Sześć świątecznych speciali, które polecam

Ach, święta… najbardziej magiczny okres w roku. Na tę magię składa się wiele czynników, a jednym z nich są okolicznościowe filmy i odcinki seriali, które opowiadają o tym jaki to ten czas okołobożonarodzeniowy jest niesamowity; i, w mniejszym lub większym stopniu, wprawiają nas w świąteczny nastrój.

Już kilka razy opowiadałam Wam o filmach, które lubię sobie obejrzeć w okresie Bożego Narodzenia, ale pomyślałam, że przygotuję listę odcinków świątecznych, które uważam za najciekawsze – z powodu formy, treści i zabawy świątecznymi motywami. Zastanawiałam się nawet czy by nie zwiększyć tradycyjnej dziesiątki do dwunastki (no bo wiecie – Twelve Days of Christmas i te sprawy), ale doszłam do wniosku, że byłoby to trochę wymuszone. Niemniej jednak w pewnym sensie jest to też nawiązanie do zeszłorocznej listy halloweenowych speciali.

Czytaj dalej „Sześć świątecznych speciali, które polecam”

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz. 2

Lucky Luke przejechał nieśpiesznie przez Cactus Junction, rozglądając się po ulicy. Nasłuchiwał uważnie czy z jakiegoś sklepiku nie dochodzą typowe odgłosy napadu z bronią w ręku. Jednak po kilku minutach bezowocnych poszukiwań i rozmów z mieszkańcami, wydawało się, że tym razem najsłynniejsza obywatelka tego spokojnego i sennego miasteczka postanowiła dzisiaj nie ruszać się ze swojego małego domku. Luke nie wiedział, czy był to po prostu kaprys staruszki i nie słyszała ona jeszcze najnowszych wieści, czy też przeciwnie – fakt, że nie wychodziła oznaczał, iż już wiedziała. A co za tym idzie – nie był pewien, czy powinien tu przychodzić.

– Może nie będzie aż tak źle? – powiedział nagle. – W końcu, podobno ten jej rewolwer jest zardzewiały i nienabity.
– Wciąż wierzysz, że to nieszkodliwa staruszka, kowboju? – zapytał Jolly Jumper. – To przecież kobieta, która wydała na świat Daltonów.

Nareszcie opuścili Cactus Junction i znaleźli się na prerii, gdzie kilka metrów dalej stał niewielki, drewniany dom z różową dachówką i kominkiem. Na ganku znajdował się zielony bujany fotel, a przy prawej ścianie – pieniek do ciosania drewna z wbitą weń siekierą. Kiedy Luke był już na miejscu i zszedł z Jolly’ego, aby przywitać się z Mamuśką Dalton, drzwi się otworzyły i z domu wyskoczył czarny kocur z białym podbrzuszem. Na widok nieznajomych zjeżył się i prychnął na nich wrogo.
– Mruczuś jak zwykle towarzyski – stwierdził Luke, pozwalając sobie na uśmiech.
– Przynajmniej nie ma tu Bzika. Patrzenie jak ten idiota dostaje łomot od kota byłoby żenujące – skomentował beznamiętnie Jolly.
Niebawem w drzwiach stanęła sama gospodyni – niska kobieta w niebieskiej sukience, kuchennym fartuchu i w białym czepku na głowie. Jej twarz, choć pozbawiona typowego zarostu i długich, cienkich wąsów, łudząco przypominała aż nazbyt znajome Lucky Luke’owi cztery facjaty. Kobieta, która urodziła i wychowała Joe, Williama, Jacka i Averella; która była gotowa poruszyć niebo i ziemię, aby uratować swoich synów przed stryczkiem. I mimo tego, że Luke raz po raz pakował jej dzieci do więzienia, nie traktowała go jak wroga, tylko jak zwykłego znajomego.
– Witam, pani Dalton – przywitał się pierwszy, ściągając kapelusz.
– Witaj, Luke – powiedziała, uśmiechając się przyjaźnie. Nagle jednak spoważniała, a następnie zamknęła drzwi na klucz. – Wybacz, ale muszę coś załatwić.
Zrobiła krok do przodu, aby następnie zeskoczyć na ziemię i pójść przed siebie. Patrząc jak starsza pani się oddala, Luke zauważył zawieszoną na ramieniu staruszki parasolkę z charakterystyczną rączką w kształcie głowy kaczki; i trzymaną w ręku zieloną torebkę. Kowboj wskoczył na swojego konia i natychmiast ruszył za Mamuśką Dalton.
– Wyprawa po zakupy, pani Dalton? – spytał domyślnie.
– Nie, do dyliżansu – odpowiedziała. Teraz jej twarz przybrała wyraz determinacji. – Chcę pogadać z tym sędzią, który śmiał rozdzielić moich synków.
– A więc słyszała pani?
Spojrzała w jego stronę, a potem znów przed siebie, cały czas idąc.
– A ty zapewne przyszedłeś tutaj, aby mi o tym powiedzieć?
– W zasadzie to przyszedłem sprawdzić, czy pani słyszała, czy nie – wyjaśnił. – A jeśli tak, to co pani o tym myśli.
– A co mam myśleć? Moi synkowie zostaną całkiem sami w tym okrutnym świecie, zdani na łaskę i niełaskę losu. Dotąd mieli Joego, aby czuwał nad nimi i dbał o to, aby nie ulegli złym wpływom, ale teraz… Aż strach pomyśleć, co mogą im zrobić w tych więzieniach. Mogą ich nawet… – Nagle Mamuśka Dalton się zatrzymała i wydała z siebie westchnienie grozy. – Mogą ich nawet zreformować.
Zaraz jednak musiały jej przyjść do głowy jakieś pocieszające myśli, bo uśmiechnęła się i zaczęła iść dalej. Chwilę potem byli już na miejscu, z którego zwykle wyjeżdżały dyliżanse w Cactus Junction. Pani Dalton usiadła na ławeczce, położyła torebkę obok i oprawszy się oburącz na parasolce spojrzała z uśmiechem na Luke’a.
– Ale to jeszcze nie koniec – odparła. – Joe nie dopuści do tego, żeby oddzielono go od Averella, Jacka i Williama. Znasz go przecież, Luke. Ma temperament swojego ojca.
Luke nie wiedział co powiedzieć, ale i tak z oddali nadciął właśnie dyliżans, więc samotny kowboj skierował Jolly’ego w przeciwną stronę i powiedział do Mamuśki:
– Życzę szczęścia z sędzią, pani Dalton.
Podziękowała mu, a on ruszył w drogę, którą znał aż nazbyt dobrze. Miał mnóstwo czasu na refleksję, jadąc do więzienia, i nie krępował się dzielić tymi refleksjami ze swoim wiernym towarzyszem.
– Naprawdę chciałbym poznać ich ojca. Skoro Joe odziedziczył po nim temperament, staruszek musiał być niezłym furiatem.
– Ich rodzinne posiłki musiały wyglądać interesująco – skomentował Jolly. – Założę się, że Jack i William dość często mówili: „Wyluzuj, tatuśku.”
– Musisz przyznać, Jolly, że to bardzo osobliwa familia. Inne rodziny wybierają się na pikniki albo na ryby. Daltonowie integrują się poprzez wspólne napady na banki. Może rzeczywiście rozdzielenie ich to dobry pomysł? Może z dala od siebie wyjdą wreszcie na ludzi?
– Albo zaczną kariery solowe i będziesz musiał łapać każdego z osobna.
– Z drugiej strony sam pomysł wydaje mi się trochę zbyt… drastyczny. To nie jest jakiś tam gang przypadkowych ludzi, tylko czterej bracia. Większość swojego życia dotąd spędzali razem. To musiał być dla nich cios. Chyba sami nie wyobrażają sobie życia bez siebie… – Westchnął ciężko. – Sam nie wiem czemu się o nich martwię. Od momentu, w którym spotkałem ich po raz pierwszy, próbowali mnie zabić. Ciągle robią mi różne numery i muszę ich prowadzić z powrotem do więzienia. To bandyci jak wszyscy inni.
– Może po prostu są tak nieporadni i głupkowaci, że wydają ci się uroczy? A może po prostu znacie się tyle lat, że zacząłeś darzyć ich sympatią? Osobiście obstawiam pierwszą opcję.
Na horyzoncie pojawił się właśnie zarys więziennej bryły osadzonej na kompletnym pustkowiu.
– Jakoś wszystkie eksperymenty resocjalizacyjne przeprowadzone na Daltonach nigdy nie zdają egzaminów. Okres próbny skończył się tym, że obrabowali swój własny bank i wprowadzili terror w miasteczku. Terapia z kolei poskutkowała tym, że zamiast sprowadzić ich na dobrą drogę, terapeuta się do nich przyłączył. Nie mówiąc już o resocjalizacji w wojsku i na ranczu. Dlaczego mam wrażenie, że teraz też tak będzie? – powiedział uśmiechając się lekko, ale zaraz spoważniał. – Tylko gorzej.
– W każdym razie będzie wesoło, kowboju. Tak jak zawsze.
Niebawem zatrzymali się kilka metrów przed główną bramą. Nagle tuż przed nimi wyskoczyła z ziemi brudna łyżka, potem przebiła się ręka, która zaczęła rozkopywać grudki gleby na boki, tworząc wielki otwór i wkrótce wychynęła zeń głowa Daltona. Na widok Luke’a, natychmiast poczerwieniała, zdradzając tożsamość swojego właściciela. Luke uśmiechnął się lekko i przywitał się swoich zwykłym tonem:
– Cześć, Joe.
Joe zawarczał z wściekłości i od razu rzucił się na kowboja, ale zaraz pojawili się Jack i William i ściągnęli go z powrotem do dziury.
– Wyluzuj, Joe – powiedział William, a Jack dodał:
– Właśnie, wyluzuj, Joe.
– Możecie już wyjść, chłopaki? – Z głębi zabrzmiał głos Averella. – Trochę tu ciasno.
– Zamknij się, Averell! – wykrzyknęli wszyscy trzej.
A potem po kolei wygrzebali się na powierzchnię i stanęli przed Lukiem, który tylko przyglądał im się z uśmiechem.
– Czego chcesz, Lucky Luke? – odezwał się pierwszy Joe.
– Chciałem was odwiedzić, chłopcy – odparł beztrosko.
– Kpisz sobie?! – wykrzyknął Joe.
Ale zanim doszło do rękoczynów, Jack i William od razu zainterweniowali, chwytając go jednocześnie za ramiona. Zaczął się miotać i krzyczeć, żeby go puścili, a oni jak zwykle mówili mu, żeby się uspokoił, co zdawało się działać – po kilku sekundach odzyskał panowanie nad sobą. Rzucił jednak Luke’owi chłodne spojrzenie.
– Joe, co robimy? – zapytał Averell. – Lucky Luke nie da nam odejść. Wracamy do więzienia?
Joe podskoczył i uderzył brata w brzuch.
– W żadnym razie. Pokonamy go i ruszamy dalej.
Luke spoważniał.
– A dokądże chcecie się wybrać?
– Jeszcze nie wiemy. Joe nam nie powiedział – odpowiedział Averell.
– Może lepiej nie podejmować żadnych pochopnych decyzji? – zaproponował Luke. – Wasza matka wyjechała właśnie, aby spotkać się z sędzią Archerem i przemówić mu do rozsądku. Możecie zniweczyć jej wysiłki, jeśli teraz uciekniecie.
Przez jakiś czas wyglądali jakby rozważali to, co przed chwilą usłyszeli, i Luke miał wrażenie, że ten argument wystarczy, aby powrócili grzecznie do swojej celi. Zaraz jednak na ich twarzach pojawiła się determinacja.
– Ale jeśli zostaniemy, rozdzielą nas – oświadczył Joe.
– Umieszczą w czterech różnych więzieniach – dodał William.
– I będziemy musieli do siebie pisać – wtrącił Averell.
– Wiesz jaki to dla nas wielki wysiłek intelektualny? – odparł Jack.
– Tak więc za żadne skarby nie wrócimy do więzienia. Będziesz musiał nas zabić – oznajmił Joe i wszyscy czterej założyli ramiona.
W końcu na szczycie murów więziennych pojawił się zaaferowany zamieszaniem przed bramą naczelnik więzienny, wraz ze swoimi strażnikami. W pierwszej chwili na jego twarzy zagościło zdumienie, ale potem ustąpiło ono miejsca uśmiechowi ulgi.
– Panie naczelniku, co robimy? – spytał jeden ze strażników.
– To co zawsze – odparł. – Czekamy, aż Lucky Luke ich tutaj przyprowadzi.
Luke przewrócił oczami nad lenistwem naczelnika i natychmiast przeniósł wzrok na Daltonów.
– Panowie, was jest czterech, nieuzbrojonych więźniów. Ja jestem jeden, ale mam kolta i tak się składa, że strzelam szybciej niż mój własny cień. Jak myślicie, kto wygra?
– Znasz nas całe lata, Lucky Luke, i myślisz, że twoje groźby zrobią na nas wrażenie? – spytał Joe, i wszyscy czterej uśmiechnęli się złośliwie.
Ale Luke był spokojny. Albowiem – jak zauważył najstarszy z Daltonów – znał ich całe lata. Tak się też składało, że znał również rozkład dnia w więzieniu. Podniósł wzrok na naczelnika i strażników i powiedział do nich:
– Dzisiaj jest puree z brokułów, prawda?
Joe, Jack i William wzdrygnęli się i spojrzeli na swojego młodszego brata. Averell najpierw się oblizał, a potem jego twarz rozpromienił błogi uśmiech.
– Tak, prawda – przyznał naczelnik. – A do tego zupa fasolowa.
Averell natychmiast dał nura do tunelu. Joe, Jack i William skoczyli za nim i wyciągnęli go z powrotem na powierzchnię. Joe szybko wymierzył mu policzek, a potem on i jego bracia zaczęli uciekać przed siebie w stronę bezkresnej pustyni. Nie przebiegli jednak kilku metrów, a pętla lassa złapała wszystkich czterech Daltonów i mocnym szarpnięciem Lucky Luke zmusił ich do powrotu do więzienia.
Nie mieli wyboru. Musieli wracać. Joe poczuł przytłaczającą go beznadzieję tej sytuacji. Nie mieli broni, nie mieli jak się wydostać z pętli, nie mieli szans. Nawet gdyby spróbowali teraz uciec, Lucky Luke zapewne znalazłby inny sposób, aby ich schwytać. Kiedy wpuścili ich znów do więzienia; kiedy poprowadzili ich długim, ciemnym korytarzem; kiedy zamknęli wszystkich czterech w nowej celi na trzecim piętrze, aby poczekali tam na przybycie ludzi, którzy mieli ich rozdzielić, Joe nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, stanie się coś złego. Jednakże nie był w stanie nic wymyśleć. Miał pustkę w głowie. Obecność Lucky Luke’a, który najpierw towarzyszył im do celi, a potem usiadł obok wejścia do niej, aby ich przypilnować, nie pomagała w skupieniu.
– Zamorduję cię, Lucky Luke! Zapłacisz za to!
– Tak, tak. – Groźby Joego zdawały się nie robić na kowboju wrażenia. Luke siedział sobie spokojnie obok drzwi i nasłuchiwał tego, co działo się w środku. – Pamiętaj, że mogę zawsze zaproponować naczelnikowi umieszczenie was w czterech różnych izolatkach. Chyba chcesz spędzić te kilka godzin z braćmi, zanim ich zabiorą?
Przez chwilę trwało milczenie, jakby Daltonowie nagle spotulnieli.
Luke poczuł się nieswojo. Bo też w istocie to mogły być ostatnie godziny Daltonów siedzących razem w jednym pomieszczeniu. To wszystko było takie dziwne…
– Spróbujcie odpowiednio spożytkować ten czas – powiedział po chwili. – Wkrótce będziecie mogli tylko do siebie pisać.
– Myślisz, że my, najgorsi bandyci na Zachodzie, będziemy tak po prostu czekać?! – wykrzyknął Joe. – Jeśli będzie trzeba przegryziemy kraty i uciekniemy. Nie będziemy siedzieć tutaj jak owce na rzeź!
– Przesadzasz z tą metaforą, Joe  – odparł beznamiętnie Luke, chociaż z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuł niepokój. – Nie chcą was przecież powiesić.
– A skąd wiesz, czy los, który nam gotują, nie będzie gorszy od śmierci? – tym razem odezwał się Jack.
– Poradzicie sobie. Jesteście najgorszymi bandytami na Zachodzie, prawda?
– Ty nic nie rozumiesz – powiedział William.
– Dlaczego miałbyś zrozumieć? – zapytał oschle Joe. – Nigdy nie miałeś rodzeństwa.
Mógłby im powiedzieć o swoich wątpliwościach. Mógłby im powiedzieć co myśli o wyroku sędziego Archera. Mógłby im podsunąć jakieś rozwiązanie ich obecnej sytuacji. Mógłby ich pocieszyć, mówiąc, że na końcu pewnie i tak znów się ze sobą połączą. Ale wiedział, że cokolwiek powie, oni mu nie uwierzą (no, może poza Averellem, a on i tak miał kiepską siłę przebicia). Za często ich zwodził. Za często pakował ich do więzienia. Za często był tym, który krzyżował im plany. Dlaczego niby mieliby wierzyć, że jest po ich stronie? Że chce im pomóc? To w końcu on doprowadził do śmierci ich kuzynów.
I czy był sens im pomagać? Czy był sens litować się nad ich losem? No więc mieli zostać rozdzieleni i co z tego? To nie było to samo, co decyzja prezydenta o powieszeniu ich. Wtedy było Luke’owi żal Daltonów. Wtedy miał wrażenie, że nie zasłużyli sobie na taki los. Teraz… teraz nie wiedział co myśleć. Zawsze uważał, że Averell miałby spore szanse, aby stać się porządnym człowiekiem, gdyby Joe, Jack i William zostawili go w więzieniu i nie ciągali za sobą. Być może nawet Jack i William wyszliby na ludzi, gdyby nie Joe. Być może rzeczywiście rozdzielenie ich było najlepszym rozwiązaniem problemu z gangiem Daltonów.
Ale z drugiej strony Luke miał nieodparte wrażenie, że to nie był dobry pomysł.
No nic. Czas pokaże. Trzeba było na razie obserwować dalszy rozwój wypadków i dopiero wtedy zdecydować, po której stronie się opowiedzieć.
Czekanie na przybycie ludzi z innych więzień było dla Daltonów mordęgą, mimo że Joe spędził całą noc i pół następnego dnia chodząc po celi uporczywie poszukując jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Cały jego wysiłek intelektualny poszedł jednak na marne i oto późnym popołudniem do więzienia przybyli strażnicy z trzech więzień, do których mieli zostać przetransportowani William, Jack i Averell (Joe miał pozostać w więzieniu, w którym obecnie przebywali).
W korytarzu rozlegały się kroki ciężkich butów co najmniej dziesięciu ludzi. Daltonowie popatrzyli na siebie i wiedzieli, że właśnie nadchodził ten moment, którego się bali. Poczuli jak coś ścisnęło ich za gardła, a oczy zaszkliły im się od łez, które chciały być wylane, ale bandyci byli zbyt twardzi, aby im na to pozwolić. Niebawem zostaną rozdzieleni. Jeśli czegoś nie zrobią, jakoś temu nie zaradzą – być może nigdy się już nie zobaczą. Jednak im głośniejsze były kroki obcych, tym bardziej nie wiedzieli co robić.
– Spróbujmy chociaż stawiać opór – powiedział Joe. – Tylko to nam pozostało.
Siedzący przed celą Luke przyglądał się idącym w jego stronę przybyszom i nawet nie drgnął. Prawdę mówiąc spodziewał się, że przybędą jeszcze później. W końcu od pamiętnej rozprawy minął zaledwie tydzień. W każdym razie teraz każde z tych więzień będzie miało swojego własnego Daltona i będzie się musiało z tym Daltonem użerać. Czy to będzie trudne zadanie, czy nie; czy będzie to koniec jego ciągłych pogoni za niesfornymi braćmi; i czy to w jakikolwiek sposób pomoże – kto to wie? Luke miał jednak złe przeczucia.
Podniósł się z krzesła, na którym siedział, a naczelnik osobiście otworzył przybyszom celę z Daltonami. Najpierw wkroczył jakiś wysoki, chudy jak szkapa mężczyzna z bokobrodami, w towarzystwie dwóch obcych strażników.
– Który z panów do William Dalton? Przybyliśmy zabrać go do więzienia w Yumie.
Daltonowie nie odzywali się, tylko uśmiechnęli złośliwie. Zawsze był problem z rozróżnieniem Jacka od Williama. Nie wyróżniali się aż tak bardzo swoimi osobowościami jak ich młodszy i starszy brat, więc dla wielu pozostawali jedną wielką niewiadomą. Toteż trudno było określić który jest który. Tak więc była nadzieja, że Daltonom się uda. I zamierzali milczeć jak grób.
Zaraz jednak ich nadzieja prysła, kiedy strażnik, który zwykle pilnował ich celi, wszedł do środka i wskazał palcem Williama.
– Tego zawsze nazywają William – wyjaśnił krótko i odszedł na bok.
Strażnicy z Yumy natychmiast przystąpili do Williama i chwycili go za ramiona, ale Jack, Joe i Averell  również go złapali i nie zamierzali oddać. Z całych sił starali się zatrzymać brata w celi. Szybko jednak do środka weszli pozostali strażnicy. Uderzyli Joe, Jacka i Averella w głowy i korzystając z ich chwilowego oszołomienia, odczepili od Williama, który natychmiast został wyprowadzony z celi, chociaż również stawiał zaciekły opór – cały czas próbował bezskutecznie wyrwać się z objęć strażników.
– Zrób coś, Joe! – krzyczał i nawet odwrócił się w stronę brata. – Błagam cię, zrób coś!
Joe rzucił się na pomoc, ale natychmiast został zatrzymany przez dwóch strażników, którzy złapali go za ramiona i unieruchomili. Wciąż krzyczący i wyrywający się William został wyprowadzony z celi. Do środka wszedł kolejny mężczyzna, tym razem niski, w średnim wieku, gruby.
– Przyszedłem po Jacka Daltona. Mamy go eskortować do więzienia San Quentin.
– To ten – wskazał po raz kolejny strażnik Daltonów.
Sytuacja znów się powtórzyła – strażnicy przystąpili do Jacka, a jego bracia próbowali uniemożliwić im wyciągnięcie go na zewnątrz. Tym razem jednak natychmiast zostali unieruchomieni i wciąż odczuwali skutki uderzenia w głowę. Jack został wyprowadzony przez dwóch strażników, twarzą do celi.
– Puśćcie mnie! Joe! Joe!
Po chwili w celi było już tylko dwóch Daltonów. A ponieważ nie trudno było zgadnąć który z nich to Joe, a który Averell, niski mężczyzna o wielkiej, okrągłej głowie kazał swoim ludziom schwytać najmłodszego z braci Dalton.
– Ale mnie się tu podoba! Zostawcie mnie w spokoju! Joe, powiedz im coś!
– Spokojnie. Jestem pewny, że więzienie w Sundance ci się spodoba – odparł niski mężczyzna.
Joe z całych sił próbował się wyrwać z uścisku  strażników, ale mógł tylko patrzeć bezsilnie jak ostatni z jego braci opuszcza celę. Na korytarzu słyszał jeszcze rozpaczliwe krzyki Averella, który wołały go i błagały o interwencję. Kiedy wreszcie ucichły; kiedy wreszcie został uwolniony z uścisku strażników i kiedy drzwi celi zamknęły się z łomotem, Joe miał silniejsze niż kiedykolwiek poczucie przegranej. Nigdy wcześniej smak porażki nie smakował tak potwornie gorzko. Nigdy wcześniej nie miał wrażenia, że zawiódł. Żadne dotychczasowe niepowodzenie nie mogło się równać z tym, że nie zdołał uchronić swoich braci przed rozdzieleniem.
Teraz był sam, w ciemnej i zimnej celi, i pierwsze co zrobił, to walnął pięścią w kamienną ścianę. Ręka natychmiast spuchła i posiniała, a nerwy zarejestrowały ból. Joe zaczął skakać z wściekłości po celi, wykrzykując przekleństwa.

Ze wspomnień fana: Lucky Luke

Moja znajomość z Lucky Lukiem nie zaczęła się najlepiej. Byłam wtedy przedszkolakiem, który – jeśli nie miał nic lepszego do roboty – w letnie popołudnia siedział przed telewizorem i oglądał telewizję. Pech chciał, że moim pierwszym zetknięciem z Lukiem była aktorska adaptacja z Terrencem Hillem w roli głównej. Toteż przez długi czas postać samotnego kowboja kojarzyła mi się ze smędzącym blondynem gadającym ze swoim koniem i wzdychającym do jakiejś babki.

Na szczęście wkrótce pojawił się również pierwszy serial animowany, i choć moje poprzednie doświadczenia sprawiały, że podchodziłam do niego sceptycznie, to kiedy wreszcie obejrzałam jeden odcinek od początku do końca, to poczyniłam dwie istotne obserwacje. Po pierwsze – ten animowany Luke był brunetem. Po drugie – był o wiele bardziej zabawny. Do dziś pamiętam odcinek na podstawie Bitwy o ryż, kiedy to nadużywający przymiotnika „czcigodny” Chińczyk padł ofiarą knowań jednego oprycha, który podburzył przeciw niemu właściciela pralni po drugiej stronie ulicy, a potem obaj Azjaci zaczęli strzelać do siebie z armat. Niestety nie zawsze byłam w stanie obejrzeć każdy odcinek, a jakiś czas potem serial przestano już puszczać.

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Lucky Luke”

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz.1

Sędzia Archer oparł brodę na jednej ręce, a palcami drugiej zaczął postukiwać w stół. Spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na ławę oskarżonych, którą zajmowała czwórka aż nazbyt dobrze znanych mu braci Dalton. Najstarszy z nich (o dziwo! – również najniższy), Joe, uśmiechnął się do starego sędziego tym złośliwym uśmieszkiem, którym zatwardziali przestępcy częstują uczciwych obywateli, obnażając tym samym swoją zwyrodniałą naturę. Po chwili jego bracia skopiowali jego wyraz twarzy.

Ława przysięgłych właśnie opuściła salę obrad, aby się naradzić, ale sędzia Archer z góry znał wyrok. Był jednym z sędziów, którzy mieli wątpliwą przyjemność sądzić i skazywać Daltonów na kolejne lata ciężkich robót. To było jak jeden wielki młyn – Daltonowie uciekali albo wynajdywali jakiś podstęp, aby wydostać się z więzienia legalnie; dokonywali kilku przestępstw, następnie Lucky Luke (który siedział teraz gdzieś z tyłu) łapał ich w ten czy inny sposób, chłopaki zarabiali kolejne lata odsiadki, a po kilku spokojnych tygodniach czy miesiącach, i tak znów uciekali z więzienia. To, że lata, które musieli spędzić w więzieniu, osiągnęły już liczbę kilku wieków, nie robiło na tych zwyrodnialcach żadnego wrażenia. Wręcz śmiali się z takiej kary. Równie dobrze Archer mógł posłać ich do kąta i oczekiwać, że przemyślą swoje postępowanie.

Joe Dalton szturchnął łokciem siedzącego obok niego Williama, a ten szturchnął Jacka, który z kolei szturchnął Averella. Wszyscy trzej spojrzeli na swojego starszego brata, a on odezwał się do nich – szeptem, ale na tyle głośno, aby sędzia mógł go usłyszeć:
– Hej, chłopaki. Reakcja właściciela banku w Cactus Gulch na nasz widok była świetna, nie? „D-daltonowie! Tak szybko po wypłatę? Przecież odwiedziliście nas po waszej ostatniej ucieczce…”
Jego bracia zachichotali rubasznie.
– Myślał, że jego nowy sejf nas powstrzyma. Nie docenił naszych czterech lasek dynamitu – dodał po chwili William i Daltonowie znów wybuchli śmiechem.
– Przed wybuchem uciekał aż się kurzyło. Pobiegł do przedsiębiorcy pogrzebowego i schronił się w jego najlepszej trumnie, a on na to: „Dziękuję za wybranie mojego zakładu, no, ale najpierw musi pan umrzeć.” – Jack również wtrącił coś od siebie i jego bracia znów zarechotali.
– A wtedy wkroczył Lucky Luke, rozbroił nas jednym strzałem i powiedział: „Dwie godziny od ucieczki z kicia. Mój nowy rekord.” I zabrał nas do więzienia – odezwał się wciąż wesoły Averell.
Joe, William i Jack nagle przestali rechotać i spojrzeli w jego stronę. Joe wskoczył na stół i już miał rzucić się na brata, gotów go rozszarpać, ale William i Jack szybko go złapali i próbowali uspokoić.
– Puśćcie mnie, idioci! Muszę mu przywalić! – wrzeszczał.
– Joe, wyluzuj – powiedział William.
– Właśnie, wyluzuj, Joe – dodał Jack.
Widok złoszczącego się jak małe dziecko i próbującego wyrwać się z objęć swoich braci Joe był tak pocieszny, że sędzia Archer prychnął śmiechem. Inni świadkowie tego dziwnego widowiska również wyglądali na rozbawionych, a kilku z nich wybuchło nawet śmiechem, tylko rozjuszając Joego jeszcze bardziej. W końcu jednak Williamowi i Jackowi udało się sprawić, że Joe się opanował i usiadł grzecznie na swoim krześle. Z rękami założonymi na ramionach rozejrzał się po sali obrad i rzucił nienawistne spojrzenie na Lucky Luke’a, a potem na Averella.
– Jasna cholera, gdyby nie to, że jesteście moimi braćmi i że rabujemy razem banki, pewnie bym was ukatrupił – wymamrotał po chwili, ale echo i tak poniosło jego słowa na koniec sali.
Brew sędziego podniosła się nieznacznie i Archer zamyślił się przez chwilę. W jego głowie właśnie zaświtał pewien pomysł. A gdyby tak ich rozdzielić? Zawsze, do jakiekolwiek więzienia by ich nie wtrącono, dzielili razem celę. Joe knuł plan ucieczki, a potem wraz z braćmi wprowadzał go w czyn. Razem się ukrywali, razem rabowali banki, razem byli pakowani do więzienia… Cholera jasna, nawet na szubienicę wchodzili kolektywnie! Byli ze sobą zadziwiająco zgrani. Ale jeśli się ich rozdzieli, Joe nie będzie miał komu komenderować, a William, Jack i Averell nie wpadną na to, jak wydostać się z paki. Być może nawet z dala od swoich wpływów wyjdą na ludzi. Sędzia Archer nie mógł  wyjść ze zdumienia, że wcześniej o tym nie pomyślał… Że inni sędziowie i naczelnik więzienia o tym nie pomyśleli!
Ława przysięgłych weszła na salę obrad. Archer wodził za nimi wzrokiem, dopóki nie zasiedli na swoich miejscach.
– Czy ława przysięgłych ustaliła już wyrok? – Pytanie w sumie bezsensowne, ale formalności musiało stać się za dość.
– Tak. – Przewodniczący przysięgły powstał. – Ława przysięgłych uznała Daltonów winnymi zarzucanych im czynów.
Po tych słowach spoczął, a sędzia Archer przeniósł swój wzrok na oskarżonych, na twarzach których malował się wyraz znudzenia. Sędzia odchrząknął, wyprostował się i oświadczył głośno i wyraźnie werdykt:
– Joe, Averellu, Williamie i Jacku Dalton, skazuję was na kolejne dwadzieścia lat więzienia.
Na ich twarzach pojawiły się znów te złośliwe uśmiechy, a potem wszyscy trzej ostentacyjnie ziewnęli. Archer znów się wyprostował i poważnym tonem kontynuował:
– Ze względu na niereformowalność podsądnych sąd nakazuje umieszczenie każdego z nich w innym więzieniu – przerwał, aby sprawdzić ich reakcję.
Nagle ich miny zrzedły i na zarośniętych twarzach wymalował się najprawdziwszy szok. Sędzia Archer mógł łatwo odgadnąć, że żaden z nich nie dowierzał własnym uszom. Siedzący z tyłu Lucky Luke najwyraźniej również był zdumiony takim obrotem sprawy. A potem Joe Dalton, którego dolna warga drgała jeszcze przez kilka chwil, zaczerwienił się ze złości, stanął na swoim krześle, oparł ręce na stole i krzyknął:
– Kpisz sobie?! Bracia Dalton nie mogą zostać rozdzieleni!
– Właśnie! – wtrącił William, a Jack dodał:
– Rodziny się nie rozdziela!
– To nieludzkie! – dołączył się do protestu Averell.
Teraz to sędzia był tym, którego twarz rozpromieniła się w złośliwym uśmieszku.
– Niemniej jednak, panowie – ciągnął dalej – nie widzę innego sposobu, aby zapobiec waszym kolejnym występkiem, jak tylko was od siebie odseparować. Z dala od siebie nawzajem nie sprawicie nam więcej kłopotów. Możecie jednak do siebie pisać.
– Słuchaj no, stary idioto! – zaczął znów Joe, podnosząc do góry palec wskazujący. – Daltonowie nie będą męczyć się z układaniem zdań, przyklejać durnych znaczków i wysyłać do siebie idiotycznych kartek tylko po to, aby porozmawiać o tym, że żarcie jest do kitu, praca ciężka, a koledzy z celi przytępawi!
– Czy mówiąc to ostatnie miałeś na myśli tylko Averella, czy nas też? – spytał Jack. Joe natychmiast się do niego odwrócił.
– Oczywiście, że tylko Averella, idioci! I nie przerywać mi mojej płomiennej przemowy, bo zabiję! – zwrócił się znów do sędziego: – Tak czy inaczej, stara prukwo, nie rozdzielisz nas! Prędzej wepchnę ci tę twoją tandetną perukę do gardła i powieszę cię na wadzę Temidy, niż ci na to pozwolę!
Archer wysłuchał tej tyrady z beznamiętnym wyrazem twarzy, a kiedy Joe już skończył i jeszcze dyszał z wściekłości, sędzia wziął swój młotek i chłodnym tonem oświadczył:
– Nie może pan nic zrobić, panie Dalton. Wyrok już zapadł i nie zamierzam go zmienić, bo pan mi grozi. – Uderzył młotkiem w stół. – Koniec rozprawy. Proszę się rozejść.
Ludzie zaczęli podnosić się ze sowich miejsc i kierować w stronę wyjścia, ale wciąż wkurzony Joe pobiegł z gotowymi do rękoczynów dłońmi do sędziego, który na ten widok zamarł. Na szczęście drogę przeciął Joemu pocisk, który przeleciał mu tuż przed twarzą, sprawiając, że najstarszy z braci Dalton zbladł ze strachu. Dopiero wtedy – ku wielkiemu rozczarowaniu sędziego – strażnicy wkroczyli do akcji. Archer zaś odwrócił się w stronę swojego wybawcy.
– Dziękuję panu, Lucky Luke.
– Zawsze do usług. – Z uśmiechem na ustach kowboj zakręcił rewolwerem i jednym szybkim ruchem włożył z powrotem do kabury.
Kiedy jednak oglądał zabieranych z sądu Daltonów, miał nieodparte wrażenie, że to nie koniec, ale początek kłopotów.

Na czas załatwienia formalności związanych z przenosinami Daltonowie mogli spędzić jeszcze kilka dni razem w jednej celi. Następnego ranka po ogłoszeniu wyroku Joe spacerował z jednego końca pomieszczenia na drugi, podczas gdy jego bracia leżeli na dwupiętrowych pryczach i przyglądali mu się.

– Próbowali nas zreformować poprzez pracę, wyleczyć terapią, ożenić, a nawet powiesić, ale nigdy dotąd nikt nas nie chciał rozdzielić!

– Co zrobimy, Joe? – zapytał William.
– Będziemy walczyć – odparł Joe nawet się nie zatrzymując. – Jeżeli te kojoty myślą, że tak po prostu damy się wsadzić do czterech osobnych więzień, to się mylą.
– A co jeśli Lucky Luke się wtrąci? – spytał nagle Averell.
Joe nagle zamarł, a po chwili odwrócił się w jego stronę. William i Jack szybko zareagowali, każąc Averellowi się zamknąć, ale Joe i tak natychmiast się zaczerwienił i skoczył na niego. Na szczęście jego brat siedział na niższej z prycz, więc Joe wylądował na jego brzuchu. Złapał go za kołnierzyk i spojrzał mu w oczy rozwścieczonym wzrokiem.
– To go ukatrupimy i sprawa załatwiona.
– Ależ Joe… – zaczął Averell, jednak lewy sierpowy brata nie pozwolił mu dokończyć.
– Posłuchaj mnie, Averell: Choćbyśmy mieli stanąć do walki nawet z Lucky Lukiem, nie pozwolimy mu nas rozdzielić.
– Co zamierzasz zrobić, Joe? – zapytał Jack.
Najstarszy z braci Dalton zeskoczył na ziemię i spojrzał na pozostałych z uśmiechem.
– To co robimy zawsze: wykopiemy tunel i uciekniemy.
Na szczęście dla nich zostali umieszczeni w swojej starej celi. Toteż Joe podważył kafelek w podłodze, pod którym krył się wykopany przez nich poprzednim razem tunel, i odstawił go na bok. Wyglądało na to, że strażnicy zdążyli go już zakopać. Następnie wziął swoją łyżkę.
– Bierzmy się do pracy.

[FF: Lucky Luke] Gary Zajebisty

Luke siedział w barze w Nothing Gulch, popijając lemoniadę, kiedy nagle do środka wszedł ON. Był zabójczo przystojny – pod gustownym kowbojskim kapeluszem kryła się burza długich, czarnych, jedwabistych włosów, a jego lekki zarost dodawał jego młodej, delikatnej twarzy męskości. Nosił ciemne dżinsy i obcisłą, różową koszulę, która tylko uwydatniała jego ogromne mięśnie. Jego szyję ozdabiała zaś czerwona chusta. Jego kolty spały w kaburze, gotowe w każdym momencie wychynąć i zastrzelić głupca, który śmiał rzucić przystojniakowi wyzwanie.

Kiedy tylko wkroczył do baru, parę kobiet zaczęło mdleć, inne przyglądały mu się rozmarzonym wzrokiem, wodząc za nim, jak szedł powolnym, ale pewnym krokiem przez cały przybytek, aż zatrzymał się przy ladzie i głębokim, seksownym głosem powiedział do oniemiałego z powodu jego obecności barmana:
– Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.
Przez chwilę jeszcze barman stał jak posąg, oszołomiony urokiem, wdziękiem, aparycją i generalną zajebistością swojego gościa, ale w końcu ocknął się z tego oszołomienia, powiedział: „Tak jest.” i przygotował szybko napój. Po chwili położył szklankę z drinkiem przed zabójczo przystojnym kowbojem, który bez słowa odwrócił się nonszalancko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z obecności Luke’a.
– Kogóż widzą moje piękne oczy? – powiedział, uśmiechając się. – Lucky Luke!
– Witaj, Gary Zajebisty – odparł Luke i rzucili się sobie w ramiona. Kiedy przerwali objęcia, Luke spoważniał i zapytał: – Co cię tutaj sprowadza?
– Ty dobrze wiesz, co – odrzekł równie poważnie Gary i spojrzał w pustą przestrzeń. – Zemsta.

– Gary, minęło tyle lat… Nadal chcesz to zrobić?
– Tak. Nie spocznę, póki on nie zapłaci za swoje zbrodnie.
– A o co w ogóle chodzi? – zapytał nieco nieśmiało barman. – Opowiedz, przybyszu, może będzie ci lżej jak się wygadasz.
– Nic nie ukoi mojego bólu, jedynie śmierć tego, który jest jego przyczyną – powiedział Gary z ręką na piersi, podnosząc się z miejsca. – Ale skoro pytasz, opowiem ci moją smutną historię i wszyscy poznają moją mroczną jak otchłań przeszłość.
Wszyscy zamienili się w słuch. Nawet omdlałe wcześniej kobiety, które zdążyły już się w tym czasie ocknąć, znów zemdleć z wrażenia i ponownie ocknąć. Wszyscy wpatrywali się teraz w Gary’ego Zajebistego, który spoczął na swoim miejscu i z opuszczoną głową zaczął opowiadać swoją mroczną historię:
– Urodziłem się i wychowywałem na małej fermie w Kentucky. Moi rodzice hodowali kukurydzę i kurczaki, a także najprzedniejsze konie w całych Stanach. Moim ojcem był baron von Stu, wywodził się ze starej rodziny szlacheckiej, ale został pozbawiony majątku, bo cesarzowa Austro-Węgier na niego leciała, więc cesarz był zazdrosny i go nienawidzić. Dlatego mój ojciec pojechał do Ameryki szukać złota, a znalazł miłość, albowiem zakochała się w nim księżniczka Apaczów, Jasna Łania, i mimo obiekcji jej ojca, wodza Wielkiego Wała, postanowiła z nim uciec i założyć rodzinę.
W barze rozległo się masowe „Ohhhhhh”. Wszyscy uważali tę opowieść za bardzo romantyczną. Tymczasem przybysz mówił dalej:
– Tak więc uciekli i osiedli na wspomnianej wyżej małej fermie, gdzie spokojnie przeżyli kilka lat. Niebawem urodził im się syn, czyli ja, a przy jego, czyli moich, narodzinach był obecny szaman z plemienia Apaczów, który powiedział, że miał sen, w którym strzelam celniej niż najcelniejszy strzelec, jestem silniejszy niż największy bizon, szybszy niż najszybszy rumak, i atrakcyjniejszy niż najpiękniejszy zachód słońca nad kwiatową łąką, położoną tuż przy bezkresnym morzu, w którym pływają majestatyczne delfiny. Miał rację, zwłaszcza, co do tego ostatniego. Moja atrakcyjność to wręcz klątwa.
Kilka kobiet na sali westchnęło, przyglądając mu się z rozmarzeniem.
– Tak czy inaczej, przez dziesięć lat żyłem sobie spokojnie na swojej fermie. Byłem przeciętnym uczniem, miałem bardzo dobre stopnie i przyjaźniłem się z całą klasą. Ojciec nauczył mnie dobrych manier, dobrego gustu w trunkach, jazdy konnej, fechtunku, strzelania z pistoletu i tańca, a matka łucznictwa, skradania się, polowania i tropienia. Byłem szczęśliwy, dopóki… – nagle przerwał, przyłożył rękę do oczu i zaszlochał cicho, po męsku. – Wybaczcie, to takie trudne…
– No już, już, Gary. – Luke poklepał go po plecach.
– Pewnie macie mnie za mięczaka… – zaczął Gary, wciąż zakrywając twarz.
– Nonsens – powiedział Luke. – Wszyscy wiedzą, że Gary Zajebisty jest nie tylko przystojny, genialny i twardy, ale posiada również wrażliwą osobowość. Nie musisz mówić o swojej tragicznej przeszłości, jeśli nie chcesz.
– Ależ chcę. – Gary wziął się w garść i z nowym ogniem w oczach ciągnął dalej: – W dniu, w którym odebrano mi wszystko, wróciłem do domu wcześniej. Zastałem naszą chatę spaloną, z naszych kurczaków zrobiono kurczaki w sosie słodko-kwaśnym i rosół, a nasze konie pouciekały przed niechybnym pożarciem. Również moja ukochana kurka, Mirabelle, została zjedzona przez niego: Averella Daltona, postrach wszelkiego drobiu, bydła, owoców, warzyw i innych grup żywnościowych. Stał tam i zjadał moją słodką Mirabelle i być może zjadłby nawet mojego pieska, kotka i fretkę, gdybym go nie zaatakował. Byłbym go wtedy dorwał, gdyby nie jego przeklęci bracia, którzy mnie powstrzymali. Byliby mnie zabili, gdyby nie siedzący tutaj Lucky Luke – Gary poklepał kompana po plecach – który akurat szukał ich, aby odstawić do więzienia. Udało mu się ich wykurzyć i obezwładnić.
– Nie bądź taki skromny, Gary. To w zasadzie ty ich dopadłeś, ogłuszając Joe Daltona ciosem karate. A może to był wolkański chwyt obezwładniający?
– Ale to i tak nic nie dało. Mirabelle i inne kurczaki spoczywały już w brzuchu tego potwora, Averella Daltona, nasza ferma była spalona, więc rodzice musieli przeprowadzić się do tej okropnej luksusowej daczy w Kalifornii i zająć się handlem nieruchomościami, a ja byłem pusty i zrozpaczony po utracie Mirabelle. Poprzysiągłem sobie wtedy, że dorwę Averella Daltona i zabiję go. I oto moja historia.
Kiedy skończył mówić, wszyscy w barze chlipali, poruszeni smutną i tragiczną opowieścią Gary’ego Zajebistego.
Wtem drzwi do baru się otworzyły i – ku zdziwieniu wszystkich obecnych – stanęli w nich Daltonowie. Wtargnęli dziarsko do środka i stanęli naprzeciw Luke’a i Gary’ego, którzy spojrzeli na nich chłodno. Bracia uśmiechnęli się złośliwie. Luke wyciągnął kolta, aby ich zastrzelić. Normalnie nikogo by nie zabił, ale tragiczna historia Gary’ego Zajebistego sprawiła, że chciał ich zabić, tu i teraz. Zanim jednak zdążył strzelić, Gary z szybkością światła wyciągnął kolty z kabury i zastrzelił wszystkich czterech Daltonów za jednym razem. Wszyscy po kolei upadli na podłogę, a krew lała się z strumieniami z ich piersi. Averell Dalton jeszcze oddychał, kiedy Gary podszedł do niego i z chłodnym wyrazem twarzy przyglądał się mu z góry.
– Wreszcie pomściłem moją ukochaną Mirabelle – powiedział cicho. – Jakie są twoje ostatnie słowa, gnido?
Averell uśmiechnął się do niego.
– Twoja… ukochana Mirabelle – zaczął z trudem – nie… była… nawet smaczna. Smakowała… jak kurczak.
I umarł.
Gary „Zajebisty” von Stu ożenił się z Miss Świata, pokonał w swoim życiu jeszcze wielu bandytów (w tym Jesse Jamesa i Billy Kida), dorobił się wielkiej fermy kurczaków i kilkorga dzieci, które były równie zdolne i atrakcyjne jak on, a jedna z jego córek, Mary-Sue, była nawet skrytą miłością Lucky Luke’a. Kiedy dorosła, Luke wyjawił jej sekrety swego serca i porosił ją o rękę, a ona za niego wyszła. Choć co tydzień Mary-Sue była porywana przez bandytów, którzy byli szaleńczo w niej zakochani i chcieli zemścić się na Luke’u, życie Mary-Sue i Lucky Luke’a było pełnie szczęścia i radości. Wszyscy opiewali ich miłość, a Gary Zajebisty stał się legendą Dzikiego Zachodu, nawet większą niż Lucky Luke.
KONIEC