Maj z Batmanem – Ze wspomnień fana: Batman

Nie wiem, czy ktoś z Was pamięta takie nadruki na cienkiej bibule, które przykładało się do koszulek, a potem prasowało, aby przeszły z bibuły na ubranie. Kiedy byłam mała, mieliśmy kilka z nich, głównie ze zdjęciami muzyków (pamiętam, że mieliśmy przynajmniej kilku Michaelów Jacksonów) i zdarzało się, że moja matka czasem nanosiła je na (głównie białe) koszulki.
Mówię o tym dlatego, że moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z Batmanem, był jeden z takich nadruków przedstawiający słynne logo nietoperza na żółtym tle. Ja i mój młodszy brat byliśmy za młodzi, aby pamiętać film Burtona (ja urodziłam się rok przed jego premierą, mój brat kilka miesięcy po), tak więc podejrzewam, że to iż nadruki z logiem w ogóle u nas były, zapewne miało coś wspólnego z moim starszym bratem.
Pamiętam też, że u babci znajdowała się plastikowa figurka Batmana z materiałową peleryną. Przez dłuższy czas miałam jakąś mglistą świadomość, że jest coś takiego jak Człowiek-Nietoperz… ale jednocześnie był on bodajże pierwszym superbohaterem, z którym miałam styczność.
Przeszłam bardzo długą drogę od tego okresu mglistej świadomości aż do dzisiaj. A oto jak ona przebiegła.

Byłam wtedy bodajże w zerówce… a na pewno w wieku przedszkolnym. W telewizji leciał Batman Tima Burtona, który mnie osobiście średnio się podobał. Niemniej jednak wtedy po raz pierwszy zapoznałam się z podstawowymi elementami „mythosu” Mrocznego Rycerza – człowiekiem ubranym w strój nietoperza, zabójstwem Wayne’ów, Bat-Jaskinią, Batmobilem, Jokerem… Być może też był to początek mojej niechęci do Klauniego Księcia Zbrodni, bo w wykonaniu Jacka Nicholsona Joker był nie tylko upiorny, ale i ździebko wkurzający.
Ale jakiś czas później (być może nawet następnego wieczoru) ta sama telewizja puściła Powrót Batmana i on podobał mi się o wiele bardziej niż pierwsza część. Do tego stopnia, że o ile później Batmana zwykle sobie odpuszczałam, o tyle jego sequel starałam się oglądać. Myślę, że w dużej mierze było to spowodowane przez Kobietę-Kota, bo ją (no i jeszcze Pingwina) pamiętałam najlepiej. Powrót Batmana miał kilka naprawdę mocnych dla mnie scen, które wywarły na mnie tym większe wrażenie, że byłam wtedy małą dziewczynką – „śmierć i odrodzenie” Seliny, jej załamanie nerwowe, a także wielki finał, w którym Selina ginie wraz z Maxem Shreckiem. Pingwin i jego upiorny wygląd, fatalne maniery i plan porwania wszystkich pierwszych synów Gotham to w ogóle była kopalnia koszmarów. Niemniej jednak ten film wrył mi się w pamięć i obudził moje zainteresowanie wszystkim, co batmanowe.
Jednak tym, co ostatecznie sprawiło, że pokochałam Mrocznego Rycerza, był Batman: The Animated Series. Ja miałam o tyle szczęście, że u mnie w telewizorze mieliśmy nie tylko Polsat (na którym puszczano animowanego Batmana z lektorem), ale też anglojęzyczne Cartoon Network. Zdarzało się więc, że najpierw widziałam na CN animowane przygody Gacka w oryginale, a później te same odcinki po polsku na Polsacie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że Batman: TAS był jedną z poważniejszych kreskówek, które zdarzyło mi się oglądać w młodym wieku, ale był to też pierwszy serial superbohaterski, jaki oglądałam (pomijając, być może, Żółwie Ninja i te dwa przypadkowo obejrzane kiedyś odcinki Spidermana). To właśnie on był moim właściwym wprowadzeniem do Batmana i powodem, dla którego zawsze lubiłam bardziej Mrocznego Rycerza niż Człowieka ze Stali.
Później przez długi czas Batman: TAS nie był w Polsce puszczany i tęskniłam za nim. Potem, już w czasach dwutysięcznych, zaczęto go emitować od początku, dzięki czemu przypomniałam sobie co poniektóre odcinki; ale dopiero w 2016 obejrzałam go sobie od początku do końca i znów się nim zachwyciłam. Miałam też okazję puścić niektóre z odcinków bratankowi (na przykład tuż po seansie Lego Batman: Film zapytał mnie o Clayface’a, więc postanowiłam pokazać mu odcinek, w którym Clayface pojawia się po raz pierwszy). Wydaje mi się jednak, że to jest jeden z tych seriali, które docenia się jeszcze bardziej po latach. Kiedy dorastamy, zaczynamy dostrzegać różne niuanse, których nie widzieliśmy wcześniej. Na pewno gdy następne pokolenia będą odkrywać tę kreskówkę na nowo, dostrzegą jej wyjątkowość.
Powróćmy jednak do moich czasów dziecięcych. Batman: TAS na pewno sprawiło, że tym chętniej chciałam oglądać wszystko, co związane z Batmanem. I tak się akurat zdarzyło, że jakiś czas później do kin wchodził Batman i Robin. Lecące w telewizji reklamy sprawiały, że bardzo chciałam iść na ten film (no bo wiecie, to był film o Batmanie, więc na pewno musiał być przegenialny), a przy okazji sposób przedstawiania aktorów grających w nim główne role sprawił, że myślałam, iż Uma Thurman gra jakąś superbohaterkę, a nie Trujący Bluszcz. Tak czy inaczej, nie miałam okazji wybrać się na Batmana i Robina do kina i po latach dochodzę do wniosku, że to dobrze.
Później, przez resztę podstawówki, gimnazjum i liceum moje superbohaterskie zainteresowania leżały głównie w Marvelu. Batmana Przyszłości, co prawda, oglądałam, ale nie porwał mnie on tak bardzo, jak Batman: TAS; a będąc na studiach i słysząc o tym, że Nolan robi nowy film o Batmanie, nie jarałam się nim zbytnio.
Do czasu.
Bo tak się złożyło, że kiedyś spędzałam tydzień w uzdrowisku w Sofrze wraz z matką i ciotką i pozwoliły mi obejrzeć w telewizji Batman: Początek. I ten nowy, bardziej „realistyczny” Batman mnie zaintrygował. Podobało mi się zwłaszcza to, że poświęcono w nim trochę czasu państwu Wayne. Poprzednie wcielenia Batmana, z którymi byłam jakoś zaznajomiona, raczej ograniczały flashbacki z jego życia do tej fatalnej nocy w Alei Zbrodni, tymczasem tutaj mogliśmy przyjrzeć się Thomasowi i Marcie Wayne’om; mogliśmy się przekonać, że zaszczepili swojemu synowi miłość do Gotham i pewnego rodzaju idealizm, który potem został poddany próbie, najpierw za sprawą Joe Chilla, a następnie – Ligi Cieni i jej ideologii. Ostatecznie jednak Batman postanowił pójść swoją drogą i ocalić Gotham.
Osobiście zawsze najbardziej lubiłam pierwszą część trylogii Nolana. Nigdy nie jarałam się zbytnio Mrocznym Rycerzem, a Mroczny Rycerz powstaje ma… problemy. Batman: Początek po prostu jest dla mnie momentem, w którym odkryłam Batmana na nowo, a także polubiłam bardziej komisarza Gordona. Nigdy wcześniej nie zwracałam na niego większej uwagi – ot, był to po prostu jakiś siwy okularnik. Tymczasem w Batman: Początek jest on przedstawiony jako jedyny porządny glina w całym Gotham, przeto idealny sojusznik dla Człowieka-Nietoperza. Zdałam też sobie sprawę z tego, że komisarz Gordon jest nie tylko sojusznikiem, ale też przyjacielem Batmana; kimś, kto docenia jego wkład dla dobra miasta, kiedy inni uważają go za niebezpiecznego samozwańca. W drugim filmie zresztą jedną z najbardziej wymownych scen jest ta, w której Gordon dziękuje Batmanowi, Batman mówi: „Nie musisz mi dziękować.”, na co Gordon odpowiada: „Muszę.” Ja to zawsze odczytywałam jako świadomość Gordona, że Batmanowi nikt raczej nie podziękuje za jego pracę, tak więc przyszły komisarz dochodzi do wniosku, że to on powinien to zrobić.
Jakiś czas po obejrzeniu po raz pierwszy Batman: Początek natrafiłam na retrospektywę Uncle Mroowy na temat Batmana. Był to akurat okres, w którym odkrywałam producentów z Channel Awesome i przy okazji dowiadywałam się, że i polski YouTube ma kilku twórców tego typu. Mroowa był właśnie jednym z nich, a pierwszymi jego filmami, które obejrzałam, była właśnie trzyczęściowa seria Batman: Historia i Dziedzictwo, w której przedstawił pokrótce dzieje Mrocznego Rycerza i to jak był on kształtowany przez wszystkie Ery Komiksu. Dzięki Mroowie dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy na temat Człowieka-Nietoperza. W tym czasie oglądałam również coraz więcej Linkary, tak więc wiedziałam już o Millerze i jego All-Star Batman and Robin, ale Mroowa opowiedział mi o tym, że zanim Miller zrobił tamtą abominację, napisał arcydzieło współczesnego komiksu, Mroczny Rycerz powraca, który uważany jest za jeden z trzech komiksów, które rozpoczęły Mroczną Erę (nawiasem mówiąc innym takim komiksem był Batman: Rok Pierwszy również autorstwa Millera). Z retrospektywy Mroowy dowiedziałam się również o Jasonie Toddzie, pierwszym Robinie i o tym, że ludzie głosowali czy powinien zginąć, czy nie. Tak czy inaczej, do dziś wspominam tę trzyczęściową serię bardzo ciepło i żal mi, że nie ma jej już na YouTubie.
No więc nadszedł rok 2012, a wraz z nim obudziła się moja fascynacja superbohaterami. Po części związane to było z Avengers i z tym, że obejrzałam sobie wszystkie filmy z Pierwszej Fazy MCU; a po części z tym, że akurat wchodził do polskiego Universal Channel Arrow, którego sukces sprawił, że zaczęto planować kolejne seriale na podstawie komiksów DC. Jednym z tych seriali miało być Gotham, które mnie zainteresowało i które przez dłuższy czas oglądałam głównie na Universal Channel, bo tam puszczano je z polskim lektorem. Kiedy jednak postanowiono przenieść Gotham na 13th Street (kanał poświęcony kryminałom), którego nie miałam, postanowiłam jednak oglądać serial w internecie.
Przez dłuższy czas Gotham mi się podobało, ale nie szalałam za nim zbytnio. Dopiero po Lovecrafcie wszystko się zmieniło. Albowiem to przy Lovecrafcie, gdzie mali Bruce Wayne i Selina Kyle gubią się w mieście, uciekając przed mordercami; a Alfred, Bullock i Gordon ich szukają, zdałam sobie sprawę z tego, że bardziej od wątku Jima Gordona będącego Jedynym Uczciwym Gliną w Gotham™, podobają mi się relacje między Bruce’m Wayne’m a Alfredem. Cóż ja poradzę, zawsze miałam słabość do wątków ojcowsko-synowskich, a Lovecraft – jak już wspominałam wiele razy – jest pierwszym odcinkiem, w którym nie tylko Alfred martwi się o swojego podopiecznego, ale i Bruce martwi się o swojego opiekuna. To zaś sprawiło, że chciałam przyjrzeć się jeszcze raz temu jak ta relacja wyglądała w poprzednich odcinkach. Dzięki temu pokochałam bardziej wątek Bruce’a w Gotham oraz jego relacje zarówno z Alfredem, jak i Gordonem.
 
Lovecraft, choć skończył się smutno, był jednak ostatnim odcinkiem, w którym Gordon był taki, jak go lubiłam – idealistyczny, chcący naprawić Gotham i policję; sprawiedliwy, który chce rozwiązać sprawę śmierci Wayne’ów ze względu na obietnicę złożoną ich synowi. Nie wiecie nawet jak bardzo tęskniłam za tamtym Jimem Gordonem, kiedy od drugiej połowy pierwszego sezonu zaczął robić coraz gorsze rzeczy i coraz bardziej oddalać się od tego porządnego gliny, którym był na początku (co prawda, miał później kilka heroicznych momentów i w Czerwonej Królowej prawie uwierzyłam, że jest dla niego nadzieja, ale nigdy więcej już nie darzyłam go taką sympatią jak w pierwszej połowie pierwszego sezonu). W dodatku wprowadzono też wątek doktor Leslie Thompkins, która szybko stała się nowym love interestem Gordona, i ten wątek był tak nudny, tak melodramatyczny, tak upierdliwy, że tym bardziej obrzydził mi Gordona. Aż w końcu w trzecim sezonie był jednym z powodów, dla których odechciało mi się oglądać Gotham i powróciłam do niego dopiero w tym roku, w ramach przygotowań do Maja z Batmanem.
Powróćmy jednak do Bruce’a i Alfreda. David Mazouz jest moim ulubionym Batmanem, ale Sean Pertwee jest też moim ulubionym Alfredem Pennyworthem. Tak jak Mazouz gra Bruce’a Wayne’a w sytuacji, na którą większość komiksów i adaptacji poświęca zwykle bardzo mało czasu (dzieciństwo Mrocznego Rycerza i jego życie tuż po śmierci rodziców), tak i Pertwee gra Alfreda w sytuacji, w której gdzieindziej przeważnie widzimy go tylko w retrospekcjach – jako lokaja, który nagle musiał stać się rodzicem i zaopiekować się swoim dotkniętym potworną traumą paniczem; i który z czasem musiał pogodzić się z tym, że ów panicz zamierza zostać zamaskowanym mścicielem. I po latach, kiedy ponownie obejrzałam i nadrobiłam ten serial, zdałam sobie sprawę, że o ile niektóre elementy Gotham były irytujące, o tyle jego największą zaletą (przynajmniej dla mnie) byli właśnie ci dwaj.
Tak czy inaczej, do Gotham napisałam swoje pierwsze fanfiki o Batmanie (był to, co prawda, mały Batman, ale jednak Batman). Najpierw napisałam Three Times Bruce Had a Bad Dream About Alfred, do którego inspiracją był dialog między Alfredem a Bruce’m w odcinku Arkham – Bruce budzi się z koszmaru, Alfred pyta żartobliwie, czy był w tym koszmarze, a chłopiec odpowiada: „Nie tym razem.” Zastanawiałam się, w jakim charakterze Alfred mógłby występować w koszmarach Bruce’a i spróbowałam pokazać, na przykładzie trzech złych snów chłopca, jak zmieniał się stosunek Bruce’a do jego lokaja.
Nieco później napisałam Just a Flash Wound, które działo się tuż po wydarzeniach z Lovecrafta i było o tym, jak Bruce odkrywa, że Alfred został ranny podczas ataku na Wayne Manor. Potem chłopiec zdaje sobie sprawę z tego, że jego lokaj był na wojnie, swoje przeżył, ale nie za bardzo chce o tym mówić, tak więc przyszły Batman prosi Gordona o to, aby – jako że również był żołnierzem i swoje przeżył – porozmawiał z jego opiekunem i pomógł mu się otworzyć. W ogóle, według mnie, najlepsza część tego fika to dialog między Alfredem i Gordonem w ostatnim rozdziale.
Ostatni fanfik miał być początkiem serii jednoczęściówek Kids of Gotham, które skupiałyby się na… no cóż, dzieciakach z Gotham, czyli Brucie, Selinie i Ivy Pepper. Niestety dotąd udało mi się napisać tylko jedno opowiadanie. Miałam jakieś inne pomysły na jednoczęściówki, ale nie miałam siły ich potem napisać.
Jeśli chodzi o samo Gotham, to wydaje mi się też, że nigdy wcześniej ani nigdy później nie byłam tak pełna ciepłych uczuć do Harveya Bullocka, jak przy oglądaniu tego serialu. Po prostu tam Bullock był postacią, która najpierw jawiła się jako skorumpowany, złamany życiem glina, ale z każdym odcinkiem nabierała głębi. Nagle on i Gordon stali się przyjaciółmi; nagle Bullock okazywał się mieć sam zapędy do rycerskości; nagle ten złośliwy, skorumpowany, apatyczny i leniwy facet, którego widzimy w innych adaptacjach Batmana, jest kimś więcej. Nawet jeśli nie był jakimś moim wielkim ulubieńcem, potrafiłam go docenić.
Podczas gdy ja oglądałam Gotham, w międzyczasie wyszedł Człowiek ze Stali i zaczęto zapowiadać Batman v. Superman: Świt Sprawiedliwości. Mimo że nigdy nie byłam jakąś wielką fanką Supermana, recenzje Linkary, teksty Uncle Mroowy oraz fragmenty różnych komiksów z Supermanem i Batmanem sprawiły, że miałam do Człowieka ze Stali więcej szacunku. Co więcej – nigdy jakoś nie interesowało mnie kto wygra w pojedynku między Supermanem a Batmanem. Ja o wiele bardziej chciałam zobaczyć obu panów walczących ramię w ramię i będących przyjaciółmi. Już wtedy wiedziałam, że łączy ich kamractwo i szczerze mówiąc, trochę mnie też irytowało to, że fani Batmana deprecjonują Supermana byle tylko pokazać wyższość swojego ulubieńca nad Ostatnim Synem Kryptonu. Mówiłam już o tym przy artykułach o człowieczeństwie Człowieka ze Stali i o pojedynku Flasha i Strzały: Superbohaterowie z mocami nie są gorsi od superbohaterów bez mocy, a superbohaterowie bez mocy nie są gorsi od superbohaterów z mocami. Doszłam do tego wniosku, kiedy myślałam o tym, dlaczego ludzie tak bardzo chcą, aby Batman pokonał Supermana.
W każdym razie przez pewien czas moje zainteresowanie Batmanem przycichło. O wiele bardziej chciałam oglądać rzeczy związane z innymi superbohaterowami DC, zwłaszcza, że Arrowverse się rozrastało i adaptowało kolejnych bohaterów z komiksów, którzy dotąd raczej nie byli w centrum uwagi mainstreamu. Jednakże w 2016 natknęłam się na Let’s Play do Batman: The TellTale Series. Nie była to pierwsza gra studia TellTale, którą widziałam, i tak szczerze to Fables. Wolf Among Us i Back To The Future: The Game wywarły na mnie tak dobre wrażenie, że byłam żywo zainteresowana tym, co TellTale zrobiło z Mrocznym Rycerzem. Tak więc obejrzałam Let’s Play z pierwszego epizodu i co by nie mówić, byłam wstrząśnięta.
Chyba nigdy wcześniej, w żadnej innej adaptacji Batmana, nie było mi tak żal Bruce’a Wayne’a, jak przy tej grze. Zarówno w oryginalnym Batman: The TellTale Series, jak i w Batman:  The Enemy Within na tego biednego człowieka spada tyle różnych nieszczęść, że trudno mu nie współczuć. Jego nazwisko jest mieszane z błotem, jego przyjaciel odwraca się od niego, sam Bruce dowiaduje się, że jego rodzice nie byli tak dobrymi ludźmi, jak mu się wydawało; traci firmę, trafia do Arkham i jest właściwie karany za grzechy swojego ojca.
 
Batman: The TellTale Series pozwolił mi również zauważyć pewną rzecz – Bruce bez maski wygląda na o wiele wrażliwszego na zranienie niż kiedy nosi na sobie zbroję Batmana. Nie chodzi nawet o sam strój, tylko o maskę, która zakrywa jego oczy i sprawia, że jego rysy wydają się ostrzejsze. Maska Batmana sprawia, że jest on groźny, dlatego kiedy ją ściąga, jest bardziej ludzki, łagodniejszy, bardziej… odsłonięty. W grze TellTale Bruce spędza bardzo dużo czasu bez maski i mamy okazję przyjrzeć się, jak próbuje poradzić sobie z tym, że właśnie zawala mu się świat.
Chyba właśnie dzięki Batman: The TellTale Series zaczęła się znów moja fascynacja Batmanem. Obejrzałam ponownie Batman: TAS, a także większość filmów o Lego Lidze Sprawiedliwych (chociaż te seanse odbyły się niechronologicznie). A po zapoznaniu się z filmem The World’s Finest, w którym Batman i Superman z DCAU po raz pierwszy łączą siły, nie tylko zapoznałam się z kilkoma odcinkami Superman: TAS, ale też chciałam zobaczyć więcej tych szczególnych relacji między Supsem a Batsem. Od tej pory mieli już na zawsze być dla mnie bracholami, a nie rywalami, jak chcą tego co poniektórzy fani.
Pewnego dnia tata woła mnie, mówiąc: „Hej, w telewizji leci Batman, ale jakiś dziwny!” No więc idę i to, co widzę na ekranie nie pozostawia u mnie wątpliwości: tym dziwnym Batmanem jest Adam West. Tak się bowiem złożyło, że pewna stacja (nie pamiętam do końca która) postanowiła puścić Batman zbawia świat – filmową kontynuację serialu z 1966. Ja byłam świadoma tego, co to jest, skąd pochodzi i kim jest Adam West, ale było to moje pierwsze bezpośrednie, nie będące parodią ani nawiązaniem, zetknięcie z tym campowym Batmanem. Później, kiedy miałam okazję zobaczyć Batman: The Return of the Caped Crusaders i Batman kontra Dwie Twarze; i kiedy dowiedziałam się o tym, że Adam West zmarł, zdałam sobie sprawę z tego jak wiele temu serialowi zawdzięczamy. Wspominałam już o Galerii Łotrów i o Bat-Mandze, ale prawda jest taka, że Batman Westa kładł podwaliny pod przyszłe filmowe i telewizyjne adaptacje nie tylko Człowieka-Nietoperza, ale superbohaterów w ogóle. Prawda, były wcześniejsze adaptacje Batmana, Supermana i paru innych, jednakże serial z 1966 przebił się do mainstreamu i wychowały się na nim całe pokolenia Amerykanów. W dużej mierze kształtował on wyobrażenia nie-komiksowej widowni na temat superbohaterów, ale przede wszystkim przedzierał szlaki dla innych seriali. Wkrótce po Batmanie swój serial miała Wonder Woman, potem Hulk i Spiderman. No a teraz mamy Arrowverse i MCU.
Sam Adam West, z tego co słyszałam, był do rany przyłóż i kochał swoją rolę, chociaż przez jakiś czas nie mógł przez nią znaleźć innej pracy jako aktor. W końcu jednak w Batman: TAS, w odcinku Beware the Gray Ghost nie tylko poniekąd opowiedziano jego historię, ale też złożono mu należyty hołd, i dzięki temu jego sytuacja się polepszyła. Oglądając The Return of the Caped Crusaders, gdzie West zarówno wraca do starej roli, jak i też udaje te bardziej mhorczne wersje Człowieka-Nietoperza, ma się wrażenie, że to list miłosny dla serialu – pokazanie, że jest miejsce również dla takiego bardziej lekkiego, bardziej praworządnego i bardziej campowego Batmana. Adam West nazywany jest Jasnym Rycerzem i myślę, że ten przydomek mu jak najbardziej pasuje.
A skoro już jesteśmy przy lżejszych wersjach Batmana, w 2017 mieliśmy Lego Batman: Film. Od początku zakładałam, że pójdę na niego z bratankiem (któremu bardzo podobała się oryginalna Lego Przygoda) i z ojcem. Był to z całą pewnością niesamowity seans i zawsze będę lubić Lego Batman: Film bardziej niż Lego Przygodę. Wydaje mi się jednak, że jeżeli jest to czyjeś pierwsze zetknięcie z Batmanem, ten ktoś może wyciągnąć z niego pewne błędne wnioski. Widzę to po bratanku, który nie lubił Alfreda, bo był „wredny dla Batmana”, ale uważał, że Joker jest fajny. Właśnie dlatego, jak mu potem pokazałam Święta z Jokerem, to bardzo się zdziwił, że Klauni Książę Zbrodni jest psychopatą. (Tak szczerze, to ja też uważam, że w Lego Batman; Film Joker jest całkiem niezły. Na pewno toleruję go o wiele bardziej niż jego bardziej „poważne” interpretacje, bo nie jest ani trochę tak wkurzający jak one.)
Tak więc dotarliśmy do roku 2019. Według kalendarium Animowanego Uniwersum DC w tym roku właśnie Bruce Wayne odwiesza pelerynę i przechodzi na emeryturę, aby dwadzieścia lat później przekazać pałeczkę Terry’emu McGinnisowi. Szykując się do Maja z Batmanem, zapoznałam się z wieloma batmanowymi komiksami, które uważa się za najbardziej przełomowe – Batman: Rok Pierwszy, Długie Halloween, Hush, Whatever Happened To The Caped Crusader, The Court of Owls czy The Return of Bruce Wayne. Obejrzałam też kilka filmów o Batmanie, a także kilka odcinków serialu z Adamem Westem i Batmana: Odważnych i Bezwzględnych.
I wiecie do jakiego wniosku doszłam?
Zaprawdę, Batman jest współczesnym herosem, tak samo jak Superman. Jest pochwałą dla ludzkiej zaradności, determinacji i genialności w obliczu przeciwności. A wszystko zaczęło się pewnego wieczoru w 1939, kiedy to Bill Finger zaproponował kilka poprawek do rysunku Boba Kane’a. Od tamtego czasu Batman przeszedł bardzo wiele, stoczył walkę z niezliczonymi przeciwnikami, zdobywał sojuszników i członków rodziny i dorobił się licznych interpretacji i naśladowców. Jak na osiemdziesiątkę, trzyma się całkiem nieźle. Ale to przecież nic dziwnego – wszak to człowiek, który potrafi przetrwać wszystko.
Podczas tego miesiąca przyglądaliśmy się różnym elementom „mythosu” Batmana, jak również jemu samemu. Opowiedzieliśmy sobie również jak Mroczny Rycerz jest postrzegany i czym się charakteryzuje. Chciałabym jednak powiedzieć Wam o tym, co Batman znaczy dla mnie, osobiście:
Bywało, że mnie nie obchodził; bywało, że miałam go dość, bo odkrywałam innych superbohaterów. Prawda jest jednak taka, że był on moim pierwszym superbohaterem – to on pokazał mi po raz pierwszy czym superbohaterowie są i czym się charakteryzują. Do Supermana musiałam się przekonywać po latach, ale z Batmanem było inaczej – musiałam zdystansować się od Człowieka-Nietoperza, pozbyć się kilku naiwnych wyobrażeń o nim, aby potem, szykując się na Maj z Batmanem, właściwie odkryć go na nowo. Bo w momencie, kiedy nie myśli się o nim, jak o najlepszym superbohaterze w Lidze Sprawiedliwych; bo kiedy nie porównuje się go z innymi po to, aby ich deprecjonować, można po prostu zobaczyć, że Mroczny Rycerz nie ma nikomu nic do udowodnienia i stoi na równi z meta-ludźmi, magami i kosmitami, dzięki własnej ciężkiej pracy i rozumowi. Nie ponad nimi, ale na równi z nimi – moim zdaniem, tak właśnie powinniśmy na niego patrzeć.
Mroczny Rycerz. Zamaskowany Krzyżowiec. Największy Detektyw Świata.
Bruce Wayne.
Batman.
Osiemdziesiąt lat w zbiorowej świadomości to może nie tak długo, biorąc pod uwagę bohaterów, którzy są z nami od stuleci. Mimo wszystko czytając komiksy o Batmanie, oglądając o nim filmy i seriale, i widząc jak wiele rzeczy się z nim działo, jak wiele jego wersji powstało, mam wrażenie, że Batman będzie istniał, kiedy oglądające i czytające go dzisiaj dzieci dorosną; będzie istniał, kiedy się zestarzeję i na długo po tym, jak mnie już nie będzie na świecie. Bo to taki typ postaci, która – kiedy się wreszcie pojawi – wywiera tak wielki wpływ na kulturę, że nie da się o niej zapomnieć.
Tak więc w roku 2019, świętując osiemdziesiąt lat istnienia Batmana, zakrzyknijcie wraz ze mną: Long live the Bat!

Ze wspomnień fana: Jakub Wędrowycz

Moja kolekcja książek o Jakubie Wędrowyczu.

Długo myślałam nad tym, co przygotować na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości: kolejną listę ulubionych polskich akcentów w zachodnich produkcjach, wielofandomowe fanfiction, w którym postaci polskiego pochodzenia obchodzą Dzień Niepodległości, oryginalne opowiadanie z wampirami rozmyślającymi nad tym, co się zmieniło w Polsce przez te sto lat…

Ze wspomnień fana…o cywilnym egzorcyście, Jakubie Wędrowyczu, również brałam pod uwagę, ale myślę, że wiele osób (w tym być może nawet sam Andrzej Pilipiuk) nie uznałoby tekstu o Wędrowyczu za odpowiedni sposób świętowania tak ważnej rocznicy. Jednakże Wędrowycz reprezentuje sobą pewne polskie cechy, które może i nie są do końca szlachetne, ale poniekąd sprawiły, że jakoś przetrwaliśmy zabory, obie wojny światowe, komunizm i to, co po komunizmie. Poza tym obojętnie jak patrzymy na samego Wędrowycza, trudno nie odmówić mu bycia badassem.

Tak więc pozwólcie, że opowiem Wam o mojej historii związanej z cywilnym egzorcystą, bimbrownikiem i kłusownikiem, Jakubem Węrowyczem.

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Jakub Wędrowycz”

Ze wspomnień fana: Świat Dysku

Przez całe lata nie interesowałam się Światem Dysku. Wynikało to z tego, że książki z tej serii miały okładki przypominające malowidła Hieronima Boscha – dziwaczne, groteskowe i chaotyczne. Prawdę mówiąc miałam wtedy nikłe pojęcie na temat samej serii, nie wiedziałam o niej właściwie nic i miałam wrażenie, że jest to jakaś poważna seria science-fiction. Naprawdę tak myślałam! Zwłaszcza po tym, jak przeczytałam opis fabuły Kosiarza – Śmierć znika ze świata, bum! – jest chaos. Co prawda, słyszałam od różnych ludzi, że Świat Dysku jest niesamowity, ale im nie wierzyłam.

Dopiero, kiedy na studiach odkryłam Widelec.pl, to przekonanie zaczęło zanikać. Dość często redaktorzy tego geekowego portalu w swoich rankingach zamieszczali postaci ze Świata Dysku. To właśnie świętej pamięci Widelec.pl poinformował mnie pierwszy, że Bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu został zamieniony w orangutana i cieszy się z takiego stanu rzeczy; że Paskudny Stary Ron ma zapach tak silny, że zyskał on własną świadomość; że koń Śmierci nazywa się Pimpuś. Te rzeczy sprawiły, że poznałam szaloną, humorystyczną stronę Świata Dysku i jakaś część mnie chciała się z nim zapoznać, jednak wciąż coś mnie przed tym hamowało.
I tak naprawdę tym, co ostatecznie przekonało mnie do Świata Dysku, był miniserial produkcji SkyOne na podstawie Piekła pocztowego. Wszystko mi się w nim podobało: przedstawiona w niej historia oszusta, który nie tylko przywraca do dawnej świetności Urząd Pocztowy, ale też zdaje sobie sprawę z dokonanych przez siebie krzywd; poszczególne postaci, jak owładnięty obsesją szpilek Stanley, walcząca o prawa golemów Adora Belle Dearheart, czy Patrycjusz Vetinari; i estetyka świata przedstawionego, gdzie obok okutej w zbroje Straży Miejskiej chodzili ludzie ubrani jak z wiktoriańskiej powieści; a na ulicach Ankh-Morpolk można było spotkać, zarówno zwykłych ludzi, jak i golemy, wampiry i magów. Piekło pocztowe było pełne akcji, humoru, dramatu i kapitalnych pomysłów. Pokazało mi, o czym tak naprawdę jest Świat Dysku – przedstawiło mi Wielkiego A’Tuina, czyli ten cały koncept żółwia płynącego przez kosmos i dźwigającego cztery słonie, które z kolei dźwigają na swoich grzbietach cały wielki, płaski świat; a także lekki klimat, w jakim zachowane są historie opisywane przez Terry’ego Pratchetta. Jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale również sam Moist von Lipwig był moim wprowadzeniem do tego, jakich protagonistów ma przeważnie Świat Dysku – bohaterów pełnych wad i cynicznie patrzących na świat, ale jednak zdolnych do heroizmu.

Po Piekle pocztowymzapoznałam się również z pozostałymi dwiema aktorskimi ekranizacjami prozy Pratchetta – Kolorem magii i Wiedźmikołajem. Pierwszy z nich nie przypadł mi zbyt bardzo do gustu (to znaczy historia była całkiem interesująca, ale nie porwała mnie). Za to Wiedźmikołajbył interesujący i nie chodzi mi tylko o sam pomysł Śmierci jako dyskowego odpowiednika świętego Mikołaja, ale również o cudownie przerażającego Jonathana Teatime, zadziorną Susan i jej bardzo urocze relacje z dziadkiem. Moją ulubioną sceną w całym filmie jest ta, w której Susan i Teatime się spotykają i po wysłuchaniu kilku zdań złoczyńcy Susan mówi: „Chyba cię znam (…). Dzieciak, którego wszyscy się bali. (…) Równie dobrze mogłeś rzucić w kota kamieniem, jak go podpalić. (…) Byłeś chłopcem, który zagląda lalkom pod sukienki. (…) Nikt się z tobą nie bawił, bo nie miałeś przyjaciół.” Jest w tej kwestii, przerywanej przez nagle zdenerwowanego Teatime’a próbującego przywołać swoich ludzi do porządku, coś niesamowitego. Susan przejrzała Teatime’a. Wie, że ma do czynienia z psychopatą, a jednocześnie jej doświadczenie nauczycielki sprawia, że widzi w nim dzieciaka, z którym nikt się nie chce bawić. Poza tym sposób, w jaki w tym filmie był pokazany Śmierć – zwłaszcza w porównaniu z jego wersją w Kolorze magii – sprawił, że ta postać nagle urosła w moich oczach.
I tak pewnego dnia postanowiłam przeczytać powieści ze Świata Dysku poświęcone Śmierci. Co by tu mówić, Śmierć był pierwszą postacią ze Świata Dysku, którą pokochałam, a Kosiarzanadal uważam za jedną z najlepszych książek z całego cyklu. Książki poświęcone Śmierci – książki ukazujące Śmierć jako istotę oddaną swojej pracy a jednocześnie zafascynowaną małymi dziwactwami ludzkości i w gruncie rzeczy pełną współczucia, zwłaszcza dla kotów – sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak postrzegana bywa śmierć jako taka. A z tego wszystkiego powstał mój pierwszy dyskowy fanfik i mój pierwszy artykuł o Świecie Dysku.
Aczkolwiek muszę przyznać, że jest on niekompletny. Wszystkie te wątki niezwiązane ściśle ze Śmiercią, Mortem albo Susan (czyli na przykład wątek księżniczki Keli w Morcie, Windle’a Poone’a w Kosiarzu, czy Impa w Muzyce duszy) sprawiały, że książki z cyklu o Śmierci mi się strasznie dłużyły. Dlatego właśnie nie przeczytałam dotąd Złodzieja Czasu. Po zapoznaniu się z kilkoma powieściami, gdzie wątek Śmierci i jego rodziny rozkręca się strasznie długo z powodu wątków pobocznych, Złodziej Czasu był już ponad moje siły.
Po jakimś czasie zapragnęłam przeczytać coś jeszcze ze Świata Dysku i akurat sobie przypomniałam, że mój brat wygrał kiedyś w jakimś szkolnym konkursie Na glinianych nogachw oryginale. To, że książka była po angielsku wcale mnie nie zraziło, w końcu od ponad pięciu lat z ogonem czytuję regularnie teksty w tym języku i to nawet opowiadania, tak więc Na glinianych nogach nie sprawiło mi jakiegoś wielkiego problemu. I tak oto zapoznałam się ze Strażą Miejską Ankh-Morpolk i komendantem Vimesem. Co prawda byłam trochę skonfundowana tym, że kapitan Marchewa zachowuje się jak krasnolud, ale tak jakby nie jest krasnoludem… jednak lektura tej książki – ogólna fabuła, intryga kryminalna, Samuel Vimes – doprowadziły do tego, że zapragnęłam dowiedzieć się więcej o Straży Miejskiej, która wydawała mi się wcześniej mało interesująca, jako bohater (no bo na pierwszy rzut oka, kogo interesowaliby jacyś strażnicy?). Tak więc poszłam do Empiku, kupiłam Straż! Straż! i zaczęłam od początku. Potem przeczytałam Zbrojnych i Straż Nocną… tak, tak właśnie napisałam. Po drugiej książce z serii o Straży Miejskiej wzięłam się od razu za szóstą. Po prostu Piąty elefant oraz Bogowie, honor i Ankh-Morpolk nie wydawały mi się wtedy ciekawe, w przeciwieństwie do Sama Vimesa podróżującego w czasie. Tak po prawdzie to cykl o Straży Miejskiej czytałam zawsze nie chronologicznie. A przy Łupsie!przerwałam w momencie, kiedy Vimes rozmawia z Ottonem Chriekiem, ponieważ postanowiłam zapoznać się z Prawdą, gdzie nasz wampir-ikonograf pojawia się po raz pierwszy.
Samuel Vimes niejako zdetronizował Śmierć, w tym sensie, że odtąd Kosiarz Świata Dysku nie był jedyną postacią w tym szalonym uniwersum, która stała się moją ulubioną. Wydaje mi się, że spośród wszystkich bohaterów Świata Dysku Sam Vimes jest najbardziej złożonym. Wychowany w ubogiej dzielnicy dziedzic pozbawionego szlachectwa rodu; człowiek, który brał udział w rewolucji w mrocznych czasach Ankh-Morpolk, co odbiło się tak bardzo na jego psychice, że popadł w stagnację i alkoholizm; kochający mąż i ojciec, uczciwy i dobry w swojej pracy strażnik, któremu Straż Miejska zawdzięcza swoją świetność; a jednocześnie człowiek zmagający się ze swoimi traumatycznymi przeżyciami, kompleksem niższości i ciemnością, która chce się wydostać na zewnątrz. Vimes stał się tą postacią w przeciągu ośmiu książek i do dzisiaj jest jednym z najważniejszych, najbardziej ikonicznych protagonistów Świata Dysku, nie mówiąc już o tym, że ludzie postrzegają go jako postać praworządną dobrą napisaną właściwie, o czym już Wam mówiłam.
Lubię też sposób, w jaki przedstawione zostały relacje między Vimesem a jego żoną, lady Sybil. Sybil jest tak wspaniałą postacią, a stosunek komendanta do niej jest tak uroczy, że właściwie nie wyobrażam sobie, aby oni nie mogli być razem. To jeden z wielu tych sympatycznych pairingów, które napawają nadzieją.
W przeciwieństwie też do powieści o Śmierci, powieści poświęcone Vimesowi i Straży Miejskiej zawsze były bardziej skupione i nie miałam takiego wrażenia dłużyzn. To też zasługa Straży Miejskiej jako takiej – tego zbiorowego bohatera, który w każdej książce powiększał się o kolejnych członków, a każdy z nich miał własną osobowość i historię. Reg Shoe stał się zombie po tym jak go zabito; Cudo Tyłeczek to krasnoludka, która postanowiła zostać alchemikiem, a po zaprzyjaźnieniu się z Anguą postanowiła bardziej eksponować swoją kobiecość; troll Detrytus był swego czasu zabijaką, ale postanowił się zmienić i wstąpić do Straży Miejskiej; w końcu Marchewa Żelaznywładsson jest człowiekiem (a do tego prawowitym królem Ankh-Morpolk) wychowanym przez krasnoludy. A są jeszcze kapral Nobby Nobbs i sierżant Fred Colon, którzy byli z Vimesem niemal od samego początku.
Niejako też po przeczytaniu Straży Nocnej zdecydowałam się ruszyć książki o Moiście von Lipwigu. Tak jak już wspominałam wcześniej, chciałam przejść od razu do Świata finansjery, jednak postanowiłam przeczytać Piekło pocztowe na wypadek, gdyby były tam zawarte jakieś ważne szczegóły, których nie zawarto w serialowej adaptacji. I rzeczywiście – książkowe Piekło pocztowe różniło się pod wieloma względami od miniserialu. Przede wszystkim miniserial skupia się głównie na tym, jak Moist zdaje sobie sprawę z tego, że jego oszustwa miały swoje mroczne konsekwencje i poniekąd odkupuje swoje winy jako poczmistrz, tymczasem lektura książki daje większy wgląd w postać samego Moista – w jego mentalność, w to, dlaczego na początku uważa, że nie da się oszukać uczciwego człowieka, i w to, że jest on trochę uzależniony od mocnych wrażeń.
Później przeczytałam Prawdę, gdzie głównym bohaterem był William de Worde – założyciel pierwszej gazety w Świecie Dysku – i pomyślałam sobie, że Vimesa, Moista i Williama bardzo wiele łączy. Po pierwsze wszyscy trzej wykorzystują słowa, aby osiągnąć pożądane efekty (Vimes stosuje literę prawa, Moist panuje nad tłumem poprzez spektakularne przemowy, a de Worde nagina prawdę, chociaż nie potrafi kłamać). Po drugie – wszyscy trzej odpowiadają w ten czy inny sposób przed Patrycjuszem Vetinari, a jednocześnie w interesie Patrycjusza jest, aby oni mieli swobodę działania. Dlatego wyobrażałam sobie wszystkich trzech panów siedzących razem w jakimś barze i rozmawiających o problemach z Vetinarim. Myślałam nawet, czy by nie napisać serii małych one-shotów w tym właśnie klimacie, ale jak zwykle – weny zabrakło. Ale Para w ruch(najnowsza książka ze Świata Dysku, do tego z Moistem w roli głównej) do pewnego stopnia spełnia tę moją małą fantazję, bo tam właściwie Moist i Vimes nie tylko rozmawiają, lecz także współpracują i to w bardzo miłej atmosferze. Widać między nimi chemię i aż chce się, aby panowie częściej łączyli siły.

Parę w ruch w ogóle uważam za bardzo szczególną część serii Świata Dysku. Przede wszystkim jest to ostatnia książka z tej serii (przynajmniej dopóki Rhianna Pratchett nie napisze kolejnych części) i w kontekście niedawnej śmierci Terry’ego Pratchetta można ją odczytać jako pożegnanie Pratchetta ze swoim dziełem – ostatnim wielkim występem przed zejściem ze sceny. Para w ruch nie tylko zawiera najwięcej nawiązań do pozostałych części cyklu, niż jakakolwiek inna książka ze Świata Dysku, ale też wprowadza to uniwersum w Wiek Pary. W naszym świecie kolej żelazna stanowiła punkt zwrotny w dziejach – od pociągów rozpoczęła się pierwsza rewolucja przemysłowa. A Świat Dysku pierwotnie był parodią fantasy jako takiego i powoli był wzbogacany o nowe rzeczy – turystykę (Kolor magii i Blask fantastyczny), film (Ruchome obrazki), nowoczesną muzykę (Muzyka duszy), telegram (Piąty elefant), prasę (Prawda), papierowe pieniądze (Świat finansjery)… Co prawda, wiele z tych nowych rzeczy wprowadzało zbyt wielki zamęt poprzez swoje konotacje z magią, aby pozostać na stałe, niemniej jednak pociąg wydaje się być takim zwieńczeniem tego procesu, wejściem Świata Dysku w nową erę. Nie wiem, czy Pratchett spodziewał się, że niedługo umrze, dlatego zdecydował się na taki ruch, czy też może planował ciąg dalszy, ale jednak los sprawił, że Para w ruch nabrała dodatkowego, wzniosłego znaczenia, przynajmniej dla mnie.
Kiedy pisałam artykuł o Moiście, Para w ruch nie miała jeszcze polskiej premiery, więc elementów tej powieści związanych ściśle z postacią Moista nie mogłam uwzględnić (a szkoda, bo się okazało, że nasz były oszust ma w sobie nieco sprawiedliwego gniewu, który mogą w nim uwolnić goblińskie używki), ale kiedy wreszcie wyszła, a ja ją w końcu przeczytałam, zapragnęłam przeczytać te książki Świata Dysku, które dotąd omijałam szerokim łukiem.
I tak oto postanowiłam zapoznać się z powieściami o magu Rincewindzie. Nawet nie wiecie jakie dziwne było dla mnie czytanie Koloru magii – pierwszej powieści ze Świata Dysku – kiedy miałam już za sobą większość późniejszych części i wiedziałam, co się będzie działo potem. Na przykład, w scenie, w której Rincewind zostaje postawiony przed Patrycjuszem, bo zawarł z Dwukwiatem umowę i próbował uciec z zapłatą, wspominany jest kapitan straży, a ja, czytając ten fragment, od razu pomyślałam, że to Vimes. Później, po tym jak w barze, w którym zatrzymał się Dwukwiat, miała miejsce rozróba, pojawia się gruby funkcjonariusz milicji (który specjalnie się spóźnił, aby przybyć kiedy było już dawno po walce) i ja od razu nazwałam go sierżantem Colonem. No, a jak Dwukwiat robił obrazki ikonografem od razu przypomniałam sobie o Ottonie Chrieku z Prawdy.
Tak czy inaczej, nie byłam specjalnie zainteresowana czytaniem Koloru magii (i będącego jego bezpośrednią kontynuacją Blasku fantastycznego), pamiętając adaptację SkyOne. Ponadto Rincewind jako postać mnie nie za bardzo pociągał. Ja rzadko kiedy lubię bohaterów, którzy są tak tchórzliwi, że przy pierwszej okazji zdradzają swoich towarzyszy podróży. Niemniej jednak po przeczytaniu obu książek przekonałam się do Rincewinda i wzięłam się za pozostałe powieści z nim w roli głównej.
Rincewind jest zupełnie inny niż pozostali protagoniści Świata Dysku, choć pod pewnymi względami jest też do nich podobny. Nie jest takim kozakiem jak Samuel Vimes, chociaż jeśli chodzi o wolę przetrwania, panowie mogliby iść łeb w łeb; i w przeciwieństwie do Moista von Lipwiga, stara się trzymać jak najdalej od ryzykownych sytuacji, chociaż obaj mają talent do improwizacji w trudnych sytuacjach. Jednak tak naprawdę dzięki Rincewindowi zdałam sobie sprawę, że większość protagonistów Pratchetta podpada pod ten schemat, o którym wspominałam już w poświęconym magowi artykule, a konkretnie w tym fragmencie:

Można powiedzieć, że większość protagonistów Świata Dysku zaczyna najpierw w odcieniu szarości, a przynajmniej po stronie raczej neutralnej. I tak Rincewind jest tchórzem, kapitan Samuel Vimes pijakiem, Moist von Lipwig oszustem… Potem jednak zdarza się coś, co wywraca ich świat do góry nogami i zmusza do bycia czymś więcej, niż dotąd. W przypadku Vimesa było to pojawienie się Marchewy Żelaznywładssona; w przypadku Moista – propozycja Vetinariego, a w przypadku Rincewinda – podróż z Dwukwiatem. Od tego momentu zwykle postacie Pratchetta zaczynają swój rozwój, który trwać będzie przez całą książkę i przez kilka następnych.

Przekonałam się też (o czym wspominałam również w wyżej wspomnianym artykule), że tchórzostwo Rincewinda jest czymś więcej niż tchórzostwem – to jego instynkt przetrwania i skłonność do unikania niepotrzebnego rozlewu krwi – i że Rincewind jako taki zdolny jest do współczucia, a nawet poświęceń, czego dowiódł zwłaszcza w Czarodzicielui Ciekawych czasach.

W ogóle mam takie wrażenie, że naczelne przesłanie wszystkich powieści Świata Dysku jest takie, że ludzie są pełni wad, ale również zdolni do wielkich rzeczy. Prawda, są ludzie źli do szpiku kości – szaleni, przeświadczeni o swojej wyższości sadyści, którzy nie dbają o życie innych – ale większość ludzi nie jest zła. Większość ludzi robi złe rzeczy ze strachu, głodu, ignorancji albo pychy. U Pratchetta nawet najbardziej cyniczny, najbardziej skoncentrowany na sobie bohater w końcu decyduje się – czy to z powodu szoku i przerażenia wywołanego przez jakieś wielkie zło, czy to przez zetknięcie z kimś bardziej idealistycznie patrzącym na świat – przestać myśleć o sobie i zdobyć się na jakiś szalony, heroiczny czyn, o który wcześniej by się nawet nie podejrzewał. Co więcej – może też walczyć z własnymi wadami i chcieć być lepszy.
Dobrym tego przykładem jest chociażby wspomniany wyżej William de Worde. William wychowywał się w rodzinie szlacheckiej „z tradycjami”, więc całe życie wpajano mu różne rzeczy do głowy, jak chociażby, że krasnoludy i trolle są gorsze od ludzi, a każdy nieumarły to potwór. Jednak redaktor „Pulsu Ankh-Morpolk” odrzuca te przekonania i stara się zwalczać w sobie bigoteryjne postawy, które jego rodzina uznawałaby za właściwe.
W ogóle, jeżeli miałabym robić ranking książek ze Świata Dysku, które uważam za najlepsze, Prawdabyłaby gdzieś w pobliżu Kosiarza. Przeczytałam ją z ciekawości, aby dowiedzieć się więcej o Ottonie Chrieku – wampirze, którego pasją jest robienie obrazków i uchwycenie na nich światła – a dostałam opowieść o naturze prawdy. Sam William de Worde nie przypadł mi specjalnie do gustu, ale – jak mówiłam – chętnie widziałabym go wraz z komendantem Vimesem i Moistem von Lipwigiem popijającego w barze (chociaż pewnie Vimes nie chciałby z nim gadać z powodu cyrku, jaki czasem „Puls Ankh-Morpolk” odstawia). Z drugiej strony jednak William stara się dochodzić do prawdy i dba o to, aby „Puls” nie zawierał kłamstw.
Na listę najlepszych powieści Świata Dysku wstawiłabym również Pomniejsze bóstwa, chociażby przez to, jak wiele nawiązań w sobie zawiera. Są tam nawiązania i do Biblii, i do filozofii starożytnej, i do świętych chrześcijańskich, i do Galileusza… No po prostu mogłabym o nich opowiadać godzinami. Ale Pomniejsze bóstwa – powieść poświęcona religii – zawiera w sobie również mnóstwo wniosków na temat wiary, fanatyzmu i religijności. Wystarczy choćby przyjrzeć się samej fabule: Wielki Bóg Om, który próbuje powrócić do dawnej świetności, z powodu posiadania jedynego prawdziwego wyznawcy, prostego mnicha Bruthy, jest uwięziony w ciele jednookiego żółwia. Tymczasem Omnia, państwo wyznaniowe, czczące Oma, szykuje się do wojny z Efebem, będącym dyskowym odpowiednikiem starożytnej Grecji. Przywódca omniańskiej Kwizycji (inkwizycji), Vorbis, wyjeżdża do Efebu pod pozorem misji dyplomatycznej i zabiera ze sobą Bruthę z powodu jego ejdetycznej pamięci.  Młodzieniec z jednej strony musi dogadać się z własnym bogiem, a z drugiej – przetrawić filozofię efebiańską, która zmusza go do spojrzenia na pewne sprawy z innej perspektywy… Jak już kiedyś wspominałam, chciałam napisać artykuł na temat Pomniejszych bóstw, ale raz, że po jakimś czasie straciłam wenę (znowu), a dwa – bałam się, że pod spodem pojawi się mnóstwo antyreligijnych komentarzy, które nic nie wniosą i tylko mnie zdenerwują. Widziałam, co się dzieje z ludźmi, kiedy poruszane są takie tematy. Nie wiem, czy się kiedykolwiek zdecyduję na napisanie tego tekstu. Z jednej strony są te dwa problemy, o których właśnie wspomniałam, a z drugiej – no, czasem mnie kusi, aby wziąć i te wszystkie moje przemyślenia o Pomniejszych bóstwachspisać.
Poza Prawdą i Pomniejszymi bóstwami, przeczytałam jeszcze dwie „jednoczęściówki” Świata Dysku: Zadziwiającego Maurycego i jego edukowane gryzonie, oraz Ruchome obrazki. Ruchome obrazki, wyobraźcie sobie, przeczytałam też dla wątku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, który w innych powieściach mnie zwykle denerwuje, jednak byłam wtedy po Panach i Damach, gdzie się okazało, że Nadrektor Munstrum Ridcully był kiedyś zakochany w Babci Weatherwax, więc wzięło mnie na zaznajomienie się z książką, w której Ridcully (wraz z Myślakiem Stibbonsem) pojawia się po raz pierwszy.
Cykl o Wiedźmach z Lancre był ostatnim, który poznałam (nie licząc, być może cyklu o Tiffany Obolałej, ale zaliczyłam tylko pierwszą część, a na następną już nie miałam siły). Wielokrotnie wspominałam już, że uważam Terry’ego Pratchetta za jednego z tych twórców, którzy piszą wspaniałe postaci kobiece. Generalnie większość pań w Świecie Dysku mnie nie irytuje (ba – przepadam niezmiernie za Babcią Weatherwax, Adorą Belle Dearheart i lady Sybil), ale jest jeden wyjątek – Angua ze Straży Miejskiej. Jej postać wydaje się krążyć wokół trzech rzeczy – tego, że jest wilkołakiem; tego, że jest zakochana w Marchewie i tego, że angstuje nad tymi dwoma faktami. Tak samo jak w przypadku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, wątek Anguy w powieściach poświęconych Straży Miejskiej uważałam za dłużyzny, które może i coś wnoszą, ale nadal są dłużyznami. Zresztą sam pairing Anguy i Marchewy wydawał mi się zawsze dość nudny i męczący, zwłaszcza w porównaniu z innymi parami Świata Dysku – Moistem i Adorą Belle; Błaznem i Magrat, czy choćby Vimesem i lady Sybil (tych ostatnich shippuję tak bardzo, że po przeczytaniu sceny w Niuchu, gdzie arystokraci obgadują Vimesa i stwierdzają, że lady Sybil wyszła za komendanta z desperacji, a on ożenił się z nią dla pieniędzy, moją pierwszą reakcją było: „Co wyście powiedzieli, łajzy?!”).
To wcale nie znaczy, że kiedy obejrzałam znów po latach Piekło pocztowe, Angua wraz z innymi strażnikami mnie nie ucieszyła. Trochę szkoda, że Straż Miejska nie doczekała się jeszcze pełnoprawnej adaptacji i że w WiedźmikołajuNobby i funkcjonariusz Wizytuj są tylko pobocznym wątkiem, a w Piekle pocztowym Angua i spółka pojawiają się tylko dwa razy. Co prawda, były plotki o serialu, który sam Pratchett określił jako CSI: Ankh-Morpolk, ale nadal nie wiadomo, czy są jakieś postępy w produkcji. To samo się zresztą tyczy adaptacji Niewidocznych Akademików(powieści poświęconej piłce nożnej i regulacji rządzących nią zasad) przez SkyOne; i Morta przez Disneya (pierwszej części cyklu o Śmierci; jak to mówi Nostalgia Critic: „Wiecie – dla dzieci!”). Osobiście ucieszyłabym się, gdyby każdy z tych projektów doszedł do skutku, jednak najbardziej chciałabym ten serial o Straży Miejskiej, chociaż nie wiem, czy to miałyby być ekranizacje powieści o Vimesie i reszcie, czy też może zupełnie nowe przygody Straży.
Cóż więcej powiedzieć? Tak jak Agatha Christie, Terry Pratchett stał się nie tylko moim ulubionym autorem, ale także wzorem do naśladowania. Pratchett potrafił wymieszać w umiejętny sposób elementy humorystyczne i dramatyczne; wykorzystywać motywy kultury, zarówno wysokiej, jak i niskiej; kreować kolorowe, wielowarstwowe postaci; opowiedzieć wspaniałą historię, przekazując jednocześnie uniwersalne prawdy i wiarę w to, że nawet najbardziej niedoskonały człowiek może wzbić się na wyżyny. Spodziewałam się, że sir Terry jeszcze przez jakiś czas z nami zostanie i zaszczyci nas jeszcze kilkoma dziełami, ale niestety odszedł od nas w zeszłym miesiącu. Zaraz po dowiedzeniu się o tym, najpierw napisałam krótką notkę, potem zmówiłam modlitwę za jego duszę, a w końcu zrobiłam małe wideo ku jego pamięci. A teraz poświęcam mu cały miesiąc. Nawet jeśli Rhianna Pratchett nie będzie w stanie kontynuować dzieła ojca, wiem, że Świat Dysku nie zaginie. To zbyt niesamowita literatura, aby miała zostać tak po prostu zapomniana.

Ze wspomnień fana: Marvel

Przez bardzo długi czas jedynymi superbohaterami, których kojarzyłam, byli Superman i Batman (ewentualnie jeszcze postaci z Kleszcza i Żółwie Ninja). Kiedyś, co prawda, natrafiłam na jeden odcinek Spiderman: The Animated Series na TVP2, ale nie porwał mnie. Minął jakiś czas i na tym samym programie obejrzałam inny odcinek Spidermana, tym razem jeden z ostatnich i właściwie nawet jakaś część mnie chciała wiedzieć, co się działo dalej, ale Dwójka nie raczyła puścić dalszego ciągu. Później, dużo, dużo później pojawił się TVN i w porannej ramówce dla dzieci zaczął emitować Iron Mana: Obrońcę dobra i Fantastyczną Czwórkę, i o ile Iron Mana uważałam za nudnego, o tyle Fantastyczną Czwórkę starałam się oglądać, ale też nie zawsze byłam w stanie.

Tym, co ostatecznie sprawiło, że zainteresowałam się bohaterami Marvela i zapoznałam się z nimi, było Fox Kids. Ta stacja, którą namiętnie oglądałam, kiedy tylko odkryłam jej istnienie, w pewnym momencie zaczęła puszczać i Spiderman: The Animated Series, i Iron Mana: Obrońcę dobra, i X-Menów, i Fantastyczną Czwórkę, i Hulka… Dzięki Fox Kids poznałam Marvela i jego superbohaterów, a także do dzisiaj wiem o bohaterach marvelowskich więcej, niż o tych ze stajni DC Comics. I prawdopodobnie nie jestem jedyna. Ale po kolei…

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Marvel”

Ze wspomnień fana: Agatha Christie

Już wam kiedyś wspominałam, że lubię klasyczne kryminały (czarne trochę mniej, ale ujdą). Był taki czas w moim młodym życiu (tak od dwunastu lat wzwyż), kiedy chciałam zostać prywatnym detektywem. Powodem tego były takie seriale jak Droopy Superdetektyw, czy Inspektor Gadżet, a także wszelkiego rodzaju odcinki kreskówek i seriali dla młodzieży, gdzie bawiono się formułą obu gatunków. Z literaturą było trochę gorzej, bo jak próbowałam przeczytać Przygody Sherlocka Holmesa, nie porwały mnie zbytnio (aczkolwiek rozumiałam, dlaczego wszyscy się nimi zachwycają).

W każdym razie pewnego dnia wydawnictwo Hachette, znane z wypuszczania różnych serii książek (tudzież komiksu) w kioskach, zaczęło reklamować nową kolekcję, a tą kolekcją były właśnie kryminały Agathy Christie. Na początku nie bardzo mnie to interesowało, ale im częściej wpadałam na tę reklamę, tym bardziej mnie intrygowała. Aż pewnego dnia poprosiłam matkę, aby mi kupiła te dwa pierwsze tomy, abym mogła się dowiedzieć, co to za kobitka ta Agatha Christie i co ona takiego pisze. I tak oto stałam się dumną właścicielką Spotkania w Bagdadzie i Morderstwa w Orient Expressie. Pierwsze zaczęłam czytać Morderstwo w Orient Expressie… ale lektura nie szła mi zbyt dobrze, więc zajęłam się Spotkaniem w Bagdadzie. I co by nie mówić – ta powieść (mimo że bardziej podchodząca pod literaturę szpiegowską, niż kryminał) tak mi się spodobała, że z miejsca stałam się fanką Agathy Christie.

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Agatha Christie”