem twój grafik. Zaczynasz od dziesiątej – odparłem i uśmiechnąłem się.
Obaj spoważnieliśmy.
– Pewnie masz dużo pytań – stwierdził Sherlock. – W takim razie zacznijmy od początku.
Opisał mi w miarę zwięźle to jak z pomocą Molly Hooper udało mu się upozorować własną śmierć. Przyznam szczerze, że wydawało mi się to z jednej strony fascynujące, z drugiej – tak oczywiste, że aż nie mogłem uwierzyć, że nie przyszło mi to do głowy. Już sam fakt, że Irene Adler żyła, powinien świadczyć o tym, że mój brat również wywinął się śmierci. Ale cóż, Sherlock zawsze był sprytny.
– Molly była jedyną osobą, która wiedziała, że żyję. Udało mi się zdobyć pracę woźnego, aby mieć oko na moje rzekome ciało.
– A właśnie – zacząłem. – Kto leżał w kostnicy, skoro ciebie tam nie było?
– Na początku, pierwszej nocy po upadku to byłem rzeczywiście ja, ale potem zamieniliśmy z Molly zwłoki, do czasu aż jeden z moich byłych klientów nie dostarczył nam własnoręcznie wykonanej niezwykle realistycznej kukły. Udało nam się ją podłożyć kilka godzin przed twoją przygodą w kostnicy.
Zamilkł, a ja od razu przypomniałem sobie jak w przebraniu woźnego otworzył mi drzwi. Nagle Sherlock spojrzał na mnie i powiedział:
– Chciałem do ciebie przyjść. Po pierwsze, mogłeś okazać się pomocny. Choćby w przekonaniu Johna, pani Hudson i innych o tym, że ciało w trumnie to rzeczywiście ja. Po drugie, chciałem się z tobą rozmówić na temat twojej niedyskrecji.
– Dlaczego więc tego nie zrobiłeś? – spytałem.
– Bo pomyślałem, że najpierw cię trochę poobserwuję – odparł. – Sprawdzę jak znosisz żałobę, czy będziesz chronił moje dobre imię i czy moje ewentualne ujawnienie nie przyprawi cię o zawał. Och, nie patrz tak na mnie! – zawołał, kiedy rzuciłem mu znaczące spojrzenie. – Przy twoim niemrawym sposobie życia to tylko kwestia czasu. W każdym razie – podjął znów – miałem idealną sposobność, aby sprawdzić to wszystko, kiedy przybyłeś do Barts załatwić formalności.
– Niech zgadnę: niepochlebne komentarze Molly na twój temat były częścią tego „eksperymentu”?
– Tak. Ona mieszała mnie z błotem, a ja przyglądałem się wszystkiemu z korytarza. Potem jednak, kiedy podpisałeś dokumenty i wybrałeś się do kostnicy, ten idiota, Stamford, kazał mi zająć się męską toaletą. Poczekałem aż sobie pójdzie i wyszedłem.
– I wtedy usłyszałeś jak próbuję się wydostać? – spytałem domyślnie.
– Nie – odrzekł Sherlock. – Usłyszałem jak odbierasz telefon. To, że nie siliłeś się na żadne formalności, jak również i to, że ton twojego głosu zdradzał pewnego rodzaju obawę, świadczyły o tym, że to były pogróżki. Od razu zauważyłem też, że od wewnątrz na drzwiach do kostnicy jest zawieszony jakiś papier, którego wcześniej nie widziałem. Jako że wieszanie ogłoszeń po tej stronie drzwi, po której mało kto je zobaczy, nie miało sensu, domyśliłem się, że była to druga pogróżka. Telefon odebrałeś w środku, więc dla wzmocnienia efektu zostałeś zamknięty w kostnicy. Tak oto dowiedziałem się, że mój brat, Mycroft, dostaje anonimy. A kiedy otworzyłem ci drzwi i spojrzałem na wiszącą na nich kartkę, od razu rzucił mi się w oczy fragment: „Brata zaś jego – Polinika…”. Stąd wywnioskowałem dwie rzeczy: że twój prześladowca wykorzystuje do pogróżek literaturę piękną i wie o Moriarty’m.
– Jak mniemam, potraktowałeś to jak ciekawą sprawę – odparłem z przekąsem.
– Och, tak. – Uśmiechnął się. – Mój umysł miał czym się zająć, kiedy szorowałem podłogi Barts. Było jak za starych, dobrych czasów. – Nagle spoważniał. – Włamałem się do Scotland Yardu, aby dowiedzieć się więcej. Odsłuchałem nawet z komputera Lestrade’a tę piosenkę, którą zostawili ci w Klubie Diogenesa. Kazałem też swoim ludziom cię obserwować.
Podniosłem brew.
– Twoim ludziom?
– Ty masz swoich agentów, ja mam swoich. Wbrew pozorom bezdomni to doskonali informatorzy. Poza tym udało mi się wytropić Irene Adler, która bawiła w Londynie w przebraniu arabki i była więcej niż pomocna. Tak czy inaczej – Sherlock powrócił do sedna sprawy – na początku traktowałem to jak każdą inną zagadkę kryminalną. Oderwanie od emocji, skupienie się wyłącznie na faktach. Nawet jeśli ofiarą był mój rodzony brat, który właśnie mnie opłakiwał. – Prychnął pustym śmiechem. – John pewnie by mnie zrugał za takie myślenie, chociaż wie, że tak właśnie pracuję. – Nagle posmutniał i popatrzył na mnie. – Ale następnego dnia wszystko się zmieniło. Wszedłeś na dach Barts i zacząłeś płakać.
Przypomniałem sobie jak rozejrzałem się po korytarzu i dostrzegłem w oddali brodatego woźnego, a potem ten sam woźny zastał mnie siedzącego w deszczu na szpitalnym dachu. A więc Sherlock był świadkiem tego jak się rozkleiłem. Ta wiedza sprawiła, że czułem się trochę nieswojo. Co on musiał sobie o mnie myśleć?
Ale on wyglądał na bardzo przejętego tym, co wtedy widział.
– Patrzenie jak płacze ktoś taki jak ty, daje do myślenia. Ostatni raz płakałeś, kiedy zmarła mama, a nawet wtedy twój lament nie był taki… taki…
Widziałem, że próbował znaleźć odpowiednie słowo, ale nie potrafił. Najwidoczniej miał problemy z opisaniem swoich emocji. W końcu westchnął i rzucił mi kolejne smutne spojrzenie. Nie były to oczy spaniela, raczej spojrzenie, którym spogląda się, okazując bezradność i poczucie winy.
– Wystarczyło pięć dni – zaczął cicho Sherlock – abyś stał się cieniem człowieka. Powiem szczerze, że po raz pierwszy od bardzo dawna, było mi ciebie żal. Chciałem ci jakoś pomóc. Jakoś ulżyć ci w cierpieniu. Dlatego ja i Kobieta przyszliśmy do twojego domu, aby cię uśpić.
– Uśpić? – Podniosłem brew ze zdumienia.
– Kiedy przyszedłeś tego dnia do Barts, od razu widać było, że miałeś problemy ze snem i każdy głupi domyśliłby się, co jest ich przyczyną. Użyłem więc zapasowych kluczy do twojego mieszkania i wraz z Irene poczekaliśmy aż przyjdziesz. Podczas gdy ja siedziałem w szafie i obserwowałem wszystko z bezpiecznej odległości, ona miała za zadanie podać ci swój środek nasenny. Osobiście uważam, że przebranie się w twoją piżamę było zbyt daleko idącym posunięciem – dodał o wiele lżejszym tonem – ale znasz ją; lubi być bezczelna. I nie przejmuj się tym, że się do ciebie zalecała. Chciała sprawdzić, czy jej pozwolisz i czy ja poczuję się zazdrosny.
– I co z tego wyszło? – spytałem z czystej ciekawości.
– W sumie nic. Oboje wiedzieliśmy, jak postąpisz.
– A więc jestem przewidywalny.
– Najwyraźniej – stwierdził Sherlock i ciągnął dalej: – Kiedy już zasnąłeś, wyszedłem z szafy i wraz z Irene położyliśmy cię do łóżka. Przebraliśmy cię w piżamę i przykryliśmy kołdrą. A potem postanowiliśmy czuwać nad twoim snem.
Przypomniałem sobie kubki po herbacie pozostawione w zlewie i ciche rozmowy, które wtedy uznałem za część snu. Wychodziło na to, że mój zmartwychwstały brat przebywał ze mną pod jednym dachem, a ja nawet o tym nie wiedziałem.
– A w jaki sposób mnie znalazłeś, kiedy zostałem uprowadzony przez Saturnina? – spytałem, chociaż pewnych rzeczy już się i tak domyślałem.
– Mając twój kalendarz z rozkładem zajęć na tamten dzień, rozstawiłem swoich ludzi w odpowiednich miejscach. Jeden z nich czatował przy zakładzie pogrzebowym i stał dość blisko, aby usłyszeć to, o czym mówiłeś z panią Hudson. Przekazał tę wiadomość mnie i bezdomnemu odpowiedzialnemu za Baker Street.
– W jaki sposób?
– Mnie morsem, tamtemu sobie tylko znanymi metodami. Ale i tak o strzelaninie dowiedziałem się sam, bo jakiś czas potem do Barts zaczęli dzwonić przerażeni ludzie. Postanowiłem przekazać Lestrade’owi to, co udało mi się ustalić.
– To Lestrade wie, że żyjesz?
– Nie. Powiedziałem mu o tym, co odkryłem, anonimowo i w taki sposób, żeby pomyślał, że jestem świadkiem. Kiedy już byłem pewien, że zrozumiał i że Anthea pokazała mu sygnał dochodzący z nadajnika, który przy sobie miałeś, sam skontaktowałem się z bezdomnym z Baker Street, a on zaprowadził mnie do magazynu, gdzie byłeś przetrzymywany. Przedostałem się do środka i schowałem za skrzynkami, aby Saturnin mnie nie zauważył.
Tym razem zamilkł na nieco dłużej. Znowu zobaczyłem w jego oczach ten sam smutek, zwłaszcza, kiedy spoczęły na moim lewym ramieniu. Zapewne myślał o tym, że Saturnin strzelił do mnie, aby go wywabić z ukrycia.
Nagle Sherlock podszedł do mnie bliżej i wypowiedział słowa, którym chciałem zaprzeczyć, chociaż być może w innych okolicznościach przyznałbym, że to prawda.
– To ja jestem tym miejscem, w które trzeba uderzyć, abyś pękł.
– O, nie opowiadaj głupot, Sherlock! – powiedziałem nawet głośniej, niżbym chciał. – Przecież…
– Dobrze wiesz, że to prawda, braciszku – przerwał mi. – Jestem twoim słabym punktem. I Moriarty o tym wiedział. Pamiętasz jak ostatecznie Kobieta przekonała cię, żebyś zapewnił jej ochronę?
O tak. Pamiętałem (i wciąż pamiętam) bardzo dobrze.
Chyba, że wolisz przyznać się przed przełożonymi, że największemu przeciekowi winny jest twój braciszek.
Chciałem zaprzeczyć, lecz nie mogłem. Wiedziałem, że jest w tym trochę prawdy. Nawet powiedziałbym, że więcej niż „trochę”. Ale cóż miałem zrobić? Odciąć się od własnego brata? Udawać, że nie istnieje? To nie wchodziło w grę. Bo co mi pozostanie, jeśli to zrobię? Tylko pustka. I chciałem, aby Sherlock o tym wiedział.
Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem mu w oczy.
– Pewna mądra kobieta powiedziała mi kiedyś – a ty przy tym byłeś – że rodzina jest wszystkim, co mamy. W moim przypadku jest to prawdziwsze niż ci się wydaje. Sherlocku, nie mam przyjaciół ani żadnej sympatii. Nasi rodzice nie żyją, a dalsza rodzina nie chce mieć z nami za wiele wspólnego. Jesteś więc moim jedynym bliskim. I uwierz mi – uśmiechnąłem się do niego lekko – to, że mam słaby punkt, nie oznacza, że zamierzam pozwolić, aby ktokolwiek w niego trafił.
Jeszcze przez chwilę Sherlock zdawał się rozważać moje słowa. Myślałem, że na potrzeby chwili powie coś sentymentalnego, ale poszedł w zupełnie innym kierunku.
– Jestem twoim jedynym bliskim? – spytał nagle. – To trochę… niepokojące, nieprawdaż? Musisz częściej wychodzić do ludzi.
– Powiedział człowiek, który twierdzi, że jest socjopatą, i jeszcze się tym chwali – odparłem ze złośliwym uśmieszkiem.
– Za to widzę, że ostatecznie porzuciłeś dietę. A może zdecydowałeś się na South Beach?
– A ty nadal próbujesz rzucić palenie i zużywasz milion plastrów nikotynowych na krzyżówkę.
– Ach, tak? Opowiadali mi jak próbowałeś pokonać płot, biegnąc za tamtym idiotą. Jamesem Bondem to ty nie jesteś.
– Ty za to wyglądasz, jakbyś zaraz miał zemdleć. Zjedz coś wreszcie albo zatrudnij się w modelingu.
Obaj zaczęliśmy chichotać.
– Brakowało mi tego – odparłem, wskazując palcem najpierw siebie, potem Sherlocka.
– Mnie też – przyznał. – Nie wiesz nawet jak bardzo.
Znów jego oczy przybrały bardziej smutny wyraz. Ja również poczułem dziwną melancholię. A potem zrobiłem coś, co wprawiło Sherlocka w zdziwienie. Wpadłem mu w ramiona i objąłem go zdrowym ramieniem. Na początku stał nieco oniemiały, a potem odwzajemnił uścisk. Staliśmy tak przez dłuższy czas. Poczuwszy w nozdrzach znajomy zapach papierosów i potu, wiedziałem, że mój brat do mnie wrócił.
– Erm… Mycroft? Wiesz, że ostatni raz ściskałeś mnie…?
– W Wigilię ’98, wiem – wtrąciłem i ścisnąłem go jeszcze mocniej. – Pozwól mi być sentymentalnym raz na dwadzieścia lat.
– Czyli następny niedźwiedź w 2032.
Przerwaliśmy objęcia. Przez chwilę Sherlock nie miał na czym zawiesić wzroku, aż w końcu spojrzał na zegarek. Poprawił służbowy kombinezon i oświadczył:
– Muszę już iść. Za półgodziny zaczynam pracę.
Skierował się w stronę wyjścia, zapewne spodziewając się, że czeka tam na niego samochód. Przyglądałem mu się jak idzie, wciąż mając w pamięci nasz niedawny uścisk.
– Sherlock! –zawołałem w końcu do niego.
Od razu przystanął i odwrócił się do mnie. Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie.
– Czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić?
Stał tak przez dłuższy czas, nieco zaskoczony tymi słowami, ale po chwili również się uśmiechnął.
– Dopilnuj, aby pani Hudson zachowała mój pokój takim jaki jest. Być może kiedyś do niego wrócę.
Pogrzeb był wspaniały. Kukła, którą wykonał były klient Sherlocka była tak realistyczna, że nawet z bliska wyglądało, jakby to Sherlock spoczywał w trumnie. Przedsiębiorcy pogrzebowi też byli starymi klientami mojego brata (między innymi dlatego ich wybrałem) i z chęcią uczestniczyli w naszym małym spisku (zostali do niego wciągnięci wcześniej, kiedy odbierali „ciało” z kostnicy). Sherlock nalegał, abym nie mówił nikomu więcej o tym, że żyje. Powiedział, że nawet John nie mógł wiedzieć, przynajmniej na razie, kiedy jeszcze ludzie Moriarty’ego pozostawali na wolności. W pełni to rozumiałem, dlatego trzymałem język za zębami, mimo że na twarzy Johna malowało się przygnębienie spowodowane utratą najlepszego przyjaciela.
Ceremonia była skromna i spokojna. Na początku było mało osób – tylko ja, John, pani Hudson, Molly Hooper i Lestrade – ale po jakimś czasie zaczęli się schodzić dawni klienci Sherlocka, między innymi Angelo i ten młody człowiek, Henry Knight. Wikary wygłosił stosowne kazanie, a potem wyszliśmy na cmentarz, aby ostatecznie pożegnać się z Sherlockiem.
Jeszcze przy wyjściu z kościoła czekał na nas tłum dziennikarzy. Większość z nich chciała tylko sfilmować pochód, ale byli też i tacy, którzy przedzierali się na sam przód, aby zrobić wywiad z Johnem lub ze mną. Kilka razy ktoś zwrócił im uwagę, że to nieodpowiedni moment, ale oni nie cofali się, dopóki wynajęta przeze mnie ochrona nie wyprowadziła ich poza cmentarz.
Dostrzegłem w oddali Sherlocka w przebraniu i jakąś kobietę w burce. Od razu domyśliłem się, że to musi być Irene Adler. Fakt, że ta ladacznica ubrała się właśnie w taki strój, wywołał u mnie mimowolny uśmiech. Dzień przed pogrzebem oboje złożyli mi znów wizytę w domu. Chcieli wiedzieć, czy będę ścigał Adler, skoro wiem, że żyje. Zapytałem ją, czy ma jakieś obciążające zdjęcia czy cokolwiek, co mogłoby zaszkodzić bezpieczeństwu narodowemu Wielkiej Brytanii. Odpowiedziała, że nie, więc uśmiechnąłem się do niej, poklepałem Sherlocka po plecach i powiedziałem:
– W takim razie bawcie się dobrze.
Po pochodzie była stypa, na której Sherlock i Kobieta również się pojawili. Stali z boku i przyglądali się jak goście rozmawiają ze sobą w miłej atmosferze. Sami jednak nie zbliżyli się nawet do stolika, aby skosztować przekąsek. Jedynie od czasu do czasu otrzymywałem od Sherlocka SMS-y, które musiałem odbierać w męskiej toalecie. Były to najczęściej komentarze na temat gości („Lestrade zjadł ciastko przed wyjściem. Odtrąć mu trochę z pieczeni. SH”) albo mój („Jesteś pewien, że twoja dieta zniesie tyle jedzenia w jednym miejscu? SH”). Podejrzewam jednak, że cieszył się z tego, że tak dużo ludzi przyszło na jego pogrzeb. Ja z kolei cieszyłem się, że ciało, które spoczywa w grobie Sherlocka, nie należy do niego.

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 8

Obudziłem się siedząc na krześle, w magazynie, który z jakiegoś powodu wydawał mi się znajomy, nie potrafiłem jednak przypomnieć sobie skąd go znałem. Zdziwiło mnie bardzo, że nie byłem ani przywiązany, ani przykuty do krzesła, ani w jakikolwiek inny sposób skrępowany. Za to bolała mnie głowa (od uderzenia) i kark (od długiego siedzenia w tej samej pozycji). Kiedy dotknąłem potylicy, od razu poczułem, że moje włosy lepią się od zeschniętej krwi. Syknąłem z bólu, gdy moja ręka natrafiła na ranę po niedawnym uderzeniu.
Nagle czyjeś kroki odbiły się echem po magazynie, a po chwili usłyszałem znajomy już, syczący głos:
– „Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go…”
Stanął przede mną osobliwy człowiek. Miał na sobie długą, czarną pelerynę i nosił na głowie kapelusz z szerokim rondem. Najdziwniejsze było jednak to, że jego twarz kryła się za białą, beznamiętną maską. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to, co na początku wziąłem za bladość snajpera, było w istocie tą właśnie maską.
Ciągnął dalej:
– „Wtedy Bóg zapytał Kaina: Gdzie jest brat twój, Abel? On odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? Rzekł Bóg: Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!”
– Ale zawsze zapomina się o tym – zacząłem spokojnie, nawet się lekko uśmiechnąłem – że Bóg dał Kainowi znamię, aby ci, którzy go spotkają, nie ważyli się go zabić. A kto zabiłby Kaina, miał ponieść siedmiokrotnie większą karę niż on.
Spoważniałem i podniosłem się na równe nogi.
– Kim jesteś? – spytałem po raz drugi tego dnia.
– Domyśl się – odparł bezczelnie. – Dałem ci kilka śladów. Wydedukuj kim jestem.

Przyjrzałem mu się od stóp do głów. Był wysoki, trochę niższy niż dwa metry, jeśli odjąć kapelusz. Płaszcz był aksamitny, schludny i zadbany, kapelusz również. Wystające spod płaszcza buty nosiły ślady niedawnej gonitwy, a także błoto (gdyby był tu Sherlock, zapewne mógłby określić dokładnie skąd pochodziło; wyćwiczył się w tym do perfekcji, a ja miałem za mało danych). Maska pochodziła najprawdopodobniej z Wenecji. Kiedy spojrzałem w oczy mojego porywacza, coś wewnątrz mnie kazało mi uciekać.
Popatrzyłem w dół i zastanowiłem się jeszcze nad odpowiedzią. W końcu podniosłem wzrok i zacząłem swój wywód:
– Osoba, która przesłała mi te wszystkie wiadomości, musi wiedzieć bardzo dużo o mnie i o Sherlocku. Przede wszystkim jest to ktoś, kto wie o tym, że przekazałem Moriarty’emu pewne informacje i pośrednio przyczyniłem się do napisania przez Kitty Riley jej niesławnego artykułu. – Przerwałem na mement i westchnąłem. Spojrzałem w przestrzeń i dodałem: – A w związku z tym ten ktoś obarcza mnie winą za śmierć Sherlocka. Ktoś, kto wie o przesłuchaniu Moriarty’ego i kto ma motyw, aby mnie dręczyć. – Znów popatrzyłem na nieznajomego. – Mało jest takich osób. W zasadzie mogę wymienić tylko trzy, z czego dwie dowiedziały się o mojej niedyskrecji dopiero po pierwszych dwóch wiadomościach od ciebie. Zresztą – uśmiechnąłem się złośliwie – nie wyglądasz mi ani na Lestrade’a, ani na panią Hudson. – Spoważniałem. – A więc drogą eliminacji pozostaje nam tylko jedna możliwość. Doktor John Watson.
Ruszyłem z miejsca i zacząłem okrążać mojego prześladowcę.
– Kto pytał o mnie w Klubie Diogenesa i miał sposobność pozostawić tam odtwarzacz MP3? John Watson. Kto mógł zabrać z szafy Sherlocka jeden z jego szalików, aby mi go podrzucić? John Watson. Kto – poza Antheą i kilkoma moimi agentami – zna mój numer na komórkę, a więc był w stanie przesłać mi cytat z Biblii i Makbeta, nie mówiąc już o telefonie w kostnicy? John Watson. Kto za jedyną broń palną ma pistolet i potrafi zastrzelić człowieka przez zamknięte okno w budynku naprzeciwko? John Watson. – Zatrzymałem się tuż przed nim i dodałem cicho: – Kto najbardziej przeżył śmierć Sherlocka, bo musiał na nią patrzeć? I kto zwraca się do mnie z jawną wrogością, ilekroć się spotykamy? – Popatrzyłem mu w oczy i uśmiechnąłem się. – John Watson.
Odwróciłem się do niego plecami i poszedłem przed siebie, wymachując rękoma.
– John Watson! John Watson! John Watson! Niemal każdy twój ruch zdawał się krzyczeć do mnie: „To ja, doktor Watson, ślę ci te wszystkie wiadomości!” – Odwróciłem się twarzą do nieznajomego, po czym szybkim krokiem podszedłem do niego i pochyliłem się bardziej w jego stronę. – Rzecz w tym – zacząłem cicho i uśmiechnąłem się cierpko – że krzyczałeś za głośno.
– Ach, tak? – spytał z nieukrywaną złośliwością w głosie.
Wyprostowałem się i zrobiłem dwa kroki w tył.
– Tak. Po pierwsze – zacząłem wyliczać na palcach – John spędził z Sherlockiem więcej niż rok. Czy po tak długim czasie rozwiązywania zagadek kryminalnych z moim bratem, byłby aż tak głupi, aby popełniać tak kardynalne błędy? Czy na pytanie Lestrade’a o szalik powiedziałby, że poza mną nie mieli żadnych gości? Nie, wymyśliłby jakiegoś tajemniczego intruza albo upozorował włamanie, żeby odciągnąć od siebie podejrzenia. Czy nie powstrzymywałby się od zgryźliwych komentarzy na mój temat? Komentarzy, które od razu zdradzałyby, że ma motyw? Nie, ukrywałby niechęć do mnie przed Lestrade’m, a przynajmniej nie afiszowałby się z nią aż tak bardzo.
Usiadłem na krześle.
– Po drugie – ciągnąłem dalej – John Watson może i uratował Sherlocka, oddając wybitnie celny strzał do Jeffa Hope’a, ale wtedy Hope i Sherlock byli sami w opustoszałej sali uniwersyteckiej i prawie się nie ruszali. Czy doktor Watson ryzykowałby strzelanie do kogoś na zatłoczonej ulicy, gdzie ludzie wciąż się przemieszczają? Czy ryzykowałby trafienie pani Hudson? Nie sądzę. Po trzecie – oparłem się wygodnie na krześle – pierwsze SMS-y zostały wysłane z nowej komórki, która następnie została porzucona na moście. Watson miał problemy finansowe nawet po wprowadzeniu się do Sherlocka. Nie pozwoliłby sobie na nową komórkę ani na odtwarzacz MP3.
– Jest lekarzem – zaargumentował mój porywacz.
– Który zwykle kogoś zastępuje i często zasypia w pracy z powodu swojego kłopotliwego lokatora.
– Mógł wykorzystać pieniądze, które zarobił wraz z Sherlockiem Holmesem.
 – Nie po tym, co się stało. Choćby przez pamięć o Sherlocku, miałby opory z korzystaniem z jego pieniędzy. Zresztą – uśmiechnąłem się znów – regularnie monitoruję konta ich obu. Gdyby kupił coś sobie w sklepie z elektroniką, pierwszy bym się o tym dowiedział.
Znów wstałem i popatrzyłem na swojego rozmówcę.
– Po czwarte – powróciłem do sedna sprawy – może i mógł w każdej chwili zabrać szalik Sherlocka, ale noc, w którą teoretycznie wypisał: „Morderca” na ścianie w moim gabinecie, spędził w barze i powrócił do domu pijany.
– Mógł przyjść do gabinetu wcześniej.
– Kiedy? W czasie, gdy miał dyżur w szpitalu, czy kiedy ja pracowałem przy biurku? To samo z zamknięciem mnie w kostnicy. Kiedy to się stało, zajmował się swoimi pacjentami w prywatnej klinice. Dwa niepodważalne alibi! – Pokazałem mu dwa palce i opuściłem rękę. – No i wreszcie po piąte: Już przy pierwszym spojrzeniu widać, że nie jesteś Johnem. Jesteś za wysoki i masz zupełnie inną postawę niż on.
Zacząłem się przechadzać w tę i we wtę, ciągnąc dalej:
– Tak więc, skoro nie doktor Watson, to kto?
– Molly Hooper? – podsunął.
– Być może była w stanie zamknąć mnie w kostnicy, a nawet przemknąć się do mojego gabinetu, ale ona nie wie nic o przesłuchaniu Moriarty’ego.
– Może Irene Adler? Przecież żyje.
– A więc wiesz? – zatrzymałem się na chwilę, ale zaraz powróciłem do spaceru. – Fakt, ta ladacznica żyje i jak najbardziej ma powód, aby mnie nienawidzić. Ale tak się składa, że odwiedziła mnie wczoraj. Udało jej się mnie nawet unieruchomić, ale nie skorzystała z nadarzającej się okazji, aby mi coś zrobić. Wypiła tylko herbatę i wyszła. Nie wiem, czego chce, ale na pewno nie zemsty.
Stanąłem i spojrzałem za siebie na mojego prześladowcę.
– No, właśnie. Czy rzeczywiście to zemsta była powodem, dla którego wysyłałeś mi pogróżki?  Ten motyw sam się nasuwa na myśl, ale czy nie jest możliwe, że chodziło ci o coś innego? Coś bardziej trywialnego? Może tak naprawdę nie chciałeś wywrzeć pomsty za to, co zrobiłem, tylko zwyczajnie mnie dręczyć. Jeśli przyjmiemy tę hipotezę, to kto nam pozostaje? Stawiałbym na Moriarty’ego, ale raz, że jestem w stu procentach pewien, że zginął na dachu Barts, a dwa – jak już wspomniałem wcześniej, jesteś za wysoki.
– Tak więc kim jestem? – spytał spokojnie nieznajomy.
– Jest kilka możliwości. Możesz być jednym z ludzi Moriarty’ego, który otrzymał rozkaz, aby wysyłać mi anonimy, albo jednym z moich współpracowników, który jest psychopatą i postanowił zabawić się moim kosztem.
– Ale kim jestem? – zapytał nieco popędliwie. – Czy już pan wie, panie Holmes?
Przeniosłem wzrok na podłogę i zamyśliłem się. Rozważyłem wszystkie możliwości i wszystkie tropy w poszukiwaniu odpowiedzi. Przyjrzałem się nawet jeszcze raz mojemu porywaczowi. Bezskutecznie. Ilekroć przychodziła mi do głowy jedna możliwość, od razu znajdowałem przeciw niej z dziesięć argumentów wykluczających. Pomyślałem wtedy, że gdybym miał więcej danych, być może poszło by mi lepiej.
– A więc nie wiesz – podsumował wreszcie mój prześladowca. – Tak myślałem, że nigdy na to nie wpadniesz.
Podniosłem na niego wzrok i czekałem na to, co powie.
– Mam na imię Saturnin i jestem demonem.
Moja brew uniosła się ze zdziwienia, a potem prychnąłem śmiechem.
– Nie wierzę w demony – odparłem.
– To jak wytłumaczysz to, że w noc, w którą otrzymałeś pierwszą wiadomość, twoje kamery nie wyłapały nikogo, kto choćby zbliżył się do twojego gabinetu?
– Mogłeś wykraść również klucze do pokoju ochrony i…
– … i wyciąć ten fragment nagrania? – dokończył z dziwną satysfakcją w głosie. – Za dużo pracy jak na jedną noc. Przecież sprawdzenie kamer było jedną z pierwszych rzeczy, które nakazałeś po odkryciu napisu na ścianie. Twoi ludzie zdążyliby się zorientować, że ktoś u nich myszkował. Rzecz w tym, że drzwi do twojego gabinetu nawet nie zostały tej nocy otwarte. Przeszedłem przez nie i zostawiłem ci małą niespodziankę.
– Skoro potrafisz przechodzić przez ściany, to czemu ukradłeś woźnemu klucz do drzwi, których i tak nie zamierzałeś użyć?
– Żeby sprowadzić cię na manowce, rzecz jasna. Miałeś pomyśleć, że ktoś przedostał się do środka tą drogą. No bo jak inaczej, skoro okno było zamknięte?
– Wszystko da się logicznie wytłumaczyć – odpowiedziałem.
– Ach, tak? W noc po otrzymaniu pierwszych dwóch wiadomości miałeś sen, który zdradzał ci rzeczy, o których nie miałeś prawa wiedzieć. Dopiero Karsten Prevost oświecił cię w tej kwestii. Jak mogłeś śnić o rzeczach, których jeszcze nie poznałeś?
– Pewnie już wcześniej miałem podejrzenia na ten temat i moja podświadomość podsunęła mi ten sen.
– Błąd, to ja ci go zesłałem.
Znów prychnąłem śmiechem i popatrzyłem na Saturnina. Naprawdę chciał, abym uwierzył w tę bzdurę. Prawdopodobnie sam w to święcie wierzył.
Zaśmiał się pod nosem, ruszył z miejsca i zaczął mnie okrążać, tak jak ja wcześniej jego. A ja wodziłem za nim wzrokiem.
– Widzi pan, panie Holmes – podjął nieco głośniej – tak się składa, że ja żywię się bólem i zdradą. Kiedy ludzie się nawzajem zdradzają, ja wzrastam w siłę. – Zatrzymał się tuż za mną, oparł ręce na moich ramionach i zasyczał mi do ucha: – A każda informacja, którą przekazałeś Moriarty’emu na temat brata, była jak słodkie ciastko przed obiadem.
Poczułem chłód w piersiach na wspomnienie przesłuchań Moriarty’ego. Zamknąłem na chwilę oczy, a Saturnin ciągnął dalej:
– Podczas pierwszego dnia w szkole dla chłopców Sherlock wydedukował, że jego nauczycielka ma romans z jednym z uczniów. Kiedy miał sześć lat, Sherlock rozbił ulubiony wazon ciotki Maybelle, który wasza rodzina dostała z okazji przeprowadzki do Londynu. Na studiach Sherlock co roku zmieniał kierunek i obrażał wykładowców…
Przełknąłem ślinę i spojrzałem w dół. Saturnin zrobił krok w bok, a potem stanął naprzeciw mnie.
– Rząd bardzo chciał kod komputerowy. Ale był problem. Moriarty chciał rozmawiać tylko z tobą i tylko, jeśli opowiesz mu coś o Sherlocku. Na początku wahałeś się, miałeś opory przed podjęciem się tego zadania, ale tylko na początku. Wiedziałeś jak cenny dla rządu brytyjskiego jest kod, który otwiera wszystkie drzwi, a twoi zwierzchnicy nalegali. Z każdym dniem stawali się coraz bardziej niecierpliwi. Tak więc udało ci się znaleźć idealny kompromis. A przynajmniej tak ci się wtedy wydawało.
Przerwał, a ja miałem cichą nadzieję, że nie będzie kontynuował. Już i tak wiedział stanowczo za dużo. Ale po krótkiej pauzie Saturnin mówił dalej:
– Myślałeś, że Moriarty chciał dowiedzieć się czegoś o słabościach Sherlocka, o jego zwyczajach, rutynie, stosunkach z ludźmi. Skoro więc Moriarty chciał rozmawiać o Sherlocku, ty opowiadałeś mu nic nieznaczące historyjki. Anegdotki, które przedstawia się w rodzinnym gronie, aby się pośmiać i które nie zawierały w sobie żadnych informacji, mogących zaszkodzić Sherlockowi. Ale on właśnie tego oczekiwał. Właśnie to chciał od ciebie usłyszeć.
Zacisnąłem pięści. Tę prawdę też znałem aż nazbyt dobrze.
– Tak – kontynuował Saturnin. – To była zaiste jedna z najlepszych uczt, jakie miałem. Wielki finał nie był aż tak zabawny, ale cóż, tak się złożyło…
Wziąłem głęboki oddech i popatrzyłem chłodno na mojego rozmówcę.
– Czyli porwałeś mnie tutaj tylko po to, aby nadal się nade mną znęcać? Bardzo oryginalne, nie powiem.
– O, nie! – zawołał Saturnin. – Zabawa dopiero się zaczyna. Widzi pan, panie Holmes, jest tu z nami jeszcze jedna osoba.
Zdziwiłem się i aż rozejrzałem dookoła, ale w promieniu mojego wzroku nikogo nie znalazłem. Kto mógłby tutaj być? Wróg? Przyjaciel? Lestrade? Anthea? A może John?
– No dalej! – odezwał się Saturnin. – Wychodź, drogi gościu! Nie wiesz nawet jak długo na ciebie czekałem…
Cisza. Nadal nic.
– W takim razie widzę, że potrzebujesz bodźca – odparł Saturnin. Wyciągnął ukryty pod płaszczem pistolet i wycelował go we mnie. Od razu poczułem przypływ adrenaliny. – To trochę zaboli, ale trudno.
Wystrzelił. Na chwilę serce zamarło mi w piersi, kiedy pocisk wyleciał z hukiem z lufy pistoletu i poczułem jak mała, rozżarzona kula wbija mi się w lewe ramię. Mimowolnie wydałem z siebie okrzyk bólu i przyłożyłem prawą rękę do rany. Od razu wewnętrzna część dłoni stała się wilgotna od krwi.
Zatoczyłem się trochę na nogach, ale szybko odzyskałem równowagę. Po chwili usłyszałem odbijające się echem czyjeś kroki i zza sterty skrzynek po mojej lewej stronie wybiegł brodaty woźny z Barts, który skierował w stronę Saturnina własny pistolet. Ale dlaczego on? Skąd się tu wziął? Czego tutaj szukał?
– Myślę, że dość już tej maskarady, nie sądzi pan? – rzekł Saturnin.
– Najpierw rzuć broń – odpowiedział woźny. Jego głos był cichy, monotonny i bardzo znajomy.
– Proszę bardzo – oświadczył Saturnin i rzucił pistolet w bok. Broń przejechała kilka metrów i zatrzymała się dopiero przy wózku widłowym. Dopiero wtedy zamaskowany mężczyzna odezwał się znowu: – Teraz broda.
Woźny przez chwilę jeszcze stał nieruchomo, być może rozważając jego propozycję. A potem jedną ręką złapał za brodę i zerwał ją sobie z twarzy. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. Najpierw pomyślałem, że śnię. Ale nie, ból w ramieniu był zbyt prawdziwy, aby uznać to za sen. Tak więc mam zwidy. No, bo przecież to niemożliwie, aby Sherlock tak po prostu stał sobie w tym magazynie. Przyglądałem się jego twarzy, jakbym chciał znaleźć jakąś nieprawidłowość, ale wszystko było na swoim miejscu. Czułem przemożną potrzebę dotknięcia go, sprawdzenia, czy to nie iluzja albo duch, jednak bałem się ruszyć z miejsca. W zasadzie to nie wiedziałem, czy cieszyć się z tego, że mój brat tutaj jest, czy bać.
– Sherlock… – szepnąłem, a on tylko zerknął na mnie kątem oka.
– Tak, żyję. Potem ci wytłumaczę – odpowiedział krótko i przeniósł wzrok na Saturnina. – Tak a propos, pomoc już jedzie.
– Sherlock Holmes – powiedział „demon”, rozwierając szeroko ramiona. – Słynny detektyw, który okazał się oszustem. – Opuścił ręce. – Na pewno jest kilka rzeczy, które chciałbyś powiedzieć swojemu starszemu bratu, zwłaszcza po tym, co przed chwilą usłyszałeś.
Sherlock przyjął bardziej zdecydowany wyraz twarzy.
– Wiedziałem o tym już od jakiegoś czasu – odparł beznamiętnie.
– Zaskakujące, nieprawdaż? – zapytał Saturnin. – A mnie się wydaje, że nareszcie wyszło szydło z worka. Może tak naprawdę Mycroft Holmes chciał się wreszcie pozbyć kłopotliwego braciszka. – Odwrócił się do mnie. – Siedem lat obywałeś się bez niego. Aż tu nagle musiałeś się odtąd wszystkim z nim dzielić, zwłaszcza miłością rodziców.
– To normalne, gdy ma się rodzeństwo – wtrąciłem szybko. – Ale to jeszcze nie znaczy, że chciałem, aby Moriarty coś mu zrobił.
Popatrzyłem na Sherlocka, aby wybadać, czy mi wierzy, czy nie. Rzucił mi beznamiętne spojrzenie i przeniósł wzrok na Saturnina.
– Stało się – zaczął. – Mycroft popełnił błąd. I co w związku z tym? Mam płakać, bo mój brat został przechytrzony przez Moriarty’ego? Nie on pierwszy i nie ostatni. Na jego miejscu pewnie obrałbym tę samą strategię, bo wyszedłbym od podobnych założeń.
Poczułem ulgę, chociaż te słowa niekoniecznie znaczyły, że Sherlock mi wybaczył.
Tymczasem on ciągnął dalej:
– Zresztą doświadczam protekcjonalności Mycrofta od kiedy skończył dziesięć lat. Bywa bardzo upierdliwy, ale zawsze wiedziałem, że na swój pokręcony sposób chce dla mnie dobrze. – Nagle na jego twarzy pojawił się jakiś dziwny smutek. – Za często mi pomagał, abym miał uznać, że przesłuchując Moriarty’ego tak po prostu mnie zdradził.
– „Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga…”! – zawołał Saturnin. – Czy to nie jego słowa?
Przez chwilę Sherlock milczał, ale zaraz potem odparł spokojnie:
– No cóż, jak każdy polityk, mój brat jest hipokrytą. Twierdzi, że nie warto się przejmować, a sam to robi.
– Zawsze zachowuje się jakby był twoim ojcem – wtrącił „demon” równie głośno, co przedtem. – Jakby wiedział, co jest dla ciebie dobre i mógł ci rozkazywać. A przecież nie ma prawa rościć sobie nad tobą władzy. Nie chciałbyś się od niego uwolnić raz na zawsze?
– Fakt – zaczął spokojnie Sherlock – bywa trochę… nadopiekuńczy, ale jest też bardzo użyteczny. Sam przyznasz, że nie ma to jak wpływy.
– A właśnie. – Saturnin przeniósł wzrok z powrotem na mnie. – Co ty z tego masz?
To pytanie zadane tak znienacka, mnie zdziwiło. Sherlocka zresztą też. Kiedy po kilku sekundach nadal nie odpowiedziałem, Saturnin zrobił dwa kroki w moją stronę i ciągnął dalej:
– Cały czas martwisz się o niego. Kiedy wpada w kłopoty, ty wyciągasz go z nich, a kiedy cię o coś prosi, natychmiast wykonujesz jego prośbę. A przecież on nigdy nic dla ciebie nie zrobił. Tak więc co ty z tego masz?
– To mój brat – odparłem po prostu. – Starsi bracia muszą dbać o młodszych…
– Tak, ale co ty z tego masz? – przerwał mi Saturnin. – Kiedy ty go o coś prosisz, broni się przed spełnieniem tej prośby rękami i nogami. Ostentacyjnie okazuje ci swoją niechęć za każdym razem, gdy się spotykacie. Chronisz go i narażasz się dla niego na różne nieprzyjemności, a on ci nawet nie podziękuje. – Stanął obok mnie i szepnął: – W głębi serca wiesz, że nigdy ci się nie odwzajemni. – Zbliżył się jeszcze bardziej, tak bardzo, że poczułem jego oddech na ramieniu. A potem zasyczał mi do ucha jeszcze ciszej: –  A i tak wszyscy wiedzą co zrobić, aby Człowiek-Lód ugiął się pod ich wolą. Jeśli cię rozgrzać, to zaczniesz topnieć, a kiedy uderzyć w odpowiednie miejsce, zaczniesz pękać. Wygląda więc na to, że z twojej troski o Sherlocka nie wynika dla ciebie nic dobrego. Tak więc po co się męczyć?
To pytanie – co ja mam z zajmowania się młodszym bratem? – wprawiło mnie w osłupienie i zmusiło do dłuższej refleksji. No bo rzeczywiście Sherlock nie okazywał mi zbyt wielkiej miłości ani troski, i wydawał się zawsze tylko brać. W przeszłości dość często rozmyślałem o niewdzięczności mojego brata, co było nieraz źródłem moich frustracji. A mimo to pomagałem mu i martwiłem się o niego. Dlaczego? Czy robiłem to tylko z poczucia obowiązku?
Poczułem się słabo. Wiedziałem, że to z powodu utraty krwi i że jeśli pozostanę tu zbyt długo, mogę stracić przytomność, a nawet wykrwawić się na śmierć. Usiadłem na krześle i spojrzałem na Sherlocka. Tym razem to on oczekiwał na odpowiedź. Widziałem ślad niepokoju w jego oczach. Przeniosłem wzrok na Saturnina i prychnąłem śmiechem.
– Sam obaliłeś swój argument. Strzeliłeś do mnie, aby wywabić Sherlocka z ukrycia, a on wyszedł, tak jak przewidziałeś. Czy to już nie dowód, że przynajmniej trochę mu na mnie zależy?
Zerknąłem kątem oka na Sherlocka. Chyba odczuł ulgę, bo przyjął bardziej obojętny wyraz twarzy. Nastała cisza, która była dość denerwująca. Sherlock trzymał Saturnina na muszce, co chwilę zerkając z niepokojem na mnie. I wtedy usłyszeliśmy policyjne syreny na zewnątrz magazynu, a okna zaświeciły się na przemian czerwonymi i niebieskimi światłami.
– Mówi inspektor Lestrade – zabrzmiał głos z megafonu. – Magazyn jest otoczony! Wiemy, że jesteś sam! Wychodź z podniesionymi rękami!
– Zdaje się, że to do mnie – odpowiedział Saturnin z jakąś satysfakcją w głosie i podniósł ręce do góry. Odwrócił się do nas plecami. – No cóż, nie dam im na siebie zbyt długo czekać.
– Mam cię na muszce – odparł Sherlock. – Nie próbuj żadnych sztuczek.
– Za późno, panie Holmes.
Nagle jego peleryna opadła na podłogę, a on sam zniknął. Obaj wpatrywaliśmy się z niedowierzaniem w miejsce, w którym powinien stać. Od tamtego czasu obaj wypracowaliśmy kilka hipotez na temat tego, jak udało mu się uciec, ale nie udowodniliśmy prawdziwości żadnej z nich. Niemniej jednak staliśmy tak oniemiali, dopóki nie usłyszeliśmy znów głosu Lestrade’a:
– To twoja ostatnia szansa! Wychodź albo wyciągniemy cię siłą!
Jeszcze przez chwilę trwała cisza, a potem usłyszeliśmy jak policja dobija się do głównego wejścia. Zwróciłem się do Sherlocka:
– Lepiej się ukryj. Jeszcze dojdą do głupich wniosków.
Przytaknął tylko głową i odwrócił się w stronę, z której wcześniej wyszedł.
– I zabierz tę brodę – syknąłem do niego.
Podniósł ją z ziemi, po czym schował się za pudłami.
Tymczasem drzwi puściły i do środka wkroczył Lestrade wraz z kilkoma policjantami. Zdziwili się bardzo tym, że jestem sam, ale natychmiast zareagowali na widok mojej rany. Jeden z policjantów zawiesił mnie sobie na ramieniu i wyprowadził na zewnątrz, inny zgłosił, że mają rannego, a reszta zaczęła przeszukiwać magazyn.
Wiedziałem, że jeśli powiem, że Saturnin tak po prostu rozpłynął się w powietrzu, uznają to za podejrzane (już i tak pewnie parę osób uważało, że wymyśliłem sobie prześladowcę), a nie mogłem pozwolić, aby przeszukali magazyn, bo mogli znaleźć Sherlocka. Ukrywający się na miejscu zbrodni mężczyzna, do tego z bronią, od razu ściągał na siebie podejrzenia. Dlatego też powiedziałem:
– Nie ma go tu. Uciekł jakieś dziesięć minut temu.
– I tak po prostu pana zostawił? – zapytał Lestrade.
– Może nie był wcale aż taki twardy – odpowiedziałem pierwszym wyjaśnieniem, jakie mi się nasunęło.

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdeział 7

Nie pamiętam, co mi się wtedy śniło. Pamiętam tylko, że na początku czułem jak jakieś dwie osoby kładą mnie na łóżku, a potem ściągają ze mnie garnitur, aby następnie przebrać w piżamę. Potem, kiedy już całkiem oderwałem się od rzeczywistości i pogrążyłem w marzeniach sennych, od czasu do czasu słyszałem dwa głosy, rozmawiające ze sobą szeptem, ale uznałem je za część snu, kolejne tortury ze strony mojej podświadomości.
Nie wiem jak długo spałem. Kilka razy budziłem się do świadomości i zaraz znów pogrążałem się we śnie, jakbym był przywiązany do łóżka. Kiedy się w końcu obudziłem, na początku wszystko było jakby zamazane, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest już dzień. Po kilku chwilach obraz w moich oczach się wyklarował. Ostrożnie usiadłem na łóżku i od razu poczułem się tak, jakbym zeszłą noc spędził na opróżnianiu barku w Klubie Diogenesa. Kręciło mi się w głowie i martwiłem się, czy będę w stanie w ogóle coś dzisiaj zrobić.

Przypomnienie sobie, co wydarzyło się poprzedniej nocy, zajęło mi kilka sekund, ale kiedy już zdałem sobie sprawę z tego, że miałem gościa, a cisza wokoło świadczyła, że tego gościa już nie było, stanąłem przed problemem prawdopodobnej kradzieży. Musiałem sprawdzić, czy czasem ta ladacznica nie myszkowała mi po domu, ale stan, w jakim się teraz znajdowałem, nie zachęcał mnie do tego. Jeszcze przez kilka minut siedziałem na łóżku, próbując dojść do siebie.
A więc Irene Adler żyje. Co więcej, wie o mojej zdradzie. Co teraz miałem począć z tą wiedzą? Czy powinienem się jej obawiać? Skoro Sherlock uratował ją przed dekapitacją z ręki terrorystów w Karaczi, istniało spore prawdopodobieństwo, że wciąż coś do niego czuła. Być może nawet wymieniali jakąś korespondencję, o której nie wiedziałem. Śmierć Sherlocka musiała ją wstrząsnąć. Adler miała powód, aby się na mnie mścić. Czy było możliwe, że moim prześladowcą była właśnie Kobieta?
Z drugiej strony – jej wczorajsze zachowanie było cokolwiek dwuznaczne. Najpierw mnie policzkowała, potem chciała uwieźć, a potem ogłuszyła tylko po to, aby zostawić w spokoju. Gdyby chciała mi coś zrobić – zabić, skrzywdzić, odegrać się w jakiś sposób – czemu nie zrobiła tego, kiedy byłem nieprzytomny, tylko tak po prostu opuściła moje mieszkanie? Być może szykowała mi jakąś niespodziankę w niedalekiej przyszłości, ale dlaczego do mnie przyszła? W końcu o wiele lepiej byłoby dla niej, gdybym myślał, że nie żyje. Miałaby pozbyć się przewagi z czystej bezczelności?
I skąd wiedziała, gdzie mieszkam? Odpowiedź na to pytanie w zasadzie sama się nasuwała. Skoro dowiedziała się o przesłuchaniach Moriarty’ego śpiąc z jednym z moich agentów, równie dobrze mogła odnaleźć tą drogą mój adres. Ale skąd miała klucze? A może użyła spinki jak bohaterka jakiegoś taniego komiksu szpiegowskiego?
Podniosłem się wreszcie na równe nogi i, choć nadal kręciło mi się trochę w głowie, nieśpiesznie zacząłem sprawdzać szuflady, szafki i tajne schowki. Przejrzałem wszystkie dokumenty, na papierze i w komputerze (większość najważniejszych informacji i tak trzymałem w głowie). Sprawdziłem również swój portfel i albumy rodzinne. Wyglądało na to, że Adler nie interesowało nic z rzeczy, które posiadam, za to w kuchni zastałem w zlewie dwa niedawno myte kubki, a w śmietniku – zużyte torebki po herbacie. Domyśliłem się od razu, że Kobieta i jej wspólnik (albo wspólniczka) raczyli się moją herbatą.
I tak oto stanąłem przed pytaniem: Co zrobić z faktem, że Irene Adler żyje? Rozsądek nakazywał natychmiast poinformować o tym tajne służby, ale najpierw musiałem upewnić się co do jej motywów i stanu wiedzy. Czy miała kompromitujące zdjęcia albo informacje, które mogły zagrozić rządowi? Czy też może zamierzała zostać tylko na pogrzebie Sherlocka, a potem opuścić Anglię?
Jako że głowa mi ciążyła jak po kilku szklaneczkach whiskey i czułem się jeszcze trochę słaby, aż chciałem wrócić do łóżka. Spojrzałem jednak na zegar i zdałem sobie sprawę z tego, że do umówionego spotkania w domu pogrzebowym pozostało niecałe półgodziny. Tak więc zadzwoniłem po kierowcę i w niemal ekspresowym tempie doprowadziłem się do stanu używalności. Wychodząc z domu, udało mi się uchwycić kątem oka bezdomnego, którego widziałem koło moich drzwi dwa dni wcześniej. Od razu odwrócił wzrok i ja zrobiłem to samo.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy wychodząc z wyżej wymienionego spotkania, usłyszałem dzwonek komórki i na jej ekranie ukazał się numer domowy Baker Street. Było to o tyle osobliwe, że Sherlock i John zwykli do mnie dzwonić wyłącznie z komórek, nawet kiedy byli w domu, a z telefonu stacjonarnego nie korzystali prawie wcale. Domyślałem się, kto do mnie dzwoni, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiła. Przystanąłem na ulicy i odebrałem, nie czując się zbyt pewnie (od kiedy tego dnia przekroczyłem próg domu, nie czułem się pewnie; wrażenie bycia obserwowanym nie opuszczało mnie ani na chwilę).
– Mycroft Holmes, słucham. W czym mogę służyć, pani Hudson?
– Skąd wiedziałeś, że to ja? Chociaż nie. Nie powinnam się dziwić. W każdym razie – przeszła wreszcie do sedna sprawy – dzwonię do ciebie, bo tak się zastanawiam, czy nie zechciałbyś wybrać się ze mną na kawę do jakiejś małej knajpy?
To pytanie mnie zaskoczyło. Zwykle to ja zapraszam ludzi na kawę, i to tylko po to, aby coś omówić albo czegoś się dowiedzieć. Aż tu nagle dzwoni do mnie pani Hudson i mówi mi, że chciałaby się ze mną spotkać w kawiarni. Bycie po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zaproszonym na miasto – to było dość dziwne uczucie. I bardzo ciekawe, nie powiem.
– To bardzo miło z pani strony, pani Hudson – odpowiedziałem po chwili zastanowienia. – Akurat mam wolną chwilę.
Umówiliśmy się w Speedy’m za piętnaście minut, ale mój kierowca zawiózł mnie tam w dziesięć. To jednak nie miało większego znaczenia, bo pani Hudson i tak wyszła, aby się ze mną przywitać. Miała na sobie czarną spódnicę, od razu zauważyłem, że była stara i wiele razy przerabiana. Prawy rękaw był nieco podwinięty, wyglądało więc na to, że oderwałem panią Hudson od zmywania naczyń.
W pierwszej chwili, kiedy pojawiła się na ganku, miała na twarzy lekki uśmiech, ale on zniknął kilka sekund potem. W jej oczach malowało się zmartwienie. Pani Hudson podeszła do mnie i powiedziała:
– Mój Boże, Mycroft, wyglądasz okropnie. Czy aby dobrze sypiasz?
– Tak, jestem trochę zmęczony, ale… – zacząłem odpowiadać pani Hudson, ale natychmiast wzięła mnie pod rękę, mówiąc:
– Żyjesz w strasznym stresie. Chodź ze mną.
Zapewne zaciągnęłaby mnie do Speedy’ego i posadziła przy którymś stoliku, ale nagle dźwięk strzału przebił powietrze, a chwilę potem kula przeleciała tuż obok nas, rozbijając szybę i zmuszając wszystkich dookoła do schronienia się na różne sposoby. Jedni schowali się za samochodami, inni padli na ziemię, a jeszcze inni uciekali pieszo bądź samochodem (jeśli znajdowali się w środku albo w pobliżu). Było mnóstwo krzyku i przepychanek, każdy chciał jak najszybciej umknąć tajemniczemu strzelcowi z linii ognia. Ja i pani Hudson najpierw pochyliliśmy głowy i przykucnęliśmy, a potem padł kolejny strzał i pocisk trafił w plastikową nogę stolika, stojącego tuż obok nas.
– Niech ktoś wezwie policję! – zakrzyknął jakiś mężczyzna.
Zaraz potem rozległ się huk wystrzału i druga szyba Speedy’ego puściła. Ruch na ulicy całkiem zamarł. Mimo to usłyszałem jak ktoś w pobliżu mnie dzwoni na komórkę.
– Policja? Przyślijcie jakiś radiowóz na Baker Street… Szaleniec strzela do ludzi z dachu…
Miliony myśli przeszło mi przez głowę. Najpierw pomyślałem: „Pięknie, akurat tutaj jakiś szaleniec zdecydował się pobawić bronią…” Zaraz potem przyszło mi do głowy, że może owym snajperem jest mój prześladowca. Fakt, że kolejny pocisk przemknął mi tuż koło nosa, a następny tylko cudem nie trafił mnie w rękę, zdawał się potwierdzać tę tezę. Czyli jednak zamierzał mnie zabić… A może celowo nie trafiał, aby mnie zastraszyć?
Musiałem coś zrobić i to szybko. Jakoś wyjść z tej sytuacji. Ale co miałem zrobić? Zadzwonić do Anthei? Tak, powiadomić ją o tym, co się właśnie dzieje – to wydawało się rozsądne. A zdążyłbym wyjąć komórkę? Zresztą, pewnie już i tak wiedziała, co zaszło. Kamery musiały to wyłapać.
Mimo wszystko wyjąłem telefon i szybko wybrałem numer mojej asystentki. Czekając na połączenie, popatrzyłem na mojego kierowcę. Schował się pod autem, tak więc już wiedziałem, że nie będzie z niego wielkiego pożytku.
– Tak, panie Holmes? – odezwała się po chwili Anthea.
– Wiesz, co się dzieje na Baker Street? – zapytałem.
– Tak. Policja już jedzie. Wezwać kogoś jeszcze?
Zastanowiłem się przez chwilę. Starałem się myśleć jasno, mimo stresu spowodowanego faktem, że ktoś do mnie strzelał.
– Nie. Przyjrzyj się mu i sprawdź kim jest.
– Tak jest.
I wtedy zaświszczał kolejny pocisk i trafił prosto w moją komórkę. Odruchowo upuściłem ją, a ona opadła z trzaskiem na obsypany pozostałościami po szybie chodnik. Czyli tyle, jeśli chodzi o łączność z Antheą w tym momencie. Jeśli przeżyję, będę musiał osobiście pójść do niej po odpowiedzi.
Ale co miałem teraz zrobić?
Spojrzałem na panią Hudson. Siedziała otoczona szkłem i trzymała ręce na głowie, aby chronić się przed tym, co jeszcze mogło na nią spaść. Nie miała łez w oczach, ale widziałem doskonale, że jest śmiertelnie przerażona i zdezorientowana. I nagle wiedziałem jakie były moje priorytety.
– Pani Hudson, musimy wejść do środka – powiedziałem i, stając na czworakach, otworzyłem drzwi do Speedy’ego, gdzie już ukryło się kilka osób.
Kolejny strzał, tym razem przeleciał nad głową pani Hudson i wbił się we framugę drzwi frontowych.
– Tam jest! – zawołała jakaś kobieta.
Szybko wepchnąłem panią Hudson do środka, a sam ostrożnie podniosłem wzrok, aby przyjrzeć się snajperowi. Stał na dachu budynku naprzeciwko Baker Street. Był ubrany na czarno, ale z tak daleka nie widziałem dobrze jego twarzy, jedynie to, że jest nienaturalnie blada. W rękach trzymał pistolet, co mnie zaintrygowało. Przecież do takiej roboty bierze się raczej karabin. No i nie stoi się na dachu, aby wszyscy przechodnie go widzieli.
W oddali słychać było dźwięk policyjnych syren. Ale radiowóz miał problemy z przedostaniem się przez zatłoczoną ulicę.
Snajper przeładował, ale wbrew moim oczekiwaniom nie wycelował we mnie i nie strzelił, tylko zamarł na kilka sekund, jakby dopiero teraz zorientował się, że go zobaczyłem. A potem odrzucił broń na bok i co sił ruszył w stronę schodów pożarowych. Biegiem zaczął schodzić w dół, a ja podjąłem najdziwniejszą i chyba najniedorzeczniejszą decyzję w swoim życiu. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę się nadziwić nad tym, jaki byłem nierozważny.
Podniosłem się na równe nogi, przemanewrowałem przez stojące na jezdni i zaparkowane na chodniku samochody, i ruszyłem w pogoń za snajperem. Usłyszałem za sobą głos pani Hudson (nic specjalnie dramatycznego; po prostu wołała do mnie: „Mycroft!”), ale odwróciłem się tylko do niej i krzyknąłem:
– Niech pani się stąd nie rusza!
Kiedy przekroczyłem ulicę, on zdążył już zeskoczyć ze schodów i pobiegł przez wąski zaułek, przewracając kosz na śmieci. Musiałem zwolnić, aby go ominąć albo chociaż przeskoczyć. To dało mojemu uciekinierowi kilka sekund przewagi. Pokonawszy przeszkodę, przyśpieszyłem kroku, mijając jakiegoś żebraka, który siedział na ziemi i wszystkiemu się przyglądał. Usłyszałem za sobą dźwięk policyjnego radiowozu, który właśnie dotarł na miejsce, ale uznałem, że jest już za późno, aby włączyć ich do pościgu. Musiałbym się wrócić i wszystko im tłumaczyć, a nie miałem na to czasu. Najważniejsze było teraz, aby go złapać.
Dlaczego uciekał? Skończyła mu się amunicja? Nie, dobrze widziałem, że przeładowywał broń na dachu. Dlaczego rzucił broń? Bał się mnie? A może nie chciał mnie zabić, tylko chciał zwrócić na siebie moją uwagę. Ale to wciąż nie tłumaczyło, dlaczego uciekł, jak tylko zdał sobie sprawę, że go widzę. Chciał, żebym go gonił? Im dłużej o tym myślałem, tym gorsze przeczucia miałem. To mogła być pułapka. W zasadzie wiedziałem, że była, ale nie obchodziło mnie to. Potrafiłem się bronić i miałem przy sobie pluskwę, która wskazywała, gdzie jestem. Poza tym – chciałem wpaść w tę pułapkę. To nie było zbyt rozsądne, ale wtedy najważniejsze było dla mnie, abym wreszcie spotkał się z moim prześladowcą.
Przed nami rozpościerał się ślepy zaułek zwieńczony wysokim płotem. Snajper wspiął się nań, kiedy jeszcze dzieliły mnie od niego dwa metry.
– Stój! – krzyknąłem za nim, ale on nawet na mnie nie spojrzał, tylko przeszedł na drugą stronę płotu i zeskoczył.
Zakląłem w myślach. Ostatni raz wspinałem się na płot, kiedy miałem dwanaście lat i typową chłopięcą zwinność. Zdawałem sobie sprawę z tego, że zarówno moja obecna kondycja, jak i wrodzona niechęć do ruchu mogły mi utrudnić zadanie. Poza tym garnitur i eleganckie buty, które miałem na sobie, nie nadawały się za bardzo do wspinaczek. Niemniej jednak byłem zdeterminowany, aby złapać snajpera, który nawet jeśli nie był moim prześladowcą, to mógł coś o nim wiedzieć. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu przedostałem się na drugą stronę, przy okazji brudząc sobie rękawy białej koszuli i rozrywając prawą nogawkę.
Znalazłem się w zaułku prowadzącym wprost na ulicę. Zrobiłem dwa kroki do przodu i rozejrzałem się po okolicy w poszukiwaniu jakichś śladów mojego uciekiniera. A potem poczułem lufę na plecach i momentalnie pożałowałem swojej decyzji.
– Nareszcie się spotykamy, panie Holmes. – Od razu rozpoznałem syczący głos, który usłyszałem przez telefon, będąc zamkniętym w kostnicy.
– Kim jesteś? – spytałem, tak jak wtedy.
– Nigdy w życiu nie zgadniesz – odparł.
Chciałem się odwrócić, aby na niego spojrzeć, ale kiedy tylko przekręciłem odrobinę głowę, mój prześladowca uderzył spodem pistoletu w moją potylicę, ogłuszając mnie. Poczułem jak moje ciało opada na zapiaszczone podłoże, a potem zobaczyłem ciemność.

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 6

Stałem naprzeciw schodów, na korytarzu naszego rodzinnego domu. Strumienie światła przedzierały się przez zamknięte okna, potęgując tym samym wrażenie, że wiktoriański budynek na przedmieściach Londynu jest opustoszały. Było bardzo cicho. Jedynie deski skrzypnęły mi pod stopą, kiedy powoli ruszyłem z miejsca.
A potem usłyszałem chichot. Chichot więcej niż jednego dziecka, dochodzący z pokoju po mojej lewej stronie, który kiedyś należał do mnie. Otworzyłem ostrożnie drzwi i zajrzałem do środka. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczyłem dwóch małych chłopców – jednego pięcioletniego o czarnych, kędzierzawych włosach, drugiego dwunastoletniego, którym zapewne byłem ja. Siedzieli na podłodze, a w zasadzie to ja siedziałem, a Sherlock leżał i był łaskotany przez młodszą wersję mnie. Ten mały ja miał na twarzy złośliwy uśmieszek i w równie złośliwy sposób chichotał pod nosem. Z każdą chwilą Sherlock śmiał się coraz głośniej, przekręcając z boku na bok, aby uciec moim zwinnym palcom, które ani na chwilę nie opuszczały okolic jego pach.
– My… croft… prze… stań! – krzyczał przez śmiech i łzy mój młodszy braciszek.
– O nie, Sherlock – powiedział mały ja. – Wyłaskoczę cię na śmierć.
– Po… wiem… mamie…
Przed moimi oczami odgrywało się stare wspomnienie – zwyczajna, rodzinna scena z czasów, kiedy ja i Sherlock byliśmy niewinni. Ja nie zajmowałem się polityką, a on nie rozwiązywał zagadek kryminalnych. Z czasów, w których ja chciałem być superbohaterem, a on piratem. Przyglądałem się temu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obraz małego Sherlocka przyprawiał mnie o ból serca, bo było to jedno z tych wspomnień, które przychodziło do mnie, kiedy miałem jakieś problemy z Sherlockiem i dziwiłem się, że z takiego wesołego chłopca wyrósł tak kłopotliwy, złośliwy, zażywający narkotyki i włamujący się do tajnych baz mężczyzna. Z drugiej strony, było coś uspokajającego w tej scenie z życia rodzinnego. Wolałem zostać tutaj, gdzie mój brat nie tylko żył, ale i nie miał całego tego bagażu niemiłych doświadczeń, które przyniosło mu jego dorosłe życie. Obawiałem się, czy czasem chłopcy nie zdadzą sobie sprawy z mojej obecności i wtedy ich sielanka się skończy. Ale nie. Mimo że stałem w drzwiach, żaden z nich nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.
Nagle – tak po prostu i bez żadnego ostrzeżenia – nie stałem już z boku, tylko byłem tym małym, dwunastoletnim chłopcem. Widziałem wszystko jego oczami, jego ciało było moim ciałem. Odkrycie to sprawiło, że na chwilę zaprzestałem łaskotania Sherlocka. Pięciolatek wydał z siebie westchnienie ulgi. Po chwili usiadł i zaczął łapać oddech. Spojrzałem w stronę drzwi, w których powinienem stać. Nikogo tam nie było.
Zaraz jednak usłyszałem skrzypnięcie starych desek i w korytarzu pojawiła się niska, męska sylwetka w garniturze. To nie był nasz ojciec. To nie był nikt, kogo znaliśmy w tamtym czasie, ale kiedy tylko podszedł bliżej i stanął w drzwiach, od razu go rozpoznałem. Moriarty oparł się rękoma o framugę drzwi i spojrzał na nas tymi swoimi złośliwymi oczkami, w których tliły się iskierki szaleństwa. Uśmiechnął się do nas tym pewnym siebie uśmiechem, którym raczył mnie podczas przesłuchań, a Sherlocka – zapewne podczas każdego z ich wspólnych potyczek.
Poczułem jak ciarki przechodzą mi po plecach. Obaj z Sherlockiem podnieśliśmy się na równe nogi.
– Dzień dobry – przywitał się dziarsko Sherlock, po czym spytał: – Kim pan jest?
– To zły człowiek – odpowiedziałem, nie spuszczając wzroku z Moriarty’ego.
– W rzeczy samej – odparł i wszedł do pokoju – przyszedłem zrobić wam krzywdę.

– Schowaj się za mną, Sherlock – powiedziałem, ale i tak stanąłem przed nim, aby zatarasować Moriarty’emu drogę.
– Gdzie jest mamusia i tatuś? – jęknął z przerażenia mój braciszek.
Sam zadawałem sobie to pytanie. Nie pamiętałem, aby zostawiali nas samych. Z drugiej strony już wcześniej zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz mnie i Sherlocka nie było nikogo w domu.
Moriarty zrobił krok do przodu, potem kolejny i stanął tuż przede mną. Spoglądał na mnie z góry, wciąż mając na twarzy ten okropny uśmiech. A ja czułem jak z każdą chwilą opuszcza mnie odwaga.
– I znów odgrywasz rolę opiekuńczego brata – odezwał się w końcu. Pochylił się nieco, aby nasze oczy się spotkały i dodał szeptem: – Nie mogłeś ochronić go, kiedy byłeś dorosły i miałeś wpływy. Chcesz to zrobić teraz, kiedy jesteś nic nieznaczącym dzieckiem?
– Cokolwiek, aby cię powstrzymać – odparłem stanowczo.
Poczułem jak małe rączki Sherlocka ściskają moje nogawki i jak mój brat przytula się do mnie ze strachu przed obcym, który wtargnął do pokoju. Serce waliło mi jak szalone. Byłem świadom tego, że, jako dwunastolatek, mogę niewiele. Moriarty przewyższał mnie siłą fizyczną. Byliśmy sami, więc było małe prawdopodobieństwo, że ktokolwiek usłyszy nasze wołania o pomoc. Czy było w ogóle jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji?
Moriarty wyciągnął rękę i dotknął mojego policzka. Po chwili pogłaskał go, przyprawiając mnie o dreszcze, i uśmiechnął się znów w ten sam złośliwy sposób.
– Biedny, mały Mycroft. Tak bardzo się starasz, a ciebie tak łatwo oszukać.
Wyprostował się, ale ja stałem jak oniemiały. Jakbym doznał nagłego zaćmienia i mój umysł nie odbierał żadnych bodźców z zewnątrz. Kilka sekund później poczułem silne uderzenie w wątrobę i padłem na podłogę. Sherlock natychmiast podszedł do mnie, ale Moriarty chwycił go oburącz i wziął pod pachę. Zbliżył się do okna, które jeszcze przed chwilą było zamknięte, a teraz nie wiadomo kiedy zostało otwarte na oścież. Moriarty rzucił mi kolejne złośliwe spojrzenie. A ja natychmiast zrozumiałem, co zamierza zrobić i podniosłem się na równe nogi. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Pamiętaj, Mycrofcie Holmes: to ty popchnąłeś swojego brata w stronę przepaści.
Tymczasem Sherlock wiercił się jak mógł, ale nie był w stanie się wyrwać. Popatrzył na mnie błagalnym tonem.
– Mycroft! – zawołał, a w jego oczach pojawiły się łzy. – Mycroft, pomocy!
Chciałem go uratować, ale nagle nie mogłem się ruszyć. Całe moje ciało – od stóp po place rąk – było sparaliżowane. Moriarty chwycił Sherlocka za boki i ostrożnie wystawił przez okno. Próbowałem zmusić nogi i ręce do posłuszeństwa, nakazać siłą woli, aby kończyny wreszcie wzięły się do roboty, ale były jakby martwe. Mogłem jedynie patrzeć jak ten zwyrodnialec trzyma mojego wierzgającego i przerażonego brata w oknie, z którego odległość od ziemi wynosiła jakieś cztery piętra. Musiałem coś zrobić, inaczej Sherlock zginie. A ponieważ opór ani walka nie wchodziły w grę, pozostawała jeszcze jedna możliwość.
– Proszę, nie rób tego – powiedziałem. Głos mi drżał, ale nie obchodziło mnie to. – Zrobię wszystko, tylko zostaw go w spokoju.
– O, ja wiem, że zrobisz wszystko. Gdybyś mógł, oddałbyś za niego swoją duszę albo zamieniłbyś się z nim miejscami. Problem polega na tym, że jest już za późno. – Zwrócił się do Sherlocka: – Co powiesz, mały? Twój kochany, starszy brat sprzedał cię za kilka cyfr. Leć więc w dół i niech ta myśl będzie ostatnią, która pozostanie w twojej głowie, zanim rozbijesz się o bruk.
Zamachnął się rękami, jakby zamierzał rzucić Sherlocka na podłogę i – ku mojej wielkiej zgrozie – puścił go. Najpierw usłyszałem krzyk Sherlocka, a potem dźwięk uderzającego o chodnik ciała. Dopiero wtedy odzyskałem czucie w rękach i nogach. Natychmiast rzuciłem się do okna i spojrzałem w dół. Sherlock – dorosły i ubrany tak jak w dniu swojej śmierci – leżał w tej samej pozycji, co wtedy.
Obudziłem się, tym razem z krzykiem. Nie był to jakiś rozdzierający powietrze krzyk, prawdę mówiąc był to raczej krzyk, jaki wydaje się, kiedy ktoś wyskoczy znienacka z szafy z „Buu!” na ustach. Za oknem deszcz delikatnie uderzał o szybę, za którą jeszcze nie wzeszło słońce. Nawet nie patrząc na zegar, zdawałem sobie sprawę, że musi być około czwartej-piątej rano. Przetarłem twarz ręką i od razu zarejestrowałem wilgoć na czole. Zaschło mi też w gardle.
Strasznie chciało mi się pić.
Ale bałem się ruszać się z łóżka. Nie chciałem pójść ani do kuchni, aby zrobić sobie herbatę, ani do łazienki, aby napić się wody z kranu. Bałem się, że jeśli wstanę i wejdę do któregokolwiek z pomieszczeń, zastanę kolejną wiadomość od mojego prześladowcy. Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy czasem nie siedzi gdzieś w sąsiednim budynku i nie przygląda się moim mękom. Zaraz jednak zaśmiałem się na tę myśl. To przecież ja zwykle podglądałem ludzi, a nie oni mnie. Zresztą, to na pewno był jakiś amator, który nie potrafił poprawnie ustawić pluskwy.
Chyba ta wesoła myśl wystarczyła, abym odzyskał motywację do wyjścia z łóżka, bo wstałem i poszedłem do łazienki przemyć twarz i napić się wody. Kiedy włączyłem światło, od razu poraziło ono moje oczy. Po kilku sekundach potrzebnych, aby przyzwyczaić się do nagłej jasności, stanąłem naprzeciw lustra i odkręciłem kran. Uzbierałem w dłoniach trochę wody i prysnąłem ja sobie w twarz. Dopiero wtedy przyjrzałem się swojemu odbiciu.
Bladość nie była niczym nadzwyczajnym w rodzinie Holmesów, zresztą Sherlock był wręcz biały jak ściana. Nigdy jednak, kiedy się na nas spoglądało, nie miało się wrażenia, że jesteśmy chorzy albo bliscy śmierci. Gdy zaś spoglądałem na swoje własne odbicie w lustrze, odniosłem właśnie takie wrażenie. Moja bladość przywodziła na myśl człowieka, który zapadł na jakąś śmiertelną chorobę, a ciemne worki pod oczami tylko ten obraz nędzy i rozpaczy dopełniały. Sam nie wierzyłem w to, że trzy dni bez snu wystarczyły, abym wyglądał jak żywy trup.
Wlałem sobie do szklanki (w której trzymam szczoteczkę i pastę do zębów) wodę z kranu i od razu wypiłem pół. Czułem się niedobrze, jakbym zaraz miał zemdleć. Postanowiłem więc wrócić do łóżka i spróbować zasnąć. Kiedy jednak położyłem się i otuliłem kołdrą, nie byłem w stanie spać. Myślałem o swoim niedawnym śnie i zdaniu, które wypowiedział Moriarty do Sherlocka, zanim wyrzucił go przez okno: „Twój kochany, starszy brat sprzedał cię za kilka cyfr. Leć więc w dół i niech ta myśl będzie ostatnią, która pozostanie w twojej głowie, zanim rozbijesz się o bruk.”
Czy było możliwie, że Sherlock wiedział o mojej zdradzie? Czy domyślał się skąd Moriarty wziął wszystkie te informacje na jego temat? Istniało spore prawdopodobieństwo, że tak. Skoro John na to wpadł od razu po przejrzeniu artykułu Kitty Riley, Sherlock mógł się domyślić jeszcze wcześniej. Przecież był detektywem.
Skoro się tylko dowiedział, co czuł? Czy nienawidził mnie jeszcze bardziej niż dotąd? Czy z trudem przełknął wiadomość o tym, że zdradził go jego własny brat? Czy myśl ta towarzyszyła mu, kiedy spadał w dół, ku nieuchronnej śmierci? Być może zasłużyłem sobie na wszystko, co zgotował mi mój prześladowca. Moją karą miało być życie w wiecznym poczuciu winy i hańbie. Moim własnym znamieniem Kaina była świadomość tego, że sprzedałem własnego brata, i pogarda ze strony jego przyjaciół.
Leżałem tak, bezskutecznie próbując zasnąć, aż do szóstej. Potem doszedłem do wniosku, że równie dobrze mógłbym wstać, więc podniosłem się z łóżka i zacząłem swoją zwyczajną rutynę – herbatę, śniadanie, mycie zębów, ubranie się w garnitur… Wszystko to robiłem mechaniczne, wciąż jednak myśląc o swoim śnie, o Sherlocku, o Moriarty’m i o moim prześladowcy. Co jakiś czas miałem wrażenie, że zaraz zasnę na stojąco, ale zmuszałem się do zachowania świadomości. W końcu za niecałą godzinę musiałem zacząć pracę. Pomyślałem sobie, że najwyżej potem się zdrzemnę.
Wychodząc z domu i idąc przez ulicę, czułem wzrok mojego prześladowcy. Przekraczając próg gabinetu albo Klubu Diogenesa, oczekiwałem, że zastanę czekającą na mnie kolejną wiadomość. Bezustannie myślałem o tym, kim może być tajemniczy autor anonimów i nieraz doszukiwałem się go w twarzach znajomych mojego brata. Szczególnie jedna twarz ciągle przychodziła mi na myśl. Wszystkie okoliczności zdawały się przemawiać za tą możliwością, ale daleki byłem od skłaniania się ku niej.
Mimo to, udało mi się załatwić prawie wszystko, jeśli chodzi o pogrzeb (moi zwierzchnicy byli tak myli, że zaraz po moim przybyciu do biura dali mi dwa wolne dni na uporządkowanie tych spraw) – czarny nagrobek ze złotym napisem: „Sherlock Holmes” (wiedziałem, że Sherlock nie chciałby, aby jego nagrobek zdradzał zbyt wiele), mszę (wikary, który miał ją poprowadzić, był znajomym naszej rodziny i nie wierzył w to, że Sherlock był oszustem) i autokar na stypę. Teraz pozostawało tylko przenieść ciało z domu pogrzebowego na cmentarz.
Z tym, że (a dowiedziałem się tego około czternastej) ciało Sherlocka jeszcze nie trafiło z kostnicy do domu pogrzebowego. Próbowałem dodzwonić się w tej sprawie do Molly, ale chyba miała wyłączoną komórkę. A ponieważ wiedziałem, że raczej nie ma dzisiaj wolnego dnia, wyglądało na to, że musiałem przyjechać do Barts i zapytać ją o to osobiście. Tak więc kazałem się zawieźć do szpitala i niebawem szedłem już korytarzem kostnicy w poszukiwaniu pani patolog. Zastałem ją w laboratorium, jak rozmawiała z jakimś młodym człowiekiem. Na mój widok bardzo się zdziwiła, ale zaraz przeprosiła swojego znajomego i wyszła ze mną na korytarz.
– Jeśli chodzi o ciało Sherlocka – zaczęła – to były małe problemy z dokumentacją, ale udało nam się wszystko uporządkować. Niech pan teraz przyśle panów z usług pogrzebowych.
Po raz kolejny zauważyłem, że unika mojego wzroku i uśmiecha się do mnie w bardzo nerwowy sposób. Jednak kiedy dobrze jej się przyjrzałem, zauważyłem tylko sierść kota na jej ubraniu, ślady zadrapań na rękach, resztki spaghetti na wewnętrznej stronie fartucha i lekki makijaż, świadczący o tym, że zamierzała poderwać młodego człowieka, z którym wcześniej rozmawiała.
– Na pewno wszystko w porządku? – spytałem dla pewności.
Spojrzała na chwilę na coś, co znajdowało się za mną. Natychmiast odwróciłem się, ale zobaczyłem tylko kilku ludzi w fartuchach i znanego mi już z poprzedniej wizyty woźnego, który zajęty był czyszczeniem podłogi. Popatrzyłem znów na Molly, a ona uśmiechnęła się i powiedziała:
– Ta-tak, wszystko dobrze. Przepraszam, że musiał się pan fatygować, ale dzwonek komórki w takim miejscu bywa uważany za niestosowny.
– Mogła pani ustawić wibrację – odparłem, a ona zaśmiała się nerwowo.
– No, tak. Najwidoczniej zapomniałam.
Mogłem wyczytać z jej twarzy zdanie: „A kto by do mnie zadzwonił?” Nagle odchrząknęła i jej twarz spoważniała.
– A teraz wybaczy pan. – Molly odwróciła się w stronę laboratorium. – Mam trochę pracy i muszę do niej wrócić.
– Oczywiście, panno Hooper. Ten mężczyzna ma dwa koty, jeden z nich to pers. Jest też wegetarianinem. Powodzenia – odrzekłem z uprzejmym uśmiechem.
– Oh… – zdziwiła się, ale zaraz rzuciła mi kolejny nerwowy uśmiech. – Dziękuję.
Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. Dziwna, ale w tamtym momencie wydawała się na swój sposób właściwa. Zamiast pójść w stronę wind i wyjść z Barts, skierowałem się do wyjścia awaryjnego, które prowadziło na dach. W zasadzie nogi same mnie tam prowadziły, wiedzione pamięcią tego dnia, kiedy przybyłem zbadać okoliczności śmierci mojego brata.
Wspinałem się po schodach. Zwykle nie przepadam za takim wysiłkiem fizycznym, ale tym razem nie przeszkadzało mi to za bardzo, zważywszy na to, że nie miałem do przejścia zbyt wielu pięter. Z każdym krokiem było mi coraz ciężej, nie tylko z powodu zmęczenia (to pojawiło się dopiero jak miałem za sobą jedno piętro), ale i z powodu ciężaru na sercu. Bo im bliżej byłem celu, tym więcej myśli i wspomnień krążyło w mojej głowie.
Zawsze agresywny. Nie dociera do ciebie, że jesteśmy po tej samej stronie?
O dziwo, nie…
To twój własny brat, a ty wypaplałeś cały jego życiorys temu psychopacie…
Rodzina jest wszystkim, co mamy, Mycrofcie Holmes!
Stanął mi przed oczami obraz Sherlocka grającego na skrzypcach tę piosenkę z Fullmetal Alchemist. Przypomniały mi się jego oczy, przyglądające mi się w ten obojętny, chłodny sposób. Słyszałem w uszach tę smutną, melancholijną melodię wraz ze słowami, które wyrażały, to co leżało mi na sercu. Od tamtej chwili wspomnienia przeplatały mi się z tą piosenką.
Tyle razy grał na skrzypcach, żeby mnie zirytować. Raz nawet posunął się do wykonania God save the Queen. Ilekroć się spotykaliśmy, wydawało mi się, że robił wszystko, abym się zdenerwował. Bywał jednym wielkim utrapieniem.
Czy naprawdę martwisz się o brata?
Oczywiście…
A mimo to, jeśli mnie o coś prosił, zawsze to dostawał. Jeśli groziło mu coś, z czym sam by sobie nie poradził, starałem się go przed tym chronić. Bezustannie się o niego martwiłem. Tylko przed jednym nie potrafiłem go ochronić…
Biedny, mały Mycroft. Tak bardzo się starasz, a ciebie tak łatwo oszukać…
Dotarłem do końca schodów i znalazłem drzwi na dach. Serce waliło mi jak młot, a oddech był ciężki. Położyłem rękę na klamce i wyszedłem na zewnątrz. Niebo było pokryte białymi chmurami, które zwiastowały bliski deszcz. Było bardzo cicho, nie licząc odgłosów dochodzących z ulicy, i wiatru, który świszczał mi w uszach, kiedy rozglądałem się po okolicy. Wszystko wyglądało tak, jak w moim „proroczym” śnie, wręcz widziałem oczami wyobraźni Moriarty’ego próbującego przekonać Sherlocka do skoku.
Trzy kulki, trzech strzelców, trzy ofiary…
Zdawało mi się, że słyszałem jak drzwi na dach się zamykają, ale kiedy rozejrzałem się dookoła, nikogo nie było.
Spojrzałem przed siebie i wyobraziłem sobie jak Sherlock staje na krawędzi dachu i rozmawia przez telefon z Johnem. Co wtedy myślał, kiedy żegnał się ze swoim najlepszym przyjacielem? Czy było mu trudno? Czy bał się śmierci? Czy wahał się choć przez chwilę skoczyć w przepaść, aby ocalić przyjaciół?
Czy przeklinał mnie za to, co zrobiłem?
Przynajmniej nie umierał sam. Przynajmniej umierał z przeświadczeniem, że jego śmierć nie pójdzie na marne. Ale czy pocieszał się tą myślą, kiedy jego ciało spadało z dachu szpitala? I wtedy wytwór mojej wyobraźni – stojący na krawędzi, odwrócony do mnie tyłem Sherlock – przechylił się do przodu i zniknął w otchłani ulicy na dole. A ja znów poczułem znajome ukłucie winy i przemożny smutek.
Oczy same zaszkliły mi się od łez, których nie byłem w stanie już dłużej powstrzymywać. Zacząłem płakać – nad sobą i nad Sherlockiem. Nad tym, że już go nigdy nie zobaczę, a on nigdy nie dowie się jak bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Nad tym, że mój brat pozostawił po sobie zaledwie kilkoro kochających ludzi, a reszta świata niesłusznie uważała go za oszusta. Nad tym, że jego śmierć była gwałtowna i przedwczesna. Nad tym, że mógł tyle jeszcze dokonać na polu zawodowym, ale Moriarty mu na to nie pozwolił. W końcu nad tym, że ze swoim poczuciem winy, żałobą i rozpaczą musiałem radzić sobie sam.
Czy tak właśnie będzie wyglądało życie bez Sherlocka? Pełne smutku, żalu i wyrzutów sumienia? Noce wypełnione koszmarami, a dni – pustką i ciągłym udawaniem? Oto straciłem ostatniego członka bliskiej rodziny. Członka rodziny, którego dotąd chroniłem na różne sposoby. Sherlock, mój mały braciszek, nie żył. Zostałem sam. Jak ja miałem żyć dalej, zajmować się sprawami państwa, skoro byłem sam jeden? Równie dobrze mógłbym stanąć na tej samej krawędzi, co mój brat, i rzucić się z dachu na tę samą ulicę. Ale nie – pewnie i tak nie trafiłbym po śmierci tam, gdzie Sherlock.
Płakałem długo i w ciszy, chociaż od czasu do czasu wydałem z siebie mimowolny, nieco głośniejszy szloch. Czułem jak płoną mi policzki. Musiałem wyglądać okropnie, ale byłem sam na dachu szpitala Barts. Nikt mnie nie widział, nikt tutaj nie wchodził, więc dałem upust rozhuśtanym emocjom. Ilekroć przecierałem oczy, aby pozbyć się łez, zaraz przypływ znajomych uczuć wywoływał nowe. Miałem nadzieję, że nikt do mnie nie zadzwoni, bo wiedziałem, że w tym momencie nie byłem w stanie stawić czoła swoim zwierzchnikom, jak również podwładnym, policji, czy komukolwiek. Człowiek-Lód zniknął. Pozostał tylko pogrążony w rozpaczy i poczuciu winy Mycroft Holmes.
Na moje czoło spadła kropla zapowiadanego na tamten dzień deszczu. Prychnąłem pustym śmiechem. Płacz w deszczu – zupełnie jak w tej starej piosence. Co za banał… Otworzyłem swój parasol i schowałem się pod nim, ale jeszcze nie opuszczałem dachu. Jednak to co mówią o katharsis to prawda – czułem się o niebo lepiej, kiedy się wypłakałem, chociaż nadal nie chciałem ruszać się z tego miejsca.
Ale zaraz usłyszałem czyjeś kroki dochodzące od strony wejścia i ujrzałem znajomego woźnego. Przyglądał mi się z zainteresowaniem, a być może nawet pewnym współczuciem. Ja jednak poczułem przemożną chęć jak najszybszego zejścia mu z oczu i opuszczenia tego miejsca. Przeprosiłem tego człowieka i szybkim krokiem ruszyłem w stronę drzwi, aby zejść po schodach na dół, a potem wydostać się na zewnątrz przez wyjście pożarowe.
Reszta dnia minęła mi – ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – raczej spokojnie. Zadzwoniłem do przedsiębiorców pogrzebowych, aby zabrali ciało Sherlocka z kostnicy, a potem wybrałem się na obiad do restauracji. Co prawda, przez cały czas miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale mój prześladowca się nie odezwał. Nie było żadnych napisów na ścianach i lustrach, żadnych SMS-ów z biblijnymi cytatami, żadnych telefonów ani niespodzianek pozostawionych dla mnie w Klubie Diogenesa.
Niemniej jednak byłem zmęczony. Chyba nawet bardziej niż we wcześniejszych dniach. Brak snu i wysiłek fizyczny, który musiałem podjąć nie tylko udając się z jednego usługodawcy do drugiego, ale również przy wchodzeniu na schody prowadzące na dach – to wszystko sprawiało, że czułem się wręcz wykończony. Trochę bałem się snu – kto wie jakie koszmary mogły mnie nawiedzić tym razem.
Kiedy przekręcałem klucz w zamku, marzyłem już tylko, aby napić się gorącej herbaty, a potem położyć w ciepłym i miękkim łóżku, i miałem nadzieję, że nie zastanę jakichś niemiłych wiadomości od swojego prześladowcy. A nawet gdyby takowe były, wolałem je zignorować do następnego dnia. Spodziewałem się spokojnego wieczoru bez żadnych niespodzianek.
Włożyłem płaszcz do szafy, a parasol zawiesiłem na ramieniu (lubię mieć go przy sobie; czuję się wtedy pewniej). Rozluźniając krawat, skierowałem się do swojej sypialni. Włączyłem światło i zamarłem w miejscu, nie wierząc własnym oczom.
– Witaj, Mycroft.
Irene Adler siedziała na moim łóżku, ubrana w moją najlepszą piżamę i jedwabny szlafrok (podwinięty prawy rękaw – śpieszyła się, kiedy się przebierała; w kieszeniach ani śladu po sławetnej komórce, ale ta ladacznica mogła tam schować coś mniejszego). Wstała i zaczęła iść w moją stronę. Powoli, z uwodzicielskim uśmiechem na pomalowanych ustach. A ja przyglądałem się jej z niedowierzaniem. Przecież ona powinna nie żyć! Terroryści ucięli jej głowę! Nie było sposobu, aby się z tego wykaraskała, chyba, że…
Oh…
– Sherlock – powiedziałem na głos.
– Tak, Sherlock – odpowiedziała i nagle zalotny uśmiech zniknął z jej twarzy. A potem mnie spoliczkowała. –  Wiesz, jak na człowieka, który pracuje dla rządu i tajnych służb, nie umiesz trzymać języka za zębami.
– A ty wiesz o tym skąd? – spytałem, starając się ukryć zdziwienie.
– Znam jednego z gości, który ci asystował. Wiem, co lubi – odparła nonszalancko.
No, tak. W sumie powinienem się tego spodziewać.
– I przyszłaś tu po co? – zadałem kolejne pytanie. – Bardzo ryzykujesz, pojawiając się tutaj, zwłaszcza po naszym ostatnim spotkaniu. Zgaduję, że Sherlock oddał ci komórkę wraz z całą zawartością?
– Nie był aż tak miły. Nie pamiętasz, że dałeś mu ją tuż po mojej rzekomej śmierci? A tak się składa, że nie mieliśmy przyjemności spotkać się po tym małym incydencie. Akurat byłam w mieście i miałam nadzieję na małą kawkę w knajpce za rogiem, kiedy usłyszałam, co zaszło. Co za niefortunny zwrot wypadków…
Najpierw policzkowała mnie za to, że przyczyniłem się do śmierci Sherlocka, a teraz zachowywała się jakby nic ją to nie obchodziło. Albo była niesłychanie zimną suką, albo chciała coś osiągnąć. Znając ją, obstawiałem i to, i to.
– Byłam ciekawa – zaczęła nagle, chwyciwszy mnie za krawat i poprawiwszy go –  kto pociesza Mycrofta Holmesa w żałobie. Spodziewałam się zastać tę twoją niezastąpioną asystentkę, a tu niespodzianka! Dom pusty jak cela mnicha. Musisz się czuć bardzo, bardzo samotny w tej swojej małej twierdzy. – Znów złapała mnie za krawat, po czym zbliżyła swoją twarz do mojej. – Od pewnego czasu chciałam coś sprawdzić. Pozwolisz mi na mały eksperyment, prawda? – Oplotła mnie spojrzeniem. – Kto wie, może ci się nawet spodoba.
Zamknęła oczy i zbliżyła swoje usta do moich, gotując się do pocałunku. Zapewne oczekiwała, że jej na to pozwolę, ja jednak natychmiast chwyciłem za parasol i rączką odsunąłem od siebie Irene Adler, wprawiając ją w zdziwienie. Cofnęła się o krok.
– Wybacz, moja droga – odparłem, uśmiechając się złośliwie – ale romans z dziewczyną zmarłego brata byłby strasznie banalny, nie sądzisz? Poza tym nie jestem w nastroju na twoje gierki. Wiesz, żałoba i te sprawy.
Wyszedłem na korytarz i rzucając jej kolejny, tym razem bardziej uprzejmy uśmiech, spytałem:
– Herbaty?
Przez chwilę milczała, ale szybko odzyskała głos.
– Nie, dziękuję. Przyszłam tylko na chwilę i już muszę iść.
– Myślisz, że ci pozwolę?
– Tak, właśnie tak – odparła ze złośliwym uśmieszkiem.
Wyszła mi naprzeciw, po czym włożyła rękę do prawej kieszeni szlafroka i wyciągnęła z niej małą, czarną strzykawkę. Zanim zdążyła ją jednak we mnie wbić, zamachnąłem się parasolką, zmuszając tę ladacznicę do cofnięcia się. Trzymałem ją na dystans parasolką. Przez kilka sekund staliśmy tak naprzeciw siebie, czekając aż to drugie zaatakuje.
– No, dalej, rzuć to – powiedziałem do niej, wskazując strzykawkę końcem parasolki. – Jeśli będziesz bardzo grzeczna, to cię nie zabiję.
– I tak byś tego nie zrobił. Ale proszę bardzo. – Rzuciła strzykawkę na podłogę.
– Tę z drugiej kieszeni też – dodałem.
Przewróciła oczami i zrobiła to. Obie strzykawki leżały teraz na podłodze, obok moich ulubionych kapci.
– Wobec wszystkich dziewczyn jesteś taki nieufny?
– Tylko wobec tych, które zagrażają mojemu życiu lub zdrowiu.
Ponieważ nadal jej nie ufałem, podszedłem do niej i zacząłem przeszukiwać kieszenie szlafroka. Kiedy nic tam nie znalazłem, postanowiłem wziąć się za piżamę.
– Uroczo, rewizja osobista – skomentowała.
– Zdejmij szlafrok – powiedziałem, a ona uśmiechnęła się złośliwie. Westchnąłem głęboko i dodałem: – Wiesz, że nie o to mi chodzi.
Powoli, prowokacyjnie rozwiązała pasek, a potem pozwoliła, aby mój szlafrok zsunął się na podłogę.
Nagle usłyszałem dźwięk SMS-a. Odruchowo wyjąłem komórkę i odblokowałem ją, ale zaraz spojrzałem nieufnie w stronę  Irene. Od razu podeszła do mnie, aby podejrzeć. Położyła nawet ręce na moich ramionach, ale mi to specjalnie nie przeszkadzało (choć również nie odczuwałem z tego powodu przyjemności). Otworzyłem wiadomość (numer zastrzeżony, tak jak poprzednio) i moim oczom ukazało się zdanie: Nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej!
– Ktoś cię nie lubi – skomentowała Adler. – Ciekawe dlaczego…?
Nie zwracałem na nią uwagi, za to zwróciłem uwagę na to, że trzęsą mi się dłonie. Cały ten dzień był jednym wielkim koszmarem. Naprawdę bardzo chciałem już zostać sam. Ale nie mogłem pozostawić Adler na wolności… A może mogłem? Przecież teraz i tak na nic by mi się nie przydała. Poza tym…
I wtedy – korzystając z mojego zamyślenia – wbiła mi strzykawkę w prawe ramię. Najpierw nastąpiło zdziwienie i pomyślałem sobie, że znowu popełniłem kardynalny błąd, nie pilnując swojego więźnia. Potem poczułem jak kręci mi się w głowie, a nogi słabną. Jeszcze przez chwilę udało mi się ustać w miejscu, ale Irene jednym, szybkim ruchem wyrwała mi z ręki parasolkę i podcięła nogi. Upadłem jak długi na podłogę. Próbowałem podnieść się, ale Adler nadepnęła butem na moje plecy. Poczułem jak koniec trzymanej przez nią parasolki ociera się o mój policzek.
– Wybacz, Mycroft, że wykorzystałam moment twojej słabości, ale wiesz… samotna kobieta musi sobie radzić z takimi jak ty. Dobra wiadomość jest taka, że jednak sobie tej nocy pośpisz, i to bardzo długo.
Nie widziałem jej, ale słyszałem jej głos. Wydawał się dobiegać jakby z oddali, podczas gdy mi dwoiło i troiło się w oczach. Adler ściągnęła nogę z moich pleców i oparła parasol o łóżko, ale jeszcze nie wychodziła. Mnie chciało się spać i, szczerze mówiąc, nie broniłem się przed tym. Po prostu zamknąłem oczy i utonąłem w błogim śnie.

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 5

Kiedy przybyłem wreszcie do miejsca, gdzie przetrzymywany był zabójca, dowiedziałem się, że jak dotąd moi ludzie nie zabrali się do przesłuchania. To znaczy – poczynili już pewne kroki, zadali kilka podstawowych pytań, próbowali wyciągnąć coś z niego łagodną i tą bardziej bolesną drogą (przynajmniej tak mi powiedzieli). Udało im się ustalić, że zabójca nie tyle został wynajęty przez Moriarty’ego, co jedynie ściągnięty przez niego do Londynu, aby zamieszkać w pobliżu Baker Street. Ale nic poza tym nie chciał mówić, chyba, że przyjdę ja, toteż z dalszą decyzją o tym, co trzeba z naszym więźniem zrobić, moi ludzie pozostawili mnie.
Wchodząc do sali przesłuchań, czułem się niezręcznie. Znowu przypominały mi się chwile spędzone na przesłuchiwaniu Moriarty’ego, a także to, co z nich wynikło. Nie bardzo ufałem sobie, w końcu skoro raz popełniłem błąd, to kto wie, czy nie zrobię tego znowu. Postanowiłem jednak zachować spokój. Tym razem nie będę tak lekkomyślny jak poprzednio.
Zabójca był niskim szatynem o wydatnych kościach policzkowych. Nazywał się Karsten Prevost, pochodził z Belgii i potrafił zabić człowieka za pomocą wykałaczki, formy do ciasta albo gazety. Jeśli dałbym mu okazję, zapewne wyrwałby mi parasol z ręki i unieszkodliwiłby mnie jednym ciosem. Ale, choć niewątpliwie siedział przede mną osobnik niebezpieczny i bezwzględny, wiedziałem, że wobec Moriarty’ego był nikim.
Na mój widok prychnął śmiechem i rozpromienił się.
– Nareszcie – odezwał się z mocnym akcentem, bardziej niemieckim, niż francuskim. – Człowiek-Lód we własnej osobie.
Zająłem krzesło naprzeciwko niego.
– Podobno chcesz mi coś powiedzieć – odparłem spokojnie. – Mógłbyś zacząć od tego, dlaczego ty i pozostała czwórka zajęliście mieszkania w pobliżu Baker Street.

– Wiedziałem, że o to zapytasz najpierw.
– Wiem, że waszym zadaniem nie było zabić Sherlocka Holmesa ani nikogo innego. Gdybyście chcieli, zrobilibyście to na milion różnych sposobów, a jeszcze zdążylibyście uciec.
– No cóż – zaczął Karsten i popatrzył w bok – biorąc pod uwagę okoliczności, chyba nie ma już sensu, abym trzymał język za zębami. – Spojrzał na mnie kątem oka i uśmiechnął się. Nie podobał mi się jego uśmiech. Prevost był zbyt pewny siebie. – To prawda, nie mieliśmy zabić Sherlocka Holmesa. Był nam potrzebny.
– Potrzebny? – Podniosłem brew.
– Moriarty powiedział nam, że ukrył na Baker Street pewną rzecz.
Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
– Tak, to to, co myślisz, Człowieku-Lodzie – odpowiedział Karsten, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Sami próbowaliście wyciągnąć to od niego. I pomyśleć, że jeden kod komputerowy może być tyle wart…
Wszystko nagle złożyło się do kupy. Jedna z kamer zarejestrowała Sulejmaniego ratującego Sherlocka przed nadjeżdżającym samochodem, a potem zastrzelonego zaraz po uściśnięciu mojemu bratu ręki. Nie mogli pozwolić, aby Sherlock zginął, dopóki nie wiedzieli, gdzie szukać. Poza tym John znalazł w mieszkaniu podsłuch i minikamery (co więcej – podsłuch i minikamery, które nie należały do mnie), a że jakiś czas po swoim procesie Moriarty złożył mojemu bratu wizytę, istniało prawdopodobieństwo, że przekazał mu kod w jakiś pośredni sposób.
– Ale to już nie ma znaczenia. – Karsten spoważniał i oparł się wygodnie na krześle. – Holmes i Moriarty nie żyją.
– Jest jeszcze mieszkanie – podsunąłem.
– Myślisz, że go nie przeszukiwaliśmy? – parsknął śmiechem. – Owszem, było to trudne, zważywszy na to, że Sherlock, Watson i ta baba rzadko kiedy opuszczali na raz dom, ale kilka razy wyszli razem na obiad, i wtedy mieliśmy szansę się wykazać. Poza tym po jakimś czasie stało się jasne, że to nie budynek, ale jego lokator jest kluczem do zagadki. A że lokator nie żyje, mogę ci o tym opowiadać, nie bojąc się, że ktoś zdobędzie kod przede mną.
Przyznałem mu rację, ale tylko w myślach. Dziwna rzecz. W zasadzie to cieszyłem się z takiego obrotu spraw, chociaż próbując wyciągnąć kod od Moriarty’ego, zdradziłem Sherlocka. Być może po tym, co zaszło, wolałem, aby ten przeklęty kod komputerowy raz na zawsze przepadł i nie przypominał mi o tym, co zrobiłem.
– Wiesz – zaczął znów Karsten, zwracając moją uwagę – ja byłem przy tym, kiedy spadał.
Przez chwilę milczałem, starając się nie okazywać zdumienia tą wiadomością. Najwidoczniej chciał mnie zdenerwować.
– Ach, tak? – spytałem najspokojniej jak umiałem. – A skąd się tam wziąłeś?
Pochylił się bardziej w moją stronę, spojrzał mi prosto w oczy i teatralnym szeptem oświadczył:
– Miałem zabić doktora Watsona.
Kolejna chwila milczenia z mojej strony. A potem zdałem sobie sprawę z kolejnej rzeczy. Karsten powiedział, że Sherlock był im potrzebny, ale nie wspominał nic o Johnie. Mimowolnie przypomniałem sobie swój sen sprzed dwóch nocy. Czy to możliwe, aby…?
Nie, nie ma czegoś takiego jak prorocze sny.
– Łącznie ze mną było trzech strzelców – ciągnął dalej Prevost. – Jeden reperował coś na Baker Street, gotów w każdej chwili zabić przemiłą panią Hudson. Drugi siedział w Scotland Yardzie i zamierzał zdjąć Lestrade’a. A ja podążyłem za Watsonem do Barts i zaczaiłem się w przeciwległym budynku, aby w odpowiedniej chwili strzelić dobremu doktorowi w głowę.
Wyprostowałem się na swoim krześle i zbliżyłem swoją twarz do twarzy zabójcy.
– A więc chcieliście wyciągnąć kod z Sherlocka, grożąc jego przyjaciołom? Jakież to banalne… – skomentowałem, z trudem ukrywając niesmak spowodowany tym, co usłyszałem.
– Mylisz się – odpowiedział Karsten. – To Moriarty dał nam zlecenie, aby zastrzelić Watsona, Lestrade’a i tę staruchę.
– Po co? – spytałem.
– Aby zachęcić Holmesa do skoku, oczywiście. – Uśmiechnął się złośliwie. Wciąż się uśmiechając, oparł się wygodnie na krześle i powiedział: – Och, powinieneś to zobaczyć. Stał na tym dachu i rozmawiał z doktorkiem przez komórkę. Doktor Watson próbował odwieść go od skoku, ale Holmes kazał mu nie ruszać się z miejsca, ułatwiając mi przy tym robotę.
Słuchałem tego wszystkiego z mieszanymi uczuciami – od niedowierzania, poprzez poczucie winy, aż po wzbierający gniew – ale nie dałem po sobie poznać, że to, co Prevost opowiada o moim bracie, robi na mnie jakiekolwiek wrażenie. Jedynie ściskałem niespokojnie rączkę parasola i od czasu do czasu spoglądałem na swoje obuwie.
– Stali tak przez pewien czas, a potem ziuuu… – Pokazał wyprostowaną dłoń, przechylił ją bardziej na skos, a potem powoli opuścił, aż uderzyła w blat oddzielającego nas stołu. A ja wyobraziłem sobie upadek Sherlocka z dachu Barts.
Choćbym nie wiem jak bardzo się hamował, jak bardzo starał się zachować spokój i rozsądek, i jak bardzo odciąć od targających mną uczuć, słuchanie tych jawnych kpin ze śmierci Sherlocka było zbyt wielką bezczelnością ze strony Karstena, abym mógł dłużej siedzieć bezczynnie. To był impuls. Być może spowodowany moim własnym bólem, a być może ostatnią próbą ochrony mojego brata (czy też raczej jego pamięci). Tak czy inaczej, podniosłem się gwałtownie z krzesła i chwyciłem Prevosta za kołnierz, zmuszając do wstania. Na początku zdziwił się bardzo tym, co zrobiłem, ale potem zaśmiał się cicho pod nosem.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że straciłem kontrolę na oczach kilku obserwujących mnie przez lustro weneckie współpracowników. Puściłem jego kołnierz i odepchnąłem go od siebie nieznacznie. On tylko otrzepał się i popatrzył na mnie.
– Moriarty miał rację – odezwał się nagle. – Naprawdę jesteś lodem. I jak lód, jeśli cię rozgrzać, to zaczniesz topnieć, a kiedy uderzyć w odpowiednie miejsce, zaczniesz pękać.
– Myślę, że na razie wystarczy nam tych pogaduszek – oświadczyłem oschle. – Powiedziałeś mi już wystarczająco dużo jak na jedno popołudnie.
– Skoro tak mówisz…
Wyszedłem (czy też raczej wybiegłem) z sali przesłuchań. Wszyscy przyglądali mi się z niepokojem, ale nie zadawali żadnych pytań. Z trudem powstrzymując wzburzenie, kazałem im zamknąć Karstena w celi, a sam opuściłem pomieszczenie najszybciej jak mogłem. Anthea już czekała na mnie na korytarzu, ale tylko minąłem ją i szedłem dalej. Od razu poszła za mną. Normalnie byłbym zadowolony tym, że jej poczucie obowiązku zwalnia mnie od wydawania jej najprostszych poleceń, ale tym razem bardzo chciałem zostać sam.
– Nie łącz mnie z nikim – powiedziałem, nawet się do niej nie odwracając. – Nie jestem w nastroju do rozmowy z kimkolwiek.
– Rozumiem – odparła swoim zwyczajnym tonem. – Do widzenia.
Poszedłem do samochodu i kazałem kierowcy zawieść mnie do domu. Siedząc na tylnym siedzeniu limuzyny, ukryłem twarz w dłoniach. Nie do wiary. Pozwoliłem mu się zmanipulować. Pozwoliłem sobie na utratę cierpliwości. Pozwoliłem sobie na to, aby uczucia wzięły nade mną górę. Co za wstyd. Co za brak profesjonalizmu. Nawet Moriarty swoimi manipulacjami nie zdołał wyprowadzić mnie z równowagi, a zwykłemu płatnemu zabójcy udało się to zrobić jednym zdaniem. Jak teraz miałem spojrzeć swoim zwierzchnikom w oczy po czymś takim?
Ale najgorsze było to, że wciąż słyszałem jego głos. Widziałem przed oczami jego opadającą na stół rękę, która przywodziła mi na myśl lecącego ku ziemi Sherlocka. Ta scena nieraz była odtwarzana w mojej wyobraźni. Nieraz zastanawiałem się, co musiał czuć mój młodszy brat, spadając w dół i wiedząc, że umiera w niesławie. A teraz dowiedziałem się (czy też raczej potwierdziłem podejrzenia podsunięte mi przez mój niedawny sen), że zrobił to, aby chronić przyjaciół. To było takie sentymentalne… banalne wręcz. A zarazem przyprawiało mnie o ból serca. Bo mimo że mój brat nie umarł na darmo, to i tak po raz kolejny wychodziło na to, że nie byłem w stanie go ochronić. Przecież Moriarty twierdził, że spali serce Sherlocka. A najłatwiej jest spalić serce człowieka krzywdząc to, co kocha najbardziej. A choć Sherlock nie chciał tego przyznać, zależało mu na trzech osobach – jego przyjaciołach. Powinienem zapewnić im ochronę, aby nie musiał oddawać za nich życia.
Po raz drugi tego dnia zachciało mi się płakać. I tak jak za pierwszym razem, zacząłem rozmasowywać powieki w nadziei, że to pragnienie zniknie. Ale ono nie znikało. Wręcz z każdą chwilą stawało się coraz silniejsze. Miałem nadzieję, że minie, albo że zdołam je przetrzymać, zanim nie dotrę do domu. Kierowca był odwrócony do mnie plecami, nie widział mojej twarzy i na pewno bardziej skupiony był na drodze, niż na jedynym pasażerze. Zawsze mógł jednak zerknąć w pewnej chwili w górne lusterko i zobaczyć coś niepożądanego. Dlatego wziąłem się w garść i zacząłem robić głębokie wdechy i wydechy. Starałem skupić się na oddychaniu. A potem zacząłem szukać w myślach czegoś, co mogłoby odwrócić moją uwagę od tego, co się wydarzyło. Przygotowania do olimpiady idą pełną parą, wszystko zapięte na ostatni guzik… Trzeba coś zrobić z Syrią, Egiptem i Libią. Trzeba sprawdzić, czy ludzie, którzy przejmą władzę, mają powiązania z Al-Kaidą… Dawno nie byłem w teatrze, może powinienem się wybrać na Les Miserables? Nie, ta sztuka jest stanowczo przereklamowana…
Poprosiłem kierowcę, aby włączył radio, on tylko przytaknął i zrobił to. Powoli wracałem do normy, ale z tyłu mojej głowy wciąż tkwiły te wszystkie niechciane myśli, które od czasu do czasu wychodziły na wierzch i znów nie dawały mi spokoju. Mimo wszystko udało mi się zachować kamienną twarz.
Kiedy kierowca zatrzymał się i ogłosił, że już jesteśmy na miejscu, poczułem ulgę i bez słowa ruszyłem ku swojemu mieszkaniu. Minąłem proszącego mnie o jałmużnę bezdomnego i przekroczyłem próg. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem się o nie plecami. Od razu uderzyła mnie cisza mojego mieszkania. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, w końcu mieszkam sam i lubię ciszę i spokój po dniu pełnym pracy. Ale tym razem ta cisza napawała mnie dziwnym uczuciem niepokoju. Miałem niejasne wrażenie, że zaraz coś się stanie. Coś nieprzyjemnego, coś… złego.
Otrząsnąłem się z tych myśli i zacząłem się rozbierać. Powiesiłem płaszcz i parasol na haku, po czym, rozluźniając krawat, ruszyłem w stronę salonu. Chciałem usiąść w fotelu i zdrzemnąć się na jakiś czas, ale kiedy tylko przekroczyłem próg pokoju, zamarłem.
Na moim kominku stał obłożony zielonym papierem pakunkowym i przewiązany cienką, czerwoną wstążką kwadrat. Powoli, jakbym zbliżał się do tygrysa, którego chciałem obłaskawić, podszedłem do kominka. Ostrożnie wyciągnąłem rękę i wziąłem pakunek. Od razu wyczułem, że w środku jest coś miękkiego, prawdopodobnie jakaś część ubrania. Po dłuższym badaniu ustaliłem, że musi to być coś wełnianego, a po grubości ustaliłem, że to nie rękawiczki i na pewno nie koszulka. Obejrzałem pakunek z obu stron. Bibuła mogła pochodzić ze sklepu papierniczego, ale wstążka musiała zostać kupiona w centrum handlowym w okresie bożonarodzeniowym. Nawet gdybym bardzo chciał w to uwierzyć, nie był to jakiś spóźniony prezent świąteczny zostawiony tutaj przez jakiegoś znajomego. Nikt, poza mną (nawet Anthea) nie miał kluczy do mojego domu, a więc pozostawała tylko jedna możliwość – to była kolejna wiadomość od mojego prześladowcy.
Jeszcze przez chwilę przyglądałem się opakowaniu, chcąc opóźnić nieunikniony moment, w którym miałbym tę wiadomość otworzyć. W końcu jednak usiadłem w fotelu, położyłem pakunek na kolanach, złapałem za końce wstążki i rozwiązałem ją. Następnie rozłożyłem płaty bibuły i poczułem jak przez moje plecy przebiega dreszcz.
Na moich kolanach leżał szaro-niebieski, miejscami trochę przybrudzony szalik. Podniosłem go do góry i rozwinąłem na całej szerokości. Wyglądał znajomo, ale czy był to jeden z szalików mojego brata? Pamiętam, że tamten, który Sherlock miał na szyi w dniu śmierci, miał paski w dwóch nieznacznie różniących się odcieniach niebieskiego. Ten przypominał szal, który Sherlock dostał w liceum od matki. Zbliżyłem jeden z końców szala do nosa i powąchałem go. Od razu wyczułem lekki odór papierosów, potu, spalin i paru substancji, które przywodziły mi na myśl laboratorium w Barts. To wszystko składało się na zapach, którego po wielu latach sprawdzania, czy Sherlock znowu sobie nie zapalił, nie pomyliłbym z jakimkolwiek innym.
Kiedy wciąż miałem go w nozdrzach, stanęło mi przed oczami wspomnienie nastoletniego Sherlocka stającego w szopie w środku zimy z papierosem w ręku. Spoglądał na mnie znudzonym wzorkiem, którym częstował mnie za każdym razem, kiedy chciał okazać mi nieposłuszeństwo albo wzgardę. Zaraz potem przyszło do mnie inne wspomnienie – wspomnienie już dorosłego Sherlocka, który, dzięki uprzejmości i zdolnościom strzeleckim doktora Watsona, właśnie wywinął się śmierci z ręki szalonego taksówkarza i zauważył mnie wysiadającego z samochodu; Sherlocka, który z przekąsem przedstawił mnie swojemu nowemu współlokatorowi. Nosił wtedy ten sam szalik. A nawet jeśli nie ten sam, to podobny.
Położyłem szalik na kolanach i zacisnąłem ręce wokół wełnianego materiału. A więc mój dręczyciel posunął się do kradzieży? Włamał się na Baker Street, grzebał w rzeczach Sherlocka i wziął sobie część jego garderoby, aby mi ją przesłać? I do tego przesłał ją tego samego dnia, w którym zamknął mnie w prosektorium. Nie zamierzał dać mi ani chwili spokoju.
Położyłem szalik z powrotem na zielonej bibule, po czym przeniosłem na stolik do kawy. Następnie wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Lestrade’a. Po chwili jednak zdecydowałem się do niego nie dzwonić. Jeszcze nie teraz. Teraz chciałem być sam. Odpocząć, posiedzieć sobie, pomyśleć. Za dużo wydarzyło się w ciągu jednego dnia, abym był w stanie przebrnąć przez kolejne dochodzenie ze strony Scotland Yardu.
Co zaczęło się od lakonicznego i banalnego napisu na ścianie, powoli stawało się coraz poważniejszą i coraz bardziej osobistą sprawą. Mój prześladowca nie tylko robił nawiązania do fikcyjnych przykładów bratobójstwa; nie tylko przesyłał mi rzeczy, których wyjątkowe znaczenie mogli pojąć tylko osoby ze środowiska Sherlocka, ale również zamknął mnie w kostnicy. Czy miał zamiar posunąć się dalej? – To pytanie wciąż do mnie powracało. Czy mój dręczyciel zamierzał poprzestać na groźbach, czy też raczej był już gotów targnąć się na moje życie? Być może zabicie mnie nie było jego celem. Być może chciał mnie tylko nękać, podsycając poczucie winy. Być może taka kara wydawała mu się bardziej adekwatna. A być może to wszystko było tylko preludium do wielkiego finału, w którym zginę w jakiś efektowny i symboliczny sposób z jego ręki.
Po jakimś czasie, spędzonym na rozmyślaniach, otrzymałem telefon od jednego z moich zwierzchników. Poinformowano mnie, że w związku z moim popołudniowym wybuchem, postanowiono odsunąć mnie od sprawy Prevosta. Z jednej strony, byłem niepocieszony – w końcu mogłem dowiedzieć się tylu interesujących mnie rzeczy, przesłuchując go; z drugiej – w pełni rozumiałem tę decyzję. Mój bagaż emocjonalny przeszkadzałby w prawidłowym przebiegu przesłuchania. Nie myślałbym racjonalnie, a co za tym idzie – moja efektywność byłaby o wiele mniejsza. Tak więc bez zastrzeżeń zaakceptowałem decyzję przełożonych.
O wydarzeniach tych dowiedziałem się dopiero jakiś czas potem. Otóż po tym jak nazajutrz dostarczyłem Lestrade’owi szalik, on wybrał się na Baker Street. Drzwi otworzyła mu pani Hudson, która była mile zaskoczona jego widokiem.
– Pan inspektor! – zawołała, schodząc na bok. – Proszę wejść, zaraz nastawię wodę na herbatę.
– Bardzo dziękuję, ale przyszedłem tutaj służbowo – odpowiedział Lestrade i wszedł do środka. Stojąc już w korytarzu, rozejrzał się dookoła, pytając: – John jest?
– Tak, odsypia ciężką noc w pracy – odparła pani Hudson z niepokojem. – Co się stało, inspektorze?
Wyciągnął przesłany mi pakunek, rozwinął zieloną bibułę i pokazał pani Hudson szalik. Podobno na jej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie. Lestrade zaś zdumiał się tym, że pani Hudson nie wiedziała nic o śledztwie i anonimach. Dopiero po chwili zrozumiał, że wolałem ukryć ten fakt przed nią i Johnem. W każdym razie posadził panią Hudson w salonie i pokrótce opowiedział jej o napisie w moim gabinecie, o SMS-ie z biblijnym cytatem i o zajściu w kostnicy z poprzedniego dnia. Ufam, że Lestrade był dyskretny, jeśli chodzi o moje rozmowy z Moriarty’m. Mimo że dopuszczał Sherlocka do śledztw Scotland Yardu, nie wydawał się być człowiekiem, który rozgłasza tajne informacje byle komu.
Tak czy inaczej, kiedy pani Hudson wreszcie dowiedziała się o anonimach zareagowała w sposób, który wielce Lestrade’a zaskoczył.
– Biedny, biedny człowiek… Śmierć Sherlocka, pogrzeb i jeszcze te anonimy… Nic dziwnego, że wyglądał na przemęczonego, kiedy tu ostatnio zajrzał. Musi się czuć strasznie. Nie okazuje tego, ale wiem, że na pewno tak jest. – Podniosła wzrok na inspektora. – Nie dalej jak wczoraj wieczorem John powiedział mi o nim coś bardzo dziwnego.
– Co takiego? – spytał z zainteresowaniem Lestrade.
– Twierdził, że Mycroft powiedział Moriarty’emu różne rzeczy na temat Sherlocka i przez to Kitty Riley miała mnóstwo materiałów do swojego artykułu. Wiele można powiedzieć o Mycrofcie, ale w życiu nie zdradziłby Sherlocka. Mógłby kazać śledzić kobietę, którą poszukuje CIA, tak, ale nie zdradzić. Czy pan myśli, inspektorze, że autor anonimów również wierzy w tę bzdurę?
Domyślam się, że Lestrade musiał milczeć przez chwilę, zastanawiając się, czy potwierdzić ową bzdurę, czy zostawić ją dla siebie. Być może uznał, że można zaufać pani Hudson. Ja bym na jego miejscu również jej zaufał. Przecież żyła pod jednym dachem z Sherlockiem i była powiernicą wielu jego tajemnic. Zresztą komu miałaby powiedzieć o tych tajemnicach?
– To akurat jest prawda – oświadczył w końcu inspektor. – Wiem, bo sam Mycroft mi o tym opowiedział. Oczywiście, na potrzeby śledztwa – dodał po chwili.
Tym razem to pani Hudson zamilkła. Wyobrażam sobie, że przyglądała się przez jakiś czas Lestrade’owi z niedowierzaniem, próbując pojąć to, co przed chwilą usłyszała. Przeprosiła na moment Lestrade’a i poszła do kuchni zrobić herbatę. Po dwóch minutach wróciła z dwiema filiżankami i podała jedną z nich inspektorowi. Uśmiechnęła się do niego nerwowo.
– Nie chciałam wierzyć, kiedy John mi powiedział – odezwała się w końcu. – Mycroft był zawsze raczej opiekuńczym bratem, chociaż on i Sherlock nie przepadali za sobą. To znaczy, czasem popełniał błędy, ale nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że…
– A mimo to zrobił to.
Do pokoju wszedł ubrany w piżamę i szlafrok John. Przeniósł wzrok na Lestrade’a.
– Co cię do nas sprowadza, Greg? – zapytał.
Lestrade pokazał mu szalik i wyjaśnił z czym przychodzi. Doktor Watson skwitował wiadomość krótkim zdaniem:
– I dobrze mu tak.
– John, jak możesz tak mówić! – oburzyła się pani Hudson. – Jak myślisz, co teraz przeżywa ten biedny człowiek? Nie dość, że ma świadomość, że jest odpowiedzialny za śmierć rodzonego brata, to jeszcze jakiś zbir nie daje mu spokoju.
– Ach, tak?! Jakoś nie wydawał się specjalnie poruszony, kiedy ostatnio tu był!
– Sherlock też czasami zachowywał się jakby o nic nie dbał, a przecież wiesz, że to nieprawda.
Do dziś nie wiem, dlaczego miałem w pani Hudson swojego obrońcę. Być może do końca wierzyła w to, że nigdy nie skrzywdziłbym umyślnie Sherlocka. Być może jej kobieca intuicja podpowiadała jej, że wszystkie kłopoty, w które kiedykolwiek wpakowywałem Sherlocka, wynikały z nieostrożności, a nie chorych sentymentów względem brata.
Tak czy inaczej, nawet jeśli John chciał coś odpowiedzieć, nie zrobił tego. Chwilę potem Lestrade powrócił do celu swojej wizyty. Pokazał Johnowi szalik, on i pani Hudson przyjrzeli mu się uważnie, po czym doktor Watson odpowiedział:
– Poczekaj tu, Lestrade. Muszę coś sprawdzić.
– Pójdę z tobą – wtrąciła pani Hudson.
Oboje poszli do sypialni Sherlocka i zaczęli przeglądać jego rzeczy. Po kilku minutach, które Lestrade poświęcił na wypicie herbaty, powrócili ze wszystkimi szalikami Sherlocka jakie znaleźli. Wszyscy troje – John, pani Hudson i Lestrade – zaczęli przeglądać każdy z nich i porównywać z tym, który został mi przesłany. Tak jak się można było tego spodziewać – nie znaleźli żadnego, który byłby identyczny z szalikiem w zielonej bibule, co tylko potwierdziło i tak oczywistą prawdę, że w istocie był to szalik wykradziony z szafy Sherlocka.
– Czy mieliście ostatnio jakichś gości? – odezwał się po ustaleniu tego faktu inspektor. – Byli tu jacyś wasi znajomi, sprzedawcy, hydraulicy, ktokolwiek?
– W poniedziałek był tutaj Mycroft, żeby porozmawiać o pogrzebie – odrzekł John. – A tak poza tym, to ludzie tylko do nas dzwonią.
– Naprawdę nic ponad to? – dopytywał się Lestrade. – Nawet roznosiciela pizzy?
– Naprawdę – przytaknęła pani Hudson.
– A sami nie wchodziliśmy do pokoju Sherlocka od kiedy… – zaczął John, ale urwał.
– Rozumiem – odparł Lestrade i odwrócił się w stronę wyjścia. – Być może jeszcze się odezwę w tej sprawie.
Pożegnali się w salonie, po czym John odprowadził inspektora do wyjścia. Stojąc na ganku, Lestrade odwrócił się ostatni raz do Johna i powiedział mu na odchodnym kilka słów.