Siedem zaskakujących polskich akcentów w zachodnich produkcjach

W 2013 roku przygotowałam listę moich siedmiu ulubionych polskich akcentów w zachodnich produkcjach. Od tamtego czasu udało mi się znaleźć kolejne przypadki odniesień do Polski i Polaków w zagranicznych serialach, filmach, grach i komiksach; i postanowiłam, że kiedy Planecie Kapeluszy stuknie dziesięć lat, przygotuję nową listę.

Przy wyborze pozycji kierowałam się tym, jak bardzo akcent polski w danej produkcji był dla mnie zaskoczeniem; i czy było to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Przedstawienie Polski i Polaków bywa tam różne, ale mają w sobie coś, co sprawiło, ze spojrzałam na dane utwory nieco inaczej.

(Pierwotnie planowałam umieścić na tej liście również doktor Kathrine Pulaski ze Star Treka: Następnego Pokolenia, jednak pojawiła się już ona w innym rankingu, dlatego sobie ją darowałam.)

Nie przedłużając, oto siedem zaskakujących polskich akcentów w zachodnich produkcjach.

Miejsce siódme: Jak uciekać, to do Polski! (Sherlock)

W finale trzeciego sezonu SherlockaHis Last Vow – postrzelony detektyw nagle ucieka ze szpitala, a jego przyjaciele, znajomi i rodzina próbują dociec, gdzie mógł się ukryć. Między innymi, mający powiązania z rządem brat Sherlocka, Mycroft, sprawdza wszystkie kryjówki brata, i przez chwilę na ekranie komputera starszego z Holmesów widzimy mapę Polski z jakimiś danymi wyświetlanymi w okolicy województw mazowieckiego i lubelskiego. Ostatecznie jednak Sherlock zostaje odnaleziony w Londynie.

Nieco później, w premierowym odcinku sezonu czwartego – The Six Thatchers – dla odmiany ucieka żona doktora Watsona, Mary, która była kiedyś agentką do zadań specjalnych i na którą poluje zdradzony towarzysz broni. Pani Watson porusza się po różnych krajach, zmylając pościg, między innymi schodzi z norweskiej łodzi i jedzie motorem koło polskiej fabryki i muru z napisem „Solidarność”. W końcu Sherlock znajduje ją w Iranie i skłania do powrotu do domu.

W obu przypadkach Polska nie pełni jakiejś większej roli jako miejsce akcji. Raczej jest po prostu kolejnym krajem, do którego bohaterowie podróżują albo który obserwują. Tak samo jak w pierwszym sezonie Mycroft Holmes wspomina o tym, że w Korei Południowej odbywają się wybory i to dlatego nie może zająć się sprawą planów Bruce’a-Partingtona (co ma sygnalizować, że Mycroft i jego agenci śledzą, a nawet wpływają w pewien sposób na wydarzenia na świecie), tak w trzecim sezonie widzimy, że ma na oku Polskę.

To może nie jest jakieś wielkie osiągnięcie i zauważyłam oba polskie akcenty po obejrzeniu serii któryś raz z rzędu, ale mnie zaintrygowały. No bo w sumie co Sherlock i Mary robili w Polsce? Jakby nie było, on jest światowej sławy detektywem i po wydarzeniach z Reichenbach’s Fall w ukryciu rozwiązywał różne zagadki kryminalne; a ona była kiedyś członkinią tajnej jednostki do zadań specjalnych. Tak więc jest tu miejsce na jakąś interesująca historię z naszym krajem w tle, ale raczej nigdy nie będzie nam dane jej poznać.

Miejsce szóste: Agent 47 znad Wisły (Welcome To The Game 2)

Pomysł na dwie gry Welcome To The Game jest prosty: gracz wciela się w człowieka, który przegląda Dark Web i odkrywa ukryte, mroczne oblicze internetu, w tym: sklepy sprzedające nielegalne substancje, płatni zabójcy reklamujący swoje usługi, czy forum dla stalkerów. Niektóre strony można otworzyć tylko o określonej porze i trzeba uważać na hakerów, ale o wiele większy problem stanowią osoby z zewnątrz, które w każdym momencie mogą włamać się do domu bohatera i go porwać albo zabić.

W drugiej części Welcome To The Game nie tylko mapa jest o wiele większa (gdyż bohater, Clint, mieszka w bloku z apartamentami i od czasu do czasu musi wyjść z mieszkania, aby podłączyć się do czyjegoś internetu albo odebrać paczkę); nie tylko Clint ma określony cel: pomóc pewnej dziewczynie, lecz także czyha na niego o wiele więcej niebezpieczeństw. Na bohatera może napaść dwójka bandytów w maskach, człowiek robiący ludzkie lalki, seryjny morderca, a także… polski zabójca na zlecenie, Lucas Kumiega.

Kumiega pojawia się w późniejszej części gry (uaktywnia się zwykle po 11:30 po północy, kiedy gracz już zaczął przeglądać Dark Web) i co jakiś czas wchodzi do mieszkania Clinta, aby go złapać i zabić. Dlatego trzeba być zawsze czujnym i w odpowiednim momencie wyłączyć światło i się ukryć, zanim zabójca sobie nie pójdzie – inaczej w pewnym momencie Clint odwraca się i widzi przed sobą Kumiegę celującego w niego z pistoletu i mówiącego nienaganną polszczyzną: „Będę się za ciebie modlił.” Jeśli zabójca znajdzie gracza, kiedy ten się ukrywa, powie (również po polsku): „Ty głupcze.” Kumiegę można spotkać także na klatce schodowej.

Z wyglądu przypomina Agenta 47 z serii Hitman, ale ma liczne tatuaże, nawiązujące do jego wcześniejszego życia. Z dokumentów, które Clintowi przekazuje niejaki Adam, dowiadujemy się, że Kumiega był w polskich i rosyjskich więzieniach, zanim został płatnym zabójcą. Ponadto jego imiennikiem jest moderator vaverix, który zaprojektował gry, pojawiające się w grze; a głosu Kumiedze użyczył polski streamer Bungo21.

Miejsce piąte: Przeciętny Kowalski w świecie czarodziejów (Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć)

W poprzedniej liście zamieściłam manewr Wrońskiego z Harry’ego Pottera i Czary Ognia. Tym razem jednak mamy Polaka, który nie jest tylko wspominaną mimochodem częścią lore’u, a pełnoprawną postacią, która pojawia się we wszystkich trzech częściach dość kontrowersyjnej serii prequeli do Harry’ego Pottera.

Jacob Kowalski jest weteranem pierwszej wojny światowej i na początku Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć przybywa do banku z walizką pełną wypieków (wśród których są również pączki „według receptury babci”), gdyż chciałby otworzyć w Nowym Jorku kawiarnię. W wyniku niezamierzonej zamiany bagaży niechcący wypuszcza tytułowe zwierzęta z walizki Newta Scamadera i od tej pory razem próbują je wszystkie wyłapać, zanim ich nagłe pojawienie się nie zostanie zauważone przez mugoli i nie dojdzie do niepotrzebnego zamieszania.

Jacob jest z jednej strony takim okienkiem dla widzów, przez które poznajemy nie tylko magiczne stworzenia wiezione przez Newta, lecz także świat amerykańskich czarodziejów w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po drodze Jacob stosuje bardziej przyziemne rozwiązania magicznych problemów (jak wywarzenie drzwi) i poznaje Queenie Goldstein, siostrę aurorki Tiny i oboje niemal od razu wpadają sobie w oko. Niestety zgodnie z magicznym prawem nie mogą być razem (gdyż on jest nie-magiczny, a ona jest czarownicą), a pod koniec pierwszego filmu Jacobowi trzeba wymazać pamięć, aby zachować tajemnicę o świecie magii. Jakieś wspomnienia jednak mu pozostały, bo w swojej kawiarni sprzedaje wypieki podobne do fantastycznym zwierząt, które widział.

Niestety, tak jak w przypadku wszystkiego innego pokazanego w pierwszym filmie, tak i Jacob zostaje potraktowany raczej paskudnie przez dwa następne sequele. Nadal jest to pełnoprawny bohater, który pomaga Scamanderowi w rozwiązaniu nadarzającego się kryzysu, staje się jednym z trzech mugoli w historii, których noga stanęła w Hogwarcie, a do tego nieraz wykazuje się odwagą i pomyślunkiem… ale są momenty, kiedy traktowany jest jak pionek. Już w drugim filmie Queenie stosuje na nim kontrolę umysłu, aby żyć z nim w ukryciu w Paryżu (a sądząc po jego reakcji, kiedy Newt go uwalnia, nie jest to pierwszy raz). Ponadto Queenie tak desperacko pragnie z nim być pomimo panujących w świecie magicznym praw, że staje się popleczniczką Grinewalda.

Niemniej jednak ja traktuję postać Jacoba jako wygraną. Wszak jest przez wielu widzów uważany za jeden z jaśniejszych elementów filmów – jest sympatycznym i zabawnym bohaterem, który jest pewnym ewenementem w stosunku do oryginalnej serii o Harry’m Potterze (gdzie nie było żadnej prominentnej postaci mugola).

Miejsce czwarte: Polski lotnik w DC Comics (Blackhawks)

O Blackhawkach – elitarnej jednostce lotniczej z czasów Złotej Ery Komiksu, dowiedziałam się z odcinku Ligi Sprawiedliwych, gdzie główni bohaterowie zostali przeniesieni do alternatywnej wersji drugiej wojny światowej. Od razu kiedy Blackhawki przedstawiają się protagonistom, Zielona Latarnia zwraca uwagę na to, że pochodzą oni z krajów okupowanych przez nazistów – Francji, Holandii i Polski. Co więcej – w komiksach leaderem grupy, bezimiennym Blackhawkiem, jest Polak (chociaż później zmieniono go na Amerykanina), a jego prawą ręką jest również Polak, Stanislaus, który jest świetnym akrobata, a w późniejszych historiach staje się mięśniami drużyny. W kolejnych odsłonach serii, kiedy Blackhawki będą zmieniali skład, Stanislaus będzie jednym ze stałych członków; a po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach, przywódcą grupy będzie znów Polak, tym razem o imieniu Janos Prohaska.

Oczywiście skoro jest to komiks z czasów drugiej wojny światowej, robiony przez Amerykanów, pewne rzeczy trudno się czyta po latach. Pomijając już takie niezgodności z realiami, jak rodzeństwo Blackhawka o bardzo polskich imionach Connie i Jack oraz wstawki o „umierającej Polsce”, pierwotne przedstawienie poszczególnych członków Blackhawków, pochodzących z różnych krajów, pozostawało wiele do życzenia. Holender Henderson używał niemieckich zwrotów, Francuz Andre jest kobieciarzem, Szwed Olaf nie jest specjalnie bystry, a Chińczyk Chop-Chop to kucharz i pomocnik, mówiący łamaną angielszczyzną. Z czasem jednak postaci stają się bardziej zniuansowanie.

Zamieszczam Blackhawka na tej liście dlatego, że sam pomysł Polaka, który nie tylko jest bohaterem w zachodnich komiksach, ale też pełni role przywódcy, wydaje mi się dość intrygujący i warty zbadania. A podobno DCEU ma w planach film o tej drużynie, więc może kiedyś zobaczymy Porohaskę i Stanisluasa w akcji.

A skoro już mowa o Polakach w adaptacjach komiksów…

Miejsce trzecie: Trucksuit Adamczyk (Hawkeye)

Wbrew pozorom polskich akcentów w adaptacjach Marvela jest całkiem sporo. Wszyscy pamiętają koślawą w mowie i piśmie polszczyznę z X-Men: Apokalipsy albo udającego rosyjskiego generała Jerzego Skolimowskiego przesłuchującego Czarną Wdowę w Avengersach, ale też w Pierwszym Starciu jedna z fabryk Red Skulla znajdowała się w Polsce; w Daredevilu rosyjscy bracia pili polskie piwo, w Jessice Jones pojawił się nieczłowiek nazwiskiem Kawecki, a w Luke’u Cage’u „Ukraińcy” pokazujący nową broń zdolną przebić kevlar, mówią po polsku.

Jednakże wszystkie te przykłady nie są jakoś bardzo powalające. Co innego ubrany w dres Piotr Adamczyk, który niby należy do rosyjskiego gangu, ale mówi po polsku. Jego postać była wielkim zaskoczeniem dla polskich fanów i zapewne dla niektórych był to główny powód, aby oglądać na Disney Plus Hawkeye’a. Po pierwsze był sam fakt, że Adamczyk – polski aktor, przez długi czas kojarzony z ról amantów, Chopina albo papieża – gra tutaj rzucającego koktajlami Mołotowa dresiarza i to będącego częścią raczej mało rozgarniętego gangu. Po drugie – grany przez niego Tomas jest na swój sposób postacią bardzo sympatyczną i zabawną, więc łatwo go polubić. Po trzecie wreszcie – w prawie każdym odcinku Adamczyk przemyca jakąś polską kwestię. Najbardziej pamiętna to oczywiście: „We kidnapped you, rozumiesz to?!” z drugiego odcinka, ale też w swojej pierwszej scenie Tomas śpiewa Przybieżeli do Betlejem, a podczas wielkiego pościgu woła nawet: „Uważaj!”

Można porównać go trochę do Speedy’ego Gonzalesa. Speedy przypomina trochę stereotypowego Meksykanina, ale jest zabawny, sympatyczny i sprytny (nie mówiąc już o tym, że ma supermoc i ciągle przechytrza amerykańskiego kota). Dlatego odbiór Speedy’ego przez Meksykanów był od zawsze raczej pozytywny. Z Adamczykiem w dresie jest podobnie: Tomas nie jest, co prawda, niczym nadzwyczajnym, zwłaszcza jeśli chodzi o przedstawienie Polaków w amerykańskich filmach (i w zasadzie to do dzisiaj nie jest powiedziane wprost, że jest Polakiem)… ale z drugiej strony to bodajże pierwszy polski akcent w MCU, który nie pojawia się tylko w jednej scenie i tyle go widzieli. Tomas jest w każdym odcinku i ma kilka własnych scen, w których rozmawia z pozostałymi członkami gangu o ekonomii, o swoim związku i o tym, że uwielbia Imagine Dragons. W pewnym momencie nawet pyta Kate Bishop o radę, jakby nie była ona jego zakładniczką! A potem dziękuje jej, bo jej rada okazała się trafna!

Dlatego właśnie Tomas jest tak miłym zaskoczeniem i świetnie się go ogląda. Trudno jednak określić, czy pojawi się kiedyś znowu.

Miejsce drugie: Abed mówi po polsku! (Community)

Opowiadając w innej liście o Nieokiełznanych świętach Abeda, wspominałam o tym, że pojawia się tam polskie przekleństwo. Otóż w kartce świątecznej od matki Abeda pisze ona synowi, aby mył pewną tylną część ciała. Nie jest to jedyny polski akcent w Community, bo w innym odcinku Abed wita jako-taką polszczyzna swojego współlokatora, Pawła. Powód, dla którego Abed w ogóle zna nasz język ojczysty, a nawet obchodzi Boże Narodzenie, wynika z tego, że choć jego ojciec pochodzi z Palestyny, jego matka jest Polką.

I tutaj warto wyjaśnić pewną rzecz: grający Abeda Danny Pudi również jest w połowie Polakiem. Jego matka, Teresa, pochodzi z Pokośna i dorastając, Danny nauczył się polskiego od niej i od babci. Jakby tego było mało, to wykonał polską piosenkę w programie The Bonnie Hunt Show.

Oczywiście wiedziałam już wcześniej, że są amerykańscy aktorzy z polskimi korzeniami, którzy nawet posługują się wcale niezłą polszczyzną, jednak Danny Pudi był dla mnie zaskoczeniem. W dużej mierze dlatego, że w jego wyglądzie bardziej widać jego indyjskie pochodzenie. Również kiedy nagle Abed zaczyna mówić po polsku w scenie z Pawłem, myślałam na początku, że to po prostu taka scena, która miałam pokazać, że specjalnie dla Polaka Abed i Troy nauczyli się polskiego, toteż kiedy przeczytałam, że Pudi ma jakieś powiązania z Polską była to dla mnie taka miła niespodzianka.

Miejsce pierwsze: The Room i Prima Aprilis (Lost in Adaptation)

Kiedyś pisałam o Dominiku Noble – brytyjskim YouTuberze specjalizującym się w porównywaniu książek do ich filmowych i serialowych adaptacji. Tak się składa, że w tym roku Dominic Noble przygotował na pierwszego kwietnia specjalny odcinek, w którym oświadczył, że słynny „najgorszy film na świecie”, The Room, powstał na podstawie książki polskiego autora, Prima Aprilisa; i że książka jest o wiele, wiele dziwniejsza od filmu.

To jest, oczywiście, żart, ale bardzo dobrze przemyślany. Noble wymyślił krótką biografię Prima Aprilisa i „książkową” fabułę The Room, która ma miejsce w Warszawie, ma bardziej melancholijny wydźwięk, lepsze wyjaśnienie dla co dziwniejszych scen z filmu i zakończenie, które powala z nóg. Noble pokazuje też książki Aprilisa, których polskie tytuły nie pokrywają się z tymi angielskimi i są żartami samymi w sobie (choć tylko Polacy zrozumieją je od razu) – już sama powieść, na podstawie której niby powstał The Room, po angielsku tłumaczy się na Pokój, w którym umarłem, ale na polskiej okładce widnieje tytuł To nie jest prawdziwa książka.

Co więcej, w przypiętym komentarzu pod filmem Noble zachęca swoich polskich fanów, aby podzielili się „szalonymi historiami z życia Prima Aprilisa” i, cóż, wielu Polaków (w tym ja) wzięło udział w tej zabawie. Dlatego polecam nie tylko obejrzeć ten film, ale i przeczytać komentarze.

Nie wiem dlaczego z autora książkowego The Room, Noble zrobił akurat Polaka (podejrzewam, co najwyżej, że to dlatego, że sam autor filmu, Tommy Wiseau, może pochodzić z Polski), ale ze wszystkich wymienionych tutaj pozycji ten żart na pierwszy kwietnia był dla mnie największym zaskoczeniem. Właśnie dlatego, że był przemyślany i wydawał się nawet bardziej skrojony pod polskich fanów.

W podanych przeze mnie przykładach widzę pewne kroki w dobrą stronę, jeśli chodzi o przedstawienie Polski i Polaków. Już choćby dlatego, że widać w większości z nich pewien wysiłek, którego nie widać gdzie indziej – od wypieków Jacoba, po polszczyznę Abeda i Kumiegi. Właśnie dlatego te siedem pozycji było dla mnie tak miłym zaskoczeniem, chociaż w niektórych miejscach pozostawały trochę do życzenia.

A Wy? Czy były jakieś polskie akcenty w zagranicznych utworach, które były dla Was miłą niespodzianką?

Leave a Reply