Krótka notka

Krótka notka – Lucky Luke (2026)

W poniedziałek wyszedł na Disney Plus aktorski serial o samotnym kowboju. Kto śledził moje social media, ten wie, że czekałam na niego już od jakiegoś czasu i nawet obawiałam się, że nie będzie on dostępny w Polsce. Niemniej jednak Lucky Luke (2026) pojawił się i pochłonęłam go w całości jednego dnia.

Pojawił się jednak pewien dylemat: czy pisać o moich wrażeniach od razu, czy poczekać na do nadchodzącego Lipca z Lucky Lukiem, tak jak sobie zaplanowałam? W końcu doszłam do wniosku, że i tak będę wracać do tego serialu i pisać o nim w kontekście aktorskich adaptacji, „poważnego” Lucky Luke’a, czy nawet motywu samotności, który przewija się również w komiksach.

Na razie opowiem więc czym mnie ten serial zachwycił, a czym nie.

Fabuła serialu Lucky Luke (2026) zarysowuje się tak: w pewnym miasteczku Lucky Luke ma stoczyć pojedynek z niejakim Pete’m Grzechotnikiem. Pete jednak zagrał nieczysto i podrzucił śpiącemu Luke’owi węża, aby jego przeciwnik został ukąszony i nie był szybszy od własnego cienia. Na szczęście podczas samego pojedynku wspomaga kowboja ukradkiem siedemnastoletnia Louise, której matka, Charlie Willow (z zawodu nauczycielka), zaginęła, a umierający indiański dziadek wypowiedział przed śmiercią imię Lucky Luke. Stąd na początku Louise myśli, że Luke jest odpowiedzialny za napad na jej dom i porwanie jej matki, ale wkrótce zostaje wyprowadzona z błędu. Tak więc oboje wyruszają na poszukiwanie Charlie, a po drodze przyłącza się do nich Billy Kid, za którego Louise wyszła za mąż, aby ukraść mu konia; oraz Joe Dalton, który również zna Charlie.

Od razu przejdźmy do tej części, która być może będzie najbardziej kontrowersyjna dla co poniektórych – to, że Louise może być córką Lucky Luke’a. W pewnym momencie nawet serial pokusza się o sugerowanie, że może jednak jej ojcem jest Joe (jako że Charlie uczyła go czytać i mogło coś między nimi być), niemniej jednak bardziej narracja skłania się ku samotnemu kowbojowi.

Od lewej do prawej – Joe Dalton, Louise Willlow i Calamity Jane.

Zacznijmy może od tego, że sama Louise nie jest tak irytująca, na jaką ten wątek ją zapowiadał – pokazują ją jako dziewczynę, która potrzebuje pomocy, ale jest całkiem kompetentna, lubi opowieści o Calamity Jane (do niej zaraz wrócimy) i przyświeca jej cel odnalezienia matki. I aby ten cel osiągnąć Louise posuwa się do różnych niezbyt chwalebnych czynów, zwłaszcza że po drodze ona i Luke mają pewne przygody. Nastolatka zresztą całkiem nieźle wychodzi w relacjach z innymi postaciami – z Billy’m, którego zraniła, z Lukiem, który jest skonfliktowany na temat bycia jej ojcem ze względu na swoją przeszłość; z Jane, która okazuje się upadłą idolką, wreszcie z Joe, którego perspektywa ojcostwa bardzo cieszy.

Pomaga też to, że czuć bardzo, iż oglądamy przygody w stylu klasycznego Lucky Luke’a. W drugim odcinku mamy gang terroryzujący całe miasteczko niby to legalnymi metodami (w tym wypadku – przywódca gangu wykupuje za bezcen plajtujące interesy, a potem staje się właścicielem całego miasta) i Luke najpierw próbuje z nim walczyć startując w wyborach na burmistrza, a potem posuwając się do podstępu. W trzecim odcinku mamy Joe Daltona, który stracił pamięć na skutek urazu głowy i stał się nagle milszy i o wiele bardziej szczery, a że może coś wiedzieć o tym, co się stało z Charlie, Luke jest zmuszony przywrócić mu pamięć. Potem mamy miasto, w którym są sami szeryfowie ustanawiający dziwne zasady; jest człowiek twierdzący, że jest cesarzem Meksyku, są ludzie owładnięci gorączką złota w kopalni. Inna kwestia, że jak się spojrzy na napisy końcowe niektórych odcinków, jest tam zasygnalizowane, że to (bardzo) luźne adaptacje różnych klasycznych komiksów, jak Lucky Luke kontra Joss Jamon, Cesarz Smith, czy Daltonowie dostają szansę poprawy, więc może dlatego też ten klimat został zachowany.

Jack, William (niekoniecznie w tej kolejności) i Averell Daltonowie.

I w moim odczuciu najlepiej wychodzi odcinek z Daltonami. Zwłaszcza jak ktoś jest wielkim fanem Daltonów i lubi ich relacje rodzinne, to ten pozbawiony pamięci, przemiły i pragnący odkupienia Joe Dalton stanowi ciekawe studium postaci najstarszego z braci oraz jego relacji z Williamem, Jackiem i Averellem… ale i samym Lucky Lukiem. Scena z harmonijką, kiedy Luke przypomina Joemu o dawnym współwięźniu, jest po prostu przepiękna, a w pewnym momencie pojawia się Mama Dalton, która z wrodzonym sobie wdziękiem ratuje sytuację. Podoba mi się też to, że wizualnie ci Daltonowie wyglądają tak samo, ale są tam subtelne różnice w ich strojach (te koszule są zielone, ale mają inne odcienie i wzory) i uczesaniach. (I tylko żal, że od czwartego odcinka Joe podróżuje bez swoich braci z Lukiem, przez co i wątek rodzinny trochę mu się sypie.)

Jednocześnie serial w wielu miejscach próbuje być nieco bardziej poważny. Tak jak film Jamesa Hutha, zawiera wątek wielkiego spisku przeciwko prezydentowi USA oraz smutne origin story Lucky Luke’a, ale powiem tak: o ile spiskowiec wyszedł Huthowi o wiele ciekawiej (zaraz wrócę do głównej antagonistki), o tyle Lucky Luke (2026) o wiele lepiej radzi sobie z mroczną przeszłością samotnego kowboja. Już choćby dlatego, że zamiast robić z niego Batmana, daje mu historię, która pasuje konwencją do westernu i skupia się na tym, skąd Luke ma swoją legendarną szybkość i dlaczego jest samotnym kowbojem.

I w sumie moim głównym zarzutem wobec tego serialu jest główna antagonistka, gubernatorka Elizabeth Zee, która chce odłączyć stan Nowy Meksyk od reszty USA i w tym celu zawiązuje cały szeroki spisek, który działająca pod przykrywką Charlie Willow próbowała odkryć. Bo też kuleje tutaj motywacja tej postaci – nie wiemy, co jej nie pasuje w reszcie USA i dlaczego; nie wiemy, czemu uważa ona prezydenta Lincolna za pasożyta. W tych kilku scenach przed wielkim finałem Zee nie daje nam dość, abyśmy zrozumieli co nią tak naprawdę kieruje, podczas gdy antagonista w filmie z 2009 był jednak bardziej wyrazisty ze swoją bigoterią.

Inna rzecz, która mi się nie spodobała, to sposób przedstawienia Calamity Jane. Cieszyłam się na to, że pojawi się ona w serialu, bo w komiksach i animacji Calamity Jane jest jedną z powracających postaci i starą przyjaciółką samotnego kowboja. Kiedy ona występuje w historii, wiadomo, że zobaczymy coś ekstra… ale nie tutaj. Bo tutaj z Calamity Jane zrobili chciwą łowczynię nagród, która jest na wskroś cyniczna. Jedyne interesujące rzeczy, które z nią robią, to to, że Jane w pewnym momencie bierze Louise pod swoje skrzydła i jej wątek łączy się niejako z ogólnym motywem samotności.

Za to genialnie wypadł tutaj Billy Kid. Zwykle go nie lubię – czy w animacji, czy w wersji aktorskiej u Hutha – ale tutaj Billy ma mały, ale bardzo znaczący wątek. Ten Billy nie jest już „dzieciakiem”, tylko nastolatkiem. Ten Billy przeszedł okres dojrzewania, jego sława przebrzmiała, a teraz jest zagubiony i szuka walidacji w różnych miejscach, co sprawia, że jest nam go trochę żal (a smutne niebieskie oczka Victora Le Bonda pomagają).

Generalnie Lucky Luke (2026) wywarł na mnie raczej pozytywne pierwsze wrażenie (nawet w pewnym momencie doprowadził mnie on do łez wzruszenia), aczkolwiek jest wiele rzeczy, o których nie mówiłam, bo chcę wrócić do nich w lipcu. Wtedy też pewnie przy ponownym oglądaniu będę bardziej krytyczna. Na razie jednak, w moim odczuciu, to najlepsza aktorska adaptacja Lucky Luke’a do tej pory.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź