Cztery pairingi, które faktycznie shippuję

Mówiłam o tym już kilka razy – nie należę do osób, które shippują cokolwiek w fandomie, do którego wchodzą… Chociaż zdarzyło się, że ktoś mi na tumblrze zarzucał shippowanie konkretnej pary bohaterów (bo lubiłam jedno z nich albo wyrażałam swoją niechęć do pary „konkurencyjnej”), dlatego właśnie od niedawna widnieje w moim opisie zwrot: „shipper of none”. Jednakże nie jest on do końca prawdziwy, gdyż są pairingi, które jednak shippuję i które wypełniają moje serce miłością. I to z różnych powodów.

Już od jakichś dwóch-trzech lat noszę się z zamiarem napisania niniejszej listy. Prawda jest taka, że w ciągu tak długiego czasu dużo się może zmienić w samym dziele macierzystym i w rezultacie wiele pairingów, które swego czasu shippowałam, już nie shippuję (jak, na przykład, Mon-Ela i Karę Denvers z Supergirl, czy Rosę Diaz i Adriana Pimento z Brooklyn 99). To, jak i fakt, że przyjęłam zasadę „jedna pozycja na fandom”, są naczelnymi powodami, dla których ta lista jest tak krótka.

Nie przedłużając, oto – specjalnie na Walentynki – pairingi, które faktycznie shippuję.

Czytaj dalej „Cztery pairingi, które faktycznie shippuję”

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 6 (ostatnia)

Wnet wybije godzina

Ból stał się tak silny, że Emmett wypuścił z rąk strzelbę i skulił się wpół. A potem poczuł, jak Saturnin podcina mu nogi, i padł na kolana, wciąż trzymając się za serce. Podniósł wzrok na Saturnina, który stał przed nim i spoglądał na swoją ofiarę z góry. Po chwili jednak przykucnął i podparł dwoma palcami podbródek doktora. Kontakt fizyczny z dłońmi zamaskowanego mężczyzny nie był przyjemny, albowiem ręka Saturnina była zimna i szorstka. Sama jego bliskość przyprawiała doktora Browna o dreszcze.
– Ta chwila wymaga odpowiedniej oprawy, nieprawdaż? Mam akurat w zanadrzu wiersz, który pasuje idealnie do tej sytuacji. – Podniósł się na równe nogi i stanął z lewej, tuż przy ofierze. Emmett zaś wciąż mu się przyglądał. – Zegar Baudelaire’a. Być może go znasz. Nie! Na pewno go znasz. Jesteś przecież oczytany. – Nagle znów kucnął i zasyczał: – Nic nie będzie pasować lepiej do podróżnika w czasie, jak wiersz poety przeklętego o nieuchronnym przemijaniu.

Milczał przez chwilę, patrząc Emmettowi prosto w oczy. Doktor miał wrażenie, że Saturnin oczekiwał od niego jakiejś odpowiedzi. On tymczasem poczuł znajome uderzenie gorąca, a także pot na czole.
Ni stąd ni zowąd Saturnin znów wstał i Emmett usłyszał jego niski, syczący głos:
Zegar! Bóstwo złowróżbne, okropne, szydercze,/Co mówi nam Pamiętaj! i wskazuje palcem…
Ból nasilił się jeszcze bardziej i doktor Brown zaczął mieć trudności z oddychaniem. Tymczasem Saturnin przystąpił do powolnego okrążania go, kontynuując recytację wiersza:
Wkrótce Ból wibrujący celnie, niby w tarczę,/Ugodzi w twoje pełne przerażenia serce…
Kolejne, jeszcze silniejsze ukłucie. Czy to się naprawdę działo? Czy Emmett naprawdę miał kolejny zawał i to we śnie? Intensywność bólu świadczyła jak najbardziej na korzyść tej tezy.
Ulotna zniknie Rozkosz za horyzontami/Jak tańcząca sylfida za wygasłą sceną;/Każda chwila część bierze słodkim upojeniom,/Na całą już nam porę istnienia przyznanym.
Ale czy to był rzeczywiście sen? Może to tak naprawdę przedśmiertne halucynacje. Boże, dlaczego jego własny umysł zsyłał mu te potworne wizje? Po tym wszystkim, co przeżył tego wieczora, nie był w stanie określić, co było prawdą, a co nie. Wszystko było tak rzeczywiste, tak sugestywne…
– Siostro – Marty spojrzał na Adelinę – co się dzieje?
Pielęgniarka nie odpowiedziała. Podeszła tylko do pacjenta i po raz kolejny tego dnia pochyliła się nad nim, z wyrazem skupienia.
– Czy Emmett znów się denerwuje? – spytała Klara.
Przez chwilę Adelina milczała. Jakby w ogóle nie usłyszała słów pani Brown ani Marty’ego. Położyła tylko rękę na dłoni nieprzytomnego mężczyzny.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała, uśmiechając się przyjacielsko, po czym spoważniała i szepnęła do Emmetta: – Doktorze Brown…
Saturnin kontynuował recytowanie Zegara i okrążanie pozostającego w agonii Emmetta Browna.
W godzinę trzy tysiące sześćset razy mija/Sekunda szybka mówiąc Pamiętaj! – swym szeptem/Insekta…
– Doktorze Brown… Doktorze Brown, słyszy mnie pan? – czyjś kobiecy głos zabrzmiał w uszach klęczącego naukowca.
Głos dochodzący jakby z góry, z innego świata. Zupełnie jak wcześniej, w lesie – głos Julesa. Z tym, że Emmett nie poznawał osoby, która do niego mówiła. Niemniej jednak było w tonie i barwie tego tajemniczego szeptu coś niosącego ulgę, coś podnoszącego na duchu. Saturnin najwyraźniej również to usłyszał, bo zatrzymał się nagle i prychnął śmiechem. Zaraz jednak powrócił do recytowania:
…mówi Teraz: „Oto jestem Przedtem/I trąbą niszczycielską życie twoje spijam”…
– Doktorze Brown – głos znów się odezwał, a po chwili tuż obok Emmetta pojawiła się jego właścicielka. Ruda kobieta ubrana na niebiesko. Klęczała tuż obok niego i trzymała rękę na jego plecach.
„Pamiętaj, śmiertelny! Remember! Esto memor!/(Ma krtań metaliczna włada każdym z języków.)… – ciągnął dalej Saturnin, a Adelina powiedziała do Emmetta:
– Musi pan się obudzić, doktorze Brown.
– Za późno, Adelino – zwrócił się do niej Saturnin i zatrzymał się tuż przed nimi. – Tym razem kawaleria nie przyjedzie.
Podniósł rękę i ścisnął mocno pięść. Doktor Brown poczuł jak stalowa obręcz zaciska się wokół jego serca, a płuca z trudem chwytają powietrze. Saturnin ruszył znów z miejsca i powiedział:
– Na czym skończyłem? Ach tak… Minuty to są złoża kruszcu, rozrzutniku;/Nie rzuca się ich, zanim złotą błysną ziemią!
Mężczyzna aż oparł drugą rękę na podłodze i ukradkiem spojrzał na Adelinę. W jej jasnozielonych oczach odbijała się troska, a jednocześnie jakaś dziwna determinacja. Chciał zapytać ją, kim jest, ale czuł, wiedział, że jest po jego stronie. Być może była uosobieniem jego siły walki albo racjonalności.
– Musi pan się obudzić – powtórzyła.
Emmett był tak słaby, że zdawało mu się, że zaraz zemdleje. Jakby coś wysysało z niego całą energię. Mimo to słyszał dobrze wszystko, co do niego mówiono – i recytowany przez Saturnina wiersz, i słowa wypowiadane przez Adelinę.
– Chcę… chcę się obudzić – wycedził. – Ale nie… wiem… jak.
Pamiętaj! Czas jest graczem namiętnym, co wygra/Bez szachrajstw każdą partię; to reguła święta.
– Pomogę panu, ale najpierw pan musi zaufać sobie.
Dzień się zmniejsza i noc się powiększa; pamiętaj!/Wciąż głodna jest otchłań; opróżnia się klepsydra…
Zaufać sobie? Co ona miała na myśli? Zaufać zmysłom? Po tym wszystkim, co widział i słyszał? A może chodziło o zaufanie rozumowi. Ale on też był zawodny, pogrążony w wątpliwościach.
Wnet wybije godzina, kiedy boskie Losy…
– Niech pan pomyśli o wszystkim jak naukowiec. Niech pan spróbuje przeanalizować sytuację i odróżnić prawdę od iluzji.
Zamknął oczy i skupił się. W mgnieniu oka przeszło mu przez głowę milion myśli – wspomnień z całego dzisiejszego zajścia. Najpierw zawał tuż po kolacji z rodziną, potem utrata przytomności i przebudzenie w tym dziwnym miejscu. Potem martwy Einie, spotkanie z Saturninem. To nie sen, doktorze Brown. To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić…
Kiedy Cnota dostojna, małżonka twa krucha…
Potem zajście z Marty’m. To jego odbiegające od normy zachowanie, graniczące wręcz z okrucieństwem. No, i Klara mówiąca jemu – swojemu mężowi – że go nie kocha i że Jules i Verne nie są jego synami.
Kiedy nawet (ach, zajazd to ostatni) Skrucha…
Potem Biff oskarżający go o zmarnowanie mu życia i zmieniający się w Buforda Tannena, który celuje w Julesa i stawia jego – Emmetta Browna – przed drastycznym wyborem. Zabić człowieka albo pozwolić swojemu dziecku umrzeć.
I nagle to w niego uderzyło. Jules. Emmett podniósł wzrok na Saturnina, który zatrzymał się przed nim, aby wypowiedzieć ostatni wers wiersza.
Powie: Kończ, stary tchórzu…
– Czego ty właściwie chcesz? – przerwał mu nagle ledwo słyszalny szept doktora Browna.
Saturnin oniemiał, a jego oczy rozszerzyły się na znienacka zadane pytanie. Adelina uśmiechnęła się i pomogła doktorowi wstać. Wciąż czuł ból w sercu , ale wsparcie kobiety dodawało mu w dziwny sposób sił. Nie był już tak słaby jak kilka sekund wcześniej.
– Jakby się nad tym głębiej zastanowić – kontynuował – to twoje zachowanie nie ma sensu. Najpierw twierdzisz, że chcesz mi pokazać prawdę o tym, że wszyscy, na których mi zależy, mają mnie za nieudacznika, a kilka minut później mówisz mi, że chcesz mnie ukarać za to, że naruszyłem linię czasową. Pokazujesz mi Klarę przyznającą, że Jules i Verne nie są moimi dziećmi, a potem Wściekłego Psa celującego w Julesa, o którego nie powinienem dbać, skoro nie jest moim synem.
– Ależ, przecież wychowujesz go i kochasz jak własne dziecko – oświadczył z pewną dozą cynizmu Saturnin.
– A mimo to stwierdzasz potem, że naruszyłem porządek świata żeniąc się z Klarą i zakładając rodzinę. Powiedziałeś, że przeżyłem „kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.” Uznałeś tym samym, że Jules i Verne są moimi synami.
Doktor Brown oparł się bardziej na Adelinie i ciągnął dalej:
– Co więcej, skoro miałeś mnie ukarać za wynalezienie maszyny czasu, czemu nie pokazałeś mi wszystkich tych złych rzeczy, które wynikły z moich, Marty’ego i Biffa podróży w czasie? Czemu zamiast tego pokazałeś mi uciekającego przed Libijczykami Marty’ego i moje rozstanie z Klarą? Dlaczego tak bardzo zależało ci, abym myślał, że Marty nie jest moim przyjacielem, a Klara mnie nie kocha? I dlaczego chciałeś, abym zastrzelił Biffa Tannena i jego przodka?
Czuł się coraz silniejszy. Coraz łatwiej było mu oddychać, a i ból serca przestał przypominać zawał. W zasadzie teraz czuł tylko jakieś tępe echo tego bólu, które słabło z każdą chwilą.
Saturnin prychnął tylko śmiechem. Jego oczy zdradzały dziwną wesołość.
– Ciekaw jestem, do jakich wniosków doszedłeś, doktorze. No dalej, powiedz mi.
– Odpowiedź jest bardzo prosta, Saturninie. Nie jesteś żadną siłą broniącą odwiecznego porządku świata, tylko wytworem mojej wyobraźni. Najprawdopodobniej uosobieniem wszystkich moich wątpliwości i ciemnych myśli. Twoim celem było nie tyle ukaranie mnie, co samo sprawianie mi cierpienia dla czystej przyjemności.
Aparatura zarejestrowała unormowanie bicia serca doktora, na co jego bliscy zareagowali z ulgą. Być może przez te kilka minut przeszło im przez myśl, aby zawołać lekarza, ale skoro pielęgniarka nie kazała im tego zrobić i oprócz tego jednego urządzenia, wszystko wydawało się być w normie, uznali, że wszystko było pod kontrolą.
Saturnin po raz kolejny prychnął śmiechem.
– Powiem ci tylko jedną rzecz, w którą uwierzysz, bądź nie, doktorze Brown. Otóż, nie chodzi o przyjemność z zadawania ci cierpienia… choć i tak ją odczuwam – wtrącił Saturnin. – Tak się składa, że ja żywię się cierpieniem. I zdradą. – Po oczach doktor Brown poznał, że jego rozmówca podniósł nieznacznie brew. – Uwielbiam, kiedy przyjaciele się zdradzają. Tak jak zrobił to Marty, kiedy pozostawił twoje ciało i uciekł przed Libijczykami w przeszłość. I kiedy prawie cię zabił podczas Targów Nauki w 1931.
– To dobry moment, abym wkroczyła do akcji, doktorze – odezwała się nagle Adelina i wyszła na środek chaty, naprzeciw Saturnina.
Pielęgniarka przeniosła wzrok z nieprzytomnego Emmetta Browna na Klarę i Marty’ego.
– Panie McFly – odezwała się do chłopaka, który zareagował nagłym ożywieniem. – Niech pan na chwilę zajmie miejsce pani Brown.
– Dlaczego? – spytał po chwili, a na jego twarzy malowało się niedowiarstwo.
– Niech pan to zrobi. W tym momencie doktor Brown musi odczuć obecność swojego najlepszego przyjaciela.
Marty pomyślał, że w sumie co mu szkodzi. Może siostra Adelina trochę przesadzała, a może coś w tym było. Przecież siedzenie przy doktorze nie pogorszy jego kondycji, prawda?
Klara najwyraźniej również tak myślała, bo podniosła się z krzesła i otwartą ręką zaprosiła asystenta swojego męża, aby zajął jej miejsce. Marty ostrożnie usiadł i jakby instynktownie chwycił doktora Browna za rękę.
Kiedy Adelina wyszła naprzeciw Saturnina, Emmett zobaczył coś, czego nie zauważył wcześniej. Do pasa Adeliny był przywiązany miecz, który właśnie wyciągnęła z pochwy. Oczom doktora Browna ukazało się długie, połyskujące ostrze, na którego powierzchni świeciły… iskierki?
Adelina odwróciła się jeszcze raz do doktora Browna.
– Tak naprawdę to wszystko jest snem, doktorze. Tak naprawdę leży pan teraz w szpitalnym łóżku, otoczony przez bliskich.
– Dość tego! – krzyknął Saturnin i zaczął iść w stronę Adeliny. – Nie pokrzyżujesz mi planów, mała, naiwna dziewczynko.
Wyprostował rękę i nagle wokół niej zaczął się tworzyć długi, czarny snop dymu. Kiedy się rozpłynął, oczom Emmetta ukazał się miecz o czarnym, ale świecącym ostrzu. Oboje – Adelina i Saturnin – przystąpili do walki, a doktor Brown przyglądał się temu z boku z najwyższym zdumieniu, czując się coraz bardziej jak bohater jakiejś gry komputerowej, w którą zwykli grać jego chłopcy i Marty. Jednocześnie miał wrażenie, że tocząca się przed nim walka ma z nim coś wspólnego. Dla pewności cofnął się o kilka kroków, aż znalazł się przy ścianie, tuż obok kominka.
Tymczasem ostrza zgrzytały. Adelina uderzała, Saturnin blokował jej uderzenia, po czym przypuszczał kontratak. Dziewczyna robiła unik i również go blokowała, aby potem zaatakować. Po chwili, nie przerywając pojedynku, Saturnin odezwał się do Emmetta:
– Zostawił cię samego, doktorze Brown! Marty McFly, twój najlepszy przyjaciel, zostawił cię samego na pastwę Libijczyków! Jesteś dla niego tylko pracodawcą!
– Znowu zaczynasz? – spytała Adelina i z uśmiechem przechyliła się do tyłu, aby uniknąć ciosu przeciwnika. Wyprostowała się i raz po raz blokowała ostrze Saturnina, mówiąc: – Doktorze Brown, chyba pan w to nie wierzy?
– Sam widziałeś jak ten smarkacz cię zostawia – ciągnął dalej Saturnin, nadal walcząc. – Widziałeś jak próbował cię zabić, kiedy byłeś w batyskafie. Raz po raz niszczył twoje życie w 1931. Kiedy poznałeś cudowna kobietę w 1885 i chciałeś z nią zostać, on zaprotestował. No i nie zapominaj o tym, ze sam przyznał co tak naprawdę o tobie myśli.
– Dobrze pan wie, doktorze – odpowiedziała Adelina, krzyżując miecz ze swoim przeciwnikiem – że to nie był Marty. Zna go pan od kilku lat. Przeżył pan z nim te wszystkie przygody. Niech pan nam powie, jaki on jest naprawdę?
Ta prośba nieco go skonfundowała. Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co powiedzieć. Chciał dać im odpowiedź, ale tocząca się przed nim walka i mętlik w głowie spowodowany ostatnimi wizjami, utrudniały mu skupienie się.
Nagle pojawił się przed nim Marty z Targów Nauki w 1931, który uśmiechnął się demonicznie i uderzył Emmetta w brzuch. Gdyby nie ściana, naukowiec pewnie by upadł. Niejako odruchowo pochylił głowę, ale zaraz poczuł jak ten nie-Marty chwyta go za gardło, zmuszając go, aby spojrzał swojemu oprawcy w twarz. Ich oczy się spotkały i Emmett ujrzał w nich tę chorą satysfakcję, co poprzednio.
– Doktorze Brown! – zawołała do niego Adelina. – Pan wie, że to iluzja! Niech pan powie jaki Marty jest naprawdę! Inaczej pan się nie obudzi!
– Ma-marty… – wydusił z trudem Emmett.
– Zginiesz, żałosny staruchu – zasyczał nie-Marty i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle puścił szyję swojego więźnia, a kilka sekund później wbił mu kolano w brzuch i zrobił dwa korki w tył, aby popatrzeć jak obolały doktor Brown osuwa się na ziemię. Emmett wciąż słyszał odgłosy walki. Kiedy podniósł wzrok i przyjrzał się na moment pojedynkowi Adeliny i Saturnina, przekonał się, że dziewczyna wyraźnie przegrywa. Spojrzała na chwilę w jego stronę. Jej oczy zdradzały troskę, ale Emmett mógł z nich wyczytać pewnego rodzaju błaganie o pomoc, kiedy raz po raz odbijała ciosy Saturnina, sama nie mając okazji żadnego zadać.
Marty chciał coś powiedzieć, ale przez chwilę nie wiedział, co. Przyglądał się spokojnej twarzy śpiącego przyjaciela, zbierając myśli. A potem poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. Podniósł wzrok i ujrzał uśmiechniętą twarz Klary. I nagle wszystko stało się jasne. Młodzieniec spojrzał znów na doktora Browna, pochylił się nad nim i zaczął:
– Doktorze…
To słowo rozniosło się po chacie jak echo. Zdawało się pochodzić jakby z góry. Sprawiło, że nie-Marty podniósł ze zdumieniem wzrok, a Adelina uśmiechnęła się triumfalnie. Sam Emmett zdziwił się zrazu, ale potem poczuł ulgę.
Tymczasem Marty (ten prawdziwy Marty) ciągnął dalej:
– Powiedział pan kiedyś, że odmieniłem pana życie. Pamięta pan? To było wtedy jak chciał mnie pan odstawić z powrotem do moich czasów.
– Tak, Marty – odpowiedział słabym głosem Emmett – pamiętam.
Pamiętał, że kiedy chłopak powiedział mu wszystko; kiedy w końcu dotarło do Emmetta, że Marty naprawdę jest z przyszłości i kiedy dowiedział się o tym, że jeden z jego wynalazków nareszcie będzie działał, poczuł jak wzrasta w nim nadzieja i wiara we własne siły. Ze zniecierpliwieniem czekał na dzień, w którym on i Marty ponownie się spotkają, i na dzień, w którym będą mogli porozmawiać o tej niesamowitej podróży do roku 1955.
– Ale nigdy nie mówiłem panu – kontynuował głos z góry, a Emmett mógł wyczuć w nim pewną nutę smutku – że pan odmienił moje.
Adelina nagle zaczęła zdobywać przewagę. Z ostrza jej miecza znów posypały się iskry. Saturnin zamachnął się za bardzo i wbił miecz w posadzkę. Szybko uwolnił ostrze i powrócił do walki. Emmett jednak nie zwracał na tę walkę uwagi. Skupiał się tylko na głosie swojego przyjaciela.
– Nie chodzi mi o podróże w czasie… choć niewątpliwie trudno o nich nie wspomnieć. – Doktor Brown łatwo wyobraził sobie uśmiech na twarzy młodzieńca, kiedy to mówił. – Chodzi mi o to – ton chłopaka znów był poważny – że nigdy wcześniej nie znałem kogoś takiego jak pan. Kogoś tak pomysłowego – prychnął śmiechem i zaraz dodał: – i zakręconego. Pokazał mi pan, że trzeba zawsze do czegoś dążyć i że sami kształtujemy swoje przeznaczenie. Nie wiem, czy byłbym tym samym człowiekiem, gdybym pana nigdy nie spotkał. I chcę, żeby pan wiedział, że dla mnie jest pan najwybitniejszym umysłem na tym świecie. Dlatego proszę, niech pan się obudzi.
Te słowa wywołały uśmiech na twarzy Emmetta Browna. Mężczyzna spojrzał na nie-Marty’ego, który wydawał się nagle nie wiedzieć, co się dzieje. Po chwili zaczął robić się przeźroczysty – jakby zaraz miał być wymazany z linii czasowej. Emmett już wiedział, co miał zrobić. Wiedział już, co miał powiedzieć.
Podniósł się na równe nogi i, wciąż się uśmiechając, powiedział do fałszywego Marty’ego:
– Marty McFly, którego znam, napisał do mnie w 1955 list.
Na twarzy nie-Marty’ego pojawił się strach, kiedy młodzik popatrzył na swoje ręce i znowu stał się przeźroczysty. Tymczasem doktor Brown zrobił krok do przodu. Teraz patrzył na sobowtóra swojego przyjaciela z góry, a on coraz bardziej tracił rezon i cofnął się o krok.
– Znam ten list na pamięć, a jego treść brzmi tak – zrobił krok do przodu, a sobowtór cofnął się – „Drogi doktorze. Tej nocy, do której wracam, zastrzelą pana terroryści. Proszę się jakoś zabezpieczyć przed tym nieszczęściem. Pański przyjaciel, Marty.”
Przy każdym słowie robił krok do przodu, a nie-Marty – krok do tyłu. Kiedy zaś doktor Brown wypowiedział ostatnie zdanie, sobowtór rozpłynął się całkowicie w powietrzu. Emmett przeniósł wzrok na toczącą się nieco dalej walkę. I znów zauważył, że na ostrzu dziewczyny zaświeciły się kolejne iskry, tym razem jaśniejsze i jakby częstsze.
Czując wzbierającą w nim siłę, doktor Brown zawołał do Saturnina:
– Być może za pierwszym razem Marty nie przeniósł się w czasie po to, aby odwrócić to co poszło źle, ale potem i tak ostrzegł mnie przed Libijczykami! A kiedy utknąłem w 1885 i pozostawiłem Marty’emu list, w którym kazałem mu użyć Deloreana do powrotu do domu i zostawić mnie w spokoju, on tego nie zrobił! Nie zrobił, bo dowiedział się, że zostanę postrzelony, i wolał mnie ratować, niż wracać do swoich czasów!
Nagle Emmett usłyszał syk rozniecanego ognia i miecz Adeliny zabłysł czerwono-żółtym płomieniem. Adelina i Saturnin zatrzymali się, choć wciąż pozostawali w pozycjach bojowych.
– Zapalił się – powiedziała z uśmiechem dziewczyna, oddychając ciężko. – Wiesz co to oznacza, Saturninie.
– Nie mów hop, moja droga – odpowiedział i znów zamachnął się mieczem.
Powrócili do walki. Ognisty miecz krzyżował się raz po raz z czarnym, lecz choć Emmett przyglądał się im uważnie, wydawało się, że płomienie nie zostawiały na czarnym ostrzu żadnych śladów. Za to wyglądało na to, że Saturnin zaczął się już męczyć.
– Niech pan kontynuuje, doktorze – oznajmiła Adelina.
Jeszcze przez chwilę Emmett zbierał myśli, aż w końcu zawołał jeszcze głośniej niż wcześniej:
– Chciałeś mi wmówić, że Marty nie jest moim przyjacielem! Że tak naprawdę uważa mnie za nieudacznika, a nawet chciał mnie kiedyś zabić! Ale tak się składa, że moje empiryczne doświadczenie wskazuje na zupełnie co innego! Marty ratował mnie tyle razy przed przedwczesną śmiercią; tyle razy pomagał mi przywrócić właściwy bieg wydarzeń, tyle razy wyciągał mnie z tarapatów, że nic, powtarzam: nic, co powiesz, nie przekona mnie, że Marty McFly nie jest moim przyjacielem!
Miecz Adeliny wybuchł nowym płomieniem. Saturnin zachwiał się na nogach, ale szybko odzyskał równowagę. Jednak nie rzucił się znów do ataku. Po prostu zablokował cios swojej przeciwniczki, kiedy ta skierowała w niego swoją broń.
Marty wstał i pani Brown zajęła ponownie swoje poprzednie miejsce. Chłopcy przybliżyli się nieco do ojca. Jules przyglądał się rodzicielowi ze zmartwieniem, a Verne stanął tuż obok brata i położył rękę na jego ramieniu. Klara pogłaskała policzek męża i uśmiechnęła się lekko. W końcu cichym, spokojnym, acz melancholijnym głosem przemówiła:
– Zwiedziłam z tobą przyszłość i przeszłość…
Emmett dotknął muśniętego delikatnymi palcami policzka i znów się uśmiechnął.
– … i chciałabym, żebyś wiedział – ciągnął głos jego żony, dobiegający z góry – że w którymkolwiek wieku, którejkolwiek epoce utknęlibyśmy, ja wciąż chciałabym, abyś był tam ze mną. Sam mówiłeś, że masz jeszcze tyle do zrobienia. Nie zrobisz tego, jeśli się nie obudzisz.
I znów miecz Adeliny buchnął nowym płomieniem. Saturnin cofnął się o krok, a Emmett zauważył, że ręce, w których trzymał miecz, zaczynają się drżeć.
– Ojcze – zabrzmiał głos Julesa. – Chyba nie chcesz przespać naszego rozdania dyplomów?
Saturnin miał coraz większe problemy z utrzymaniem miecza w pionie.
– Właśnie, tato – dodał głos Verne’a. – A nasze mecze baseballa? Poza tym, jak się obudzisz, to obiecujemy, że nigdy więcej nie użyjemy twoich wynalazków do głupich celów.
Doktor Brown prychnął śmiechem i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle bam! – miecz Saturnina spadł z hukiem na drewnianą podłogę, podczas gdy ostrze Adeliny płonęło ogniem tak silnym, że Emmett obawiał się przez moment, że płomienie dosięgną jej jasnej skóry. Chwilę potem Saturnin padł na kolana, oddychając ciężko. Adelina opuściła miecz, podeszła do swojego przeciwnika i stanęła jakiś metr przed nim.
– Wiesz jaki popełniłeś błąd, Saturninie? – spytała, a on podniósł wzrok. – Tym razem wybrałeś sobie nieodpowiednią ofiarę. Bo widzisz mój drogi, dzięki swojemu wynalazkowi Emmett Brown odkrył, że bieg wydarzeń może zostać zmieniony. Przekonał się, że jeden gest, jedno zdarzenie może poczynić ogromną różnicę w życiu wielu osób. Innymi słowy doktor Brown odkrył, że przeznaczenie nie istnieje. Jednakże – odwróciła się na moment do Emmetta i uśmiechnęła się do niego przyjacielsko – jest jedna rzecz, która istnieje poza czasem i przestrzenią. To banał, który na pewno słyszał pan miliony razy, ale pańskie życie jest dowodem na jego prawdziwość.
– Co to za rzecz? – zapytał zaintrygowany jej słowami doktor Brown.
Adelina uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
– Miłość – odpowiedziała.
Odwróciła się z powrotem do Saturnina i uklękła przed nim, opierając się o miecz, który – o dziwo! – nie zaprószał ognia na drewnianej podłodze.
– Miłość doktora Browna do Klary Clayton, jego przyjaźń z Marty’m McFly’em, fakt, że spłodził i wychował dwóch synów… I ty chciałeś to zniszczyć, Saturninie? Zniszczyć miłość, która pokonała przeznaczenie? Przyjaźń, która praktycznie zaczęła się od momentu, w którym doktor Brown naszkicował na kartce kompresor czasu? Nie masz takiej mocy, Saturninie.
Wstała na równe nogi, chwyciła oburącz miecz i uniosła go nad głową. Jak średniowieczny kat opuściła miecz na głowę Saturnina, który nie ruszył się nawet z miejsca, ale kiedy tylko ostrze dotknęło jego kapelusza, mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.
Adelina włożyła wciąż gorejący miecz do pochwy i odwróciła się do Emmetta. Po chwili uśmiechnęła się do niego, podeszła nieco bliżej i wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Chodźmy, doktorze Brown. Musi się pan przecież obudzić.
Emmett nieśmiało chwycił ją za rękę. Nagle Adelina rozbłysła oślepiająco jasnym światłem. Doktor Brown musiał na chwilę zamknąć oczy.
Kiedy je znów otworzył, wciąż było bardzo jasno, a do tego wszystko wydawało mu się zamazane. Po chwili doszło do niego, że leży w łóżku, ma maskę z tlenem na twarzy i ktoś trzyma go za rękę. Jakby z oddali doszedł do niego odgłos urządzenia rejestrującego jego rytmiczne bicie serca. Kilka sekund potem obraz w jego oczach się wyklarował i doktor Brown ujrzał siedzącą obok niego Klarę. To właśnie ona trzymała go za rękę. Za nią stał Marty, a po drugiej stronie łóżka Emmett zobaczył swoich synów. Wszyscy czworo patrzyli na niego z wyrazem najszczerszej radości.
Klara pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło.
 – Witamy ponownie, doktorze – powiedział Marty z uśmiechem. – Gdziekolwiek pan był, cieszymy się, że znów jest pan z nami.
– Ja… też – odparł powoli Emmett. – Miałem… bardzo osobliwy sen.
Tak to był sen. Bardzo pogmatwany, mroczny i dający do myślenia wytwór jego umysłu. Kiedy jednak Emmett Brown obudził się z tego dziwnego snu, czuł, że ze wszystkich stron jest otoczony miłością. To uczucie było jednym z najpiękniejszych jakie w życiu odczuł. Bo zaiste nic nie mogło się z nim równać.
Zapewne będzie musiał na siebie lepiej uważać – więcej się ruszać, zdrowiej się odżywiać i regularnie mierzyć ciśnienie – ale na razie nie było to ważne. Ważne było to, że jego żona, synowie i najlepszy przyjaciel są tutaj z nim, a on ma jeszcze kilka lat do przeżycia. Tę noc prawdopodobnie spędzi w szpitalu, ale potem będzie mógł przenieść się do domu i znów zająć tym, co kochał – nauką. Za jakiś czas na pewno wszystko powróci do normy, a on zapomni o tym przedziwnym koszmarze, który przeżył po zawale serca.
Udało mu się jeszcze zauważyć jak pielęgniarka o znajomych, rudych włosach opuszcza jego pokój.

Moich siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców

Przyznam, że nigdy nie byłam dobra z nauk ścisłych. Do dziś nie przepadam za matematyką, biologią czy fizyką. Mimo to, jakoś tak się złożyło, że wiele z moich ulubionych postaci zajmuje się naukami ścisłymi, a mi to nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz imponuje. Albowiem obojętnie, czy jest to śmiejący się maniakalnie i pracujący dla tego złego szalony naukowiec, czy też nieco roztargniony, poświęcający się bez końca swojej pasji wynalazca, zawsze miałam słabość do kujonów.

Dlatego właśnie pozwoliłam sobie ułożyć tę listę, która na początku miała być tradycyjnym top 10, ale ponieważ paru osobników było tam wciśniętych nieco na siłę, postanowiłam skrócić ranking do siedmiu absolutnie niezbędnych pozycji. Dlatego też, panie i panowie, przedstawiam wam moją listę siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców.

Czytaj dalej „Moich siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców”

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 5

Wciąż głodna jest otchłań

Jules przyglądał się jeszcze przez chwilę swojemu nieprzytomnemu ojcu, czekając, aż znów coś powie, ale Emmett Brown był tak samo nieruchomy i milczący, co na początku. Chłopak zastanawiał się, co mógłby jeszcze odpowiedzieć, ale jego zmęczone kolana zaczęły dygotać na zimnej podłodze, aż w końcu poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. To Adelina stała przy nim i uśmiechała się do niego z góry.
– Muszę sprawdzić puls – powiedziała.
On tylko przytaknął powoli głową, podniósł się na równe nogi i podszedł znów do okna. Adelina pochyliła się nad pacjentem i zaczęła go w skupieniu badać. Chwyciła go za przegub i położyła kciuk na żyle. Znów zapadła cisza. A Jules nagle zdał sobie z czegoś dziwnego: Dlaczego wykwalifikowana pielęgniarka sprawdzała jego ojcu puls ręcznie, zamiast zerknąć na aparaturę?
Znużony Verne przetarł twarz ręką i zaczął masować zamknięte powieki. Tymczasem Marty przeniósł wzrok na wiszący nad drzwiami pokoju zegar, który wskazywał dziesiątą cztery.

Saturnin przestał opierać się o kominek i zrobił kilka kroków, wciąż jednak nie spuszczał oczu z portretów.
– Albert Einstein – zaczął powoli – Izaak Newton, Benjamin Franklin i Thomas Alva Edison. – Zatrzymał się i odwrócił w stronę Emmetta. – Nie przypadkowo spośród wszystkich naukowców, którzy zapisali się w historii ludzkości, ci czterej wiszą nad twoim kominkiem, doktorze.
– To byli wybitni uczeni, a Einstein i Franklin udzielali się nawet społecznie – odparł Emmett. – Chciałbym być w połowie tak genialny jak oni.
– Ach, tak? – zapytał Saturnin. – Zastanów się dobrze, doktorze. Naprawdę chcesz być taki jak oni? Chcesz być jak Einstein, który zdradzał żonę? Chcesz być jak Newton, który mieszał naukę z magią? Jak Franklin, który walczył z własnym synem z nieprawego łoża? A może jak Edison, który przywłaszczył sobie prace innych, nie mówiąc już o tym, że oszukał Teslę? Naprawdę tego chcesz?
Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co odpowiedzieć. Potem przeszło mu przez myśl, że Saturnin kłamie i chce go wytrącić z równowagi.
– O, ja nie kłamię, doktorze. – Podszedł do Emmetta i zaczął go okrążać. – To dość znane fakty, trzeba tylko wiedzieć w których książkach historycznych szukać. Albo jeszcze lepiej – szepnął mężczyźnie do ucha. – Można cofnąć się w czasie i samemu się przekonać, jacy naprawdę byli ci wielcy uczeni, o których mówisz.
– Nawet, jeśli mówisz prawdę, to… – zaczął spokojnie Emmett, ale Saturnin mu przerwał:
– To ty cenisz ich za ich pracę? Ależ to nie zmienia faktu, że Edison większość przypisywanych mu wynalazków wykradł swoim asystentom, a Einstein, ten rzekomy pacyfista, przyczynił się do stworzenia bomby atomowej.
Oddalił się i usiadł wygodnie w fotelu. Jego zimne oczy spoglądały na doktora, który wciąż stał.
– Wy, naukowcy, wierzycie w ten wasz wspaniały, nieposkromiony rozum. Myślicie, że wyższe wykształcenie, czy znajomość jakiejś konkretnej nauki od razu uczyni ludzi dobrymi, moralnie doskonałymi. Myślicie, że cokolwiek zbudujecie, wytworzycie, bądź odkryjecie, przyniesie ludzkości same korzyści. Tymczasem każdy nowy wynalazek przynosi ludziom same nieszczęścia, obojętnie czy jest to siejąca zniszczenie broń, czy maszyna, która wykonuje pracę kilkunastu robotników, przyczyniając się do ich bezrobocia. Ty, doktorze, wiesz o tym najlepiej. Ile razy powtarzałeś: „Muszę zniszczyć tę piekielną maszynę”? A przecież chciałeś nią zwiedzić przeszłość i przyszłość, a nawet poznać tajemnicę wszechświata. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Twój wehikuł czasu o mało nie doprowadził do licznych katastrof, łącznie z wymazaniem Hill Valley z mapy. Powiedz mi, doktorze, taką rzecz: Czy poświęcając swój rodzinny majątek i trzydzieści lat życia, brałeś pod uwagę konsekwencje swoich działań?
– Tak, byłem świadom ewentualnych zagrożeń. Zakładałem jednak, że…
– Że będziesz ostrożny i to wystarczy. Że ukryjesz swojego podrasowanego Deloreana przed ludzkim wzrokiem i będziesz mógł się nim bawić. Bo tym właściwie był dla ciebie wehikuł czasu. Zabawką.
– Nigdy nie traktowałem go jak zabawki! – wykrzyknął Emmett, ale zaraz dodał spokojniej: – Zawsze podchodziłem do podróży w czasie bardzo poważnie i nie wykorzystywałem ich dla własnej korzyści.
Saturnin zaśmiał się cicho pod nosem i nagle pojawił się znów tuż przy doktorze.
– Czyżby? – zasyczał. – A mnie się wydaje, że jednak nie. W końcu pierwsza twoja podróż w czasie podyktowana była dziecinnym kaprysem, aby zwiedzić przyszłość, której nie dożyjesz. Kiedy zaś utknąłeś w roku 1885, ucieszyłeś się tym, że trafiłeś w czasy Dzikiego Zachodu. – Położył rękę na jego ramieniu i przybliżył się bardziej do jego ucha. – W końcu zawsze chciałeś odwiedzić tę epokę. – Znów okrążył powoli Emmetta, ściągając rękę. – Nie mówiąc już o tym, że przeniosłeś się do 1931, bo chciałeś zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, kto spalił melinę Kida Tannena.
Po chwili znów siedział w fotelu i przyglądał się doktorowi.
– Muszę przyznać, że całkiem nieźle wyszedłeś na swoim małym wynalazku. Nie tylko odwiedziłeś wszystkie te miejsca i epoki, które chciałeś odwiedzić, ale również niejako stałeś się paradoksem. Istniejesz poza czasem. Możesz naprawić każdą pomyłkę, spotkać każdego ze swych idoli… – pochylił brodę o kilka cali, wciąż wpatrując się w rozmówcę, i powiedział nieco niższym głosem: – Przeżyć kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.
– Czyżbyś próbował mi wmówić, że uratowanie Klary było błędem?
– Miała zginąć na dnie wąwozu Clayton, tak jak ty miałeś umrzeć od kul Libijczyków – odparł Saturnin, podnosząc ręce. – Każda zmiana w pierwotnej linii zdarzeń może doprowadzić do nieodwracalnych szkód. Powtarzałeś to wiele razy Marty’emu McFly’owi i razem próbowaliście doprowadzić wszystko do dawnego porządku. A mimo to nie doprowadziłeś do tego, że Klara Clayton zginęła, tak jak jej było pisane od początku. Co więcej – podniósł się z fotela i ciągnął dalej: – byłeś w stanie powrócić ze swoją nową rodziną do dwudziestego wieku i żyć tak, jakby nic się nie stało. Wszyscy twoi znajomi byli tacy, jak ich zostawiłeś. Marty, Jennifer, Biff, a nawet Einstein, nie postarzeli się ani trochę, choć ty miałeś już osiemdziesiąt lat i dwóch synów w wieku szkolnym. Zmieniałeś linię czasową, niszcząc pierwotny bieg wypadków, i wciąż myślisz, że konsekwencje twoich poczynań cię nie dosięgną. Nie tylko nie powinieneś żyć, ale i nie powinieneś nawet mieć rodziny.
– Sądzisz więc – podjął doktor cichym, spokojnym głosem – że Klara i chłopcy są jedną wielką pomyłką, paradoksem, który zakłóca linię czasową. Chcesz, abym to przyznał, ale twoje rozumowanie ma jedną, małą lukę. – Zaczął iść w stronę Saturnina. – Od razu zakładasz, że wszystkie zmiany, które wynikły z naszych podróży w czasie, były złe, jednak ostatecznie nie tylko udawało nam się wszystko naprawić, ale i te nieliczne zmiany w linii czasowej, do których przypadkiem udało nam się doprowadzić, miały dobre skutki. – Zatrzymał się tuż przed mężczyzną w masce, który pozostał niewzruszony. Emmett spojrzał mu w oczy i, mimo że było w nich coś przerażającego, ze spokojem oświadczył: – Nigdy w życiu nie nazwałbym błędem tego, że George McFly postawił się Biffowi, a Marty Junior nie trafił do więzienia. – Zrobił krótką pauzę, po czym dodał wciąż tym samym, spokojnym tonem: – A już na pewno nie uważam za pomyłkę faktu, że uratowałem Klarę znad przepaści. I choćbyś nie wiem co mówił i co mi pokazywał, nigdy nie przyznam, że tak jest w istocie. Nie po niemal dwudziestu latach bycia mężem i ojcem.
Powieki Saturnina zwęziły się, zdradzając, że zmarszczył ukryte za maską brwi. Następnie mężczyzna cofnął się o dwa kroki i podniósł nieco brodę.
Stojąca z boku Adelina uśmiechnęła się lekko, poczuwszy znajome ciepło. Zaraz jednak spoważniała. Nikt tego jednak nie zauważył. Wszyscy za bardzo byli skupieni na leżącym w łóżku mężu, ojcu i przyjacielu; i na tym, aby go wyciągnąć ze stanu śpiączki.
Saturnin przemówił po raz kolejny swoim syczącym głosem:
– Twoje słowa potwierdzają tylko twoją arogancję, doktorze Brown. Myślałeś dotąd, że wszystkie twoje zbrodnie przeciwko pierwotnemu biegowi zdarzeń pozostaną bezkarne.
Doktor Brown już otworzył usta, aby zaprotestować, kiedy nagle…
– Zawsze powtarzałem, że jesteś niebezpiecznym szaleńcem, Brown.
Wicedyrektor Strickland siedział wygodnie w fotelu z rękoma  ułożonymi w piramidkę i przyglądał się doktorowi Brownowi z powagą. Po chwili przewrócił oczami i dodał w bardzo obcesowy sposób:
– Podejrzany typek, który demoralizuje młodzież. Nieobliczalny szaleniec, który siedzi całe dnie w tym swoim garażu i robi jakieś eksperymenty. Czarna owca całego Hill Valley, stanowiąca zagrożenie dla zdrowia i porządku publicznego. Nie do wiary, że przez ten cały czas nikt nie wtrącił cię do więzienia albo oddziału zamkniętego. Być może wtedy nie wymyśliłbyś tej swojej cholernej maszyny.
– Wszystko byłoby o wiele lepsze – odezwał się nagle znajomy doktorowi głos i po chwili ze schodów zszedł Erhardt Brown. Popatrzył na syna i odparł: – gdybyś został prawnikiem tak jak ja.
– Papa? – wyszeptał nieprzytomny doktor Brown.
Pierwszy zareagował Marty, choć nieznacznie. Zrobił tylko mimowolnie krok w tył. Doktorowi śnił się sędzia Brown? Młodzieniec nasłuchiwał, oczekując aż jego przyjaciel powie coś więcej. Pamiętał sędziego z ich podróży do 193 1 i w zależności od tego, jakie będą następnie słowa Emmetta, Marty wywnioskuje, czy sędzia Brown śni się swojemu synowi jako ktoś dobry, czy ktoś zły.
Serce Emmetta zaczęło mocniej bić, a oczy rozszerzyły się. Obawiał się tego, co może usłyszeć.
Sędzia Brown wszedł do salonu i oparł się o kominek.
– Zawsze mówiłem ci, że zajmowanie się nauką to kiepski pomysł. Nie dość, że zmarnowałeś prawie cały nasz majątek, to jeszcze zszargałeś moje nazwisko. Zniszczyłeś wszystko, na co tak ciężko pracowałem od momentu, w którym postawiłem stopę w tym kraju.
Doktor Brown starał się zachować spokój. Pamiętał przecież, że Erhardt ostatecznie zaakceptował wybraną przez syna drogę kariery. Poza tym kiedy Emmett był nastolatkiem, słyszał od ojca różne rzeczy.
Ale Erhardt Brown nigdy wcześniej nie mówił czegoś takiego.
Sędzia przeniósł na moment wzrok z syna na drwa w kominku. A potem nagle w jego dłoni pojawił się młoteczek, podobny do tych, którymi zwykle wymuszał porządek na sali sądowej. Przyglądał mu się, obracając dwa razy w dłoniach, a potem spojrzał na Emmetta.
– Szkoda, że nie miałem więcej dzieci. Może gdybym spłodził drugiego syna, oczyściłby on imię swojej rodziny z hańby, którą ściągnął na nią jego brat. – Wyprostował się i przestał opierać się o kominek. – A może po prostu powinienem spędzać z tobą więcej czasu i być bardziej stanowczym.
– To nie pańska wina, panie sędzio – zwrócił się do niego Strickland, a potem znów popatrzył na doktora. – Starał się pan jak mógł, ale on po prostu odrzucił wpojone mu zasady i wartości. Sam stał się arogancki i nieokrzesany.
– Prawda, prawda. Równie dobrze mógłbym w ogóle nie mieć syna. Nawet wyszedłbym z tym lepiej, bo moja ciężko zarobiona fortuna nie przepadłaby w tak głupi sposób, a Hill Valley nie musiałoby znosić swojej najgorszej zakały. Nie doszłoby też do tych wszystkich zbrodni przeciwko ustalonemu porządkowi świata. – Podniósł wzrok na Emmetta i pełnym pogardy tonem oświadczył: – Niech będzie przeklęty dzień, w którym się narodziłeś.
Doktor Brown zacisnął rękę na strzelbie i przygryzł dolną wargę, jednakże próbował nie reagować na słowa wypowiadane przez ojca. Wiedział, że to wszystko to sen; że prawdziwy Erhardt Brown tak o nim nie myślał. Ale jednak nie zmieniało to faktu, że mężczyzna naprzeciwko miał jego twarz i głos. Poza tym wiele razy Emmett zastanawiał się, czy jego ojciec byłby z niego dumny, widząc wszystko, czego dokonał jego syn. Czy ucieszyłby się, że Emmettowi udało się zbudować wehikuł czasu? Albo że założył rodzinę i spłodził dwóch inteligentnych i zaradnych chłopców? Teraz wyglądało na to, że nie tylko nie czuł dumy, ale wręcz nienawidził swojego jedynego syna.
Doktor Brown widział tę nienawiść w chłodnym spojrzeniu ojca, które zwykle wyrażało złość, oburzenie albo zawód, nigdy jednak tak ognistą nienawiść. Takim spojrzeniem obdarzało się tych, którym życzyło się śmierci w męczarniach. Świdrowało go do głębi i nie było przed nim ucieczki, albowiem nawet kiedy Emmett odwracał wzrok, czuł je na sobie. Wywoływało ono w nim z jednej strony uczucie strachu o to, co sędzia Brown mu powie lub zrobi, a z drugiej – wielki, przytłaczający smutek. Jego własny ojciec przeklął właśnie dzień jego narodzin i stwierdził, że wolałby nie mieć syna. Jakaś część jego świadomości spłodziła myśl, że być może to wszystko jednak było prawdą. Może rzeczywiście wszyscy – włącznie z Marty’m, Klarą i ojcem – go nienawidzili? Może rzeczywiście mówili wszystkie te straszne rzeczy szczerze?
Kiedy podniósł znów wzrok, w salonie stali również inni obywatele Hill Valley – McFly’owie, Stricklandowie, Tannenowie… Klara i chłopcy również tam byli. Wszyscy przyglądali mu się tym samym nienawistnym wzorkiem. Saturnin wystąpił naprzód, a potem pojawił się tuż za doktorem. Po chwili znaleźli się znów w starej chacie, w której zaczął się ten cały koszmar. Byli sami.
Saturnin zasyczał Emmettowi do ucha:
– Boisz się śmierci, prawda, doktorze? – Zaśmiał się cicho i dodał: – Każdy się jej boi. A ty uciekałeś jej tyle razy, że pewnie myślisz o niej częściej niż większość ludzi.
Wtedy doktor Brown poczuł nagłe ukłucie w piersi. A zaraz potem następne o wiele silniejsze, które sprawiło, że instynktownie złapał się za pierś.
Doktor Brown wciąż milczał, ale Marty i tak wiedział, że dzieje się coś złego. Głównie dlatego, że nieprzytomny doktor zmarszczył brwi i zacisnął mocniej pięści. Chłopak od razu pomyślał, że sen, który ma jego przyjaciel, musi dotyczyć jakiegoś zdarzenia z przeszłości. Być może był to sen o pracy w kancelarii pod czujnym okiem sędziego Browna. Zastanawiał się, czy powinien do niego przemówić, czy może pozwolić, aby doktor uporał się z tym samodzielnie. Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, aparat zarejestrował przyśpieszenie bicia serca. Najpierw powoli, miarowo, ale z każdym uderzeniem kreska była coraz wyższa i jakby głośniejsza.

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 4

Minuty są to złoża kruszcu, rozrzutniku

Od razu, kiedy Klara zadzwoniła do niego ze szpitala i poinformowała łamiącym się głosem, że doktor Brown właśnie miał zawał, Marty wziął swój samochód i pojechał na miejsce. Przez całą drogę próbował zachować spokój. Doktor na pewno wyjdzie z tego, tylko będzie musiał na siebie bardziej uważać. Z drugiej strony Marty obawiał się, że ta historia może jednak skończyć się w o wiele bardziej tragiczny sposób; że jego długoletni przyjaciel może umrzeć.
Tak po prawdzie to wiadomość o jego zawale była dla Marty’ego sporym zaskoczeniem. Zaskoczeniem, które uświadomiło mu, że doktor Emmett Brown ma już swoje lata. Chłopak nigdy wcześniej nie myślał o tym, że ten energiczny mężczyzna, który podróżował w czasie, miał dwóch nastoletnich synów i zdobywał się na jakiś wysiłek fizyczny, jeśli wymagała tego sytuacja, jest już starcem. Po prostu doktor nigdy dotąd nie zdradzał oznak starości. Nie miał problemów z pamięcią, ze słuchem ani ze wzrokiem, nie łamało go w krzyżu, nie tracił włosów… Fakt, był siwy i pomarszczony, ale poza tym wydawał się być zawsze w pełni sił. Kiedy jednak Marty jechał wieczorową porą przez ulice Hill Valley i rozmyślał, w zasadzie wszystko zaczynało mieć dla niego sens. Doktor Brown często przesiadywał w garażu i raczej nie miał okazji, aby się poruszać. Miał również mnóstwo powodów do stresu, poczynając od spraw zwyczajnych (jak wychowanie dwóch nastolatków i rachunki), a na nadzwyczajnych (jak postaranie się, żeby nie zginąć z czyjejś ręki kilka dekad przed własnym narodzeniem) skończywszy. Poza tym kto wie, czy przez te dziesięć lat po ślubie z Klarą, nie żywił się głównie mięsem, nabawiając się wysokiego cholesterolu. Zawał był w zasadzie tylko kwestią czasu.
Kiedy Marty dotarł wreszcie na miejsce, okazało się, że na doktorze Brownie przeprowadzany jest właśnie jakiś zabieg (Jules wyjaśnił, że chodziło o angioplastykę wieńcową, która miała na celu udrożnienie i rozszerzenie żył) i wszyscy czworo spędzili więcej jak godzinę na korytarzu, martwiąc się o to, czy zabieg się uda. Potem Emmett został przetransportowany do pokoju szpitalnego, a lekarz poprosił Klarę na stronę.

Po jakimś czasie Marty wkroczył do pokoju szpitalnego, w którym leżał jego przyjaciel, i zobaczył, że był nienaturalnie, wręcz trupio blady. I mokry. Mokry od potu, który pojawił się na jego czole. W jego lewej ręce tkwił cewnik, prowadzący do jakiegoś urządzenia monitorującego. Na twarz Emmetta Browna założono maskę tlenową.
Nagle przekręcił głowę z boku na bok, zdradzając niespokojny sen. Po chwili przyszła Klara.
– Co z doktorem? – zapytał Marty, wchodząc do środka.
Kobieta popatrzyła na chłopka przez dłuższą chwilę, a potem przeniosła wzrok na męża. Usiadła przy doktorze i chwyciła go za rękę, tymczasem Verne oparł się o ścianę, a Jules stanął przy oknie. Wszyscy trzej czekali na jej odpowiedź.
– Lekarz powiedział, że stan Emmetta jest na razie stabilny – zaczęła wyjaśnienia. – Emmett podobno szeptał coś niewyraźnie podczas zabiegu.
– W drodze na izbę przyjęć ojciec uronił też kilka łez, ale nie odzyskał świadomości – wtrącił nagle Jules.
– Musiało mu się przyśnić coś niemiłego – stwierdził krótko Marty.
– Zapytałam, czy długo Emmett pozostanie nieprzytomny – ciągnęła dalej Klara i przeniosła wzrok na męża. – Lekarz twierdzi, że powinien się niedługo obudzić, aczkolwiek Emmett zapadł w bardzo głęboki sen. To niemal śpiączka.
– Śpiączka? – powiedział cicho Marty i popatrzył na doktora.
Wiedział, choćby z telewizji, że ludzie w śpiączce mogli się nie budzić przez miesiące, a nawet lata. Myśl o tym sprawiła, że poczuł jak robi mu się niedobrze. Doktor Brown – wynalazca i naukowiec, w którego głowie mieściły się niezliczone liczby, fakty, abstrakty i Bóg wie, co jeszcze – miałby zostać zredukowany do człowieka pogrążonego w śpiączce i być może przeżyć resztę życia w odcięciu od realnego świata? To nie mogło się tak skończyć. Nie jemu. Nie doktorowi.
Ale spokojnie. Lekarz powiedział, że to niemal śpiączka. Czy to „niemal” mogło oznaczać, że zagrożenie jest mniejsze? Że doktor Brown lada chwila się wybudzi?
Zaraz ponure przemyślenia Marty’ego przerwał głos drobnej, rudej pielęgniarki, która właśnie stanęła w drzwiach i oznajmiła:
– Przepraszam, przyszłam sprawdzić stan pacjenta.
Wkroczyła do środka, a Klara natychmiast wstała i zeszła na bok. Przez chwilę wszyscy czworo przyglądali się jak pielęgniarka najpierw sprawdza Emmettowi puls, a następnie zerka na monitor tajemniczego przyrządu. Miała jaspisowe oczy i jasną, okrągłą twarz. Marty zerknął przypadkiem na jej identyfikator, ale zamiast pełnego nazwiska, tkwiło tam tylko imię tajemniczej pielęgniarki – Adelina.
Nie przypominał sobie, aby widział ją kiedykolwiek wcześniej. Być może miał prawo nie znać wszystkich ludzi w Hill Valley, jednak mimo wszystko było w niej coś obcego. Niekoniecznie groźnego, po prostu… innego.
Cała procedura zabrała jej kilka sekund. Potem Adelina pochyliła się na moment nad pacjentem, a następnie przeniosła wzrok na wciąż stojącą obok Klarę, uśmiechając się delikatnie.
– Proszę się nie martwić, pani Brown. Technicznie rzecz biorąc, wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc pani mąż może się niebawem obudzić.
– Kiedy mniej więcej może to nastąpić? – spytał Marty.
Pielęgniarka nagle wyprostowała się i spojrzała na niego, poważniejąc.
– Trudno powiedzieć. Ale choćby nie wiem co, nie powinniście go opuszczać. Mówcie do niego, trzymajcie go za rękę, róbcie cokolwiek, byle byście przy nim czuwali. Musi czuć wasze wsparcie.
– Nigdzie się nie wybieramy – odparł Verne z poważną miną, zdradzającą determinację.
– Wiem. Właśnie dlatego jestem dobrej myśli. – Adelina znów się uśmiechnęła i skierowała w stronę drzwi. – Jeszcze tutaj zajrzę.
Wyszła, zostawiając ich samych. Wszyscy czworo przenieśli wzrok z drzwi na nieprzytomnego doktora Browna. Klara znów usiadła przy mężu i chwyciła go za rękę.
Emmett czuł jak strzelba zaczyna mu ciążyć, przyczyniając się do bólu ramion. Zaczął żałować, że zdecydował się na tak długą lufę. Tymczasem Saturnin przybliżył się do jego twarzy i szepnął do ucha:
– Są rodziny, których członków powinno się albo z miejsca zastrzelić, albo wykastrować. Pomyśl jak dobrze byłoby się pozbyć Tannenów raz na zawsze. Nie musieć użerać się z Kidem, Biffem, Griffem, czy kim tam jeszcze. Wystarczy, że pociągniesz za spust i załatwisz pierwszego Tannena w mieście, a Hill Valley uwolni się wreszcie od swojego największego wrzodu.
Doktor Brown stał nieruchomo, choć czuł przemożną potrzebę, aby coś zrobić. Zarówno Saturnin, jak i Buford oczekiwali od niego jakiegoś czynu. On zaś był sparaliżowany. Nie wiedział, co powinien zrobić. To znaczy – wiedział doskonale. Wiedział, że nie powinien strzelać. Gdyby teraz zabił Wściekłego Psa, prawdopodobnie George McFly nie miałby komu się przeciwstawić i nigdy nie zostałby dobrze prosperującym pisarzem.
Jesteś mi winien pieniądze, kowalu.
A to czemu?
Mój koń zgubił podkowę. Tyś go podkuł, czyli to twoja wina.
Nie zapłaciłeś mi, więc jesteśmy kwita.
Nie! Kiedy koń zgubił podkowę, upadłem na ziemię i stłukłem butelkę porządnej wódy z Kentucky. Należy mi się pięć dolców za whiskey i siedemdziesiąt pięć za konia…
Z drugiej strony zbyt dobrze pamiętał wszystko, co zrobił Buford Tannen. Poczynając od tego, że nie zapłacił jemu – Emmettowi – za podkucie konia, a na tym, że na jego oczach zastrzelił jego najlepszego przyjaciela, skończywszy. Poza tym wciąż pamiętał stwierdzenie Klary, że Buford jest lepszym mężczyzną od niego. I choć nie chciał wierzyć, że żona go zdradzała, jakaś część jego brała taką możliwość pod uwagę. Gdyby rzeczywiście tak było, czy pociągnąłby za spust jak jakiś oszalały z zazdrości mąż? Przez to wszystko nie wiedział, co powinien zrobić.
– Nie strzelisz, kowalu – powiedział nagle Buford Tannen, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Nigdy w życiu nie zastrzeliłeś człowieka.
To prawda. Nawet kiedy zadomowił się w roku 1885, nie strzelał do nikogo. Co najwyżej miał na muszce, jak w tej chwili, ale tylko po to, aby wymusić posłuch. Najgorsze było to, że gdyby Wściekły Pies był na jego miejscu, nie wahałby się zabić. Zabijał przed i po przybyciu Emmetta do 1885. Młodych, starych, kobiety, mężczyzn, być może nawet dzieci; białych, czarnych, żółtych, Indian… Nie miał szacunku dla ludzkiego życia. To była dla niego zabawa. Właśnie dlatego był gorszy od Biffa. Biff przynajmniej działał w granicach prawa.
Doktor Brown czuł jak wzbiera w nim złość. Może rzeczywiście lepiej było go z miejsca zastrzelić? To byłoby takie łatwe… Pociągnąć za spust i go zabić bez mrugnięcia okiem. Tak jak on zabijał. To byłaby dla niego idealna kara za całe cierpienie, które spowodował.
Zaraz się jednak otrząsnął. Nie, nie powinien tak myśleć. Był naukowcem. Powinien kierować się rozumem. Niezależnie od tego, co czuł wewnątrz, nie mógł być sędzią ani katem.
– Wynoś się stąd, Tannen – powiedział cichym, chłodnym tonem i opuścił strzelbę. – Znikaj mi z oczu.
Wściekły Pies prychnął śmiechem.
– Typowe. Nie masz jaj, kowalu, aby mnie wykończyć.
– Wynoś się stąd – powtórzył doktor.
– Hm… – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Saturnin. – Widzę, doktorze, że potrzebujesz odpowiedniej zachęty.
Pstryknął palcami. Przez chwilę trwała śmiertelna cisza, a potem…
– Ojcze! Ojcze, przyniosłem drwa na opał!
Emmett wytrzeszczył oczy. Ten głos… Brzmiał zupełnie jak… Ale skąd…?
Niebawem z lasu wyszedł nie kto inny, tylko jego starszy syn, Jules, niosący w rękach chrust. Na widok ojca i Wściekłego Psa, natychmiast się zatrzymał i mimowolnie upuścił chrust na ziemię. Bandyta uśmiechnął się i szybko wyciągnął z kabury rewolwer, celując prosto w chłopaka. Następnie przeniósł wzrok na doktora Browna.
– To zdaje się, twój bachor, co, kowalu?
– I co teraz, doktorze? – spytał Saturnin. – Nadal nie chcesz go zabić?
– Liczę do dziesięciu, kowalu. Potem albo ty zastrzelisz mnie, albo ja twojego syna. Tak więc raz…
Urządzenie rejestrujące pracę serca zaczęło nagle gwałtownie skakać. Wszyscy zgromadzeni w pokoju natychmiast drgnęli, a Klara nawet podniosła się z miejsca. Stojący najbliżej drzwi Verne wybiegł na korytarz i zawołał:
– Siostro, siostro! Z tatą coś się dzieje!
Przez moment nikogo nie było, ale potem jakiś lekarz pojawił się na końcu korytarza i przybiegł na wezwanie chłopca. Podszedł do łóżka doktora Browna i przez chwilę przyglądał się wszystkim urządzeniom, aby szybko ocenić sytuację. Kiedy w drzwiach stanęła znajoma im ruda pielęgniarka, kazał jej przygotować jakieś leki. Ona przytaknęła i wybiegła.
Emmett znowu odczuł wzbierający w nim paraliż. Z jednej strony jeśli zastrzeliłby Buforda Tannena, zagroziłby linii czasu i wpłynął ujemnie na przyszłe wydarzenia.
– Dwa…
Z drugiej strony jeśli nic nie zrobi, to Julesowi coś się stanie.
– Trzy…
Popatrzył na syna. Był przerażony i przyglądał mu się w napięciu, oczekując na to, co zrobi jego ojciec.
– Cztery…
Obowiązkiem Emmetta, jako rodzica, była ochrona swoich dzieci przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem, ale do jego obowiązków, jako naukowca, należało również dbanie o to, aby zapobiec wszelkim szkodom dla ciągłości zdarzeń, jakie wynikłyby z jego podróży w czasie.
– Pięć…
Nie był mordercą. Był naukowcem. Nie potrafił zabić człowieka z zimną krwią.
– Chwila… co jest po pięć? – zawahał się na moment Wściekły Pies.
– Sześć – podpowiedział mu Saturnin.
– Właśnie! Sześć…
Musiał być jakiś sposób na to, aby wyjść z tej sytuacji. Jakiś sposób, aby powstrzymać Buforda, nie zabijając go.
– Siedem…
– Ojcze… – jęknął Jules. Jego oczy zaszkliły się od łez, które spłynęły mu po policzkach.
– Osiem…
– Nie martw się, Jules. Wszystko będzie dobrze. – Emmett uśmiechnął się delikatnie do syna, chcąc go uspokoić.
– Dziewięć… – Twarz Buforda Tannena również rozpromienił uśmiech, ale był to uśmiech złośliwy.
Teraz już tylko sekundy dzieliły go od naciśnięcia spustu. Doktor Brown musiał szybko podjąć decyzję. Niewiele myśląc, znów wycelował lufę we Wściekłego Psa, zamknął oczy…
– Dziesięć!
…i strzelił. Najpierw usłyszał przeciągły wrzask, a potem powoli otworzył znów oczy. Buford Tannen trzymał się za krwawiące obficie ramię, w którym niedawno trzymał rewolwer, i przyglądał się z mieszanką niedowierzania i pogardy Emmettowi. Zrobił dwa chwiejne kroki w tył, a potem odwrócił się szybko i pobiegł w stronę lasu, pozostawiając czerwoną strugę na zielonej trawie.
Po chwili doktor Brown rozejrzał się dookoła. Byli tam tylko on i Jules, który kucnął i zaczął zbierać upuszczony wcześniej chrust. Emmett usiadł na pobliskim kamieniu, a strzelbę położył na kolanach. Nadal czuł przypływ adrenaliny po tym co się stało. Musiał się uspokoić. Pozbierać rozbiegane myśli.
Lekarz już miał zaaplikować leki, kiedy nagle zapis na aparacie się ustabilizował. Medyk i pielęgniarka przyglądali się temu w milczeniu. Dopiero po krótkiej chwili mężczyzna zdecydował się na przerwanie ciszy:
– Nie do wiary…
– Co się stało? – spytała Klara, a on spojrzał na nią.
– Wygląda na to, że pani mąż się tylko zdenerwował. To się czasem zdarza w trakcie snu. W każdym razie już się uspokoił i wszystko wróciło do normy. Siostro – zwrócił się do Adeliny. – Proszę zapisać wyniki i informować mnie o stanie pacjenta.
– Tak jest, doktorze.
Właśnie postrzelił człowieka. Z jednej strony wiedział, że ranienie go było w jego sytuacji idealnym kompromisem pomiędzy nierobieniem niczego (i pozwoleniem na to, aby Buford skrzywdził Julesa) a zabiciem go. Z drugiej strony czuł się winny – kto wie, czy Tannen znajdzie lekarza, który będzie chętny go opatrzyć. Emmett rozważał przez chwilę, czy za nim nie iść i nie udzielić mu pierwszej pomocy, ale pomyślał, że bandyta i tak jej nie przyjmie. Był zbyt dumny, poza tym mógł podejrzewać jakiś podstęp. Zresztą, zapewne nie raz strzelano do niego, więc być może miał już jakieś doświadczenie z ranami tego typu.
Działo się tutaj coś dziwnego, coś, czego Emmett Brown nie pojmował. Dlaczego obudził się w swojej starej chacie? Co się stało z Einsteinem? Dlaczego spotkał tego dziwnego człowieka, Saturnina? Dlaczego Marty i Klara byli dla niego tacy okrutni? W jaki sposób Saturnin przenosił go z jednego czasu i miejsca w drugie? W jaki sposób sprawiał, że działy się te wszystkie rzeczy? Kim on był?
Emmett nie był w stanie znaleźć innego wytłumaczenia tych wszystkich wydarzeń, jak tylko to, że był to sen. Bardzo długi, straszny sen. Tak naprawdę wiedział to od samego początku, tylko dał się zaczarować temu, co pokazywała mu jego świadomość. Ale dlaczego jego świadomość pokazywała mu te wszystkie rzeczy? Przecież nie wątpił w miłość Klary ani w przyjaźń Marty’ego. Nie wątpił również w to, że jest ojcem Julesa i Verne’a. Wszystko było dobrze w jego życiu, prawda? Może nie do końca różowo, ale nieźle. Więc dlaczego śniło mu się coś takiego? Przecież te wizje da się jakoś psychologicznie wyjaśnić.
Spojrzał na syna, który ani na moment nie przerwał pracy. On też prawdopodobnie był tylko złudzeniem. Prawdziwy Jules znajdował się teraz zupełnie gdzieindziej, to samo Verne, Klara, Marty i reszta Hill Valley. On – Emmett Brown – też był w innym miejscu. Leżał w jakimś łóżku, być może swoim własnym, być może szpitalnym. I musiał się obudzić. Im dłużej spał, tym dłuższy był ten koszmar. Ale jak mógł się obudzić? Jak mógł się zmusić do powrotu do rzeczywistości?
Zamknął oczy, dotknął skroni i zaczął je delikatnie masować.
– Skup się, Emmett. No dalej, obudź się…
– Ojcze, może pójdziemy już do domu? – Głos Julesa przerwał jego szepty do samego siebie.
Emmett postawił strzelbę pionowo, spojrzał na niego i zastanowił się przez chwilę. Miał iść do chaty? Kto wie, co go tam czeka… Ale równie dobrze coś złego mogło go spotkać również w lesie. W tym dziwnym śnie wszyscy go ranili. Istniała szansa, że jeśli pójdzie z Julesem, jego syn na pewno powie albo zrobi coś, co sprawi mu ból.
– Ojcze, matka czeka na nas z obiadem – odezwał się znów Jules, po czym włożył chrust pod pachę, złapał Emmetta za rękę i pociągnął.
Doktor Brown mimowolnie wstał na równe nogi. Jules zaczął go prowadzić w stronę chaty, ale Emmett zaraz stawił opór, nie ruszając się z miejsca. Jego syn natychmiast się zatrzymał i spojrzał na niego ze zdumieniem.
– Jules… – powiedział Emmett i popatrzył na Julesa ze smutkiem.
Kiedy tylko chłopak usłyszał swoje imię z ust nieprzytomnego ojca, odszedł od okna i ukląkł przy jego łóżku. Verne i Marty również podeszli bliżej, a Klara pochyliła się nad mężem. Jedynie pielęgniarka stała z boku i przyglądała się całej scenie. Wszyscy czworo oczekiwali na to, aż Emmett Brown powie coś jeszcze. I zaraz po pierwszym słowie, wyszeptał kolejne:
– Ja chcę się obudzić.
Jules uśmiechnął się lekko, ale zaraz poczuł jak łzy nabiegają mu do oczu. Natychmiast zamrugał, aby je odegnać i chwycił oburącz wolną rękę Emmetta.
– Ojcze…
– …my też tego chcemy – powiedział stojący przed doktorem Brownem Jules.
Ale mężczyzna miał wrażenie jakby Jules znajdował się gdzieś obok niego albo nad nim, i szeptał mu te słowa do ucha. Dlatego się zdziwił. Czyżby właśnie usłyszał dźwięki dochodzące ze świata realnego? Czy to oznaczało, że był już bliski wybudzenia? Uśmiechnął się do siebie. Jest nadzieja…
– Nie tak szybko, doktorze!
Krajobraz znów zaczął się zmieniać. Las zniknął, a wraz z nim chata i Jules. Tym razem doktor Brown stał w salonie swojego domu sprzed pożaru, a Saturnin opierał się o kominek i oglądał wiszące nad nim portrety.