[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 3

 

Mówi Teraz: „Oto jestem Przedtem…”

– Po co tu jesteśmy? – spytał doktor, spoglądając na Saturnina.
Emmett Brown z przeszłości zapukał właśnie do drzwi i oznajmił swoje przybycie:
– To ja, Emmett.
– Czemu mi to pokazujesz? – zapytał znów doktor Brown z przyszłości, tym razem przez zęby. Saturnin jednak nie zwracał na niego uwagi.
Po chwili Klara otworzyła drzwi i przywitała gościa szerokim uśmiechem. Stanęła z boku, otwierając drzwi w zapraszającym geście.
– Nie wejdziesz? – powiedziała, wciąż się uśmiechając. Stojący przed nią mężczyzna zaś pozostał poważny.
– Raczej nie – odparł cicho i wydał z siebie westchnienie.
Klara rzuciła krótkie spojrzenie na to, co było za nim, zapewne szukając Marty’ego, ale zaraz znów popatrzyła na ukochanego. Nawet patrząc na tę scenę z boku, Emmett czuł smutek na widok jej uśmiechu, kiedy spytała:
– Co się stało?
Stojący przed nią doktor Brown przez chwilę nic nie mówił, ale potem przemówił:
– Przyszedłem się pożegnać.

– Pożegnać? – zdziwiła się, jej wciąż promieniejąc, ale już nie tak bardzo. – Dokąd idziesz?
– Daleko. Obawiam się, że już się nie zobaczymy.
W tym momencie jej uśmiech zrzedł.
– Emmett…
Doktor Brown poczuł jak robi mu się słabo. Pamiętał aż nazbyt dobrze, co się stało potem.
– Klaro… – Jego odpowiednik z przeszłości zrobił krok do przodu. – Jesteś mi bardzo droga, ale moje miejsce jest gdzie indziej. Muszę tam wrócić.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Dokąd? – spytała po kilku sekundach milczenia.
– Tego nie mogę powiedzieć.
Kolejna chwila milczenia. Klara spuściła wzrok.
– Nieważne. – Znów na niego spojrzała. – Zabierz mnie ze sobą.
– Klaro, nie mogę. Żałuję, ale tak jest. Nigdy cię nie zapomnę. Kocham cię.
– Nie rozumiem, co to ma znaczyć.
– Nie mogłabyś tego pojąć.
– Powiedz. – Jej ton zrobił się nagle bardziej stanowczy. – Muszę znać prawdę. Kochasz mnie, więc powiedz prawdę.
Emmett widział jak jego młodszy odpowiednik dokonuje w ciągu kilku sekund operacji myślnej i podejmuje decyzję. Decyzję, która będzie go kosztować wiele bólu.
– Dobrze. – Wyprostował się. – Ja jestem z przyszłości.
Na razie Klara tylko podniosła brew i słuchała.
– Przybyłem tu w wehikule czasu, który wynalazłem, a jutro wracam do roku 1985.
Wyglądało na to, że miała trudności ze zrozumieniem – a co najważniejsze – z uwierzeniem w to, co przed chwilą usłyszała.
– Oczywiście – wyszeptała, a kąciki jej ust podniosły się nieznacznie. – Rozumiem.
Moment ciszy i znów się uśmiechnęła, ale nagle jej uśmiech zmienił się we wściekły grymas. Wyszła na zewnątrz, zmuszając Emmetta do cofnięcia się. Stojący z boku starszy doktor Brown wstrzymał oddech i zamknął oczy.
– Wiesz, że czytuję Verne’a i chciałeś mnie wykorzystać!
Usłyszał plasknięcie, kiedy wymierzyła mu policzek.
– Różne bajdy w życiu słyszałam, ale myśl, że miałabym uwierzyć w coś takiego jest czystą obelgą!
Otworzył oczy. Klara weszła z powrotem do chaty i stanęła w drzwiach.
– A wystarczyłoby powiedzieć – zaczęła ciszej – „Nie kocham cię i nie chcę cię więcej widzieć.” Przynajmniej okazałabyś mi szacunek!
Trzasnęła drzwiami. Emmett wciąż stał na ganku jak wryty. Dopiero po kilku sekundach przemówił:
– Ale to by było kłamstwo!
Powoli odwrócił się i przeszedł wzdłuż ganku. Wyjął z kieszeni fioletowe kwiatki, która Klara dała mu dzień po festynie, i położył je ostrożnie na pobliskim parapecie. Następnie skierował się w stronę miasta. Emmett-obserwator z bólem w sercu wodził wzrokiem za samym sobą. Niebawem zawędruje do baru, zamówi najmocniejszą whiskey i przez całą noc będzie rozmyślał o swojej straconej miłości, a potem w akcie apatii zacznie opowiadać siedzącym tam ludziom o przyszłości.
– Wiesz jak mówią, doktorze – odezwał się Saturnin. – „Szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli.” Powiedziałeś prawdę, ale uznana została za kłamstwo.
– Była… – doktor Brown odwrócił się w jego stronę – zbyt nieprawdopodobna, aby brzmiała jak prawda. Kto o zdrowych zmysłach uwierzyłby w podróże w czasie bez zapoznania się z dowodami?
– Powiedz szczerze, doktorze – zasyczał, zbliżywszy się do jego ucha. – Żałowałeś, że zbudowałeś tę maszynę. Nie z powodu Biffa Tannena, który zmienił przyszłość na swoją korzyść. Nie dlatego, że Marty o mało co nie doprowadził do tego, że jego rodzice się w sobie nie zakochali. – Prychnął śmiechem. – Nawet nie dlatego, że utknąłeś w 1885. Nie, ty żałowałeś, że uratowałeś tę niewdzięczną sukę przed upadkiem do wąwozu Clayton.
Doktor Brown natychmiast zareagował, chwytając Saturnina za kołnierz. Nagle przypomniał sobie, że wciąż trzyma w ręku strzelbę, więc wycelował jej lufę w twarz mężczyzny.
– Nigdy więcej nie nazywaj tak mojej żony – zagroził.
– Nie mów mi, że ta myśl nie przeszła ci wtedy przez głowę. Nie mów mi, że choć przez krótką chwilę, przez jedną, małą sekundę nie przeklinałeś jej za to, że złamała ci serce.
Doktor Brown milczał i spuścił wzrok, przypominając sobie zajście w saloonie. Czy przeklinał Klarę? Ubolewał nad tym, co się stało. Rozpaczał, że stracił bratnią duszę, kobietę, z którą nie tylko mógł rozmawiać o Vernie i o nauce, ale która również dawała mu szczęście. Co prawda, i tak miał ją opuścić – jego miejsce było w dwudziestym, a jej w dziewiętnastym wieku. Chociaż jego serce chciało pozostać w przeszłości, jego umysł kazał mu powrócić do przyszłości i zostawić Klarę za sobą. Jednak to, że rozstali się właśnie w taki sposób, sprawiło, że odjazd był jeszcze boleśniejszy.
Ale czy pomyślał źle o Klarze, kiedy stał z literatką whiskey w ręce?
– Przyznaj się, doktorze – odezwał się znów Saturnin. – Przyznaj się, że przynajmniej przez moment nienawidziłeś Klarę całym swoim sercem.
Emmett puścił kołnierz Saturnina, spuścił wzrok i zrobił dwa kroki w tył. Nie, nie nienawidził jej. A może? Był zdolny nienawidzić kobietę, którą kochał? Która odmieniła jego życie?
– Powiedz: jak ją nazwałeś? – zasyczał Saturnin. – Suka? Dziwka? A może zołza?
– Nijak jej nie nazwałem! – wykrzyknął doktor i popatrzył na niego z wyrazem zdeterminowania w oczach. – Nieważne, co wtedy myślałem. To, jak Klara zareagowała, kiedy wyjawiłem jej prawdę i to, że potem z tego powodu przesiedziałem całą noc w saloonie, jest nieważne. A wiesz dlaczego? – Zbliżył się do Saturnina, wskazał palcem dom Klary i odpowiedział ściszonym głosem: – Bo ta kobieta była gotowa wspiąć się dla mnie na pędzący pociąg, ryzykując złamanie karku. Jedna chwila nie przekreśla faktu, że ja i Klara tworzymy szczęśliwy związek małżeński.
– Dla kogo niby jest on szczęśliwy?
Doktor Brown zamarł na dźwięk głosu Klary. Powoli odwrócił się i ujrzał ją, stojącą w tej samej niebieskiej sukience, w której wcześniej przywitała jego młodszy odpowiednik. Nadal wyglądała na wściekłą. Pamiętając swoje wcześniejsze spotkanie z Marty’m, Emmett poczuł jak robi mu się ciężko na sercu. Klara podeszła do niego i chłodnym głosem powiedziała:
– Wiesz jak to jest zmarnować sobie życie z kimś takim jak ty? Kimś, kto spędza całe dnie w garażu i robi bezużyteczne wynalazki i nie raczy zwrócić uwagi na potrzeby swojej żony? Faktem jest, Emmetcie Lathorpie Brown, że kochasz naukę bardziej ode mnie.
– To nieprawda, przecież wiesz… – chciał się bronić Emmett.
– Zanim cię poznałam, byłam nauczycielką. Byłam wykształcona i coś znaczyłam. Teraz jestem żoną i kurą domową.
– Przecież pracujesz w szkole podstawowej Hill Valley – odparł Emmett. – Poza tym ja cię doceniam, kochanie…
– Wielka mi rzecz, że ty mnie doceniasz! – krzyknęła. – Co mi po tym, że ty mnie doceniasz, kiedy całe miasto się z nas śmieje? A do tego – zniżyła głos i spojrzała mężowi w oczy – dość kiepski z ciebie mężczyzna.
Wytrzeszczył oczy.
– Co masz na myśli? – zapytał.
– To, że nie potrafisz sprostać obowiązkowi małżeńskiemu.
– Ośmielę się nie zgodzić – oświadczył, wyprostowawszy się. – Spłodziłem dwóch synów.
– A skąd wiesz, że Jules i Verne to twoi synowie? – spytała, uśmiechając się złośliwie.
W pierwszej chwili oniemiał. Klara uśmiechnęła się jeszcze szerzej i ciągnęła dalej:
– Jak myślisz, co robiłam w mieście, kiedy ty siedziałeś w naszej chacie i tworzyłeś kolejne bezużyteczne wynalazki? Kupowałam marchewki? Wymieniałam się plotkami z miejscowymi przekupkami? Oglądałam sukienki u krawca? Ha! – Zaśmiała się szyderczo, po czym spojrzała znów poważnie na męża. – Musiałam poszukać sobie lepszego mężczyzny. Mężczyzny, który potrafiłby sprostać moim wymaganiom. A któż nadawałby się lepiej niż Buford Tannen?
Doktor Brown aż zachwiał się. Poczuł jak coś kłuje go w serce. To nie mogła być prawda. Klara by mu tego nie zrobiła. Zwłaszcza nie z Bufordem Tannenem. A może się mylił? Może rzeczywiście poświęcał jej zbyt mało czasu i nie znał jej tak dobrze jak mu się wydawało?
Zaraz jednak przypomniał sobie wyraz szczerej troski na twarzy Klary, kiedy miał zawał. Przypomniał sobie jak go pocieszała, jak mówiła, że wszystko będzie dobrze, jak go zrugała za to, że zaczął się z nimi żegnać. Gdyby rzeczywiście myślała o nim wszystkie te straszne rzeczy, czy robiłaby wszystko, aby mógł przetrzymać zawał? Poza tym – Jules i Verne mieli zbyt wiele jego cech, aby mogli nie być jego synami. Jules odziedziczył jego inteligencję i niektóre zachowania, a Verne – jasne włosy i oczy.
– Kobiety to wyśmienite aktorki – przemówił Saturnin. – Potrafią udać wszystko. Ból głowy, płacz, troskę, miłość
– Ale nie Klara – przerwał mu Emmett i przeniósł wzrok na kobietę stojącą przed nim: – Nie wiem kim jesteś, ale na pewno nie moją żoną.
Wydała z siebie głośny, szyderczy śmiech i, skierowawszy się do swojego domu, odparła:
– Śnij dalej! A ja przyprawię ci jeszcze większe rogi.
Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, Emmett znów znalazł się w innym miejscu. Tym razem stał samotnie w lesie, kilka metrów od chaty, w której się obudził. Nagle ktoś przytknął mu do gardła nóż, a drugą ręką założył mu na szyi chwyt. Zaraz potem doktor Brown poczuł na karku czyjś śmierdzący oddech.
– Och, jak ja długo czekałem na ten dzień… – szepnął mu do ucha Biff Tannen. – Rzuć broń, Brown.
Przez chwilę Emmett Brown stał oniemiały, nie wiedząc co powinien zrobić. Próbował przypomnieć sobie jakiś ruch, który umożliwiłby mu wyplątanie się z tej sytuacji, ale miał pustkę w głowie. Słyszał w uszach walenie swojego serca. Już kiedyś był w podobnej sytuacji. Nie pierwszy raz jakiś Tannen chciał go zabić.
– No dalej! – ponaglił go Biff, zbliżając ostrze jeszcze bardziej do jego skóry. – Rzucaj!
Bez słowa Emmett wykonał polecenie. Biff kopnął strzelbę odrzucając ją o jakiś metr.
– Czego chcesz, Biff? – spytał doktor, ledwie ukrywając jęk.
– Zniszczyłeś mi życie – odezwał się Biff. – Przez ciebie jestem przydupasem George’a McFly’a.
Skąd wiedział? Fakt, widział jak Delorean przeniósł się w przyszłość, a nawet próbował użyć go do własnych celów, ale skąd Biff dowiedział się, że podróż Marty’ego w czasie pośrednio wpłynęła na jego losy?
– Mogłem być kimś sławnym i bogatym. Kimś… ważnym. Ale nie – ciągnął dalej Biff. – Ty musiałeś wynaleźć tę swoją maszynkę i sprawić, że jestem nikim.
Emmett postanowił grać na zwłokę zanim nie wymyśli jakiegoś dobrego sposobu na ucieczkę. Musiał być tylko ostrożny. Tannenowie łatwo wpadali w złość.
– Nie byłbyś nikim ważnym, uwierz mi – odpowiedział po chwili. – Zajmowałbyś się jakąś papierkową robotą, którą i tak odwalałby za ciebie George McFly.
– Ale to i tak byłoby lepsze niż woskowanie temu mięczakowi wozu i bycie na usługi jego rozpieszczonej rodzinki. To ty mnie na to skazałeś. Ty i przeklęty gówniarz McFly’a. Co powiesz na to, doktorze?
Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że dłoń, w której Biff trzymał nóż, oddaliła się od jego szyi o kilka cali. Pomyślał, że najlepszym sposobem, aby się uwolnić będzie stara, dobra dywersja.
– Ale dziwny ptak jest na tamtej gałęzi – powiedział i wskazał wciąż drżącą ręką na drzewo przed sobą.
Zadziałało. Biff natychmiast podniósł wzrok, a Emmett skorzystał z okazji i wbił łokieć w jego brzuch. Zdezorientowany napastnik wypuścił go ze swojego uścisku. Doktor Brown szybko podbiegł do swojej strzelby i podniósł ją z ziemi, podczas gdy wściekły Biff chwycił nóż tak, aby ostrze skierowane było na dół i rzucił się z nim na doktora. Już z bronią w rękach, Emmett zrobił kilka kroków w tył i wystrzelił jedną kulę tuż obok ucha Tannena, który natychmiast oprzytomniał i zatrzymał się. Emmett wycelował długą lufę strzelby w jego mostek, a Biff od razu rzucił nóż na ziemię i podniósł ręce do góry.
Przez chwilę stali tak w milczeniu. Teraz to doktor Brown miał Biffa w garści.
– Pozwól, że ci coś wyjaśnię, Biff – odezwał się w końcu. – Tak naprawdę wkład Marty’ego w to, kim się stałeś, był niewielki. Racja, przeniósł się do 1955 i przypadkiem doprowadził do pewnych nieprzyjemnych sytuacji, ale ostatecznie to ty sam jesteś sobie winien.
– Że co niby?! – oburzył się Biff i już postawił krok do przodu, jakby chciał coś zrobić, ale zaraz przypomniał sobie o strzelbie i cofną się. Dodał tylko chłodno: – O co ci chodzi, Brown?
Przez moment Emmett zastanawiał się, czy robi dobrze, mówiąc mu te rzeczy, ale skoro wokoło nie było żadnego wehikułu czasu, którym Biff mógłby przenieść się do 1955, aby ostrzec samego siebie, doktor Brown doszedł do wniosku, że nie miał się czego obawiać. Z drugiej strony w tym dziwnym świecie wszystko mogło się zdarzyć, więc może lepiej było zachować ostrożność. Jednocześnie doktor Brown czuł nagle przemożną chęć powiedzenia Biffowi wszystkiego, co myślał o nim i o wszystkich Tannenach.
– Tak jak większość licealnych samców alfa wykorzystywałeś ludzi umysłowo zdolniejszych od siebie, aby wykonywali za ciebie pracę domową – powiedział w końcu. – Gdybyś włożył w naukę trochę pracy, być może nie potrzebowałbyś George’a McFly’a.
– Sugerujesz, że jestem głupi?
– Jesteś głupi i bezgranicznie samolubny, Biff. To choroba, która łączy ze sobą wszystkie pokolenia Tannenów. Wiem, co mówię. Spotkałem kilku z was, łącznie z twoim ojcem, Irvingiem „Kidem” i pierwszym członkiem twojej rodziny w Hill Valley, Bufordem „Wściekłym Psem” Tannenem. Każdy z nich brał co chciał i nie przejmował się innymi.
– Świat to dżungla, Brown – odparł Biff, uśmiechając się rubasznie. – Zjedz albo sam zostaniesz zjedzony. Trzeba dbać o swoje interesy.
Przed oczami Emmetta stanęło tamto Hill Valley, które stało się udziałem Biffa z 2015 roku. Mroczne, drapieżne i pogrążone w chaosie. Hill Valley, w którym ojciec Marty’ego został zabity, a matka zmuszona do poślubienia Biffa; szkołę spalono, ulice pełne były złodziejaszków i śmieci, a jego – Emmetta Browna – zamknięto w zakładzie dla obłąkanych. A Biff Tannen triumfował. Miał własne kasyno i muzeum, trząsł miastem i żył w luksusie. Doktor Brown poczuł jak wzbiera w nim złość.
– Wy, Tannenowie, uważacie, że wszystko wam się należy. Że wszyscy dookoła powinni wam się podporządkować. A kiedy zdarzy wam się wypadek drogowy, to ktoś inny jest zawsze winny. Otóż jesteście w błędzie. Nic wam się nie należy, Biff.
– A niby dlaczego nie? – prychnął śmiechem. – Wszystko zależy od tego, czy mam możliwość po to sięgnąć. I czy jestem dość silny i twardy, by to wyegzekwować. Oczywiście, prawo ogranicza znacznie działanie, ale hej! Przy odrobinie pomyślunku można je przeciągnąć na swoją stronę. I powiem ci jeszcze jedno, Brown: Lorriane powinna wyjść za mnie, a nie za McFly’a. Ja jestem prawdziwym mężczyzną.
– A mimo to McFly nieźle ci przyłożył na tamtej potańcówce i teraz jest twoim szefem. – Tym razem to Emmett się uśmiechnął.
Szybko jednak spoważniał. Przemknął mu przed oczami obraz Marty’ego klęczącego przed nagrobkiem ojca w alternatywnej rzeczywistości i krzyczącego: „Nie, to się nie dzieje naprawdę”. Przypomniał sobie jak bardzo chłopak był wzburzony tym, jak alternatywny Biff traktował swoją żonę. A potem przypomniał sobie jak podczas festynu Wściekły Pies praktycznie zmusił Klarę, aby z nim zatańczyła.
– Gdybyś poślubił Lorraine, nie byłbyś jej nawet wierny. Nie szanowałbyś jej.
– Kobieta nie jest po to, aby ją szanować, tylko, aby prała, sprzątała i cieszyła oko. Tylko idioci tacy, jak McFly i ty, dają sobie włazić na głowę głupim babom.
– Różnica między tobą a George’m McFly’iem jest taka – zaczął znów – że kiedy ty używałeś siły, aby dobrać się do majtek Lorraine, on użył swojej, aby obronić kobietę, którą kochał.
– Tak, cnotliwy George McFly uwierzył w siebie i pokonał mnie siłą miłości – ponownie zakpił Biff.
To było dziwne. Normalnie Biff nie przeciągałby struny. Nie, kiedy ktoś celował w jego głowę. Tannenowie może i byli samolubni i brutalni, ale posiadali również instynkt samozachowawczy i wycofywali się w momencie, kiedy wiedzieli, że są na straconej pozycji. Być może Biff potrzebował, aby ktoś przypomniał mu o tym, żeby nie obrażać człowieka, który ma go na muszce? Doktor Brown wycelował lufę prosto w twarz swojego więźnia. Biff od razu stracił wesołość i spojrzał szeroko otwartymi oczami na koniec strzelby. A potem przeniósł wzrok na Emmetta i uśmiechnął się do niego nerwowo.
– Nie denerwuj się tak, Brown. Możemy dojść do porozumienia.
– Sam powiedz, doktorze. – Saturnin nagle pojawił się, dosłownie zmaterializował się tuż przy Emmetcie. – Czy to nie wspaniałe uczucie być panem życia i śmierci? Skoro nasz przyjaciel uważa, że świat to dżungla, to czemu by nie wyręczyć selekcji naturalnej?
– Chyba mnie nie zabijesz, co? – spytał Biff, a w jego głosie łatwo było doszukać się paniki.
Doktor Brown milczał. Nie ruszył się ani o milimetr. Jego palec wciąż tkwił na spuście i chyba nawet Emmett odczuwał w nim pewne mrowienie. Właśnie celował w głowę Biffa ze strzelby, która potrafiła trafić w cel z pięciuset jardów. Nigdy wcześniej nie celował do niczego – i do nikogo – z tak bliska…
– Proszę, nie – jęknął Biff. – Zrobię wszystko, tylko nie rób mi krzywdy.
– Wiesz, doktorze, mam lepszy pomysł – zasyczał Saturnin i oddalił się od Emmetta o dwa kroki.
Po chwili przerażony Biff zmienił się w szeroko uśmiechniętego Wściekłego Psa Tannena.

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 2

[Uwaga! Nawiązania do gry Back To The Future: The Game, zwłaszcza tej sceny.]

Ulotna zniknie rozkosz za horyzontami

Doktor Brown odwrócił się gwałtownie i zdziwił tym, co zobaczył. Jakiś metr od niego stał wysoki mężczyzna, ubrany w długą, czarną pelerynę. Na głowie nosił czarny kapelusz z szerokim rondem, a na twarzy – białą, beznamiętną maskę. Emmett powstał na równe nogi, podparłszy się strzelbą, i przyjrzał się tajemniczemu osobnikowi. Starał się zachować pokerową twarz, ale w tym dziwnym mężczyźnie było coś niepokojącego, wręcz przerażającego.
– Erazm z Rotterdamu napisał w swojej Pochwale Głupoty, że psy to dowód na to, że pochlebstwo i przywiązanie mogą iść w parze – odezwał się znów nieznajomy. Miał syczący, przyprawiający o dreszcze głos.
Przez chwilę Emmett zastanawiał się, czy ten dziwny człowiek wiedział, co się stało z Klarą i dziećmi, ale jego obecność w lesie była tak dziwna, tak nienaturalna, że doktor Brown doszedł do wniosku, że śni jakiś dziwny sen.
– To nie sen, doktorze Brown – oświadczył nieznajomy. – To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić. – Zrobił dwa kroki do przodu i zaczął powoli okrążać Emmetta, szepcząc: – To dość żałosne, że jedynym kompanem, który cię nigdy nie zdradził, jest ta bezrozumna kupa sierści. Tymczasem człowiek, którego uważasz za najlepszego przyjaciela, Marty McFly, porzucił twoje martwe ciało z nie do końca szlachetnych pobudek.
– Nie znasz Marty’ego, więc nie opowiadaj o nim kłamstw – odpowiedział chłodno doktor Brown. – Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz tak o nim mówić?
– Nazywają mnie Saturnin. A ty myślisz, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. – Zrobił krok w tył, podniósł głowę i spojrzał na doktora. – Tak się składa, że ja również potrafię przenosić się w czasie. Pozwól, że zabiorę cię w podróż, doktorze Brown. Odkryję przed tobą prawdę.
Pstryknął palcami i nagle las zniknął. Obaj znaleźli się przed Centrum Samotnej Sosny. Emmett nie wierzył własnym oczom. Oto był w stanie ujrzeć samego siebie i Marty’ego, ubranych w stroje ochronne. Marty nagrywał kamerą swojego pracodawcę, który właśnie oparł się o Deloreana i zaczął coś mówić.
– Czy to jest…? – Emmett odwrócił się w stronę Saturnina.
– Tak, doktorze – odparł jego rozmówca, nawet na niego nie spoglądając. – 26 października 1985 roku. Ale przyjrzyj się dobrze. Ujrzysz teraz prawdziwe oblicze tego, którego nazywasz przyjacielem.
– Co ja mam w głowie? – powiedział nagle doktor Brown z 1985, łapiąc się za czoło. – Nie wziąłem zapasu plutonu. Nie mógłbym wrócić, każdy skok w czasie to jeden ładunek.
Siedzący w ciężarówce Einstein zaczął nagle szczekać. Obserwujący z boku Emmett od razu poczuł przypływ niepokoju, zrozumiawszy, co zaraz miało nastąpić.
– Co jest, Einie? – zapytał doktor z przeszłości.
– Głupcze, uciekaj stamtąd… – szepnął jego odpowiednik z przyszłości.
Saturnin zbliżył się do jego ucha i zasyczał:
– Nie myślałeś, że cię znajdą. Myślałeś w swej naiwności, że odejdą wraz z fałszywą bombą i zostawią cię w spokoju. Ale oni postanowili ukarać cię za to, że śmiałeś ich oszukać.
Opierający się o Deloreana Emmett Brown spojrzał przed siebie. Nagle w stronę centrum handlowego wyjechał mały autokar. Emmett odszedł od samochodu, zbliżając się mimowolnie do obiektywu kamery Marty’ego.
– Boże, znaleźli mnie. Jakim cudem? – powiedział i zaraz ruszył do swojej ciężarówki, wołając: – Uciekaj, Marty!
– Kto to? – spytał młodzieniec.
Kładąc rękę na drzwiach pojazdu, doktor Brown odpowiedział:
– Jak to kto? Libijczycy!
Wskazał palcem nadjeżdżający autokar. Jeden z Arabów prowadził, drugi wychynął przez otwarty dach, trzymając w rękach karabin.
– O, cholera! – zaklął Marty i natychmiast pochylił głowę.
Schował się za Deloreanem. Terrorysta z karabinem ostrzelał serią ciężarówkę, ale nie udało mu się trafić w cel. Doktor Brown powiedział, że ściągnie ogień na siebie i wyjął z torby na narzędzia pistolet. Wycelował i próbował strzelić, ale pistolet nie odpalił. Uderzył dwa razy w magazynek i po chwili zdał sobie sprawę, że jest nienabity. Szybko salwował się ucieczką. Pochylił głowę i szedł wzdłuż ciężarówki. Terroryści się zatrzymali, a on stanął i podniósł wzrok akurat w momencie, kiedy znajdowali się na wprost niego. Libijczyk z karabinem powiedział coś w swoim ojczystym języku. Doktor bezradnie podniósł ręce do góry, a po kilku sekundach odrzucił pistolet, w nadziei, że zostanie oszczędzony. Chwilę potem kolejna seria z karabinu została wystrzelona prosto w jego tułów i Emmett z przeszłości padł na ziemie martwy.
Emmett z przyszłości zamknął oczy.
– Co jest, doktorze? – zasyczał mu znów do ucha Saturnin. – Teraz właśnie będzie najlepsze.
Emmett usłyszał jak Marty wydał z siebie przeciągłe, rozpaczliwe „nie”. Dopiero wtedy znów otworzył oczy. Marty podniósł się na równe nogi i krzyknął do terrorysty:
– Łajdak!
Kiedy tylko morderca jego pracodawcy skierował broń w jego stronę, Marty od razu schował się za przodem ciężarówki. Kolejna seria z karabinu. Przeładowując, Libijczyk powiedział coś do kolegi, a ten ruszył dalej. Marty opuścił kryjówkę, ale  autokar wyjechał mu na spotkanie. Chłopak zamknął oczy i oczekiwał na śmierć, ale choć Libijczyk celował w niego i nacisnął spust, strzał nie padł. Kiedy mężczyzna próbował doprowadzić swoją broń do użyteczności, młodzieniec skorzystał z okazji i wskoczył do Deloreana. Libijczyk kazał kierowcy jechać, ale autokar również odmawiał im posłuszeństwa.
– Popatrz jak ucieka – powiedział z jakąś dziwną satysfakcją w głosie Saturnin do oglądającego całą scenę Emmetta.
Marty już miał zamknąć drzwi do samochodu, ale zatrzymał się na moment i spojrzał na martwe ciało doktora Browna. Kiedy jednak autokar znów ruszył z miejsca, chłopak natychmiast zamknął drzwi i ruszył.
– Popatrz jak chce za wszelką cenę ocalić własną skórę – odezwał się znów Saturnin.
– Obejrzał się – odparł szybko doktor Brown. – Wahał się.
Delorean pojechał nieporadnie po parkingu, ścigany przez Libijczyków, którzy co chwila strzelali w jego stronę, a mimo to wciąż chybiali.
– Ale prawda jest taka, że nie chciał odwrócić tego, co raz poszło źle – oświadczył Saturnin.
Delorean zrobił kolejne okrążenie, po czym wyjechał na drogę, wciąż mając na ogonie Libijczyków.
– Nie chciał cofnąć się w czasie i ostrzec cię przed tym, co miało cię spotkać. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd.
Doktor Brown przyglądał się całej scenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony chciał, aby Marty’emu się udało, żeby chłopak wyszedł z tego cało. Z drugiej strony, kiedy tylko jego wzrok padał na leżące opodal ciężarówki ciało jego samego, czuł do Marty’ego pewien żal. To jednak nie znaczyło, że nie potrafił go zrozumieć.
Samochód powrócił do centrum handlowego i zrobił kilka okrążeń wokół rabatki. Po chwili Libijczyk wyciągnął małą wyrzutnię rakiet. Marty zrobił jeszcze jedno okrążenie, po czym dodał gazu i pojechał przed siebie, z każdą sekundą nabierając szybkości. Aż w końcu pojawiło się białe światło i zniknął. Autokar Libijczyków zaś uderzył w pobliski kiosk.
– Zostawił cię, aby ratować swoją żałosną osobę. Zabawne, że zawsze denerwuje się, kiedy ktoś nazwie go tchórzem, i potrafi robić głupie rzeczy, żeby udowodnić swoją odwagę, a w tamtym momencie myślał tylko o ucieczce. Cofnięcie się do 1955 było skutkiem ubocznym. Poszedł do ciebie tylko po to, abyś pomógł mu powrócić do jego czasów.
– Ale potem próbował mnie ostrzec – odrzekł Emmett i spojrzał na Saturnina. – Najpierw napisał do mnie list, a kiedy go podarłem, próbował powiedzieć mi to od razu podczas burzy. – Odwrócił się całym ciałem do swojego rozmówcy i powiedział: – Nie winię go za to, że instynkt samozachowawczy kazał mu mnie zostawić. Nie chciałbym, aby zginął z powodu błędu, jakim było niedocenienie przeze mnie Libijczyków. Poza tym – dodał z lekkim uśmiechem – Marty ratował mi życie wiele razy, narażając się na niebezpieczeństwo.
– A gdybym ci powiedział, że raz o mało cię nie zabił? – zapytał pewnym siebie tonem Saturnin. – Co więcej: że zrobił to celowo?
– Uznałbym, że albo jesteś szalony, albo kłamiesz.
– W takim razie przekonaj się sam, doktorze.
Znów zmieniła się sceneria. Tym razem znaleźli się w Liceum Hill Valley w 1931, gdzie odbywało się właśnie Naukowe Expo. Tuż przed nimi znajdował się pawilon z wielkim zbiornikiem wodnym, w którym zanurzony był batyskaf, a koło aparatury stał mężczyzna w skafandrze nurka. Na platformie prowadzącej do zbiornika znajdował się ubrany w brązowy garnitur Marty. Właśnie położył nogę na wężu, który dostarczał tlen do batyskafu. Nurek nagle podniósł głowę i doktor Brown usłyszał swój własny, ściszony głos:
– Odsuń się. Blokujesz węża.
Marty jednakże jeszcze nie cofał nogi. Spojrzał na nurka i powiedział:
– Co to ma do rzeczy? Przecież nie ma nikogo w batyskafie.
– To bardzo delikatny sprzęt – odparł mężczyzna w skafandrze.
– Oh, przepraszam – oznajmił Marty, ale brzmiał nieszczerze.
Nurek zachwiał się, jakby kręciło mu się w głowie.
– Pozwól, że naświetlę ci sytuację, doktorze – zasyczał Saturnin. – Siedemnastoletni ty siedzisz teraz w batyskafie, tymczasem ty z 1986 jesteś człowiekiem w skafandrze. A Marty McFly chce cię zabić.
W pierwszej chwili nie chciał w to uwierzyć. Pamiętał, że przed prezentacją swojego wynalazku na Expo stracił przytomność i obudził się kilka minut potem w batyskafie. Pamiętał, że w pewnym momencie nagle zrobiło mu się duszno, ale myślał, że to napad klaustrofobii. Po kilku długich sekundach znów mógł oddychać, batyskaf podniósł się do góry i Marty wyciągnął go na zewnątrz.
– Hej! – Marty odezwał się znów. – Emmett nigdzie się nie ruszy, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Nurek ponownie podniósł głowę i ochrypłym głosem zapytał:
– Co za Emmett?
– Ty, Emmett – odrzekł chłopak.
– Nie sądzisz, że to dość nieetyczne, doktorze? – spytał Saturnin. – Narażać życie najlepszego przyjaciela tylko po to, aby wyciągnąć go z batyskafu? Byłeś tam przecież bezpieczny.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się całej scenie, próbując pojąć, co się właściwie dzieje.
Wciąż trzymając nogę na wężu, Marty powiedział stanowczym tonem:
– Gotowy, aby teraz ściągnąć maskę? Jacques’u Douteux, znany też jako Carl Sigan, znany też jako…
– Nie! – przerwał mu mężczyzna w skafandrze.
Złapał się za głowę. Emmett przypomniał sobie ciasne wnętrze batyskafu, oświetlane jedynie małą żarówką na górze. Przypomniał sobie to okropne uczucie duszności, połączone z zawrotami głowy i wrażeniem, że pozostanie na dnie zbiornika już na zawsze. To było jedno z najgorszych wspomnień jakie pamiętał. Teraz wyglądało na to, że było ono udziałem Marty’ego.
– Po prostu przycisnę mocniej, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Było jakieś okrucieństwo w jego stanowczości. Okrucieństwo, którego Emmett nigdy wcześnie u Marty’ego nie widział.
– Wolałbym… żebyś tego nie robił. – Głos mężczyzny w skafandrze był coraz słabszy.
– Dlaczego nie? Nie ma nikogo w batyskafie, prawda? – Nagle spoważniał. – Wiesz, co się stanie, kiedy skończy się powietrze. Co stanie się wam obu.
Nurek coś powiedział, ale Emmett nie zrozumiał jego mamrotań. Mężczyzna złapał się za hełm i znów się zachwiał. Po chwili krzyknął słabym głosem:
– Rozkazuję ci odblokować tego węża!
– Zabawne. Pomyślałby kto, że to tobie kończy się powietrze, a nie osobie w batyskafie.
Gdyby nie znał chłopaka lepiej, pomyślałby, że Marty czerpie z tego… satysfakcję.
– Nie wiem o kim… o czym… mówisz.
– Zupełnie jakbyście obaj byli ze sobą jakoś połączeni.
Uśmiechał się i był pewny siebie. Nie przypominał tego sympatycznego młodzieńca, którego doktor znał od wielu lat. To było przerażające. Marty posunąłby się aż tak daleko, aby wymusić na kimś posłuszeństwo?
– Przestań… przydeptywać… tego węża!
– Podnieś batyskaf, doktorze.
– Nie… zrobię… tego…
Jego krzyk zaczął już przypominać przerażony, agonalny jęk.
– W takim razie ja też nie ustąpię – oświadczył Marty.
Ale jednak to zrobił. Ściągnął nogę z węża i obserwował. Nurek przez chwilę jeszcze łapał oddech, a zaraz potem podszedł do aparatury i podniósł wreszcie batyskaf. Marty wydobył nastoletniego Emmetta, który zakaszlał dwa razy i stwierdził, że nie zostanie oceanografem. Tymczasem człowiek w skafandrze uciekł i dwaj mężczyźni pognali za nim.
– Gdyby przytrzymał nogę kilka sekund dłużej, byłbyś martwy, doktorze – zasyczał Saturnin.
– Tak, wiem – odparł cicho Emmett.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze samemu sobie z 1931. Właśnie skierowali się wraz z Marty’m w stronę przydzielonego im pawilonu. Rozmawiali jakby nigdy nic. Marty znów zachowywał się jak Marty. Emmett przypomniał sobie, że tego dnia chłopak pomógł mu pogodzić się z ojcem i dał mu kawałek gazety, który miał zobaczyć dopiero po tym jak wręczone mu zostaną klucze do miasta. Fakt, że kilka minut wcześniej Marty próbował go zabić, wydawał się doktorowi nie tylko niezgodny z charakterem chłopaka, ale również niezgodny z logiką. Gdyby Marty przyczynił się do śmierci Emmetta, nie tylko straciłby przyjaciela, ale także możliwość powrotu do swoich czasów. Poza tym…
Doktor Brown odwrócił się do Saturnina.
– Masz rację. Gdyby jego noga pozostała na wężu odrobinę dłużej, zabiłby mnie. Ale cofnął ją, mimo że mój odpowiednik z 1986 nie powiedział, że ulegnie jego groźbom. Wniosek: Marty doskonale wiedział, co robi. I musiał mieć powód. Nie pamiętam, abym udawał Jacquesa Douteux i więził samego siebie w batyskafie. Wniosek: to musiała być jakaś alternatywna wersja mnie, która z jakiegoś powodu nie chciała, abym dokonał pokazu swojego wynalazku. A ten pokaz był jednym z momentów zwrotnych w moim życiu, tak więc Marty miał na celu moje dobro.
– A więc twierdzisz, że o mało cię nie zabił dla twojego dobra? – zapytał Saturnin i zaśmiał się pod nosem. – Zdajesz sobie sprawę z tego jak głupie jest to stwierdzenie?
– Być może jest głupie, ale poparte faktami i zdrowym rozsądkiem. Zbyt dobrze znam Marty’ego i zbyt wiele razem przeżyliśmy, aby jedno wydarzenie zmieniło moje zdanie o nim.
– A więc myślisz, że mnie znasz, doktorze – odezwał się za nimi znajomy głos.
Doktor Brown odwrócił się i ujrzał Marty’ego ubranego w ten sam brązowy garnitur. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech i chłopak skierował się w stronę Emmetta.
– Już dawno chciałem ci to powiedzieć. – Zatrzymał się tuż przed Emmettem i oświadczył: – Zawsze byłeś dla mnie żałosnym, starym nieudacznikiem. Siedziałeś w tym swoim małym garażu i bezskutecznie próbowałeś zbudować cokolwiek, co mogłoby działać. Mój ojciec przynajmniej nie miał złudzeń co do swojego położenia. Ty zmarnowałeś rodzinną fortunę i całe życie na głupie, bezużyteczne urządzenia. Dobrze płaciłeś, to ci muszę przyznać – dodał podnosząc palec, ale potem spoważniał. – Tylko dlatego zadawałem się z takim życiowym nieudacznikiem jak ty. Jak na ironię, jedyny wynalazek, który nie był do kitu, potwierdził tylko moje zdanie na twój temat.
Uśmiechnął się znów tym demonicznym uśmieszkiem, zrobił krok do przodu i, stojąc tuż przed Emmettem zniżył głos:
– Zacznijmy może od tamtego idioty, dobrze? – Wskazał palcem nastoletniego Emmetta, który stał na platformie i majstrował coś przy swoim wynalazku. – Żałosny kujon, który nie miał dość jaj, aby przeciwstawić się swojemu ojcu i bawił się w małego chemika za jego plecami. Nie miał dziewczyny, nie miał kolegów, nie miał nawet psa. Do tego frajer wierzył we wszystko, co mu się wmówiło. Pozwolił, aby osobnik, który podawał się za pracownika biura patentowego, zrobił z niego pośmiewisko.
Emmett poczuł jak robi mu się słabo. Przyglądał się chłopakowi, oniemiały, nie wierząc własnym uszom. Marty uśmiechnął się jeszcze szerzej, zrobił krok w tył i, podniósłszy ręce w pół drogi, powiedział:
– Dwadzieścia cztery lata później ten żałosny kujon nadal mieszka w rodzinnym domu, za jedynego kompana mając małego kundelka o imieniu Kopernik. Wciąż nie wynalazł niczego użytecznego. Nie wynalazł niczego, co by działało. Wciąż nie miał żony ani nawet dziewczyny. No, bo która kobieta zechciałaby zainteresować się człowiekiem, który jest tak żałosny?
Czy to był ten sam Marty, którego znał Emmett? Wątpił w to jeszcze bardziej, niż przedtem, kiedy chłopak przynajmniej nie zwracał się bezpośrednio do niego. Wtedy zdawało mu się, że miał chociaż na celu jego dobro. Teraz zachowywał się jak nastolatek, który wyrzuca kubeł pomyj na mniej popularnego kolegę z klasy i czerpie przyjemność ze swojej brutalnej szczerości. Czy naprawdę myślał o nim te wszystkie rzeczy? Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata tylko udawał jego przyjaciela?
– Oj, chyba się teraz nie rozpłaczesz? – zakpił Marty i spojrzał na doktora z obrzydzeniem. – Jeszcze by tego brakowało, żebyś okazał się beksą. No, nic. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do niego plecami. – Pora się pożegnać. – Spojrzał za siebie i dodał z kolejnym uśmieszkiem: – Idę naprawić twoje żałosne życie.
Zaczął się oddalać w stronę pawilonu. Emmett wodził za nim wzrokiem. Chciał mu coś odpowiedzieć, ale nie wiedział co. Miał się na niego wydrzeć? Zrobić mu listę swoich osiągnięć? Skonfrontować z faktem, że gdyby nie on, George McFly nigdy nie osiągnąłby sukcesu? Trzymana wciąż w rękach strzelba kusiła go, aby strzelić chłopakowi w plecy. Ale nie. Doktor Brown wiedział, że nie będzie w stanie strzelić do Marty’ego.
– Nastolatki… Zawsze takie pyskate i niewdzięczne, nie sądzisz? – Saturnin pokręcił głową.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się Marty’emu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pamiętał doskonale wszystkie te razy, kiedy Marty pokazał mu swoje przywiązanie. Z drugiej strony – jego okrutne słowa nachodziły na te wspomnienia i podważały ich prawdziwość. Nienawidził się za to, że tak myślał, ale nie potrafił odeprzeć od siebie bolesnego wyznania, które miało miejsce zaledwie minutę wcześniej.
Przyjaźń z Marty’m była dotąd jedną z najpewniejszych rzeczy w życiu Emmetta Browna. Zawsze mógł na niego liczyć, obojętnie czy chodziło o eksperyment wykonywany późną nocą, czy też o cofnięcie się w czasie, aby zapobiec śmierci Emmetta od któregoś z przodków Biffa Tannena. Ale teraz powiedział mu prosto w twarz, że uważał go za żałosnego osobnika i tylko udawał przyjaźń z nim. Co więc było prawdą?
A może ten Marty…
– Nie tylko on jest kimś innym niż ci się wydawało. – Saturnin przerwał nagle jego rozmyślania. – Chodźmy, doktorze Brown. Musisz zobaczyć jeszcze inne rzeczy.
Znowu przenieśli się w czasie i miejscu. Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że stoi tuż przed chatą, w której mieszkała Klara jeszcze w czasach, kiedy nie byli małżeństwem. Emmett zobaczył samego siebie, idącego niepewnie w stronę jej drzwi, i od razu jego serce stało się cięższe, kiedy przypomniał sobie tamtą noc. Jedną z najgorszych nocy w jego życiu.

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 1

[Pamiętajcie o słowie wstępnym!]

Pełne przerażenia serce

 

Emmett Brown wiedział, że choć wynalazł wehikuł czasu, to i tak nie był w stanie istnieć całkowicie poza czasem. Mógł przenieść się w określoną epokę i spędzić w niej kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat, a potem powrócić do dnia, w którym wyjechał, i spotkać się ze starymi znajomymi, którzy pozostali tacy sami – ale mimo wszystko starzał się. Na szczęście jeszcze nie zniedołężniał, nie miał demencji, a jego zmysły jeszcze się nie przytępiły. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś odczuje swoją starość.
To „kiedyś” przyszło pewnego ciepłego wieczora, kiedy doktor Brown jadł wraz z żoną i dwoma nastoletnimi synami kolację. Niebo za oknem było bezchmurne, wręcz idealne do wspólnego oglądania gwiazd. Pieczeń z ziemniakami miło łechtała kubki smakowe doktora, jeszcze raz udowadniając, że Klara wspaniale gotowała. Jules z wielkim entuzjazmem opowiadał o swoich dzisiejszych dokonaniach naukowych, a Verne dokuczał mu, od czasu do czasu rzucając jakieś zgryźliwe uwagi. Po kolacji chłopcy pójdą do swojego pokoju, każdy zajmie się swoimi sprawami. Jules prawdopodobnie przeprowadzi jakieś doświadczenie albo poczyta książkę, a Verne będzie mu przeszkadzać, grając w grę wideo albo słuchając bardzo głośnej muzyki. Kiedy już Emmett i Klara ich spacyfikują, wyjdą na dwór i tak jak za starych, dobrych czasów będą oglądać gwiazdy przez teleskop. Doktor Brown nie mógł się już doczekać.
Przeżuł i przełknął ostatni kawałek pieczeni i podniósł się z krzesła, aby odstawić naczynia do kuchni, kiedy nagle poczuł kłujący ból w piersi. Aż się zachwiał i musiał oprzeć rękami o blat stołu. Na ten widok przerażona Klara wyskoczyła z miejsca, to samo chłopcy. Ból zaczął się wzmagać, do tego Emmettowi zrobiło się gorąco i miał problemy z oddychaniem. Usiadł z powrotem na miejsce.
– Emmett? – Klara położyła rękę na jego ramieniu. – Emmett, co się dzieje?

– Ojcze, jak się czujesz? – spytał Jules.
W pierwszej chwili doktor Brown popatrzył na dłoń i przyjrzał się jej uważnie, a kiedy zobaczył, że nie robi się przeźroczysta, lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– Dzięki Bogu – szepnął do siebie. – To tylko zawał.
– Zawał?! – wykrzyknęła Klara, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się determinacja. Zwróciła się do synów: – Jules, zadzwoń po karetkę.
– Tak, matko. – Jules od razu pobiegł do telefonu i wystukał numer pogotowia.
– Verne, pomóż mi przenieść ojca na kanapę.
Chłopak przytaknął głową, ale doktor Brown zatrzymał ich oboje ręką i powiedział:
– Poradzę sobie. Tak myślę – dodał niepewnie.
Powoli podniósł się z krzesła, cały czas czując ból w piersi, który nasilił się jeszcze bardziej. Jego serce nie tylko go bolało, ale również zaczęło bić jak szalone. Wciąż trzymając się za pierś, doktor Brown skierował się w stronę salonu. Klara szła tuż obok niego, wyraźnie zmartwiona tym, co się działo z jej mężem, a jednocześnie gotowa w każdej chwili przyjść mu z pomocą. Nie była tylko pewna czy była w stanie mu pomóc. Pierwszy raz w życiu była świadkiem czyjegoś zawału.
Kiedy usiadł wreszcie na kanapie, oparłszy plecy o poduszkę, miał wrażenie jakby właśnie przebiegł maraton. Serce waliło mu jak młot, było mu duszno i gorąco. Próbował sobie przypomnieć, co się robi w takich sytuacjach. Położyć się w pozycji półsiedzącej. To już zrobił, ale wciąż nie czuł się najlepiej. Co dalej? Wezwać pomoc. Jules właśnie odłożył słuchawkę, odwrócił się do reszty rodziny i oświadczył:
– Karetka przyjedzie za jakieś pięć minut, ojcze.
– Dobrze się spisałeś, Jules – pochwalił go Emmett, po czym dodał: – Co teraz?
– Trzeba sprawdzić tętno – odpowiedział Jules i szybko podbiegł do ojca.
– Tak, prawda. – Doktor Brown uśmiechnął się. – I oddech. I trzeba podać doustnie kwas acetylosalicylowy.
Jules chwycił przegub ojca, podwinął rękaw i zbadał mu tętno. Tymczasem Verne stał w drzwiach, wyraźnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Klara to zauważyła i natychmiast kazała mu przynieść aspirynę. Przytaknął i szybko ruszył na górę, do łazienki.
– Nitrogliceryny raczej nie mamy – prychnął śmiechem chory. – Przynajmniej nie w takiej formie, abym mógł ją włożyć pod język.
– Twoje tętno, ojcze, pulsuje jak szalone – oznajmił Jules i przeniósł wzrok na jego twarz.
Przez chwilę przyglądał się ojcu z wyrazem jakiegoś smutku i zmartwienia. Ten sam wyraz twarzy miała Klara, która chwyciła męża za rękę i ścisnęła ją. Emmett wiedział, że musiał teraz wyglądać na bardzo chorego. Na pewno był strasznie blady i spocony. Wręcz czuł jak jego czoło oblewa lepki pot, ale trudno było mu określić, czy jest on ciepły, czy zimny. Tymczasem ból zaczął się rozprzestrzeniać po całej klatce piersiowej, dotarł do mostka, obojczyka i gardła, a nawet do żuchwy i ramion. Emmettowi coraz trudniej było oddychać.
Kiedy pojawił się wreszcie Verne ze szklanką wody i aspiryną, doktor odczuł wzbierającą w nim nadzieję. Włożył sobie do ust jedną tabletkę i popił wodą. Drżącą ręką odstawił szklankę na stolik do kawy i od razu zakręciło mu się w głowie. Ból nie ustąpił. Nie było widać efektów.
I wtedy przez głowę przeszła mu pewna myśl, która przyprawiła go o dreszcze. Być może właśnie nadszedł jego czas… W końcu dawno już przekroczył dziewięćdziesiątkę. Zabawne jak człowiek zapomina o swojej śmiertelności, kiedy ma kochającą rodzinę i zajmuje się małymi, codziennymi (jak również tymi niecodziennymi) problemami. No, a teraz wyglądało na to, że umrze na zawał jak wielu dziewięćdziesięciolatków. W tej sytuacji było coś ironicznego. Tyle razy tracił życie albo był bliski jego utraty w bardziej dramatycznych okolicznościach, a teraz miał zejść z tego świata jak zwykły dziadyga.
Łzy zakręciły się w kącikach oczu, ale jeszcze nie spływały po policzku. Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze. Medycyna była na o wiele lepszym poziomie, niż – dajmy na to – w 1885. Na pewno lekarzom uda się go uratować i pociągnie jeszcze trochę. Z drugiej strony wciąż nawiedzała go myśl, że właśnie wybijają jego ostatnie godziny.
Ścisnął dłoń Klary.
– Nie chcę umierać – wyszeptał, spoglądając na swoją żonę szklistym wzrokiem. – Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia. Tyle miejsc do odwiedzenia, tyle urządzeń do wynalezienia…
Przez chwilę ani ona nie wiedziała, co powiedzieć, ani wciąż obecni w pokoju Jules i Verne. Potem jednak uśmiechnęła się do męża i odparła:
– Nie umrzesz, Emmett. Zobaczysz, aspiryna zaraz zacznie działać i poczujesz się lepiej.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Klary i chłopców samych swojemu losowi. Klara, co prawda, miała pracę, ale czy poradziłaby sobie z samotnym wychowaniem Julesa i Verne’a? Poza tym chciał jeszcze trochę z nimi pobyć. Przynajmniej do momentu, w którym jego synowie nie osiągną wieku męskiego.
Jeżeli to miały być jego ostatnie chwile, powinien się właściwie pożegnać.
– Wybacz mi, Klaro – zaczął. – Powinienem wynaleźć kompresor czasu, kiedy byłem w wieku produkcyjnym.
– Nonsens! – powiedziała z tym samym smutnym uśmiechem, ale i z pewną determinacją w głosie. – Co by się wtedy stało z Marty’m?
– Właśnie, Marty… – szepnął, czy też raczej wydyszał, słabym głosem. – Nie jest nawet świadom tego, co się dzieje. Będzie mu żal.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Marty’ego, nie będąc pewnym, że życie chłopaka ułoży się pomyślnie. Udało im się zapobiec wypadkowi, ale czy to była gwarancja tego, że jego przyszłość nie będzie taka, jak doktor Brown ją widział w roku 2015?
– Mogę do niego zadzwonić, tato – zaproponował Verne, po czym dodał szybko: – Chociaż wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
– Właśnie, ojcze – wtrącił Jules. – Spędzisz trochę czasu w szpitalu i szybko wrócisz do pełnego zdrowia.
– 35% zawałów mięśnia sercowego kończy się zgonem – odparł krótko jego ojciec.
– Racja, ale pozostałe 65%…
– Jules, jestem dziewięćdziesięciopięcioletnim starcem. To cud, że dożyłem siedemnastych urodzin Verne’a, nie mówiąc już o twoich.
– Ale tato… – zaczął Verne, jednak Emmett od razu przerwał mu z uśmiechem:
– Jestem pewien, że jakąkolwiek drogę wybierzecie w swoich życiu, będę z was dumny. Jesteście już tacy duzi, chłopcy… – Znowu poczuł jak zbiera mu się na płacz.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać za sobą rodziny i przyjaciela. Obojętnie, jak cudowny był Tamten Świat (i czy jakikolwiek był), on nie chciał tam iść. Nie, kiedy ci, których kochał, zostawali na Ziemi. Nie był gotów ich zostawić. Nie był gotów na śmierć.
– Emmetcie Brown, nie wasz mi się mówić w taki sposób! – zrugała go Klara. – Nie umrzesz dzisiaj na zawał.
Gdyby to było takie proste…
Ale musiał się trzymać. Przecież jego serce nie mogło być aż tak obciążone, aby ten zawał skończył się zgonem, prawda? Po co od razu być na zapas pesymistą?
Znowu zakręciło mu się w głowie. Nie był pewien, czy coś takiego ma zwykle miejsce w czasie zawału, ale miał wrażenie, że lada chwila straci przytomność. Głowa ciążyła mu jak ołów, oczy zamykały się co chwila, a on walczył jak mógł z tą dziwną sennością, która dopadła go w tak niespodziewanym momencie. Czuł się coraz słabszy i coraz bardziej bezsilny wobec bólu, który ogarnął cały jego tułów. Być może utrata przytomności nie była taka zła. Przynajmniej nic by nie czuł. Było coś kuszącego w perspektywie snu w tym miejscu i w tym czasie. Jednocześnie obawiał się, że jeśli zamknie oczy, nigdy się już nie obudzi; że w tym stanie do jego mózgu nie dotrze odpowiednia ilość tlenu, a to spowoduje nieodwracalne szkody. Ale przecież zdarzało się, że podczas zawało traciło się przytomność.
Z drugiej strony to mogło również oznaczać wstrząs kardiogenny. Pot, biała cera, niskie ciśnienie i zaburzenia świadomości – to właśnie były objawy wstrząsu kardiogennego. Wyglądało na to, że jego serce było w o wiele gorszym stanie, niż myślał.
Verne nagle pobiegł do przedpokoju otworzyć drzwi i wpuścić do domu sanitariuszy. Twarz Klary rozpromienił uśmiech nadziei i natychmiast powiedziała do męża:
– Widzisz, Emmett? Wszystko już dobrze. Zaraz pojedziesz do szpitala.
Słyszał ją jakby przez mgłę, z oddali. Widział jak sanitariusze wchodzą i wiedział, że coś mówią, ale dźwięki ledwo docierały do jego uszu. Sanitariusze weszli do salonu z łóżkiem na kółkach. Doktor Brown czuł jak jego ciało jest przenoszone na wózek i przetransportowywane do karetki. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeden z sanitariuszy wkłada mu maskę tlenową. Po chwili obraz zaczął się zamazywać i doktor Brown poczuł, że dłużej już nie mógł się opierać. Zamknął oczy i pozwolił, aby ogarnęła go błoga ciemność. Na razie nie widział żadnego jasnego światła w długim tunelu, więc najpewniej będzie żył.
Otwierając oczy, spodziewał się, że będzie leżał w szpitalnym łóżku, z wiszącą na suficie jarzeniówką i siedzącą wokół niego rodziną. Pierwsze, co go uderzyło, to fakt, że w pomieszczeniu panował półmrok. Kiedy usiadł i rozejrzał się po pokoju, nagle zdał sobie sprawę z tego, że znajdował się w sypialni chaty, w której spędził wraz z Klarą pierwsze lata małżeństwa. Tak, wszędzie poznałby te grube, sosnowe belki, które tworzyły ściany domostwa; to niewygodne łóżko, w którym przeleżał niezliczone bezsenne i obolałe noce; ten zapach drewna i spalenizny; tę wielką szafę, w której walały się nie tylko ubrania, ale również mniejsze wynalazki; oraz dębowe drzwi, za którymi krył się salon, kuchnia i bawialnia w jednym. W tej chwili zza tych drzwi dochodziło mętne światło.
Doktor Brown wyciągnął z szuflady w nocnym stoliku zapałki i zapalił stojącą na nim lampę oliwną. Dopiero, kiedy pomieszczenie zajaśniało, zdał sobie sprawę z tego, że ubrany był szarawą koszulę, spodnie na szelkach i kamizelkę – ten sam strój, który zwykł nosić jako kowal w 1885. Jego długi, skórzany płaszcz wisiał na krześle, a kapelusz – na belce łóżka.
Co się stało? W jaki sposób znalazł się tutaj? Przecież jeszcze przed chwilą leżał w karetce, która wiozła go do szpitala. Czyżby zawał serca był tylko snem? Skoro tak to bardzo intensywnym. No i fakt, że obudził się w tym konkretnym miejscu, mógłby zasugerować, że całe jego życie po przybyciu znów do dwudziestego wieku, również było jednym, wielkim snem. A może przespał cały pobyt w szpitalu i Klara – z jakiegoś powodu – doszła do wniosku, że powinien odpocząć na łonie natury? W końcu ograniczenie stresu było jedną z form zapobiegania kolejnym zawałom. Ale odesłaliby go do domu nieprzytomnego? To było cokolwiek dziwne.
Wstał i włożył płaszcz i kapelusz, bo w sypialni panował przeciąg. Podszedł do drzwi. Położył rękę na klamce, nacisnął ją i pchnął drzwi. Ujrzał znajome pomieszczenie z kominkiem po prawej, wielką, białą płachtą rozłożoną po prawej i piecykiem na środku. Żółte firanki, zielona komoda, dziecięce łóżeczko, fotel bujany tuż koło kominka, maszyna do maglowania i rozwieszania prania – wszystko tak za dawnym czasów.
Tylko nikogo nie było. Dom był pusty. Emmett szybko wybiegł na dwór, aby sprawdzić, czy Klara rąbie drewno, ale na zewnątrz zastał jedynie wysokie drzewa i wzgórza. I ciszę. Przerażającą ciszę, nie zmąconą nawet odgłosami dochodzącymi z lasu.
– Klaro! – zawołał.
Milczenie. Doktor Brown nie zamierzał się jednak poddawać. Zrobił kilka kroków do przodu i zaczął znów nawoływać:
– Jules! Verne!
Gdzie oni się podziali? Dlaczego zostawili go samego? Z każdą chwilą czuł się jeszcze bardziej zakłopotany. Z każdą chwilą miał coraz gorsze przeczucia, a propos tego, co mogło się stać z jego rodziną. Był sam w swoim starym domu. Nie wiedział jak się tam dostał i dlaczego właśnie tu. Co więcej, nie widział nigdzie Deloreana ani pociągu. Nie było więc możliwości, aby powrócić do przyszłości.
Wrócił z powrotem do chaty i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok mimowolnie padł na opartą o kominek strzelbę. Tę samą strzelbę, z której przestrzelił linę Marty’ego, kiedy Wściekły Pies Tannen próbował go powiesić. Doktor Brown podszedł do niej szybkim krokiem i natychmiast chwycił ją oburącz. Sprawdził magazynek. Pełen. Ale na wszelki wypadek poszedł do komody i zaczął szukać w środkowej szufladzie jakichś naboi. Zanim znalazł to czego szukał, musiał przekopać się przez narzędzia, śrubki, gwoździe i inne graty, które zawsze tam trzymał.
Włożył naboje do kieszeni płaszcza i natychmiast wyszedł na zewnątrz. Gdziekolwiek byli teraz Klara i chłopcy, możliwe, że potrzebowali pomocy. Skierował się w stronę lasu.
– Klaro! Jules! Verne!
Odpowiedziało mu tylko echo. Ale szedł dalej przed siebie, zapuszczając się głębiej w las. Rozglądał się naokoło. Nasłuchiwał uważnie. Kora schodziła z drzew, na usianej trawą, krzakami leśnych owoców, grzybami i kwiatami ziemi walały się kamienie, opadłe liście i gałęzie. Nozdrza doktora Browna od razu wyczuły znajomy zapach świerku. Jego kroki odbijały się echem po lesie. Ptaki latały nad jego głową i siadały co chwila w zawieszonych wysoko gniazdach. Niebo było bardzo spokojne. Mimo wszystko miał przeczucie nadchodzącej katastrofy. Coś złego się zaraz wydarzy.
– Klaro!
Nic.
– Jules!
Żadnej odpowiedzi.
– Verne!
Cisza.
Być może poszli tylko do miasta, aby zrobić zakupy. Być może martwił się na zapas i powinien teraz wrócić do domu. Ale w takim razie dlaczego poszli wszyscy troje? Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że jego życie po powrocie do dwudziestego wieku było tylko snem. Jego synowie byli już nastolatkami, a w związku z tym mogli zostawać w domu bez opieki. Wręcz wskazane byłoby, aby jeden z nich trwał na posterunku, kiedy ich ojciec był nieprzytomny. No, chyba że Klara chciała im kupić jakieś ubrania.
Nagle napotkał na swojej drodze widok, który kazał mu się zatrzymać. Tuż przed nim leżał w kałuży krwi ranny pies. Przyglądał się człowiekowi smutnymi oczami, z których powoli uciekało życie. Emmett od razu poznał te oczy. Od razu poznał tego psa. Poznałby go wszędzie. Poczuł jak jego nogi załamują się i po chwili pada na kolana tuż przy zwierzęciu.
– Einie – wyszeptał drżącym głosem do swojego starego kompana. – Co ci się stało?
Przyjrzał się jego ranom. Wyglądało na to, że zaatakowało go jakieś zwierze. Na nogach znajdowały się ślady zębów, a na boku – pazurów, które mogły należeć do niedźwiedzia. Einiemu brakowało też prawego ucha. Musiał stoczyć jakąś walkę.
Doktor Brown rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie, co powinien zrobić w takich sytuacjach. Chciał zatamować krwotok, ale nie wiedział czym. Najpierw rozważał pocięcie płaszcza albo kamizelki na kawałki, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnego ostrza, a robienie tego ręcznie byłoby bezowocne i zabrało zbyt wiele czasu. A czas uciekał. Mógł jeszcze zabrać go do domu i sprawdzić czy tam nie da się niczego zrobić, ale czy zdoła go tam donieść na czas?
– Nie martw się, piesku – powiedział, głaszcząc go po głowie. – Wszystko będzie dobrze.
Ale zdawał sobie sprawę z tego, że już za późno. Widział jak życie Einsteina uchodziło z jego ciała wraz z każdą kroplą krwi. Pies zaskamlał smutno i przyglądał się swojemu panu paciorkowatymi oczami. Po chwili w ciele psa zamarł wszelki ruch, a jego oczy wyrażały już tylko pustkę. Emmett przycisnął do piersi to martwe truchło, które kilka sekund temu było jego przyjacielem i poczuł jak łzy zbierają mu się w oczach, a potem przebiegają po jego policzkach, tworząc dwa strumienie. W mgnieniu oka przypomniał sobie jak zobaczył go po raz pierwszy w schronisku i postanowił zabrać do domu. Przypomniał sobie wszystkie eksperymenty jakie na nim przeprowadził, łącznie z tym w Centrum Handlowym Samotna Sosna, kiedy to Einstein został pierwszym podróżnikiem w czasie. Einie był jego przyjacielem na długo przed tym jak pojawił się Marty. Nigdy się nie skarżył na niedogodności związane z byciem pilotem doświadczalnym, a przy tym był bardzo inteligentny i oddany.
A teraz nie żył. Trzeba było go pochować. Ale doktor Brown nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Z jednej strony wyszedł szukać swojej rodziny. Istniało prawdopodobieństwo, że znajdowali się w niebezpieczeństwie, być może nawet byli ranni. Liczyła się więc każda chwila. Einsteina nie mógł już uratować, a Klarę i chłopców tak. Z drugiej strony nie chciał zostawiać Einiego na pastwę padlinożerców.
Nagle rozległ się chichot, który natychmiast echo poniosło po całym lesie. A potem ten sam głos powiedział:
– Chłopiec i jego pies! Jakież to wzruszające!

Aktualności – słowo wstęne do "Bicia zegara"

W ten piątek prześlę wam pierwszy rozdział fanfiction do Powrotu do przyszłości, które jest dla mnie dość szczególne z różnych powodów. Po pierwsze – jest to jeden z tych moich fanfików, w których pojawiają się Adelina i Saturnin. Kim oni są, zapytacie? Otóż są to moje dwie oryginalne postacie, które przewijają się przez wiele moich fanfiction i, z racji swojej natury i charakterystyki, pojawiają się w różnych uniwersach i kontaktują się z konkretnymi postaciami. Choć bardzo chciałabym wdać się w szczegóły, nie mogę, bo to byłby spoiler względem piątkowego fika.
Po drugie – Bicie zegara jest jak dotąd jedynym fanfikiem z udziałem tych dwojga, w którym udało mi się dojść do zamierzaonego wielkiego finału. A to z tej prostej przyczyny, że w innych fanfikach tego typu albo występuje tylko Saturnin, albo prace zamarły na długo przed wielkim finałem.
Po trzecie – Bicie zegara skupia się bardzo na życiu Emmetta Browna i na jego relacjach z innymi postaciami. Miejscami dochodzi do „upowieściowienia” kilku scen z filmowej trylogii, jak również jedna scena z Back To The Future: The Game, a cała historia zaczyna się od tego, że doktor Brown ma zawał serca przy rodzinnym stole. W miarę jak akcja posuwa się dalej, spotyka on na swojej drodze inne postaci z trylogii, w tym Buforda Tannena i swojego ojca. Również w miarę jak posuwa się akcja, fanfik dotyka kilku kwestii, które można by roboczo określić jako filozoficzne, zwłaszcza pod koniec.
Po piąte – jako że każdy rozdział ma tytuł, a poprzednie tematy postów poświęconych fanfikom do Powrotu do przyszłości miały to oznakowanie [FF: Powrót do przyszłości] i tytuł danego opowiadania, to – dla zaoszczędzenia miejsca i zapobiegnięcia bałaganowi – postanowiłam, że tytuły każdego rozdziału będą pojawiać się od razu w poście, a nie w temacie.

To chyba tyle jeśli chodzi o słowo wstępne. Nic więcej nie mogę powiedzieć, ale mam nadzieję, że to co powiedziałam, brzmi dość interesująco, aby zachęcić was do lektury, zwłaszcza, że jestem z tego fanfika bardzo dumna. Do widzenia w piątek!

[FF: Powrót do przyszłości] Podręcznik dobrego brata

[Pisane z punktu widzenia jedenastoletniego Julesa Browna. Odwołania do odcinka Cudowne drzewko]

Leżałem w pozycji półsiedzącej na szpitalnym łóżku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i prawą nogą wiszącą na temblaku. Za oknem mogłem dostrzec kilka kwiatów i ziół, których nie było jeszcze w moim zielniku, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej sfrustrowany swoją sytuacją. Z każdą chwilą znajdowałem na zewnątrz coraz to nowe rzeczy, które mógłbym zbadać, skatalogować, obejrzeć; nad którymi być może mógłbym się nawet zachwycić przy bliższym ich poznaniu, gdyby tylko moja noga była zdrowa.
Ale nie – byłem unieruchomiony, i to z powodu głupoty Verne’a. W drodze na pogotowie i przy zakładaniu gipsu przeżyłem już pełne spektrum uczuć – od lęku i porzucenia, poprzez smutek i samotność, aż do goryczy i wściekłości. Starałem się nie myśleć o Vernie ani o tym, co zaszło, ale ilekroć mój wzrok padał na złamaną nogę, wszystko mi się przypominało i po raz kolejny przeklinałem w myślach mojego brata.

Zresztą Verne nawet nie raczył się pojawić. Dopuszczałem dwie możliwości – albo bał się spojrzeć mnie – swojemu starszemu bratu – w oczy po tym, co zaszło, albo (co wydawało mi się jakoś bardziej prawdopodobne) nic go to nie obchodziło. Przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy wstydziłem się za to, że poszedłem o krok za daleko i sprowadziłem na Verne’a kłopoty. Nadal uważałem, że był to wstyd jak najbardziej zasłużony, ale teraz nie miałem wątpliwości, że role się odwróciły. Teraz to Verne powinien się wstydzić. Chciałem, żeby on tutaj przyszedł i prosił mnie o przebaczenie. Niekoniecznie kajał się przed moim łóżkiem na kolanach (choć ta wizja była cokolwiek przyjemna), ale stanął w tym pokoju z pewną dozą pokory. Chciałem, aby Verne uznał swój błąd. Czy to tak wiele?
Ale wiedziałem, że jest to za wiele. Verne nie posiadał pokory. Może względem rodziców albo nauczycieli, ale nie względem mnie, swojego starszego brata. Przygryzłem wargi i siłą woli wygnałem ze swoich oczu łzy.
Popatrzyłem w stronę otwartych drzwi. Na korytarzu ojciec i matka rozmawiali z lekarzem. Pytali o to, jak długo będę musiał zostać w szpitalu. Lekarz powiedział im, że obrażenia nie są poważne, chociaż można po nich wywnioskować, że upadek mógł skończyć się o wiele gorzej, gdybym rzeczywiście spadł na ziemię, a nie na stół. Przypomniałem sobie widok podłoża tuż przed wypadkiem – trawnik z długą, kamienną ścieżką, prowadzącą do domu. Pamiętałem, że mój umysł natychmiast wykonał kilka obliczeń związanych z odległością i siłą ciążenia, a potem przed oczami przemknęło mi kilka nieprzyjemnych obrazów mojej czaszki odbijającej się od tej brukowanej dróżki.
W końcu lekarz skończył tłumaczyć wszystko rodzicom i odszedł. Wkroczyli do pokoju uśmiechając się do mnie. Chcieli mnie przekonać, że koszmar już się skończył. Matka usiadła na skraju łóżka, a ojciec na pobliskim krześle.
– Pan doktor powiedział, że zostaniesz tu na obserwacji – powiedziała matka. – Aczkolwiek to nie potrwa długo i już za kilka dni będziemy mogli cię zabrać do domu.
– Mam nadzieję, że nie długo. Jest kilka rzeczy, którymi muszę się zająć w domu – odparłem.
Przez chwilę trwała cisza, a potem ojciec nagle spoważniał i odchrząknął.
– Jules – zaczął i spojrzał na mnie – może lepiej opowiedz nam dokładnie co się stało. Wcześniej nie byłeś zbyt szczegółowy.
Poczułem, że się pocę.
– To już nieważne, ojcze – powiedziałem szybko z nerwowym uśmiechem. – To było jakieś głupstwo. Nie warto o tym wspominać.
Przeniosłem wzrok na podłogę w nadziei, że porzucą ten temat, ale sam wiedziałem, że nie ma na to szans.
– To nie jest głupstwo, Jules – odezwała się znów matka. – Spadłeś z jabłoni w ogrodzie wicedyrektora Stricklanda i złamałeś nogę. Mogło ci się stać coś gorszego. Dlaczego w ogóle wszedłeś na to drzewo, kochanie?
Mogłem powiedzieć im prawdę. Tak między nami, to chciałem ją wykrzyczeć, przy okazji uwalniając się od wszystkich uczuć, które się we mnie kłębiły i groziły rozsadzeniem od środka. Ale coś mnie powstrzymywało. Być może obawiałem się, że reakcja rodziców na tę prostą prawdę nie będzie taka, jaka chciałem, by była. Być może bałem się, że zamiast skarcić Verne’a, będą oskarżać mnie o to, że nie przypilnowałem go należycie.
– To ważne, Jules – przerwał moje rozmyślania ojciec. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
Nadal milczałem. Matka pogłaskała mnie po policzku.
– Nie bój się – rozpromieniła się. – Wiemy, że nie chciałeś nic ukraść. Przecież nie lubisz papierówek.
– To koledzy cię na to namówili, prawda? – spytał ojciec. – Chciałeś się im przypodobać, więc wymyślili próbę ze wspinaczką na jabłoń wicedyrektora.
Czułem jak robi mi się gorąco. Powiedzenie im prawdy wydawało się być jednocześnie bardzo łatwe i potwornie trudne. Słowa układały mi się w zdania, ale ja miałem opory przed tym, aby je wypowiedzieć. Poza tym rodzice ciągle mi się przyglądali, oczekując odpowiedzi. Chciałem jak najszybciej zmienić temat, ale musiałem zrobić to umiejętnie, w taki sposób, aby obecny został natychmiast porzucony.
– Gdzie jest Verne? – Tylko to przyszło mi do głowy, choć nie ukrywałem przed sobą, że byłem tego ciekaw.
Teraz to oni spojrzeli po sobie, zaskoczeni nagłą zmianą tematu. A potem ojciec odchrząknął i odpowiedział na zadane pytanie:
– Vernie poszedł wraz z Marty’m kupić ci jakiś upominek w szpitalnym sklepie.
– Oh… – zdziwiłem się.
To coś nowego. Ale zapewne Verne wróci tutaj z wielkim, różowym misiem, który będzie miał napisane na brzuchu: „Wracaj do zdrowia, Marysiu!”, a do łapy będzie miał doczepiony balon w kształcie serca. A nawet jeśli Verne zdecyduje się kupić coś do jedzenia, będzie to coś, czego nie lubię, na przykład guma balonowa o smaku szpinaku (prawdopodobnie takowa nie istnieje, ale szpital w Hill Valley znany jest z tego, że można tam łatwo natrafić na coś obrzydliwego). Możliwości do głupich pomysłów ograniczone były jedyne wysokością kieszonkowego brata i Martina.
– Ale nadal nie odpowiedziałeś na pytanie, Jules – przerwała moje rozmyślania matka. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
– Właśnie, ja też chciałbym się tego dowiedzieć.
Do pokoju wkroczył wicedyrektor Strickland. Stanął jakiś metr od łóżka. Rodzice przenieśli na niego wzrok, a ja przeraziłem się jeszcze bardziej. Sytuacja stawała się gorsza z sekundy na sekundę.
– O, pan Strickland – przywitał go z uprzejmym uśmiechem ojciec. – W sumie nie miałem jeszcze przyjemności podziękować za to, że wezwał pan karetkę.
Wtem zauważyłem na korytarzu Martina i Verne’a, którzy natychmiast schowali się za ścianą i widać było tylko ich wystające zza otwartych drzwi głowy, kiedy zaczęli obserwować całą scenę.
Tymczasem wicedyrektor podszedł do ojca i spojrzał mu prosto w oczy.
– Zapamiętaj sobie na następny raz, Brown  – zaczął przyciszonym głosem. – Trzymaj swoje dzieciaki z dala od mojego domu. Omal nie zniszczyli mi mojego drzewka.
– Zaraz, zaraz, zaraz – przerwał mu nagle ojciec. – Chce pan powiedzieć, panie Strickland, że Vernie też tam był?
– Ależ oczywiście. On i jeszcze dwóch innych chuliganów. Sam widziałem jak wchodził na najwyższą gałąź i wyciągał rękę, jakby chciał coś złapać, a jego koledzy stali na dole i mu kibicowali. Skoro nie chcieli nic ukraść, to co tam robili?
Niepochlebna opinia Stricklanda o moim ojcu była szeroko znana, zwłaszcza przez Martina, Verne’a i mnie. Incydent z jabłonią był jeszcze jednym pretekstem do roztrząsania błędów wychowawczych mojego ojca. Lada chwila miał zacząć tę swoją tyradę, kiedy nagle do pokoju wparował Martin, a po jego minie widać było, że zamierzał bronić mojego rodziciela.
– Niech pan posłucha, panie Strickland – odezwał się i nawet podniósł palec. – Jules i Verne to dobre chłopaki, a pan osądza ich, nie wysłuchawszy nawet ich wersji wydarzeń.
– Ach tak, panie McFly? – Strickland założył ręce na ramionach i odwrócił się nagle w moją stronę. – W takim razie jak brzmi owa wersja?
Spojrzałem znów w stronę Verne’a, który wciąż przyglądał się wszystkiemu z ukrycia i najwyraźniej nie zamierzał opuścić swojej kryjówki. No tak. Tchórzył. Bał się Stricklanda i rodziców. Bał się konsekwencji. Nawet jeśli miałem jakąś litość dla niego, to teraz straciłem już jej resztki. Nie zamierzałem go kryć. Musiałem sam wszystko wyjaśnić, skoro mój młodszy brat nie miał dość odwagi.
Wyprostowałem się i zacząłem swoją opowieść:
– A więc to było tak: szukałem Verne’a za pomocą mojego najnowszego wynalazku naprowadzającego, bo matka kazała mi go znaleźć i powiadomić o tym, że nadeszła pora obiadu. Ku mojemu zdziwieniu urządzenie zaprowadziło mnie do domostwa pana wicedyrektora. W pierwszej chwili nic nie rozumiałem, ale po chwili usłyszałem szepty mojego brata, Johnsona i Biffa Juniora. Wyglądało na to, że chodziło o jakiś prymitywny rytuał, który miał na celu wprowadzenie Verne’a do jakiegoś elitarnego (kwestia gustu) stowarzyszenia.
Nagle do pokoju wbiegł Verne i z wyrazem wściekłości wskazał na mnie palcem, mówiąc:
– Do Klubu Wielkiego Mięśniaka, kujonie! I to była próba odwagi!
– Odwagi? – zakpiłem. – Raczej głupoty. Jak zwykle uległeś presji rówieśników, bracie.
– Ja chociaż mam rówieśników – odpowiedział Verne i wystawił język.
– Twój argument nie ma sensu, bracie. „Rówieśnik” to rzeczownik, który w tym kontekście oznacza kogoś w mojej grupie wiekowej. Nie zaś przyjaciela.
– Być może gdybyś nie używał tak trudnych słów, ludzie by cię lubili.
– Możecie wreszcie przejść do rzeczy?! – przerwał naszą kłótnię zniecierpliwiony Martin.
Na moment zamilkliśmy. Potem odchrząknąłem, ale to Verne ciągnął dalej opowieść:
– Johnson powiedział, że jeśli nie ściągnę z jabłoni Stricklanda swojej czapki, to nie przyjmie mnie do klubu. Tak więc wspiął się na drzewo i zawiesił ją na najwyższej gałęzi. Szkoda, żeście go nie widzieli. Schodził normalnie jak Spiderman!
– Raczej jak Człowiek-Leniwiec – skomentowałem, a Verne natychmiast rzucił mi chłodne spojrzenie.
– O, weź ty się przymknij! W każdym razie – powrócił do tematu – zacząłem się wspinać. Byłem już w połowie drogi, kiedy pojawił się ten idiota – wskazał mnie znów palcem.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Wziąłem głęboki oddech i (mimo że wewnątrz czułem, że lada chwila stracę cierpliwość) z opanowaniem przeszedłem do tłumaczeń:
– Po oszacowaniu odległości pomiędzy gałęzią a podłożem, zdecydowałem się zainterweniować i przekonać mojego nierozsądnego brata, aby zszedł z drzewa. Tak więc wszedłem przez płot na posesję pana wicedyrektora…
– „Wszedłeś”? – prychnął śmiechem Verne. – Przez dwie minuty próbowałeś się wgramolić na ten płot, aż w końcu dałeś sobie spokój i przeszedłeś przez bramkę. W tym czasie ja zdążyłem już wejść na gałąź i zacząłem powoli kierować się w stronę swojej czapki.
– Ale spojrzałeś na dół, bracie, i się przestraszyłeś – odparłem i uśmiechnąłem się złośliwie.
– Wcale się nie przestraszyłem! Ja niczego się nie boję!
– Nie, niczego się nie boisz. A właśnie, jak tam twój irracjonalny lęk przed potworami w szafie?
– Zamknij się!
– Verne, nie mów tak do brata. A ty Jules, nie śmiej się z niego – skarciła nas matka.
– Tak jest, matko – odrzekłem.
– Tak, mamo – powiedział ze skruchą Verne, po czym odchrząknął i spytał: – Na czym to stanąłem? Aha… No więc jestem już na gałęzi, kiedy nagle patrzę, a Jules staje pod drzewem i każe mi zejść. Ja jednak byłem za daleko, aby zrezygnować.
Przypomniałem sobie twarz przerażonego Verne’a trzymającego się kurczowo gałęzi; jego pełne lęku oczy, które zamknął, aby nie patrzeć w dół. W tamtym momencie było mi go żal. W tamtym momencie czułem wewnętrzną potrzebę, aby mu pomoc.
– Skorzystałem z moich latających trampek – oświadczyłem beznamiętnie – i wzniosłem się na wysokość oczu brata. Ściągnąłem z gałęzi jego nakrycie głowy i udzieliłem moralnego wsparcia. Trochę to trwało, ale udało mu się powoli zejść z drzewa…
Verne powoli, ostrożnie robił każdy krok, cały czas próbując nie patrzeć w dół. Kpiny Johnsona i Biffa Juniora na temat tchórzostwa i niezdolności zrobienia czegokolwiek bez starszego brata nie ułatwiały mu drogi na dół. Widziałem wręcz ten rumieniec wstydu na jego twarzy. Nawet kilka razy Verne rzucił mi chłodne spojrzenie. Kiedy zaś był prawie na dole…
– Nagle w moich butach zaszła jakaś awaria i przestały działać. Na szczęście, udało mi się złapać pobliskiej gałęzi. Potem pojawił się pan wicedyrektor i…
Chciałem kontynuować, ale poczułem znów jak chce mi się płakać. Zamknąłem oczy i zacząłem masować powieki, tymczasem moja pamięć przywołała obraz Verne’a i reszty chłopaków uciekających przez główną bramę przed wicedyrektorem Stricklandem, zostawiających mnie zwisającego na gałęzi. Wszystkie uczucia, które wtedy czułem, powróciły ze zdwojoną siłą, ale bardzo starałem się zachować spokój i ich nie okazywać. Nie chciałem się rozklejać na oczach tylu ludzi – rodziców, wicedyrektora, Martina, a zwłaszcza Verne’a. Już i tak wszyscy uważali mnie za mięczaka.
– I…? – dopytywał się ojciec. – Co się potem stało, Jules?
Już miałem odpowiedzieć, kiedy nagle wtrącił się wicedyrektor Strickland:
– Może ja opowiem. – Odwrócił się twarzą do rodziców. – Biff Junior, Johnson i Verne uciekli przede mną gdzie pieprz rośnie. Chciałem za nimi pobiec, ale Jules zawołał mnie i wtedy odkryłem, że wisi na moim drzewie. Zanim jednak zdążyłem go złapać, puścił się. Na szczęście wcześniej się rozhuśtał i spadł na stół. Nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby spadł na drogę.
Spojrzałem znów na swojego brata. Verne spuścił na moment wzrok na podłogę, zaraz go jednak nieśmiało podniósł.
– Mały złapał się za nogę i zaczął płakać – kontynuował opowieść Strickland – więc ostrożnie przeniosłem go na moją kanapę i zadzwoniłem po karetkę.
W tamtym momencie zdziwiłem się bardzo troską jaką okazał mi wicedyrektor Strickland. Spodziewałem się, że będzie wściekły za wkroczenie na jego posesję i będzie na mnie krzyczał. Tymczasem on wziął mnie na ręce i w milczeniu przeniósł do środka, posadził na kanapie i unieruchomił moją obolałą nogę. Kiedy zaś odłożył słuchawkę, może nie był szczególnie rozmowny, ale starał się zachować spokój i nawet zapewnił mnie kilka razy, że wszystko będzie dobrze.
– Jeszcze raz bardzo dziękuję, panie wicedyrektorze – powiedziałem szybko.
– Tak, jesteśmy panu bardzo wdzięczni za uzyskaną pomoc – dodał z uprzejmym uśmiechem ojciec.
Wicedyrektor Strickland wyprostował się i niespodziewanie wyciągnął z kieszeni małą książeczkę z kremową okładką. Od razu ją rozpoznałem. Podał mi ją i powiedział:
– Znalazłem to w ogrodzie. Musiało ci wypaść podczas upadku.
Odebrałem książeczkę i szybko schowałem ją pod kołdrą, aby nikt nie mógł przeczytać tytułu. Zaraz jak to zrobiłem, wicedyrektor Strickland, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, odwrócił się w stronę drzwi i oznajmił:
– Liczę, że nie potraktujesz tego incydentu jako pretekst do wakacji, młody człowieku, i poświęcisz ten czas wolny na naukę.
– Tak jest, panie wicedyrektorze – odparłem.
– Tak więc wracaj do zdrowia i widzimy się za jakiś czas w szkole – powiedział jeszcze na odchodnym.
Ojciec spojrzał na Verne’a ze zdziwieniem, wręcz z oburzeniem. Matka również nie wyglądała na zadowoloną z tego, co usłyszała, Martin z kolei najwidoczniej nie wiedział, co myśleć, bo jego wzrok przeskakiwał z jednej twarzy na drugą. Sam Verne wydawał się zdenerwowany tym, że rodzice spoglądają na niego karcąco. Pomyślałem, że dobrze mu tak – wreszcie ma za swoje i odpowie za to, co zrobił. Przez chwilę trwała niezręczna cisza. Czekałem na to, co powiedzą rodzice. Czekałem na kazanie, które wygłoszą mojemu bratu, i na karę, którą na niego nałożą.
– Dlaczego zostawiłeś Julesa samego? – odezwał się wreszcie ojciec. Jego głos był cichy, ale słychać było w nim nutę oburzenia. – Zapomniałeś o nim?
Verne milczał. Twarz ojca przybrała bardziej surowy wyraz.
– Słucham. Co masz na swoją obronę? Powiedz mi: dlaczego zostawiłeś swojego brata i uciekłeś?
Verne wyprostował się. W końcu – cichym tonem, unikając kontaktu wzrokowego z ojcem – odpowiedział:
– Nikt nie kazał mu przychodzić i robić mi wstyd na oczach kolegów. Przez niego wyszedłem na mięczaka.
Tego już było za wiele. Moja wściekłość i pogarda dla brata osiągnęły poziom, po którym nie mogłem już nad sobą panować. I tak oto, zanim rodzice czy Martin zdążyli w jakikolwiek sposób zrugać Verne’a, wrzasnąłem:
– Ach, tak?! Tyle masz mi do powiedzenia po tym, co się stało?! Tyle masz do powiedzenia, po tym jak pomogłem ci zejść, a ty zostawiłeś mnie samego w ogródku wicedyrektora Stricklanda?!
– Klaro, Marty – zwrócił się do nich szeptem ojciec. – Może lepiej zostawmy ich samych, aby załatwili swoje sprawy.
Tak więc wszyscy dorośli wyszli z pokoju. Kiedy zostaliśmy sami, Verne próbował się bronić:
– To była moja próba odwagi, a ty się wtrąciłeś!
– To w takim razie szkoda, że nie zostawiłem cię na tamtym drzewie! – krzyknąłem. Po policzkach pociekły mi łzy, ale to mnie już nie obchodziło. Zamierzałem mu wszystko wykrzyczeć w twarz. – Naprawdę żałuję, że tego nie zrobiłem! Przynajmniej wtedy byłbyś na moim miejscu!
Verne już miał coś powiedzieć, ale po usłyszeniu ostatniego zdania oniemiał. Ja zaś kontynuowałem:
– Żałuję, że mam brata! Brata, który jest lekkomyślny, głupi i niewdzięczny! Brata, który nie ma za grosz przyzwoitości! Brata, który mnie nie szanuje!
Wciąż milczał. Najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć.
– Nie wiesz jak to jest być mną! – ciągnąłem dalej drżącym głosem, a z każdą chwilą moje policzki zalewały kolejne łzy. – W szkole traktują mnie jak kogoś gorszego! Biff Junior stosuje na mnie przemoc, a Johnson się ze mnie naśmiewa! To cud, że jeszcze nie nabawiłem się jakichś nerwic albo depresji! W dodatku ty co chwila przychodzisz i psujesz mi moją pracę albo robisz coś głupiego i muszę ci pomóc posprzątać!
– To nieprawda! Zawsze sprzątam sam, a ty jeszcze zrzucasz na mnie swoje obowiązki!
– To metafora, bracie – odparłem. – Chodziło mi o to, że jak zrobisz coś złego, to zawsze pomagam ci to odkręcić. Ale oczywiście ten fakt umknął twojej uwadze. Już samo to, że mnie dzisiaj zostawiłeś i że nie czujesz wstydu z tego powodu, świadczy dobitnie o tym, jakie są twoje priorytety. Skoro tak, to trzymaj się odtąd z daleka ode mnie. Nie jesteś już moim bratem.
– A żebyś wiedział! – krzyknął Verne i skrzyżował ręce na ramionach, po czym wymamrotał: – Cholerna primadonna.
Następnie obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z pokoju. Jeszcze przez dłuższy czas byłem wzburzony po swoim rozstaniu z Verne’m, toteż kiedy ojciec i Martin weszli z powrotem do pokoju, w pierwszej chwili nie zwróciłem na nich uwagi, tylko przyglądałem się sufitowi. Martin stanął z boku, a ojciec usiadł na krześle. Przyjął przy tym zgarbioną postawę i popatrzył na mnie zmartwionym wzrokiem. A potem chwycił schowaną pod kołdrą książkę i wyciągnąwszy ją, przyjrzał się okładce.
Podręcznik dobrego brata – przeczytał po chwili na głos i przeniósł wzrok na mnie. – Hm… Dawno nie widziałem tej książki.
Przeczytałem ją pewnego razu, z czystej ciekawości. Fabuła była bardzo prosta – kilkunastoletni chłopak musi zająć się swoim licznym młodszym rodzeństwem pod nieobecność rodziców. Ponieważ jest już duży i ponieważ to książka dla młodzieży, spędza kilka dni dbając o to, aby jego siostrom i braciom niczego nie zabrakło; bawi się z nimi, a nawet ratuje jednego ze swoich młodszych braci przed utonięciem w rzece podczas wyprawy na ryby. Niby nic, ale kiedy przeczytałem tę książkę, zapragnąłem być właśnie takim dobrym bratem w stosunku do Verne’a. Dlatego tym bardziej nią gardziłem teraz, kiedy moje własne rodzeństwo mnie zdradziło.
Martin podniósł brwi ze zdumienia, ale milczał. Ja zaś spojrzałem w bok i powiedziałem cichym głosem:
– Możesz to wyrzucić, ojcze. Albo jeszcze lepiej: cofnij się do czasów Hiszpańskiej Inkwizycji i powiedz Thomasowi de Torquemadzie, że to książka heretycka. Przynajmniej będzie miał satysfakcję z tego, że ją spalił.
Ojciec uśmiechnął się.
– Być może to nie byłby tak zły pomysł, gdyby nie to, że po hiszpańsku potrafię powiedzieć tylko: „Tak, proszę pana, jestem z Ameryki i lubię szynkę”.
– Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem Martin. – Myślałem, że zna pan kilka języków.
– A czy kiedykolwiek twierdziłem, że jest wśród nich hiszpański? I że znam go w stopniu umożliwiającym rozmowę z siedemnastowiecznym Hiszpanem, który najprawdopodobniej skończył teologię, prawo kanoniczne i filozofię?
– Podróże w czasie byłyby takie proste, gdyby wszyscy znali angielski – stwierdził Martin i westchnął ciężko. Ojciec zaś nagle spoważniał i odwrócił się znów do mnie.
– Jules, rozumiem, że jesteś wściekły na Verne’a i masz do tego pełne prawo… – zaczął, ale natychmiast mu przerwałem:
– Chciałbym, aby Verne się nigdy nie narodził. – Przeniosłem wzrok na ojca, który, wbrew moim oczekiwaniom, nawet się nie wzdrygnął. Po krótkiej pauzie ciągnąłem dalej: – Wiem, że nie powinienem mówić takich rzeczy. Powinienem go kochać bez względu na to jaki jest. Powinienem się o niego troszczyć i pilnować, aby nie wpadł w kłopoty. Powinienem być dla niego wzorem do naśladowania. Próbowałem być takim bratem, naprawdę próbowałem. – Mój głos znowu zadrżał, a oczy zaszkliły mi się od łez, ale szybko je wytarłem i z trudem kontynuowałem: – Niech znajdzie sobie innego starszego brata, który będzie na niego uważał. Ja już nie mogę.
Ostatnie słowa wypowiedziałem szeptem. Czułem się zmęczony. Zmęczony wściekłością, bólem i odpowiedzialnością. Zmęczony Verne’m. Kiedy więc ojciec zaczął głaskać mnie po głowie i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, poczułem się odrobinę lepiej.
– Wiesz, Jules – odezwał się nagle Martin i usiadł na skraju łóżka. – Rzadko się zdarza, aby bracia się ze sobą dogadywali. W zasadzie najczęściej podkładają sobie nawzajem świnię, a w najlepszym razie schodzą sobie z drogi. Chociażby ja i David. Widziałeś kiedyś, żebyśmy robili coś razem?
– Nie – przyznałem. – Ale wywnioskowałem, że to dlatego, iż on całe dnie pracuje w firmie, a ty większość czasu spędzasz u nas.
– To też prawda, ale nawet kiedy on był jeszcze w szkole, nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych zainteresowań. Trzymaliśmy się swoich znajomych i swoich spraw, więc spotykaliśmy się głównie podczas rodzinnych posiłków, wakacji albo świąt, a w innych okolicznościach raczej się unikaliśmy.
– Pragnę ci przypomnieć, Martinie – przerwałem mu – że problem nie leży w tym, że Verne mnie unika, ale w tym, że zostawił mnie samego, kiedy potrzebowałem pomocy, przyczyniając się przy tym do mojego złamania dolnej kończyny. Jakiekolwiek byłyby twoje stosunki z Davidem, na pewno nigdy nie zrobił ci czegoś podobnego.
– O, nie. On zrobił coś gorszego – odparł Marty. – Widzisz, kiedy byliśmy mniej więcej w twoim i Verne’a wieku, David schował moją deskorolkę i przekonał mnie, że to Strickland mi ją ukradł i że trzyma ją u siebie w domu.
– To nonsens. Po co była wicedyrektorowi twoja deskorolka?
– David twierdził, że Strickland napali nią w kominku, a potem prześle mi jej prochy z dopiskiem: „Z najlepszymi życzeniami, Gerald Strickland.” Ponieważ moja wyobraźnia była wtedy… dość wybujała, a Strickland jest, jak dobrze wiesz bardzo…
– Surowy?
– Chciałem powiedzieć: „czepialski”, ale twoje słowo też pasuje. No więc dlatego właśnie uwierzyłem wtedy Davidowi i, wiedziony chęcią odzyskania tego, co moje, wkradłem się do domu Stricklanda. Jak ninja, przeskoczyłem przez płot, a potem przemknąłem się przez jego ogródek wprost do salonu i zacząłem rozglądać się za moją deską. Zbliżyłem się powoli do kominka, kiedy nagle… – zrobił pauzę dla podbudowania napięcia, a kiedy przytrzymał swoich słuchaczy dość długo w niepewności, w końcu dokończył nieco monotonnym głosem: – potknąłem się i upadłem jak długi, przy okazji rozbijając wazon. Strickland mnie zobaczył i zbeształ. Rodzice i David przyjechali na miejsce i była niezła draka. Strickland groził, że nas pozwie i że zabiorą mnie do poprawczaka, ale rodzicom udało się go udobruchać. Próbowałem się bronić, mówiłem, że przyszedłem po moją skradzioną deskę, ale rodzice powiedzieli, że moja deska jest w garażu, bo ją widzieli i że to nieładnie bezpodstawnie oskarżać kogoś o kradzież. – Nagle jego twarz przybrała bardziej poważny wyraz. –David, oczywiście, zaparł się wszystkiego i powiedział, że chciał mnie powstrzymać. Wyszło więc, że na upartego wkradłem się do domu Stricklanda, nie słuchając co mój mądry brat do mnie mówił. W rezultacie musiałem zapłacić za wazon ze swojego kieszonkowego i przez tydzień nie wychodziłem z domu. Byłem wściekły na Davida, tak jak ty teraz na Verne’a. Już wcześniej robił mi różne świństwa, ale to przechodziło ludzkie pojęcie.
Milczałem przez dłuższy czas. Nie za bardzo wiedziałem, co miałem o tym powiedzieć i co o tym myśleć. Kto z nas miał gorzej? Co prawda, ja miałem złamaną nogę, ale z drugiej strony Martin został niewinnie ukarany. W zasadzie obaj zostaliśmy wpakowani w kłopoty, a potem porzuceni przez swoich braci.
Zaraz jednak Martin się uśmiechnął i zaczął znów:
– Ale gdzieś tak po dwóch-trzech dniach mój szlaban został anulowany.
– Hem…? – zdziwiłem się.
– David przyznał się, że mnie wkręcił. Oddał mi nawet pieniądze za wazon i przeprosił za wszystko, co zrobił. Kiedy spytałem go dlaczego stał się nagle taki miły, odpowiedział, że poczuł wyrzuty sumienia z mojego powodu. To miał być tylko głupi żart, a o mało nie trafiłem przez niego do poprawczaka.
– Nie sądzę, Marty, aby z prawnego punktu widzenia to było takie łatwe – wtrącił ojciec, ale Marty nie zwrócił na niego uwagi.
– Oczywiście mój brat na początku tak nie myślał, ale usłyszał jak rodzice o tym rozmawiają. – Zniżył się nieco ku mnie i powiedział ciszej: – Poza tym po jakimś czasie zaczęło mu mnie brakować, ale ciii – położył palec na ustach – jakby co nie słyszałeś tego ode mnie. – Wyprostował się i mówił dalej normalnie: – Musiał przemyśleć sobie wszystko i doszedł do wniosku, że jednak zrobił źle. Zobaczysz – poklepał mnie delikatnie po ramieniu. – Vernie również wszystko sobie przemyśli, przyjdzie tutaj i cię przeprosi.
Martin mógł mieć rację. Przecież również ma brata, posiada więc empiryczne doświadczenie w tej kwestii.
– Dziękuję, Martinie – odpowiedziałem z uśmiechem.
Obaj z ojcem wstali.
– Postaramy się przemówić Verne’owi do rozsądku – odparł mój rodzic. – Ty tymczasem odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Czy jest coś co chciałbyś, abyśmy ci przynieśli z domu?
Zastanowiłem się przez chwilę. W swoim pokoju miałem mnóstwo niedokończonych projektów, ale one mogły poczekać. Były za duże i zbyt kłopotliwe do przeprowadzenia w moim obecnym stanie. Żadnych książek obecnie nie czytałem, w zasadzie Podręcznik dobrego brata był ostatnią książką, którą przeczytałem. Co mogłem chcieć z domu? Przecież nie mogłem zostać zupełnie sam w pokoju. Siedzenie w tym miejscu byłoby bardzo monotonne.
Zaraz jednak do pomieszczenia zerknęła nieśmiało Franny. Uśmiechnąłem się. Już nie musiałem się martwić o rozrywkę.
– Nie, ojcze. Na razie niczego mi nie potrzeba – oznajmiłem.
Ojciec spojrzał za siebie, zauważył Franny i również się rozpromienił.
– Rozumiem. Chodźmy, Marty – powiedział i wraz z Martinem opuścili pokój.
Ja i Franny spędziliśmy całe popołudnie grając w różne gry. Począwszy od zwykłych kart (zgodnie z moimi wyliczeniami Franny ograła mnie wtedy w pokera już pięćdziesiąty piąty raz), poprzez warcaby (próbowałem ją zainteresować szachami, ale zasypiała, kiedy kończyłem tłumaczyć jej właściwości poszczególnych figur… nie to że była głupia, po prostu jej to nie interesowało), aż po gry planszowe, które przyniosła ze sklepu swojego ojca. Nawet podpisała mi się na gipsie, chociaż to serduszko z naszymi inicjałami było cokolwiek… kłopotliwe. W każdym razie spędziliśmy miło czas na wartościowych interakcjach międzyludzkich.
W między czasie odwiedził mnie Johnson wraz ze swoimi rodzicami, którzy kazali mu mnie przeprosić, co zrobił od razu z wyraźnym niesmakiem. Biff Junior się nie pojawił, ale to mnie nie dziwiło. Tannenowie prędzej zjedliby swoje własne mydło, niż zdecydowali się kogokolwiek przeprosić.
Ogólnie bawiłem się bardzo dobrze i nawet przez chwilę nie pomyślałem o Vernie. Farnny zawsze (no cóż… od momentu, w którym przestała strzelać do mnie kulkami z papieru) była całkiem miłym towarzystwem, w porównaniu z innymi moimi rówieśnikami. W końcu jednak przyszła jej matka i Franny musiała iść do domu, bo robiło się późno.
– Jutro też przyjdę! – powiedziała na odchodnym, machając do mnie.
– W takim razie będę czekał – zawołałem do niej, również machając ręką w geście pożegnalnym.
Kiedy opuściły pokój, spojrzałem na widok za oknem. Niebo przybierało właśnie barwę potocznie nazywaną różem, co oznaczało, że niebawem zapadnie zmrok. Oparłem plecy na poduszce i westchnąłem. Czułem się już trochę senny. W pomieszczeniu panowała cisza, a ja miałem nadzieję, że niebawem zostanę wypisany i znajdę się w znajomym otoczeniu.
Nagle odgłos kroków zbudził mnie z mojego odrętwienia. Spojrzałem w stronę drzwi. Verne nieśmiało wkroczył do środka. Cały mój gniew powrócił, więc szybko odwróciłem wzrok. Przeszło mi przez myśl, że mógł tu przyjść, aby się ze mną pogodzić, ale pamięć jego słów sprzed kilku godzin była zbyt świeża, abym mógł na niego spojrzeć. Z drugiej strony czekałem na to, co miał do powiedzenia.
Stanął w nogach mojego łóżka i popatrzył na mnie przez jego ramy. Nagle jego wzrok padł na podłogę i Verne wreszcie przemówił:
– Wiesz, kiedyś uratowałem ci życie.
Podniosłem brew. Nie pamiętałem, aby takie zdarzenie miało miejsce. Inna sprawa, że w naszej rodzinie działo się tyle rzeczy, że mogło mi to umknąć.
Verne stanął na palcach i ciągnął dalej:
– Byłeś wtedy taki mały. – Pokazał rękoma wysokość, która na moje oko odpowiadała długości kilkumiesięcznego niemowlaka. – Gdy mnie i Marty’emu nie udało się namówić Juliusza Verne’a na zmianę nazwiska, postanowiłem udać się do czasów przed moimi narodzinami i dopilnować, aby rodzice nadali mi jakieś fajne imię. Zapukałem do tej… tej chaty… Wiesz której, prawda, Jules?
– Tak, wiem – odpowiedziałem.
Chodziło mu o nasz dom sprzed podróży do dwudziestego wieku. Znajdowała się w lesie, kilka kilometrów od miasta. Ja i Verne urodziliśmy się w tej chacie i spędziliśmy tam jakieś dziesięć lat wraz z rodzicami.
– No więc zapukałem wtedy do drzwi, a tata je otworzył. I wtedy zobaczyłem jak maszyna, która stała nad twoją kołyską, chwyta cię za kołnierz – podniósł do góry rękę i zademonstrował chwyt szczypcowy – i wyrzuca na zewnątrz – zamachnął się jakby rzucał ubranie do kosza na bieliznę, po czym mówił dalej: – Przeleciałeś nad moją głową przez drzwi i znalazłeś się na zewnątrz. Jak tylko to zobaczyłem, szybko pobiegłem i złapałem cię w locie. Przeturlałem się po śniegu, trzymając cię mocno w ramionach, a kiedy wreszcie się zatrzymałem, ty się do mnie uśmiechnąłeś.
– I co w związku z tym? – spytałem chłodno.
– Wtedy… wiesz kiedy trzymałem cię na rękach… Miałem wtedy wrażenie, że to ja jestem twoim starszym bratem. Byłeś taki malutki, taki delikatny…
Nie wiedziałem co o tym myśleć. Verne wyglądał na autentycznie smutnego i pogrążonego w zadumie. To musiało być dla niego dziwne, a jednocześnie bardzo głębokie doświadczenie.
– Ale potem mnie obśliniłeś i to było obrzydliwe – dodał nagle, psując chwilę, a na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
Westchnąłem. Czy on naprawdę musiał być takim prostakiem?
– Typowe niedogodności spotykania krewnych w wieku niemowlęcym – odparłem. – Nie słyszałeś, co zrobił pradziadek Martina, kiedy ten przeniósł się do 1885?
– W każdym razie – ciągnął dalej, tym razem znów poważnie – w tamtym momencie przyszli rodzice i mama powiedziała, że mnie lubisz.
– To też naturalne przy podróżach w czasie. Krewni w wieku niemowlęcym rozpoznają swoich przyszłych potomków jako członków rodziny i są wobec nich ufni.
– Poszedłem z rodzicami do domu i kiedy wyjaśniłem im, że mogę u nich zostać, jeśli oni nie mają nic przeciwko, zaproponowali mi, żeby im pomógł w zajmowaniu się tobą. Nigdy nie zapomnę tego, jak siedziałeś w śpioszkach na podłodze i układałeś z klocków Wieżę Eiffla.
– I co w związku z tym? – spytałem z irytacją. Czy on naprawdę musiał tak wszystko przedłużać?
Podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się smutno. Zaraz jednak ten uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Jules – zaczął cicho. – Czasem jesteś naprawdę wkurzający z tą swoją inteligencją, kazaniami i wywyższaniem się…
– Ja się nie wywyższam – zaprotestowałem.
– O tak, wywyższasz. Tylko jesteś zbyt zadufany w sobie, żeby to zauważyć – odparł z lekkim uśmiechem. Zaraz potem jednak spoważniał. – Ale wtedy, w chacie rodziców, nie przypominałeś siebie z przyszłości. Byłeś uroczym, małym niemowlakiem.
– I po to tu przyszedłeś? – zapytałem z jeszcze większym rozdrażnieniem niż wcześniej. – Verne, myślałem, że…
– Przepraszam cię, Jules – wyrzucił z siebie drżącym głosem.
Spojrzał na mnie, a jedna łza poleciała mu po policzku. Zacisnął pięści na rurach łóżka i, patrząc na mnie, kontynuował:
– Myślałem, że sobie poradzisz. Że się podciągniesz i zejdziesz, że twoje trampki zaczną znów działać albo że chociaż Strickland cię stamtąd ściągnie. Nie myślałem, że tak to się skończy.
Przypomniałem sobie słowa Martina. David też nie myślał, że jego żart skończy się w sposób, w jaki się skończył. Wciąż jednak pozostało kilka rzeczy niejasnych.
– Skoro tak, to dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej, tylko mówiłeś mi takie przykre rzeczy?
Wytarł rękawem policzki, po czym dodał:
– Bo wtedy wciąż byłem na ciebie zły. Nawet jeśli chciałeś mi pomóc, to i tak Biff Junior i Johnson widzieli, że potrzebuję twojej pomocy, aby zejść z głupiego drzewa. Przez całą drogę, kiedy uciekaliśmy jak najdalej od Stricklanda, nabijali się ze mnie, za to co wtedy się stało. A potem dowiedziałem się, że złamałeś nogę, ale nic poza tym ci się nie stało, więc doszedłem do wniosku, że nie jest źle.
– Ciekawe, co powinno się wydarzyć, bracie, żebyś uznał, że jest źle? – spytałem. – Naprawdę nie czułeś wstydu, że złamałem nogę?
– Trochę czułem, ale raz, że złamanie nogi nie jest tak poważne jak śmierć, a dwa, że mogłeś przez jakiś czas siedzieć w domu zamiast chodzić do szkoły i się nudzić.
– Z całym szacunkiem, Verne, widziałeś kiedykolwiek, abym się nudził w instytucji edukacyjnej?
– No to inaczej: odpocząłbyś sobie od szkolnych łobuzów.
– To już lepszy argument – stwierdziłem i uśmiechnąłem się.
– Poza tym masz fajny gips. Wszystkie dzieciaki będą chciał ci go podpisać. Widzę – dodał ze znajomym mi złośliwym uśmieszkiem – że już ktoś to zrobił.
– Nawet się nie odzywaj – powiedziałem tonem, którym chciałem powstrzymać go od wszelkich złośliwych komentarzy.
Odchrząknął i spoważniał.
– Chciałem powiedzieć, że masz rację. Masz całkowitą rację.
– Mów dalej – zaciekawiłem się.
– Mimo że jesteś czasem… nieco wkurzający, wszystko co powiedziałeś mi popołudniu było prawdą. – Popatrzył mi w oczy. – To prawda, że jestem lekkomyślny, głupi i niewdzięczny. To prawda, że nie wiem jak to jest być tobą. No i to prawda, że zawsze musisz po mnie sprzątać. – Zaśmiał się pod nosem, ale zaraz posmutniał. – Zachowałem się paskudnie. Zostawiłem cię samego, jak jakiś tchórz, chociaż ty pomogłeś mi zejść. Mimo że czasem mam cię serdecznie dość, jesteś dobrym bratem. A ja zostawiłem cię samego.
Był pokorny. Wstydził się tego, co zrobił. Nie miałem wątpliwości, że jego skrucha i wstyd były szczere. Właśnie o to mi chodziło, prawda? Chciałem zobaczyć, że żałuje swojego zachowania. Nie wiem jak ojciec i Martin to zrobili… Być może nawet nie zrobili nic i Verne sam doszedł do wniosku, że postąpił źle. W każdym razie cała moja wściekłość ulotniła się jak woda pod wpływem procesu parowania.
– Wiesz – uśmiechnąłem się do niego – ty też nie jesteś taki zły.
Rozpromienił się. Ucieszył się, że uzyskał przebaczenie.
Nagle obszedł łóżko, a wtedy zauważyłem w kieszeni jego spodni znajomą różową okładkę. Verne usiadł na krześle, na którym wcześniej siedział nasz ojciec, ja zaś zastanowiłem się, czy Podręcznik dobrego brata miał coś wspólnego z tą nagłą zmianą.
– Bracie, skąd masz tę książkę? – spytałem.
– Oh, tę? – Wyciągnął ją z kieszeni. – Tata i Marty mi ją pokazali. Przejrzałem ją i muszę przyznać, że jest strasznie głupia. Którzy starsi bracia spędzają z młodszym rodzeństwem całe dnie, robiąc te wszystkie durne rzeczy, i mają z tego frajdę?
– Tak, to prawda – odparłem z uśmiechem. – To wyjątkowo głupia książka.