[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 2

[Uwaga! Nawiązania do gry Back To The Future: The Game, zwłaszcza tej sceny.]

Ulotna zniknie rozkosz za horyzontami

Doktor Brown odwrócił się gwałtownie i zdziwił tym, co zobaczył. Jakiś metr od niego stał wysoki mężczyzna, ubrany w długą, czarną pelerynę. Na głowie nosił czarny kapelusz z szerokim rondem, a na twarzy – białą, beznamiętną maskę. Emmett powstał na równe nogi, podparłszy się strzelbą, i przyjrzał się tajemniczemu osobnikowi. Starał się zachować pokerową twarz, ale w tym dziwnym mężczyźnie było coś niepokojącego, wręcz przerażającego.
– Erazm z Rotterdamu napisał w swojej Pochwale Głupoty, że psy to dowód na to, że pochlebstwo i przywiązanie mogą iść w parze – odezwał się znów nieznajomy. Miał syczący, przyprawiający o dreszcze głos.
Przez chwilę Emmett zastanawiał się, czy ten dziwny człowiek wiedział, co się stało z Klarą i dziećmi, ale jego obecność w lesie była tak dziwna, tak nienaturalna, że doktor Brown doszedł do wniosku, że śni jakiś dziwny sen.
– To nie sen, doktorze Brown – oświadczył nieznajomy. – To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić. – Zrobił dwa kroki do przodu i zaczął powoli okrążać Emmetta, szepcząc: – To dość żałosne, że jedynym kompanem, który cię nigdy nie zdradził, jest ta bezrozumna kupa sierści. Tymczasem człowiek, którego uważasz za najlepszego przyjaciela, Marty McFly, porzucił twoje martwe ciało z nie do końca szlachetnych pobudek.
– Nie znasz Marty’ego, więc nie opowiadaj o nim kłamstw – odpowiedział chłodno doktor Brown. – Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz tak o nim mówić?
– Nazywają mnie Saturnin. A ty myślisz, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. – Zrobił krok w tył, podniósł głowę i spojrzał na doktora. – Tak się składa, że ja również potrafię przenosić się w czasie. Pozwól, że zabiorę cię w podróż, doktorze Brown. Odkryję przed tobą prawdę.
Pstryknął palcami i nagle las zniknął. Obaj znaleźli się przed Centrum Samotnej Sosny. Emmett nie wierzył własnym oczom. Oto był w stanie ujrzeć samego siebie i Marty’ego, ubranych w stroje ochronne. Marty nagrywał kamerą swojego pracodawcę, który właśnie oparł się o Deloreana i zaczął coś mówić.
– Czy to jest…? – Emmett odwrócił się w stronę Saturnina.
– Tak, doktorze – odparł jego rozmówca, nawet na niego nie spoglądając. – 26 października 1985 roku. Ale przyjrzyj się dobrze. Ujrzysz teraz prawdziwe oblicze tego, którego nazywasz przyjacielem.
– Co ja mam w głowie? – powiedział nagle doktor Brown z 1985, łapiąc się za czoło. – Nie wziąłem zapasu plutonu. Nie mógłbym wrócić, każdy skok w czasie to jeden ładunek.
Siedzący w ciężarówce Einstein zaczął nagle szczekać. Obserwujący z boku Emmett od razu poczuł przypływ niepokoju, zrozumiawszy, co zaraz miało nastąpić.
– Co jest, Einie? – zapytał doktor z przeszłości.
– Głupcze, uciekaj stamtąd… – szepnął jego odpowiednik z przyszłości.
Saturnin zbliżył się do jego ucha i zasyczał:
– Nie myślałeś, że cię znajdą. Myślałeś w swej naiwności, że odejdą wraz z fałszywą bombą i zostawią cię w spokoju. Ale oni postanowili ukarać cię za to, że śmiałeś ich oszukać.
Opierający się o Deloreana Emmett Brown spojrzał przed siebie. Nagle w stronę centrum handlowego wyjechał mały autokar. Emmett odszedł od samochodu, zbliżając się mimowolnie do obiektywu kamery Marty’ego.
– Boże, znaleźli mnie. Jakim cudem? – powiedział i zaraz ruszył do swojej ciężarówki, wołając: – Uciekaj, Marty!
– Kto to? – spytał młodzieniec.
Kładąc rękę na drzwiach pojazdu, doktor Brown odpowiedział:
– Jak to kto? Libijczycy!
Wskazał palcem nadjeżdżający autokar. Jeden z Arabów prowadził, drugi wychynął przez otwarty dach, trzymając w rękach karabin.
– O, cholera! – zaklął Marty i natychmiast pochylił głowę.
Schował się za Deloreanem. Terrorysta z karabinem ostrzelał serią ciężarówkę, ale nie udało mu się trafić w cel. Doktor Brown powiedział, że ściągnie ogień na siebie i wyjął z torby na narzędzia pistolet. Wycelował i próbował strzelić, ale pistolet nie odpalił. Uderzył dwa razy w magazynek i po chwili zdał sobie sprawę, że jest nienabity. Szybko salwował się ucieczką. Pochylił głowę i szedł wzdłuż ciężarówki. Terroryści się zatrzymali, a on stanął i podniósł wzrok akurat w momencie, kiedy znajdowali się na wprost niego. Libijczyk z karabinem powiedział coś w swoim ojczystym języku. Doktor bezradnie podniósł ręce do góry, a po kilku sekundach odrzucił pistolet, w nadziei, że zostanie oszczędzony. Chwilę potem kolejna seria z karabinu została wystrzelona prosto w jego tułów i Emmett z przeszłości padł na ziemie martwy.
Emmett z przyszłości zamknął oczy.
– Co jest, doktorze? – zasyczał mu znów do ucha Saturnin. – Teraz właśnie będzie najlepsze.
Emmett usłyszał jak Marty wydał z siebie przeciągłe, rozpaczliwe „nie”. Dopiero wtedy znów otworzył oczy. Marty podniósł się na równe nogi i krzyknął do terrorysty:
– Łajdak!
Kiedy tylko morderca jego pracodawcy skierował broń w jego stronę, Marty od razu schował się za przodem ciężarówki. Kolejna seria z karabinu. Przeładowując, Libijczyk powiedział coś do kolegi, a ten ruszył dalej. Marty opuścił kryjówkę, ale  autokar wyjechał mu na spotkanie. Chłopak zamknął oczy i oczekiwał na śmierć, ale choć Libijczyk celował w niego i nacisnął spust, strzał nie padł. Kiedy mężczyzna próbował doprowadzić swoją broń do użyteczności, młodzieniec skorzystał z okazji i wskoczył do Deloreana. Libijczyk kazał kierowcy jechać, ale autokar również odmawiał im posłuszeństwa.
– Popatrz jak ucieka – powiedział z jakąś dziwną satysfakcją w głosie Saturnin do oglądającego całą scenę Emmetta.
Marty już miał zamknąć drzwi do samochodu, ale zatrzymał się na moment i spojrzał na martwe ciało doktora Browna. Kiedy jednak autokar znów ruszył z miejsca, chłopak natychmiast zamknął drzwi i ruszył.
– Popatrz jak chce za wszelką cenę ocalić własną skórę – odezwał się znów Saturnin.
– Obejrzał się – odparł szybko doktor Brown. – Wahał się.
Delorean pojechał nieporadnie po parkingu, ścigany przez Libijczyków, którzy co chwila strzelali w jego stronę, a mimo to wciąż chybiali.
– Ale prawda jest taka, że nie chciał odwrócić tego, co raz poszło źle – oświadczył Saturnin.
Delorean zrobił kolejne okrążenie, po czym wyjechał na drogę, wciąż mając na ogonie Libijczyków.
– Nie chciał cofnąć się w czasie i ostrzec cię przed tym, co miało cię spotkać. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd.
Doktor Brown przyglądał się całej scenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony chciał, aby Marty’emu się udało, żeby chłopak wyszedł z tego cało. Z drugiej strony, kiedy tylko jego wzrok padał na leżące opodal ciężarówki ciało jego samego, czuł do Marty’ego pewien żal. To jednak nie znaczyło, że nie potrafił go zrozumieć.
Samochód powrócił do centrum handlowego i zrobił kilka okrążeń wokół rabatki. Po chwili Libijczyk wyciągnął małą wyrzutnię rakiet. Marty zrobił jeszcze jedno okrążenie, po czym dodał gazu i pojechał przed siebie, z każdą sekundą nabierając szybkości. Aż w końcu pojawiło się białe światło i zniknął. Autokar Libijczyków zaś uderzył w pobliski kiosk.
– Zostawił cię, aby ratować swoją żałosną osobę. Zabawne, że zawsze denerwuje się, kiedy ktoś nazwie go tchórzem, i potrafi robić głupie rzeczy, żeby udowodnić swoją odwagę, a w tamtym momencie myślał tylko o ucieczce. Cofnięcie się do 1955 było skutkiem ubocznym. Poszedł do ciebie tylko po to, abyś pomógł mu powrócić do jego czasów.
– Ale potem próbował mnie ostrzec – odrzekł Emmett i spojrzał na Saturnina. – Najpierw napisał do mnie list, a kiedy go podarłem, próbował powiedzieć mi to od razu podczas burzy. – Odwrócił się całym ciałem do swojego rozmówcy i powiedział: – Nie winię go za to, że instynkt samozachowawczy kazał mu mnie zostawić. Nie chciałbym, aby zginął z powodu błędu, jakim było niedocenienie przeze mnie Libijczyków. Poza tym – dodał z lekkim uśmiechem – Marty ratował mi życie wiele razy, narażając się na niebezpieczeństwo.
– A gdybym ci powiedział, że raz o mało cię nie zabił? – zapytał pewnym siebie tonem Saturnin. – Co więcej: że zrobił to celowo?
– Uznałbym, że albo jesteś szalony, albo kłamiesz.
– W takim razie przekonaj się sam, doktorze.
Znów zmieniła się sceneria. Tym razem znaleźli się w Liceum Hill Valley w 1931, gdzie odbywało się właśnie Naukowe Expo. Tuż przed nimi znajdował się pawilon z wielkim zbiornikiem wodnym, w którym zanurzony był batyskaf, a koło aparatury stał mężczyzna w skafandrze nurka. Na platformie prowadzącej do zbiornika znajdował się ubrany w brązowy garnitur Marty. Właśnie położył nogę na wężu, który dostarczał tlen do batyskafu. Nurek nagle podniósł głowę i doktor Brown usłyszał swój własny, ściszony głos:
– Odsuń się. Blokujesz węża.
Marty jednakże jeszcze nie cofał nogi. Spojrzał na nurka i powiedział:
– Co to ma do rzeczy? Przecież nie ma nikogo w batyskafie.
– To bardzo delikatny sprzęt – odparł mężczyzna w skafandrze.
– Oh, przepraszam – oznajmił Marty, ale brzmiał nieszczerze.
Nurek zachwiał się, jakby kręciło mu się w głowie.
– Pozwól, że naświetlę ci sytuację, doktorze – zasyczał Saturnin. – Siedemnastoletni ty siedzisz teraz w batyskafie, tymczasem ty z 1986 jesteś człowiekiem w skafandrze. A Marty McFly chce cię zabić.
W pierwszej chwili nie chciał w to uwierzyć. Pamiętał, że przed prezentacją swojego wynalazku na Expo stracił przytomność i obudził się kilka minut potem w batyskafie. Pamiętał, że w pewnym momencie nagle zrobiło mu się duszno, ale myślał, że to napad klaustrofobii. Po kilku długich sekundach znów mógł oddychać, batyskaf podniósł się do góry i Marty wyciągnął go na zewnątrz.
– Hej! – Marty odezwał się znów. – Emmett nigdzie się nie ruszy, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Nurek ponownie podniósł głowę i ochrypłym głosem zapytał:
– Co za Emmett?
– Ty, Emmett – odrzekł chłopak.
– Nie sądzisz, że to dość nieetyczne, doktorze? – spytał Saturnin. – Narażać życie najlepszego przyjaciela tylko po to, aby wyciągnąć go z batyskafu? Byłeś tam przecież bezpieczny.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się całej scenie, próbując pojąć, co się właściwie dzieje.
Wciąż trzymając nogę na wężu, Marty powiedział stanowczym tonem:
– Gotowy, aby teraz ściągnąć maskę? Jacques’u Douteux, znany też jako Carl Sigan, znany też jako…
– Nie! – przerwał mu mężczyzna w skafandrze.
Złapał się za głowę. Emmett przypomniał sobie ciasne wnętrze batyskafu, oświetlane jedynie małą żarówką na górze. Przypomniał sobie to okropne uczucie duszności, połączone z zawrotami głowy i wrażeniem, że pozostanie na dnie zbiornika już na zawsze. To było jedno z najgorszych wspomnień jakie pamiętał. Teraz wyglądało na to, że było ono udziałem Marty’ego.
– Po prostu przycisnę mocniej, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Było jakieś okrucieństwo w jego stanowczości. Okrucieństwo, którego Emmett nigdy wcześnie u Marty’ego nie widział.
– Wolałbym… żebyś tego nie robił. – Głos mężczyzny w skafandrze był coraz słabszy.
– Dlaczego nie? Nie ma nikogo w batyskafie, prawda? – Nagle spoważniał. – Wiesz, co się stanie, kiedy skończy się powietrze. Co stanie się wam obu.
Nurek coś powiedział, ale Emmett nie zrozumiał jego mamrotań. Mężczyzna złapał się za hełm i znów się zachwiał. Po chwili krzyknął słabym głosem:
– Rozkazuję ci odblokować tego węża!
– Zabawne. Pomyślałby kto, że to tobie kończy się powietrze, a nie osobie w batyskafie.
Gdyby nie znał chłopaka lepiej, pomyślałby, że Marty czerpie z tego… satysfakcję.
– Nie wiem o kim… o czym… mówisz.
– Zupełnie jakbyście obaj byli ze sobą jakoś połączeni.
Uśmiechał się i był pewny siebie. Nie przypominał tego sympatycznego młodzieńca, którego doktor znał od wielu lat. To było przerażające. Marty posunąłby się aż tak daleko, aby wymusić na kimś posłuszeństwo?
– Przestań… przydeptywać… tego węża!
– Podnieś batyskaf, doktorze.
– Nie… zrobię… tego…
Jego krzyk zaczął już przypominać przerażony, agonalny jęk.
– W takim razie ja też nie ustąpię – oświadczył Marty.
Ale jednak to zrobił. Ściągnął nogę z węża i obserwował. Nurek przez chwilę jeszcze łapał oddech, a zaraz potem podszedł do aparatury i podniósł wreszcie batyskaf. Marty wydobył nastoletniego Emmetta, który zakaszlał dwa razy i stwierdził, że nie zostanie oceanografem. Tymczasem człowiek w skafandrze uciekł i dwaj mężczyźni pognali za nim.
– Gdyby przytrzymał nogę kilka sekund dłużej, byłbyś martwy, doktorze – zasyczał Saturnin.
– Tak, wiem – odparł cicho Emmett.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze samemu sobie z 1931. Właśnie skierowali się wraz z Marty’m w stronę przydzielonego im pawilonu. Rozmawiali jakby nigdy nic. Marty znów zachowywał się jak Marty. Emmett przypomniał sobie, że tego dnia chłopak pomógł mu pogodzić się z ojcem i dał mu kawałek gazety, który miał zobaczyć dopiero po tym jak wręczone mu zostaną klucze do miasta. Fakt, że kilka minut wcześniej Marty próbował go zabić, wydawał się doktorowi nie tylko niezgodny z charakterem chłopaka, ale również niezgodny z logiką. Gdyby Marty przyczynił się do śmierci Emmetta, nie tylko straciłby przyjaciela, ale także możliwość powrotu do swoich czasów. Poza tym…
Doktor Brown odwrócił się do Saturnina.
– Masz rację. Gdyby jego noga pozostała na wężu odrobinę dłużej, zabiłby mnie. Ale cofnął ją, mimo że mój odpowiednik z 1986 nie powiedział, że ulegnie jego groźbom. Wniosek: Marty doskonale wiedział, co robi. I musiał mieć powód. Nie pamiętam, abym udawał Jacquesa Douteux i więził samego siebie w batyskafie. Wniosek: to musiała być jakaś alternatywna wersja mnie, która z jakiegoś powodu nie chciała, abym dokonał pokazu swojego wynalazku. A ten pokaz był jednym z momentów zwrotnych w moim życiu, tak więc Marty miał na celu moje dobro.
– A więc twierdzisz, że o mało cię nie zabił dla twojego dobra? – zapytał Saturnin i zaśmiał się pod nosem. – Zdajesz sobie sprawę z tego jak głupie jest to stwierdzenie?
– Być może jest głupie, ale poparte faktami i zdrowym rozsądkiem. Zbyt dobrze znam Marty’ego i zbyt wiele razem przeżyliśmy, aby jedno wydarzenie zmieniło moje zdanie o nim.
– A więc myślisz, że mnie znasz, doktorze – odezwał się za nimi znajomy głos.
Doktor Brown odwrócił się i ujrzał Marty’ego ubranego w ten sam brązowy garnitur. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech i chłopak skierował się w stronę Emmetta.
– Już dawno chciałem ci to powiedzieć. – Zatrzymał się tuż przed Emmettem i oświadczył: – Zawsze byłeś dla mnie żałosnym, starym nieudacznikiem. Siedziałeś w tym swoim małym garażu i bezskutecznie próbowałeś zbudować cokolwiek, co mogłoby działać. Mój ojciec przynajmniej nie miał złudzeń co do swojego położenia. Ty zmarnowałeś rodzinną fortunę i całe życie na głupie, bezużyteczne urządzenia. Dobrze płaciłeś, to ci muszę przyznać – dodał podnosząc palec, ale potem spoważniał. – Tylko dlatego zadawałem się z takim życiowym nieudacznikiem jak ty. Jak na ironię, jedyny wynalazek, który nie był do kitu, potwierdził tylko moje zdanie na twój temat.
Uśmiechnął się znów tym demonicznym uśmieszkiem, zrobił krok do przodu i, stojąc tuż przed Emmettem zniżył głos:
– Zacznijmy może od tamtego idioty, dobrze? – Wskazał palcem nastoletniego Emmetta, który stał na platformie i majstrował coś przy swoim wynalazku. – Żałosny kujon, który nie miał dość jaj, aby przeciwstawić się swojemu ojcu i bawił się w małego chemika za jego plecami. Nie miał dziewczyny, nie miał kolegów, nie miał nawet psa. Do tego frajer wierzył we wszystko, co mu się wmówiło. Pozwolił, aby osobnik, który podawał się za pracownika biura patentowego, zrobił z niego pośmiewisko.
Emmett poczuł jak robi mu się słabo. Przyglądał się chłopakowi, oniemiały, nie wierząc własnym uszom. Marty uśmiechnął się jeszcze szerzej, zrobił krok w tył i, podniósłszy ręce w pół drogi, powiedział:
– Dwadzieścia cztery lata później ten żałosny kujon nadal mieszka w rodzinnym domu, za jedynego kompana mając małego kundelka o imieniu Kopernik. Wciąż nie wynalazł niczego użytecznego. Nie wynalazł niczego, co by działało. Wciąż nie miał żony ani nawet dziewczyny. No, bo która kobieta zechciałaby zainteresować się człowiekiem, który jest tak żałosny?
Czy to był ten sam Marty, którego znał Emmett? Wątpił w to jeszcze bardziej, niż przedtem, kiedy chłopak przynajmniej nie zwracał się bezpośrednio do niego. Wtedy zdawało mu się, że miał chociaż na celu jego dobro. Teraz zachowywał się jak nastolatek, który wyrzuca kubeł pomyj na mniej popularnego kolegę z klasy i czerpie przyjemność ze swojej brutalnej szczerości. Czy naprawdę myślał o nim te wszystkie rzeczy? Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata tylko udawał jego przyjaciela?
– Oj, chyba się teraz nie rozpłaczesz? – zakpił Marty i spojrzał na doktora z obrzydzeniem. – Jeszcze by tego brakowało, żebyś okazał się beksą. No, nic. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do niego plecami. – Pora się pożegnać. – Spojrzał za siebie i dodał z kolejnym uśmieszkiem: – Idę naprawić twoje żałosne życie.
Zaczął się oddalać w stronę pawilonu. Emmett wodził za nim wzrokiem. Chciał mu coś odpowiedzieć, ale nie wiedział co. Miał się na niego wydrzeć? Zrobić mu listę swoich osiągnięć? Skonfrontować z faktem, że gdyby nie on, George McFly nigdy nie osiągnąłby sukcesu? Trzymana wciąż w rękach strzelba kusiła go, aby strzelić chłopakowi w plecy. Ale nie. Doktor Brown wiedział, że nie będzie w stanie strzelić do Marty’ego.
– Nastolatki… Zawsze takie pyskate i niewdzięczne, nie sądzisz? – Saturnin pokręcił głową.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się Marty’emu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pamiętał doskonale wszystkie te razy, kiedy Marty pokazał mu swoje przywiązanie. Z drugiej strony – jego okrutne słowa nachodziły na te wspomnienia i podważały ich prawdziwość. Nienawidził się za to, że tak myślał, ale nie potrafił odeprzeć od siebie bolesnego wyznania, które miało miejsce zaledwie minutę wcześniej.
Przyjaźń z Marty’m była dotąd jedną z najpewniejszych rzeczy w życiu Emmetta Browna. Zawsze mógł na niego liczyć, obojętnie czy chodziło o eksperyment wykonywany późną nocą, czy też o cofnięcie się w czasie, aby zapobiec śmierci Emmetta od któregoś z przodków Biffa Tannena. Ale teraz powiedział mu prosto w twarz, że uważał go za żałosnego osobnika i tylko udawał przyjaźń z nim. Co więc było prawdą?
A może ten Marty…
– Nie tylko on jest kimś innym niż ci się wydawało. – Saturnin przerwał nagle jego rozmyślania. – Chodźmy, doktorze Brown. Musisz zobaczyć jeszcze inne rzeczy.
Znowu przenieśli się w czasie i miejscu. Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że stoi tuż przed chatą, w której mieszkała Klara jeszcze w czasach, kiedy nie byli małżeństwem. Emmett zobaczył samego siebie, idącego niepewnie w stronę jej drzwi, i od razu jego serce stało się cięższe, kiedy przypomniał sobie tamtą noc. Jedną z najgorszych nocy w jego życiu.

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 1

[Pamiętajcie o słowie wstępnym!]

Pełne przerażenia serce

 

Emmett Brown wiedział, że choć wynalazł wehikuł czasu, to i tak nie był w stanie istnieć całkowicie poza czasem. Mógł przenieść się w określoną epokę i spędzić w niej kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat, a potem powrócić do dnia, w którym wyjechał, i spotkać się ze starymi znajomymi, którzy pozostali tacy sami – ale mimo wszystko starzał się. Na szczęście jeszcze nie zniedołężniał, nie miał demencji, a jego zmysły jeszcze się nie przytępiły. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś odczuje swoją starość.
To „kiedyś” przyszło pewnego ciepłego wieczora, kiedy doktor Brown jadł wraz z żoną i dwoma nastoletnimi synami kolację. Niebo za oknem było bezchmurne, wręcz idealne do wspólnego oglądania gwiazd. Pieczeń z ziemniakami miło łechtała kubki smakowe doktora, jeszcze raz udowadniając, że Klara wspaniale gotowała. Jules z wielkim entuzjazmem opowiadał o swoich dzisiejszych dokonaniach naukowych, a Verne dokuczał mu, od czasu do czasu rzucając jakieś zgryźliwe uwagi. Po kolacji chłopcy pójdą do swojego pokoju, każdy zajmie się swoimi sprawami. Jules prawdopodobnie przeprowadzi jakieś doświadczenie albo poczyta książkę, a Verne będzie mu przeszkadzać, grając w grę wideo albo słuchając bardzo głośnej muzyki. Kiedy już Emmett i Klara ich spacyfikują, wyjdą na dwór i tak jak za starych, dobrych czasów będą oglądać gwiazdy przez teleskop. Doktor Brown nie mógł się już doczekać.
Przeżuł i przełknął ostatni kawałek pieczeni i podniósł się z krzesła, aby odstawić naczynia do kuchni, kiedy nagle poczuł kłujący ból w piersi. Aż się zachwiał i musiał oprzeć rękami o blat stołu. Na ten widok przerażona Klara wyskoczyła z miejsca, to samo chłopcy. Ból zaczął się wzmagać, do tego Emmettowi zrobiło się gorąco i miał problemy z oddychaniem. Usiadł z powrotem na miejsce.
– Emmett? – Klara położyła rękę na jego ramieniu. – Emmett, co się dzieje?

– Ojcze, jak się czujesz? – spytał Jules.
W pierwszej chwili doktor Brown popatrzył na dłoń i przyjrzał się jej uważnie, a kiedy zobaczył, że nie robi się przeźroczysta, lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– Dzięki Bogu – szepnął do siebie. – To tylko zawał.
– Zawał?! – wykrzyknęła Klara, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się determinacja. Zwróciła się do synów: – Jules, zadzwoń po karetkę.
– Tak, matko. – Jules od razu pobiegł do telefonu i wystukał numer pogotowia.
– Verne, pomóż mi przenieść ojca na kanapę.
Chłopak przytaknął głową, ale doktor Brown zatrzymał ich oboje ręką i powiedział:
– Poradzę sobie. Tak myślę – dodał niepewnie.
Powoli podniósł się z krzesła, cały czas czując ból w piersi, który nasilił się jeszcze bardziej. Jego serce nie tylko go bolało, ale również zaczęło bić jak szalone. Wciąż trzymając się za pierś, doktor Brown skierował się w stronę salonu. Klara szła tuż obok niego, wyraźnie zmartwiona tym, co się działo z jej mężem, a jednocześnie gotowa w każdej chwili przyjść mu z pomocą. Nie była tylko pewna czy była w stanie mu pomóc. Pierwszy raz w życiu była świadkiem czyjegoś zawału.
Kiedy usiadł wreszcie na kanapie, oparłszy plecy o poduszkę, miał wrażenie jakby właśnie przebiegł maraton. Serce waliło mu jak młot, było mu duszno i gorąco. Próbował sobie przypomnieć, co się robi w takich sytuacjach. Położyć się w pozycji półsiedzącej. To już zrobił, ale wciąż nie czuł się najlepiej. Co dalej? Wezwać pomoc. Jules właśnie odłożył słuchawkę, odwrócił się do reszty rodziny i oświadczył:
– Karetka przyjedzie za jakieś pięć minut, ojcze.
– Dobrze się spisałeś, Jules – pochwalił go Emmett, po czym dodał: – Co teraz?
– Trzeba sprawdzić tętno – odpowiedział Jules i szybko podbiegł do ojca.
– Tak, prawda. – Doktor Brown uśmiechnął się. – I oddech. I trzeba podać doustnie kwas acetylosalicylowy.
Jules chwycił przegub ojca, podwinął rękaw i zbadał mu tętno. Tymczasem Verne stał w drzwiach, wyraźnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Klara to zauważyła i natychmiast kazała mu przynieść aspirynę. Przytaknął i szybko ruszył na górę, do łazienki.
– Nitrogliceryny raczej nie mamy – prychnął śmiechem chory. – Przynajmniej nie w takiej formie, abym mógł ją włożyć pod język.
– Twoje tętno, ojcze, pulsuje jak szalone – oznajmił Jules i przeniósł wzrok na jego twarz.
Przez chwilę przyglądał się ojcu z wyrazem jakiegoś smutku i zmartwienia. Ten sam wyraz twarzy miała Klara, która chwyciła męża za rękę i ścisnęła ją. Emmett wiedział, że musiał teraz wyglądać na bardzo chorego. Na pewno był strasznie blady i spocony. Wręcz czuł jak jego czoło oblewa lepki pot, ale trudno było mu określić, czy jest on ciepły, czy zimny. Tymczasem ból zaczął się rozprzestrzeniać po całej klatce piersiowej, dotarł do mostka, obojczyka i gardła, a nawet do żuchwy i ramion. Emmettowi coraz trudniej było oddychać.
Kiedy pojawił się wreszcie Verne ze szklanką wody i aspiryną, doktor odczuł wzbierającą w nim nadzieję. Włożył sobie do ust jedną tabletkę i popił wodą. Drżącą ręką odstawił szklankę na stolik do kawy i od razu zakręciło mu się w głowie. Ból nie ustąpił. Nie było widać efektów.
I wtedy przez głowę przeszła mu pewna myśl, która przyprawiła go o dreszcze. Być może właśnie nadszedł jego czas… W końcu dawno już przekroczył dziewięćdziesiątkę. Zabawne jak człowiek zapomina o swojej śmiertelności, kiedy ma kochającą rodzinę i zajmuje się małymi, codziennymi (jak również tymi niecodziennymi) problemami. No, a teraz wyglądało na to, że umrze na zawał jak wielu dziewięćdziesięciolatków. W tej sytuacji było coś ironicznego. Tyle razy tracił życie albo był bliski jego utraty w bardziej dramatycznych okolicznościach, a teraz miał zejść z tego świata jak zwykły dziadyga.
Łzy zakręciły się w kącikach oczu, ale jeszcze nie spływały po policzku. Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze. Medycyna była na o wiele lepszym poziomie, niż – dajmy na to – w 1885. Na pewno lekarzom uda się go uratować i pociągnie jeszcze trochę. Z drugiej strony wciąż nawiedzała go myśl, że właśnie wybijają jego ostatnie godziny.
Ścisnął dłoń Klary.
– Nie chcę umierać – wyszeptał, spoglądając na swoją żonę szklistym wzrokiem. – Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia. Tyle miejsc do odwiedzenia, tyle urządzeń do wynalezienia…
Przez chwilę ani ona nie wiedziała, co powiedzieć, ani wciąż obecni w pokoju Jules i Verne. Potem jednak uśmiechnęła się do męża i odparła:
– Nie umrzesz, Emmett. Zobaczysz, aspiryna zaraz zacznie działać i poczujesz się lepiej.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Klary i chłopców samych swojemu losowi. Klara, co prawda, miała pracę, ale czy poradziłaby sobie z samotnym wychowaniem Julesa i Verne’a? Poza tym chciał jeszcze trochę z nimi pobyć. Przynajmniej do momentu, w którym jego synowie nie osiągną wieku męskiego.
Jeżeli to miały być jego ostatnie chwile, powinien się właściwie pożegnać.
– Wybacz mi, Klaro – zaczął. – Powinienem wynaleźć kompresor czasu, kiedy byłem w wieku produkcyjnym.
– Nonsens! – powiedziała z tym samym smutnym uśmiechem, ale i z pewną determinacją w głosie. – Co by się wtedy stało z Marty’m?
– Właśnie, Marty… – szepnął, czy też raczej wydyszał, słabym głosem. – Nie jest nawet świadom tego, co się dzieje. Będzie mu żal.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Marty’ego, nie będąc pewnym, że życie chłopaka ułoży się pomyślnie. Udało im się zapobiec wypadkowi, ale czy to była gwarancja tego, że jego przyszłość nie będzie taka, jak doktor Brown ją widział w roku 2015?
– Mogę do niego zadzwonić, tato – zaproponował Verne, po czym dodał szybko: – Chociaż wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
– Właśnie, ojcze – wtrącił Jules. – Spędzisz trochę czasu w szpitalu i szybko wrócisz do pełnego zdrowia.
– 35% zawałów mięśnia sercowego kończy się zgonem – odparł krótko jego ojciec.
– Racja, ale pozostałe 65%…
– Jules, jestem dziewięćdziesięciopięcioletnim starcem. To cud, że dożyłem siedemnastych urodzin Verne’a, nie mówiąc już o twoich.
– Ale tato… – zaczął Verne, jednak Emmett od razu przerwał mu z uśmiechem:
– Jestem pewien, że jakąkolwiek drogę wybierzecie w swoich życiu, będę z was dumny. Jesteście już tacy duzi, chłopcy… – Znowu poczuł jak zbiera mu się na płacz.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać za sobą rodziny i przyjaciela. Obojętnie, jak cudowny był Tamten Świat (i czy jakikolwiek był), on nie chciał tam iść. Nie, kiedy ci, których kochał, zostawali na Ziemi. Nie był gotów ich zostawić. Nie był gotów na śmierć.
– Emmetcie Brown, nie wasz mi się mówić w taki sposób! – zrugała go Klara. – Nie umrzesz dzisiaj na zawał.
Gdyby to było takie proste…
Ale musiał się trzymać. Przecież jego serce nie mogło być aż tak obciążone, aby ten zawał skończył się zgonem, prawda? Po co od razu być na zapas pesymistą?
Znowu zakręciło mu się w głowie. Nie był pewien, czy coś takiego ma zwykle miejsce w czasie zawału, ale miał wrażenie, że lada chwila straci przytomność. Głowa ciążyła mu jak ołów, oczy zamykały się co chwila, a on walczył jak mógł z tą dziwną sennością, która dopadła go w tak niespodziewanym momencie. Czuł się coraz słabszy i coraz bardziej bezsilny wobec bólu, który ogarnął cały jego tułów. Być może utrata przytomności nie była taka zła. Przynajmniej nic by nie czuł. Było coś kuszącego w perspektywie snu w tym miejscu i w tym czasie. Jednocześnie obawiał się, że jeśli zamknie oczy, nigdy się już nie obudzi; że w tym stanie do jego mózgu nie dotrze odpowiednia ilość tlenu, a to spowoduje nieodwracalne szkody. Ale przecież zdarzało się, że podczas zawało traciło się przytomność.
Z drugiej strony to mogło również oznaczać wstrząs kardiogenny. Pot, biała cera, niskie ciśnienie i zaburzenia świadomości – to właśnie były objawy wstrząsu kardiogennego. Wyglądało na to, że jego serce było w o wiele gorszym stanie, niż myślał.
Verne nagle pobiegł do przedpokoju otworzyć drzwi i wpuścić do domu sanitariuszy. Twarz Klary rozpromienił uśmiech nadziei i natychmiast powiedziała do męża:
– Widzisz, Emmett? Wszystko już dobrze. Zaraz pojedziesz do szpitala.
Słyszał ją jakby przez mgłę, z oddali. Widział jak sanitariusze wchodzą i wiedział, że coś mówią, ale dźwięki ledwo docierały do jego uszu. Sanitariusze weszli do salonu z łóżkiem na kółkach. Doktor Brown czuł jak jego ciało jest przenoszone na wózek i przetransportowywane do karetki. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeden z sanitariuszy wkłada mu maskę tlenową. Po chwili obraz zaczął się zamazywać i doktor Brown poczuł, że dłużej już nie mógł się opierać. Zamknął oczy i pozwolił, aby ogarnęła go błoga ciemność. Na razie nie widział żadnego jasnego światła w długim tunelu, więc najpewniej będzie żył.
Otwierając oczy, spodziewał się, że będzie leżał w szpitalnym łóżku, z wiszącą na suficie jarzeniówką i siedzącą wokół niego rodziną. Pierwsze, co go uderzyło, to fakt, że w pomieszczeniu panował półmrok. Kiedy usiadł i rozejrzał się po pokoju, nagle zdał sobie sprawę z tego, że znajdował się w sypialni chaty, w której spędził wraz z Klarą pierwsze lata małżeństwa. Tak, wszędzie poznałby te grube, sosnowe belki, które tworzyły ściany domostwa; to niewygodne łóżko, w którym przeleżał niezliczone bezsenne i obolałe noce; ten zapach drewna i spalenizny; tę wielką szafę, w której walały się nie tylko ubrania, ale również mniejsze wynalazki; oraz dębowe drzwi, za którymi krył się salon, kuchnia i bawialnia w jednym. W tej chwili zza tych drzwi dochodziło mętne światło.
Doktor Brown wyciągnął z szuflady w nocnym stoliku zapałki i zapalił stojącą na nim lampę oliwną. Dopiero, kiedy pomieszczenie zajaśniało, zdał sobie sprawę z tego, że ubrany był szarawą koszulę, spodnie na szelkach i kamizelkę – ten sam strój, który zwykł nosić jako kowal w 1885. Jego długi, skórzany płaszcz wisiał na krześle, a kapelusz – na belce łóżka.
Co się stało? W jaki sposób znalazł się tutaj? Przecież jeszcze przed chwilą leżał w karetce, która wiozła go do szpitala. Czyżby zawał serca był tylko snem? Skoro tak to bardzo intensywnym. No i fakt, że obudził się w tym konkretnym miejscu, mógłby zasugerować, że całe jego życie po przybyciu znów do dwudziestego wieku, również było jednym, wielkim snem. A może przespał cały pobyt w szpitalu i Klara – z jakiegoś powodu – doszła do wniosku, że powinien odpocząć na łonie natury? W końcu ograniczenie stresu było jedną z form zapobiegania kolejnym zawałom. Ale odesłaliby go do domu nieprzytomnego? To było cokolwiek dziwne.
Wstał i włożył płaszcz i kapelusz, bo w sypialni panował przeciąg. Podszedł do drzwi. Położył rękę na klamce, nacisnął ją i pchnął drzwi. Ujrzał znajome pomieszczenie z kominkiem po prawej, wielką, białą płachtą rozłożoną po prawej i piecykiem na środku. Żółte firanki, zielona komoda, dziecięce łóżeczko, fotel bujany tuż koło kominka, maszyna do maglowania i rozwieszania prania – wszystko tak za dawnym czasów.
Tylko nikogo nie było. Dom był pusty. Emmett szybko wybiegł na dwór, aby sprawdzić, czy Klara rąbie drewno, ale na zewnątrz zastał jedynie wysokie drzewa i wzgórza. I ciszę. Przerażającą ciszę, nie zmąconą nawet odgłosami dochodzącymi z lasu.
– Klaro! – zawołał.
Milczenie. Doktor Brown nie zamierzał się jednak poddawać. Zrobił kilka kroków do przodu i zaczął znów nawoływać:
– Jules! Verne!
Gdzie oni się podziali? Dlaczego zostawili go samego? Z każdą chwilą czuł się jeszcze bardziej zakłopotany. Z każdą chwilą miał coraz gorsze przeczucia, a propos tego, co mogło się stać z jego rodziną. Był sam w swoim starym domu. Nie wiedział jak się tam dostał i dlaczego właśnie tu. Co więcej, nie widział nigdzie Deloreana ani pociągu. Nie było więc możliwości, aby powrócić do przyszłości.
Wrócił z powrotem do chaty i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok mimowolnie padł na opartą o kominek strzelbę. Tę samą strzelbę, z której przestrzelił linę Marty’ego, kiedy Wściekły Pies Tannen próbował go powiesić. Doktor Brown podszedł do niej szybkim krokiem i natychmiast chwycił ją oburącz. Sprawdził magazynek. Pełen. Ale na wszelki wypadek poszedł do komody i zaczął szukać w środkowej szufladzie jakichś naboi. Zanim znalazł to czego szukał, musiał przekopać się przez narzędzia, śrubki, gwoździe i inne graty, które zawsze tam trzymał.
Włożył naboje do kieszeni płaszcza i natychmiast wyszedł na zewnątrz. Gdziekolwiek byli teraz Klara i chłopcy, możliwe, że potrzebowali pomocy. Skierował się w stronę lasu.
– Klaro! Jules! Verne!
Odpowiedziało mu tylko echo. Ale szedł dalej przed siebie, zapuszczając się głębiej w las. Rozglądał się naokoło. Nasłuchiwał uważnie. Kora schodziła z drzew, na usianej trawą, krzakami leśnych owoców, grzybami i kwiatami ziemi walały się kamienie, opadłe liście i gałęzie. Nozdrza doktora Browna od razu wyczuły znajomy zapach świerku. Jego kroki odbijały się echem po lesie. Ptaki latały nad jego głową i siadały co chwila w zawieszonych wysoko gniazdach. Niebo było bardzo spokojne. Mimo wszystko miał przeczucie nadchodzącej katastrofy. Coś złego się zaraz wydarzy.
– Klaro!
Nic.
– Jules!
Żadnej odpowiedzi.
– Verne!
Cisza.
Być może poszli tylko do miasta, aby zrobić zakupy. Być może martwił się na zapas i powinien teraz wrócić do domu. Ale w takim razie dlaczego poszli wszyscy troje? Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że jego życie po powrocie do dwudziestego wieku było tylko snem. Jego synowie byli już nastolatkami, a w związku z tym mogli zostawać w domu bez opieki. Wręcz wskazane byłoby, aby jeden z nich trwał na posterunku, kiedy ich ojciec był nieprzytomny. No, chyba że Klara chciała im kupić jakieś ubrania.
Nagle napotkał na swojej drodze widok, który kazał mu się zatrzymać. Tuż przed nim leżał w kałuży krwi ranny pies. Przyglądał się człowiekowi smutnymi oczami, z których powoli uciekało życie. Emmett od razu poznał te oczy. Od razu poznał tego psa. Poznałby go wszędzie. Poczuł jak jego nogi załamują się i po chwili pada na kolana tuż przy zwierzęciu.
– Einie – wyszeptał drżącym głosem do swojego starego kompana. – Co ci się stało?
Przyjrzał się jego ranom. Wyglądało na to, że zaatakowało go jakieś zwierze. Na nogach znajdowały się ślady zębów, a na boku – pazurów, które mogły należeć do niedźwiedzia. Einiemu brakowało też prawego ucha. Musiał stoczyć jakąś walkę.
Doktor Brown rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie, co powinien zrobić w takich sytuacjach. Chciał zatamować krwotok, ale nie wiedział czym. Najpierw rozważał pocięcie płaszcza albo kamizelki na kawałki, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnego ostrza, a robienie tego ręcznie byłoby bezowocne i zabrało zbyt wiele czasu. A czas uciekał. Mógł jeszcze zabrać go do domu i sprawdzić czy tam nie da się niczego zrobić, ale czy zdoła go tam donieść na czas?
– Nie martw się, piesku – powiedział, głaszcząc go po głowie. – Wszystko będzie dobrze.
Ale zdawał sobie sprawę z tego, że już za późno. Widział jak życie Einsteina uchodziło z jego ciała wraz z każdą kroplą krwi. Pies zaskamlał smutno i przyglądał się swojemu panu paciorkowatymi oczami. Po chwili w ciele psa zamarł wszelki ruch, a jego oczy wyrażały już tylko pustkę. Emmett przycisnął do piersi to martwe truchło, które kilka sekund temu było jego przyjacielem i poczuł jak łzy zbierają mu się w oczach, a potem przebiegają po jego policzkach, tworząc dwa strumienie. W mgnieniu oka przypomniał sobie jak zobaczył go po raz pierwszy w schronisku i postanowił zabrać do domu. Przypomniał sobie wszystkie eksperymenty jakie na nim przeprowadził, łącznie z tym w Centrum Handlowym Samotna Sosna, kiedy to Einstein został pierwszym podróżnikiem w czasie. Einie był jego przyjacielem na długo przed tym jak pojawił się Marty. Nigdy się nie skarżył na niedogodności związane z byciem pilotem doświadczalnym, a przy tym był bardzo inteligentny i oddany.
A teraz nie żył. Trzeba było go pochować. Ale doktor Brown nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Z jednej strony wyszedł szukać swojej rodziny. Istniało prawdopodobieństwo, że znajdowali się w niebezpieczeństwie, być może nawet byli ranni. Liczyła się więc każda chwila. Einsteina nie mógł już uratować, a Klarę i chłopców tak. Z drugiej strony nie chciał zostawiać Einiego na pastwę padlinożerców.
Nagle rozległ się chichot, który natychmiast echo poniosło po całym lesie. A potem ten sam głos powiedział:
– Chłopiec i jego pies! Jakież to wzruszające!

Aktualności – słowo wstęne do "Bicia zegara"

W ten piątek prześlę wam pierwszy rozdział fanfiction do Powrotu do przyszłości, które jest dla mnie dość szczególne z różnych powodów. Po pierwsze – jest to jeden z tych moich fanfików, w których pojawiają się Adelina i Saturnin. Kim oni są, zapytacie? Otóż są to moje dwie oryginalne postacie, które przewijają się przez wiele moich fanfiction i, z racji swojej natury i charakterystyki, pojawiają się w różnych uniwersach i kontaktują się z konkretnymi postaciami. Choć bardzo chciałabym wdać się w szczegóły, nie mogę, bo to byłby spoiler względem piątkowego fika.
Po drugie – Bicie zegara jest jak dotąd jedynym fanfikiem z udziałem tych dwojga, w którym udało mi się dojść do zamierzaonego wielkiego finału. A to z tej prostej przyczyny, że w innych fanfikach tego typu albo występuje tylko Saturnin, albo prace zamarły na długo przed wielkim finałem.
Po trzecie – Bicie zegara skupia się bardzo na życiu Emmetta Browna i na jego relacjach z innymi postaciami. Miejscami dochodzi do „upowieściowienia” kilku scen z filmowej trylogii, jak również jedna scena z Back To The Future: The Game, a cała historia zaczyna się od tego, że doktor Brown ma zawał serca przy rodzinnym stole. W miarę jak akcja posuwa się dalej, spotyka on na swojej drodze inne postaci z trylogii, w tym Buforda Tannena i swojego ojca. Również w miarę jak posuwa się akcja, fanfik dotyka kilku kwestii, które można by roboczo określić jako filozoficzne, zwłaszcza pod koniec.
Po piąte – jako że każdy rozdział ma tytuł, a poprzednie tematy postów poświęconych fanfikom do Powrotu do przyszłości miały to oznakowanie [FF: Powrót do przyszłości] i tytuł danego opowiadania, to – dla zaoszczędzenia miejsca i zapobiegnięcia bałaganowi – postanowiłam, że tytuły każdego rozdziału będą pojawiać się od razu w poście, a nie w temacie.

To chyba tyle jeśli chodzi o słowo wstępne. Nic więcej nie mogę powiedzieć, ale mam nadzieję, że to co powiedziałam, brzmi dość interesująco, aby zachęcić was do lektury, zwłaszcza, że jestem z tego fanfika bardzo dumna. Do widzenia w piątek!

[FF: Powrót do przyszłości] Podręcznik dobrego brata

[Pisane z punktu widzenia jedenastoletniego Julesa Browna. Odwołania do odcinka Cudowne drzewko]

Leżałem w pozycji półsiedzącej na szpitalnym łóżku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i prawą nogą wiszącą na temblaku. Za oknem mogłem dostrzec kilka kwiatów i ziół, których nie było jeszcze w moim zielniku, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej sfrustrowany swoją sytuacją. Z każdą chwilą znajdowałem na zewnątrz coraz to nowe rzeczy, które mógłbym zbadać, skatalogować, obejrzeć; nad którymi być może mógłbym się nawet zachwycić przy bliższym ich poznaniu, gdyby tylko moja noga była zdrowa.
Ale nie – byłem unieruchomiony, i to z powodu głupoty Verne’a. W drodze na pogotowie i przy zakładaniu gipsu przeżyłem już pełne spektrum uczuć – od lęku i porzucenia, poprzez smutek i samotność, aż do goryczy i wściekłości. Starałem się nie myśleć o Vernie ani o tym, co zaszło, ale ilekroć mój wzrok padał na złamaną nogę, wszystko mi się przypominało i po raz kolejny przeklinałem w myślach mojego brata.

Zresztą Verne nawet nie raczył się pojawić. Dopuszczałem dwie możliwości – albo bał się spojrzeć mnie – swojemu starszemu bratu – w oczy po tym, co zaszło, albo (co wydawało mi się jakoś bardziej prawdopodobne) nic go to nie obchodziło. Przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy wstydziłem się za to, że poszedłem o krok za daleko i sprowadziłem na Verne’a kłopoty. Nadal uważałem, że był to wstyd jak najbardziej zasłużony, ale teraz nie miałem wątpliwości, że role się odwróciły. Teraz to Verne powinien się wstydzić. Chciałem, żeby on tutaj przyszedł i prosił mnie o przebaczenie. Niekoniecznie kajał się przed moim łóżkiem na kolanach (choć ta wizja była cokolwiek przyjemna), ale stanął w tym pokoju z pewną dozą pokory. Chciałem, aby Verne uznał swój błąd. Czy to tak wiele?
Ale wiedziałem, że jest to za wiele. Verne nie posiadał pokory. Może względem rodziców albo nauczycieli, ale nie względem mnie, swojego starszego brata. Przygryzłem wargi i siłą woli wygnałem ze swoich oczu łzy.
Popatrzyłem w stronę otwartych drzwi. Na korytarzu ojciec i matka rozmawiali z lekarzem. Pytali o to, jak długo będę musiał zostać w szpitalu. Lekarz powiedział im, że obrażenia nie są poważne, chociaż można po nich wywnioskować, że upadek mógł skończyć się o wiele gorzej, gdybym rzeczywiście spadł na ziemię, a nie na stół. Przypomniałem sobie widok podłoża tuż przed wypadkiem – trawnik z długą, kamienną ścieżką, prowadzącą do domu. Pamiętałem, że mój umysł natychmiast wykonał kilka obliczeń związanych z odległością i siłą ciążenia, a potem przed oczami przemknęło mi kilka nieprzyjemnych obrazów mojej czaszki odbijającej się od tej brukowanej dróżki.
W końcu lekarz skończył tłumaczyć wszystko rodzicom i odszedł. Wkroczyli do pokoju uśmiechając się do mnie. Chcieli mnie przekonać, że koszmar już się skończył. Matka usiadła na skraju łóżka, a ojciec na pobliskim krześle.
– Pan doktor powiedział, że zostaniesz tu na obserwacji – powiedziała matka. – Aczkolwiek to nie potrwa długo i już za kilka dni będziemy mogli cię zabrać do domu.
– Mam nadzieję, że nie długo. Jest kilka rzeczy, którymi muszę się zająć w domu – odparłem.
Przez chwilę trwała cisza, a potem ojciec nagle spoważniał i odchrząknął.
– Jules – zaczął i spojrzał na mnie – może lepiej opowiedz nam dokładnie co się stało. Wcześniej nie byłeś zbyt szczegółowy.
Poczułem, że się pocę.
– To już nieważne, ojcze – powiedziałem szybko z nerwowym uśmiechem. – To było jakieś głupstwo. Nie warto o tym wspominać.
Przeniosłem wzrok na podłogę w nadziei, że porzucą ten temat, ale sam wiedziałem, że nie ma na to szans.
– To nie jest głupstwo, Jules – odezwała się znów matka. – Spadłeś z jabłoni w ogrodzie wicedyrektora Stricklanda i złamałeś nogę. Mogło ci się stać coś gorszego. Dlaczego w ogóle wszedłeś na to drzewo, kochanie?
Mogłem powiedzieć im prawdę. Tak między nami, to chciałem ją wykrzyczeć, przy okazji uwalniając się od wszystkich uczuć, które się we mnie kłębiły i groziły rozsadzeniem od środka. Ale coś mnie powstrzymywało. Być może obawiałem się, że reakcja rodziców na tę prostą prawdę nie będzie taka, jaka chciałem, by była. Być może bałem się, że zamiast skarcić Verne’a, będą oskarżać mnie o to, że nie przypilnowałem go należycie.
– To ważne, Jules – przerwał moje rozmyślania ojciec. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
Nadal milczałem. Matka pogłaskała mnie po policzku.
– Nie bój się – rozpromieniła się. – Wiemy, że nie chciałeś nic ukraść. Przecież nie lubisz papierówek.
– To koledzy cię na to namówili, prawda? – spytał ojciec. – Chciałeś się im przypodobać, więc wymyślili próbę ze wspinaczką na jabłoń wicedyrektora.
Czułem jak robi mi się gorąco. Powiedzenie im prawdy wydawało się być jednocześnie bardzo łatwe i potwornie trudne. Słowa układały mi się w zdania, ale ja miałem opory przed tym, aby je wypowiedzieć. Poza tym rodzice ciągle mi się przyglądali, oczekując odpowiedzi. Chciałem jak najszybciej zmienić temat, ale musiałem zrobić to umiejętnie, w taki sposób, aby obecny został natychmiast porzucony.
– Gdzie jest Verne? – Tylko to przyszło mi do głowy, choć nie ukrywałem przed sobą, że byłem tego ciekaw.
Teraz to oni spojrzeli po sobie, zaskoczeni nagłą zmianą tematu. A potem ojciec odchrząknął i odpowiedział na zadane pytanie:
– Vernie poszedł wraz z Marty’m kupić ci jakiś upominek w szpitalnym sklepie.
– Oh… – zdziwiłem się.
To coś nowego. Ale zapewne Verne wróci tutaj z wielkim, różowym misiem, który będzie miał napisane na brzuchu: „Wracaj do zdrowia, Marysiu!”, a do łapy będzie miał doczepiony balon w kształcie serca. A nawet jeśli Verne zdecyduje się kupić coś do jedzenia, będzie to coś, czego nie lubię, na przykład guma balonowa o smaku szpinaku (prawdopodobnie takowa nie istnieje, ale szpital w Hill Valley znany jest z tego, że można tam łatwo natrafić na coś obrzydliwego). Możliwości do głupich pomysłów ograniczone były jedyne wysokością kieszonkowego brata i Martina.
– Ale nadal nie odpowiedziałeś na pytanie, Jules – przerwała moje rozmyślania matka. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
– Właśnie, ja też chciałbym się tego dowiedzieć.
Do pokoju wkroczył wicedyrektor Strickland. Stanął jakiś metr od łóżka. Rodzice przenieśli na niego wzrok, a ja przeraziłem się jeszcze bardziej. Sytuacja stawała się gorsza z sekundy na sekundę.
– O, pan Strickland – przywitał go z uprzejmym uśmiechem ojciec. – W sumie nie miałem jeszcze przyjemności podziękować za to, że wezwał pan karetkę.
Wtem zauważyłem na korytarzu Martina i Verne’a, którzy natychmiast schowali się za ścianą i widać było tylko ich wystające zza otwartych drzwi głowy, kiedy zaczęli obserwować całą scenę.
Tymczasem wicedyrektor podszedł do ojca i spojrzał mu prosto w oczy.
– Zapamiętaj sobie na następny raz, Brown  – zaczął przyciszonym głosem. – Trzymaj swoje dzieciaki z dala od mojego domu. Omal nie zniszczyli mi mojego drzewka.
– Zaraz, zaraz, zaraz – przerwał mu nagle ojciec. – Chce pan powiedzieć, panie Strickland, że Vernie też tam był?
– Ależ oczywiście. On i jeszcze dwóch innych chuliganów. Sam widziałem jak wchodził na najwyższą gałąź i wyciągał rękę, jakby chciał coś złapać, a jego koledzy stali na dole i mu kibicowali. Skoro nie chcieli nic ukraść, to co tam robili?
Niepochlebna opinia Stricklanda o moim ojcu była szeroko znana, zwłaszcza przez Martina, Verne’a i mnie. Incydent z jabłonią był jeszcze jednym pretekstem do roztrząsania błędów wychowawczych mojego ojca. Lada chwila miał zacząć tę swoją tyradę, kiedy nagle do pokoju wparował Martin, a po jego minie widać było, że zamierzał bronić mojego rodziciela.
– Niech pan posłucha, panie Strickland – odezwał się i nawet podniósł palec. – Jules i Verne to dobre chłopaki, a pan osądza ich, nie wysłuchawszy nawet ich wersji wydarzeń.
– Ach tak, panie McFly? – Strickland założył ręce na ramionach i odwrócił się nagle w moją stronę. – W takim razie jak brzmi owa wersja?
Spojrzałem znów w stronę Verne’a, który wciąż przyglądał się wszystkiemu z ukrycia i najwyraźniej nie zamierzał opuścić swojej kryjówki. No tak. Tchórzył. Bał się Stricklanda i rodziców. Bał się konsekwencji. Nawet jeśli miałem jakąś litość dla niego, to teraz straciłem już jej resztki. Nie zamierzałem go kryć. Musiałem sam wszystko wyjaśnić, skoro mój młodszy brat nie miał dość odwagi.
Wyprostowałem się i zacząłem swoją opowieść:
– A więc to było tak: szukałem Verne’a za pomocą mojego najnowszego wynalazku naprowadzającego, bo matka kazała mi go znaleźć i powiadomić o tym, że nadeszła pora obiadu. Ku mojemu zdziwieniu urządzenie zaprowadziło mnie do domostwa pana wicedyrektora. W pierwszej chwili nic nie rozumiałem, ale po chwili usłyszałem szepty mojego brata, Johnsona i Biffa Juniora. Wyglądało na to, że chodziło o jakiś prymitywny rytuał, który miał na celu wprowadzenie Verne’a do jakiegoś elitarnego (kwestia gustu) stowarzyszenia.
Nagle do pokoju wbiegł Verne i z wyrazem wściekłości wskazał na mnie palcem, mówiąc:
– Do Klubu Wielkiego Mięśniaka, kujonie! I to była próba odwagi!
– Odwagi? – zakpiłem. – Raczej głupoty. Jak zwykle uległeś presji rówieśników, bracie.
– Ja chociaż mam rówieśników – odpowiedział Verne i wystawił język.
– Twój argument nie ma sensu, bracie. „Rówieśnik” to rzeczownik, który w tym kontekście oznacza kogoś w mojej grupie wiekowej. Nie zaś przyjaciela.
– Być może gdybyś nie używał tak trudnych słów, ludzie by cię lubili.
– Możecie wreszcie przejść do rzeczy?! – przerwał naszą kłótnię zniecierpliwiony Martin.
Na moment zamilkliśmy. Potem odchrząknąłem, ale to Verne ciągnął dalej opowieść:
– Johnson powiedział, że jeśli nie ściągnę z jabłoni Stricklanda swojej czapki, to nie przyjmie mnie do klubu. Tak więc wspiął się na drzewo i zawiesił ją na najwyższej gałęzi. Szkoda, żeście go nie widzieli. Schodził normalnie jak Spiderman!
– Raczej jak Człowiek-Leniwiec – skomentowałem, a Verne natychmiast rzucił mi chłodne spojrzenie.
– O, weź ty się przymknij! W każdym razie – powrócił do tematu – zacząłem się wspinać. Byłem już w połowie drogi, kiedy pojawił się ten idiota – wskazał mnie znów palcem.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Wziąłem głęboki oddech i (mimo że wewnątrz czułem, że lada chwila stracę cierpliwość) z opanowaniem przeszedłem do tłumaczeń:
– Po oszacowaniu odległości pomiędzy gałęzią a podłożem, zdecydowałem się zainterweniować i przekonać mojego nierozsądnego brata, aby zszedł z drzewa. Tak więc wszedłem przez płot na posesję pana wicedyrektora…
– „Wszedłeś”? – prychnął śmiechem Verne. – Przez dwie minuty próbowałeś się wgramolić na ten płot, aż w końcu dałeś sobie spokój i przeszedłeś przez bramkę. W tym czasie ja zdążyłem już wejść na gałąź i zacząłem powoli kierować się w stronę swojej czapki.
– Ale spojrzałeś na dół, bracie, i się przestraszyłeś – odparłem i uśmiechnąłem się złośliwie.
– Wcale się nie przestraszyłem! Ja niczego się nie boję!
– Nie, niczego się nie boisz. A właśnie, jak tam twój irracjonalny lęk przed potworami w szafie?
– Zamknij się!
– Verne, nie mów tak do brata. A ty Jules, nie śmiej się z niego – skarciła nas matka.
– Tak jest, matko – odrzekłem.
– Tak, mamo – powiedział ze skruchą Verne, po czym odchrząknął i spytał: – Na czym to stanąłem? Aha… No więc jestem już na gałęzi, kiedy nagle patrzę, a Jules staje pod drzewem i każe mi zejść. Ja jednak byłem za daleko, aby zrezygnować.
Przypomniałem sobie twarz przerażonego Verne’a trzymającego się kurczowo gałęzi; jego pełne lęku oczy, które zamknął, aby nie patrzeć w dół. W tamtym momencie było mi go żal. W tamtym momencie czułem wewnętrzną potrzebę, aby mu pomoc.
– Skorzystałem z moich latających trampek – oświadczyłem beznamiętnie – i wzniosłem się na wysokość oczu brata. Ściągnąłem z gałęzi jego nakrycie głowy i udzieliłem moralnego wsparcia. Trochę to trwało, ale udało mu się powoli zejść z drzewa…
Verne powoli, ostrożnie robił każdy krok, cały czas próbując nie patrzeć w dół. Kpiny Johnsona i Biffa Juniora na temat tchórzostwa i niezdolności zrobienia czegokolwiek bez starszego brata nie ułatwiały mu drogi na dół. Widziałem wręcz ten rumieniec wstydu na jego twarzy. Nawet kilka razy Verne rzucił mi chłodne spojrzenie. Kiedy zaś był prawie na dole…
– Nagle w moich butach zaszła jakaś awaria i przestały działać. Na szczęście, udało mi się złapać pobliskiej gałęzi. Potem pojawił się pan wicedyrektor i…
Chciałem kontynuować, ale poczułem znów jak chce mi się płakać. Zamknąłem oczy i zacząłem masować powieki, tymczasem moja pamięć przywołała obraz Verne’a i reszty chłopaków uciekających przez główną bramę przed wicedyrektorem Stricklandem, zostawiających mnie zwisającego na gałęzi. Wszystkie uczucia, które wtedy czułem, powróciły ze zdwojoną siłą, ale bardzo starałem się zachować spokój i ich nie okazywać. Nie chciałem się rozklejać na oczach tylu ludzi – rodziców, wicedyrektora, Martina, a zwłaszcza Verne’a. Już i tak wszyscy uważali mnie za mięczaka.
– I…? – dopytywał się ojciec. – Co się potem stało, Jules?
Już miałem odpowiedzieć, kiedy nagle wtrącił się wicedyrektor Strickland:
– Może ja opowiem. – Odwrócił się twarzą do rodziców. – Biff Junior, Johnson i Verne uciekli przede mną gdzie pieprz rośnie. Chciałem za nimi pobiec, ale Jules zawołał mnie i wtedy odkryłem, że wisi na moim drzewie. Zanim jednak zdążyłem go złapać, puścił się. Na szczęście wcześniej się rozhuśtał i spadł na stół. Nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby spadł na drogę.
Spojrzałem znów na swojego brata. Verne spuścił na moment wzrok na podłogę, zaraz go jednak nieśmiało podniósł.
– Mały złapał się za nogę i zaczął płakać – kontynuował opowieść Strickland – więc ostrożnie przeniosłem go na moją kanapę i zadzwoniłem po karetkę.
W tamtym momencie zdziwiłem się bardzo troską jaką okazał mi wicedyrektor Strickland. Spodziewałem się, że będzie wściekły za wkroczenie na jego posesję i będzie na mnie krzyczał. Tymczasem on wziął mnie na ręce i w milczeniu przeniósł do środka, posadził na kanapie i unieruchomił moją obolałą nogę. Kiedy zaś odłożył słuchawkę, może nie był szczególnie rozmowny, ale starał się zachować spokój i nawet zapewnił mnie kilka razy, że wszystko będzie dobrze.
– Jeszcze raz bardzo dziękuję, panie wicedyrektorze – powiedziałem szybko.
– Tak, jesteśmy panu bardzo wdzięczni za uzyskaną pomoc – dodał z uprzejmym uśmiechem ojciec.
Wicedyrektor Strickland wyprostował się i niespodziewanie wyciągnął z kieszeni małą książeczkę z kremową okładką. Od razu ją rozpoznałem. Podał mi ją i powiedział:
– Znalazłem to w ogrodzie. Musiało ci wypaść podczas upadku.
Odebrałem książeczkę i szybko schowałem ją pod kołdrą, aby nikt nie mógł przeczytać tytułu. Zaraz jak to zrobiłem, wicedyrektor Strickland, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, odwrócił się w stronę drzwi i oznajmił:
– Liczę, że nie potraktujesz tego incydentu jako pretekst do wakacji, młody człowieku, i poświęcisz ten czas wolny na naukę.
– Tak jest, panie wicedyrektorze – odparłem.
– Tak więc wracaj do zdrowia i widzimy się za jakiś czas w szkole – powiedział jeszcze na odchodnym.
Ojciec spojrzał na Verne’a ze zdziwieniem, wręcz z oburzeniem. Matka również nie wyglądała na zadowoloną z tego, co usłyszała, Martin z kolei najwidoczniej nie wiedział, co myśleć, bo jego wzrok przeskakiwał z jednej twarzy na drugą. Sam Verne wydawał się zdenerwowany tym, że rodzice spoglądają na niego karcąco. Pomyślałem, że dobrze mu tak – wreszcie ma za swoje i odpowie za to, co zrobił. Przez chwilę trwała niezręczna cisza. Czekałem na to, co powiedzą rodzice. Czekałem na kazanie, które wygłoszą mojemu bratu, i na karę, którą na niego nałożą.
– Dlaczego zostawiłeś Julesa samego? – odezwał się wreszcie ojciec. Jego głos był cichy, ale słychać było w nim nutę oburzenia. – Zapomniałeś o nim?
Verne milczał. Twarz ojca przybrała bardziej surowy wyraz.
– Słucham. Co masz na swoją obronę? Powiedz mi: dlaczego zostawiłeś swojego brata i uciekłeś?
Verne wyprostował się. W końcu – cichym tonem, unikając kontaktu wzrokowego z ojcem – odpowiedział:
– Nikt nie kazał mu przychodzić i robić mi wstyd na oczach kolegów. Przez niego wyszedłem na mięczaka.
Tego już było za wiele. Moja wściekłość i pogarda dla brata osiągnęły poziom, po którym nie mogłem już nad sobą panować. I tak oto, zanim rodzice czy Martin zdążyli w jakikolwiek sposób zrugać Verne’a, wrzasnąłem:
– Ach, tak?! Tyle masz mi do powiedzenia po tym, co się stało?! Tyle masz do powiedzenia, po tym jak pomogłem ci zejść, a ty zostawiłeś mnie samego w ogródku wicedyrektora Stricklanda?!
– Klaro, Marty – zwrócił się do nich szeptem ojciec. – Może lepiej zostawmy ich samych, aby załatwili swoje sprawy.
Tak więc wszyscy dorośli wyszli z pokoju. Kiedy zostaliśmy sami, Verne próbował się bronić:
– To była moja próba odwagi, a ty się wtrąciłeś!
– To w takim razie szkoda, że nie zostawiłem cię na tamtym drzewie! – krzyknąłem. Po policzkach pociekły mi łzy, ale to mnie już nie obchodziło. Zamierzałem mu wszystko wykrzyczeć w twarz. – Naprawdę żałuję, że tego nie zrobiłem! Przynajmniej wtedy byłbyś na moim miejscu!
Verne już miał coś powiedzieć, ale po usłyszeniu ostatniego zdania oniemiał. Ja zaś kontynuowałem:
– Żałuję, że mam brata! Brata, który jest lekkomyślny, głupi i niewdzięczny! Brata, który nie ma za grosz przyzwoitości! Brata, który mnie nie szanuje!
Wciąż milczał. Najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć.
– Nie wiesz jak to jest być mną! – ciągnąłem dalej drżącym głosem, a z każdą chwilą moje policzki zalewały kolejne łzy. – W szkole traktują mnie jak kogoś gorszego! Biff Junior stosuje na mnie przemoc, a Johnson się ze mnie naśmiewa! To cud, że jeszcze nie nabawiłem się jakichś nerwic albo depresji! W dodatku ty co chwila przychodzisz i psujesz mi moją pracę albo robisz coś głupiego i muszę ci pomóc posprzątać!
– To nieprawda! Zawsze sprzątam sam, a ty jeszcze zrzucasz na mnie swoje obowiązki!
– To metafora, bracie – odparłem. – Chodziło mi o to, że jak zrobisz coś złego, to zawsze pomagam ci to odkręcić. Ale oczywiście ten fakt umknął twojej uwadze. Już samo to, że mnie dzisiaj zostawiłeś i że nie czujesz wstydu z tego powodu, świadczy dobitnie o tym, jakie są twoje priorytety. Skoro tak, to trzymaj się odtąd z daleka ode mnie. Nie jesteś już moim bratem.
– A żebyś wiedział! – krzyknął Verne i skrzyżował ręce na ramionach, po czym wymamrotał: – Cholerna primadonna.
Następnie obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z pokoju. Jeszcze przez dłuższy czas byłem wzburzony po swoim rozstaniu z Verne’m, toteż kiedy ojciec i Martin weszli z powrotem do pokoju, w pierwszej chwili nie zwróciłem na nich uwagi, tylko przyglądałem się sufitowi. Martin stanął z boku, a ojciec usiadł na krześle. Przyjął przy tym zgarbioną postawę i popatrzył na mnie zmartwionym wzrokiem. A potem chwycił schowaną pod kołdrą książkę i wyciągnąwszy ją, przyjrzał się okładce.
Podręcznik dobrego brata – przeczytał po chwili na głos i przeniósł wzrok na mnie. – Hm… Dawno nie widziałem tej książki.
Przeczytałem ją pewnego razu, z czystej ciekawości. Fabuła była bardzo prosta – kilkunastoletni chłopak musi zająć się swoim licznym młodszym rodzeństwem pod nieobecność rodziców. Ponieważ jest już duży i ponieważ to książka dla młodzieży, spędza kilka dni dbając o to, aby jego siostrom i braciom niczego nie zabrakło; bawi się z nimi, a nawet ratuje jednego ze swoich młodszych braci przed utonięciem w rzece podczas wyprawy na ryby. Niby nic, ale kiedy przeczytałem tę książkę, zapragnąłem być właśnie takim dobrym bratem w stosunku do Verne’a. Dlatego tym bardziej nią gardziłem teraz, kiedy moje własne rodzeństwo mnie zdradziło.
Martin podniósł brwi ze zdumienia, ale milczał. Ja zaś spojrzałem w bok i powiedziałem cichym głosem:
– Możesz to wyrzucić, ojcze. Albo jeszcze lepiej: cofnij się do czasów Hiszpańskiej Inkwizycji i powiedz Thomasowi de Torquemadzie, że to książka heretycka. Przynajmniej będzie miał satysfakcję z tego, że ją spalił.
Ojciec uśmiechnął się.
– Być może to nie byłby tak zły pomysł, gdyby nie to, że po hiszpańsku potrafię powiedzieć tylko: „Tak, proszę pana, jestem z Ameryki i lubię szynkę”.
– Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem Martin. – Myślałem, że zna pan kilka języków.
– A czy kiedykolwiek twierdziłem, że jest wśród nich hiszpański? I że znam go w stopniu umożliwiającym rozmowę z siedemnastowiecznym Hiszpanem, który najprawdopodobniej skończył teologię, prawo kanoniczne i filozofię?
– Podróże w czasie byłyby takie proste, gdyby wszyscy znali angielski – stwierdził Martin i westchnął ciężko. Ojciec zaś nagle spoważniał i odwrócił się znów do mnie.
– Jules, rozumiem, że jesteś wściekły na Verne’a i masz do tego pełne prawo… – zaczął, ale natychmiast mu przerwałem:
– Chciałbym, aby Verne się nigdy nie narodził. – Przeniosłem wzrok na ojca, który, wbrew moim oczekiwaniom, nawet się nie wzdrygnął. Po krótkiej pauzie ciągnąłem dalej: – Wiem, że nie powinienem mówić takich rzeczy. Powinienem go kochać bez względu na to jaki jest. Powinienem się o niego troszczyć i pilnować, aby nie wpadł w kłopoty. Powinienem być dla niego wzorem do naśladowania. Próbowałem być takim bratem, naprawdę próbowałem. – Mój głos znowu zadrżał, a oczy zaszkliły mi się od łez, ale szybko je wytarłem i z trudem kontynuowałem: – Niech znajdzie sobie innego starszego brata, który będzie na niego uważał. Ja już nie mogę.
Ostatnie słowa wypowiedziałem szeptem. Czułem się zmęczony. Zmęczony wściekłością, bólem i odpowiedzialnością. Zmęczony Verne’m. Kiedy więc ojciec zaczął głaskać mnie po głowie i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, poczułem się odrobinę lepiej.
– Wiesz, Jules – odezwał się nagle Martin i usiadł na skraju łóżka. – Rzadko się zdarza, aby bracia się ze sobą dogadywali. W zasadzie najczęściej podkładają sobie nawzajem świnię, a w najlepszym razie schodzą sobie z drogi. Chociażby ja i David. Widziałeś kiedyś, żebyśmy robili coś razem?
– Nie – przyznałem. – Ale wywnioskowałem, że to dlatego, iż on całe dnie pracuje w firmie, a ty większość czasu spędzasz u nas.
– To też prawda, ale nawet kiedy on był jeszcze w szkole, nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych zainteresowań. Trzymaliśmy się swoich znajomych i swoich spraw, więc spotykaliśmy się głównie podczas rodzinnych posiłków, wakacji albo świąt, a w innych okolicznościach raczej się unikaliśmy.
– Pragnę ci przypomnieć, Martinie – przerwałem mu – że problem nie leży w tym, że Verne mnie unika, ale w tym, że zostawił mnie samego, kiedy potrzebowałem pomocy, przyczyniając się przy tym do mojego złamania dolnej kończyny. Jakiekolwiek byłyby twoje stosunki z Davidem, na pewno nigdy nie zrobił ci czegoś podobnego.
– O, nie. On zrobił coś gorszego – odparł Marty. – Widzisz, kiedy byliśmy mniej więcej w twoim i Verne’a wieku, David schował moją deskorolkę i przekonał mnie, że to Strickland mi ją ukradł i że trzyma ją u siebie w domu.
– To nonsens. Po co była wicedyrektorowi twoja deskorolka?
– David twierdził, że Strickland napali nią w kominku, a potem prześle mi jej prochy z dopiskiem: „Z najlepszymi życzeniami, Gerald Strickland.” Ponieważ moja wyobraźnia była wtedy… dość wybujała, a Strickland jest, jak dobrze wiesz bardzo…
– Surowy?
– Chciałem powiedzieć: „czepialski”, ale twoje słowo też pasuje. No więc dlatego właśnie uwierzyłem wtedy Davidowi i, wiedziony chęcią odzyskania tego, co moje, wkradłem się do domu Stricklanda. Jak ninja, przeskoczyłem przez płot, a potem przemknąłem się przez jego ogródek wprost do salonu i zacząłem rozglądać się za moją deską. Zbliżyłem się powoli do kominka, kiedy nagle… – zrobił pauzę dla podbudowania napięcia, a kiedy przytrzymał swoich słuchaczy dość długo w niepewności, w końcu dokończył nieco monotonnym głosem: – potknąłem się i upadłem jak długi, przy okazji rozbijając wazon. Strickland mnie zobaczył i zbeształ. Rodzice i David przyjechali na miejsce i była niezła draka. Strickland groził, że nas pozwie i że zabiorą mnie do poprawczaka, ale rodzicom udało się go udobruchać. Próbowałem się bronić, mówiłem, że przyszedłem po moją skradzioną deskę, ale rodzice powiedzieli, że moja deska jest w garażu, bo ją widzieli i że to nieładnie bezpodstawnie oskarżać kogoś o kradzież. – Nagle jego twarz przybrała bardziej poważny wyraz. –David, oczywiście, zaparł się wszystkiego i powiedział, że chciał mnie powstrzymać. Wyszło więc, że na upartego wkradłem się do domu Stricklanda, nie słuchając co mój mądry brat do mnie mówił. W rezultacie musiałem zapłacić za wazon ze swojego kieszonkowego i przez tydzień nie wychodziłem z domu. Byłem wściekły na Davida, tak jak ty teraz na Verne’a. Już wcześniej robił mi różne świństwa, ale to przechodziło ludzkie pojęcie.
Milczałem przez dłuższy czas. Nie za bardzo wiedziałem, co miałem o tym powiedzieć i co o tym myśleć. Kto z nas miał gorzej? Co prawda, ja miałem złamaną nogę, ale z drugiej strony Martin został niewinnie ukarany. W zasadzie obaj zostaliśmy wpakowani w kłopoty, a potem porzuceni przez swoich braci.
Zaraz jednak Martin się uśmiechnął i zaczął znów:
– Ale gdzieś tak po dwóch-trzech dniach mój szlaban został anulowany.
– Hem…? – zdziwiłem się.
– David przyznał się, że mnie wkręcił. Oddał mi nawet pieniądze za wazon i przeprosił za wszystko, co zrobił. Kiedy spytałem go dlaczego stał się nagle taki miły, odpowiedział, że poczuł wyrzuty sumienia z mojego powodu. To miał być tylko głupi żart, a o mało nie trafiłem przez niego do poprawczaka.
– Nie sądzę, Marty, aby z prawnego punktu widzenia to było takie łatwe – wtrącił ojciec, ale Marty nie zwrócił na niego uwagi.
– Oczywiście mój brat na początku tak nie myślał, ale usłyszał jak rodzice o tym rozmawiają. – Zniżył się nieco ku mnie i powiedział ciszej: – Poza tym po jakimś czasie zaczęło mu mnie brakować, ale ciii – położył palec na ustach – jakby co nie słyszałeś tego ode mnie. – Wyprostował się i mówił dalej normalnie: – Musiał przemyśleć sobie wszystko i doszedł do wniosku, że jednak zrobił źle. Zobaczysz – poklepał mnie delikatnie po ramieniu. – Vernie również wszystko sobie przemyśli, przyjdzie tutaj i cię przeprosi.
Martin mógł mieć rację. Przecież również ma brata, posiada więc empiryczne doświadczenie w tej kwestii.
– Dziękuję, Martinie – odpowiedziałem z uśmiechem.
Obaj z ojcem wstali.
– Postaramy się przemówić Verne’owi do rozsądku – odparł mój rodzic. – Ty tymczasem odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Czy jest coś co chciałbyś, abyśmy ci przynieśli z domu?
Zastanowiłem się przez chwilę. W swoim pokoju miałem mnóstwo niedokończonych projektów, ale one mogły poczekać. Były za duże i zbyt kłopotliwe do przeprowadzenia w moim obecnym stanie. Żadnych książek obecnie nie czytałem, w zasadzie Podręcznik dobrego brata był ostatnią książką, którą przeczytałem. Co mogłem chcieć z domu? Przecież nie mogłem zostać zupełnie sam w pokoju. Siedzenie w tym miejscu byłoby bardzo monotonne.
Zaraz jednak do pomieszczenia zerknęła nieśmiało Franny. Uśmiechnąłem się. Już nie musiałem się martwić o rozrywkę.
– Nie, ojcze. Na razie niczego mi nie potrzeba – oznajmiłem.
Ojciec spojrzał za siebie, zauważył Franny i również się rozpromienił.
– Rozumiem. Chodźmy, Marty – powiedział i wraz z Martinem opuścili pokój.
Ja i Franny spędziliśmy całe popołudnie grając w różne gry. Począwszy od zwykłych kart (zgodnie z moimi wyliczeniami Franny ograła mnie wtedy w pokera już pięćdziesiąty piąty raz), poprzez warcaby (próbowałem ją zainteresować szachami, ale zasypiała, kiedy kończyłem tłumaczyć jej właściwości poszczególnych figur… nie to że była głupia, po prostu jej to nie interesowało), aż po gry planszowe, które przyniosła ze sklepu swojego ojca. Nawet podpisała mi się na gipsie, chociaż to serduszko z naszymi inicjałami było cokolwiek… kłopotliwe. W każdym razie spędziliśmy miło czas na wartościowych interakcjach międzyludzkich.
W między czasie odwiedził mnie Johnson wraz ze swoimi rodzicami, którzy kazali mu mnie przeprosić, co zrobił od razu z wyraźnym niesmakiem. Biff Junior się nie pojawił, ale to mnie nie dziwiło. Tannenowie prędzej zjedliby swoje własne mydło, niż zdecydowali się kogokolwiek przeprosić.
Ogólnie bawiłem się bardzo dobrze i nawet przez chwilę nie pomyślałem o Vernie. Farnny zawsze (no cóż… od momentu, w którym przestała strzelać do mnie kulkami z papieru) była całkiem miłym towarzystwem, w porównaniu z innymi moimi rówieśnikami. W końcu jednak przyszła jej matka i Franny musiała iść do domu, bo robiło się późno.
– Jutro też przyjdę! – powiedziała na odchodnym, machając do mnie.
– W takim razie będę czekał – zawołałem do niej, również machając ręką w geście pożegnalnym.
Kiedy opuściły pokój, spojrzałem na widok za oknem. Niebo przybierało właśnie barwę potocznie nazywaną różem, co oznaczało, że niebawem zapadnie zmrok. Oparłem plecy na poduszce i westchnąłem. Czułem się już trochę senny. W pomieszczeniu panowała cisza, a ja miałem nadzieję, że niebawem zostanę wypisany i znajdę się w znajomym otoczeniu.
Nagle odgłos kroków zbudził mnie z mojego odrętwienia. Spojrzałem w stronę drzwi. Verne nieśmiało wkroczył do środka. Cały mój gniew powrócił, więc szybko odwróciłem wzrok. Przeszło mi przez myśl, że mógł tu przyjść, aby się ze mną pogodzić, ale pamięć jego słów sprzed kilku godzin była zbyt świeża, abym mógł na niego spojrzeć. Z drugiej strony czekałem na to, co miał do powiedzenia.
Stanął w nogach mojego łóżka i popatrzył na mnie przez jego ramy. Nagle jego wzrok padł na podłogę i Verne wreszcie przemówił:
– Wiesz, kiedyś uratowałem ci życie.
Podniosłem brew. Nie pamiętałem, aby takie zdarzenie miało miejsce. Inna sprawa, że w naszej rodzinie działo się tyle rzeczy, że mogło mi to umknąć.
Verne stanął na palcach i ciągnął dalej:
– Byłeś wtedy taki mały. – Pokazał rękoma wysokość, która na moje oko odpowiadała długości kilkumiesięcznego niemowlaka. – Gdy mnie i Marty’emu nie udało się namówić Juliusza Verne’a na zmianę nazwiska, postanowiłem udać się do czasów przed moimi narodzinami i dopilnować, aby rodzice nadali mi jakieś fajne imię. Zapukałem do tej… tej chaty… Wiesz której, prawda, Jules?
– Tak, wiem – odpowiedziałem.
Chodziło mu o nasz dom sprzed podróży do dwudziestego wieku. Znajdowała się w lesie, kilka kilometrów od miasta. Ja i Verne urodziliśmy się w tej chacie i spędziliśmy tam jakieś dziesięć lat wraz z rodzicami.
– No więc zapukałem wtedy do drzwi, a tata je otworzył. I wtedy zobaczyłem jak maszyna, która stała nad twoją kołyską, chwyta cię za kołnierz – podniósł do góry rękę i zademonstrował chwyt szczypcowy – i wyrzuca na zewnątrz – zamachnął się jakby rzucał ubranie do kosza na bieliznę, po czym mówił dalej: – Przeleciałeś nad moją głową przez drzwi i znalazłeś się na zewnątrz. Jak tylko to zobaczyłem, szybko pobiegłem i złapałem cię w locie. Przeturlałem się po śniegu, trzymając cię mocno w ramionach, a kiedy wreszcie się zatrzymałem, ty się do mnie uśmiechnąłeś.
– I co w związku z tym? – spytałem chłodno.
– Wtedy… wiesz kiedy trzymałem cię na rękach… Miałem wtedy wrażenie, że to ja jestem twoim starszym bratem. Byłeś taki malutki, taki delikatny…
Nie wiedziałem co o tym myśleć. Verne wyglądał na autentycznie smutnego i pogrążonego w zadumie. To musiało być dla niego dziwne, a jednocześnie bardzo głębokie doświadczenie.
– Ale potem mnie obśliniłeś i to było obrzydliwe – dodał nagle, psując chwilę, a na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
Westchnąłem. Czy on naprawdę musiał być takim prostakiem?
– Typowe niedogodności spotykania krewnych w wieku niemowlęcym – odparłem. – Nie słyszałeś, co zrobił pradziadek Martina, kiedy ten przeniósł się do 1885?
– W każdym razie – ciągnął dalej, tym razem znów poważnie – w tamtym momencie przyszli rodzice i mama powiedziała, że mnie lubisz.
– To też naturalne przy podróżach w czasie. Krewni w wieku niemowlęcym rozpoznają swoich przyszłych potomków jako członków rodziny i są wobec nich ufni.
– Poszedłem z rodzicami do domu i kiedy wyjaśniłem im, że mogę u nich zostać, jeśli oni nie mają nic przeciwko, zaproponowali mi, żeby im pomógł w zajmowaniu się tobą. Nigdy nie zapomnę tego, jak siedziałeś w śpioszkach na podłodze i układałeś z klocków Wieżę Eiffla.
– I co w związku z tym? – spytałem z irytacją. Czy on naprawdę musiał tak wszystko przedłużać?
Podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się smutno. Zaraz jednak ten uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Jules – zaczął cicho. – Czasem jesteś naprawdę wkurzający z tą swoją inteligencją, kazaniami i wywyższaniem się…
– Ja się nie wywyższam – zaprotestowałem.
– O tak, wywyższasz. Tylko jesteś zbyt zadufany w sobie, żeby to zauważyć – odparł z lekkim uśmiechem. Zaraz potem jednak spoważniał. – Ale wtedy, w chacie rodziców, nie przypominałeś siebie z przyszłości. Byłeś uroczym, małym niemowlakiem.
– I po to tu przyszedłeś? – zapytałem z jeszcze większym rozdrażnieniem niż wcześniej. – Verne, myślałem, że…
– Przepraszam cię, Jules – wyrzucił z siebie drżącym głosem.
Spojrzał na mnie, a jedna łza poleciała mu po policzku. Zacisnął pięści na rurach łóżka i, patrząc na mnie, kontynuował:
– Myślałem, że sobie poradzisz. Że się podciągniesz i zejdziesz, że twoje trampki zaczną znów działać albo że chociaż Strickland cię stamtąd ściągnie. Nie myślałem, że tak to się skończy.
Przypomniałem sobie słowa Martina. David też nie myślał, że jego żart skończy się w sposób, w jaki się skończył. Wciąż jednak pozostało kilka rzeczy niejasnych.
– Skoro tak, to dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej, tylko mówiłeś mi takie przykre rzeczy?
Wytarł rękawem policzki, po czym dodał:
– Bo wtedy wciąż byłem na ciebie zły. Nawet jeśli chciałeś mi pomóc, to i tak Biff Junior i Johnson widzieli, że potrzebuję twojej pomocy, aby zejść z głupiego drzewa. Przez całą drogę, kiedy uciekaliśmy jak najdalej od Stricklanda, nabijali się ze mnie, za to co wtedy się stało. A potem dowiedziałem się, że złamałeś nogę, ale nic poza tym ci się nie stało, więc doszedłem do wniosku, że nie jest źle.
– Ciekawe, co powinno się wydarzyć, bracie, żebyś uznał, że jest źle? – spytałem. – Naprawdę nie czułeś wstydu, że złamałem nogę?
– Trochę czułem, ale raz, że złamanie nogi nie jest tak poważne jak śmierć, a dwa, że mogłeś przez jakiś czas siedzieć w domu zamiast chodzić do szkoły i się nudzić.
– Z całym szacunkiem, Verne, widziałeś kiedykolwiek, abym się nudził w instytucji edukacyjnej?
– No to inaczej: odpocząłbyś sobie od szkolnych łobuzów.
– To już lepszy argument – stwierdziłem i uśmiechnąłem się.
– Poza tym masz fajny gips. Wszystkie dzieciaki będą chciał ci go podpisać. Widzę – dodał ze znajomym mi złośliwym uśmieszkiem – że już ktoś to zrobił.
– Nawet się nie odzywaj – powiedziałem tonem, którym chciałem powstrzymać go od wszelkich złośliwych komentarzy.
Odchrząknął i spoważniał.
– Chciałem powiedzieć, że masz rację. Masz całkowitą rację.
– Mów dalej – zaciekawiłem się.
– Mimo że jesteś czasem… nieco wkurzający, wszystko co powiedziałeś mi popołudniu było prawdą. – Popatrzył mi w oczy. – To prawda, że jestem lekkomyślny, głupi i niewdzięczny. To prawda, że nie wiem jak to jest być tobą. No i to prawda, że zawsze musisz po mnie sprzątać. – Zaśmiał się pod nosem, ale zaraz posmutniał. – Zachowałem się paskudnie. Zostawiłem cię samego, jak jakiś tchórz, chociaż ty pomogłeś mi zejść. Mimo że czasem mam cię serdecznie dość, jesteś dobrym bratem. A ja zostawiłem cię samego.
Był pokorny. Wstydził się tego, co zrobił. Nie miałem wątpliwości, że jego skrucha i wstyd były szczere. Właśnie o to mi chodziło, prawda? Chciałem zobaczyć, że żałuje swojego zachowania. Nie wiem jak ojciec i Martin to zrobili… Być może nawet nie zrobili nic i Verne sam doszedł do wniosku, że postąpił źle. W każdym razie cała moja wściekłość ulotniła się jak woda pod wpływem procesu parowania.
– Wiesz – uśmiechnąłem się do niego – ty też nie jesteś taki zły.
Rozpromienił się. Ucieszył się, że uzyskał przebaczenie.
Nagle obszedł łóżko, a wtedy zauważyłem w kieszeni jego spodni znajomą różową okładkę. Verne usiadł na krześle, na którym wcześniej siedział nasz ojciec, ja zaś zastanowiłem się, czy Podręcznik dobrego brata miał coś wspólnego z tą nagłą zmianą.
– Bracie, skąd masz tę książkę? – spytałem.
– Oh, tę? – Wyciągnął ją z kieszeni. – Tata i Marty mi ją pokazali. Przejrzałem ją i muszę przyznać, że jest strasznie głupia. Którzy starsi bracia spędzają z młodszym rodzeństwem całe dnie, robiąc te wszystkie durne rzeczy, i mają z tego frajdę?
– Tak, to prawda – odparłem z uśmiechem. – To wyjątkowo głupia książka.

[FF:Powrót do przyszłości] Jego dziedzictwo

Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Emmett Brown miał dość przeciętny głos. Trochę fałszował, jeśli zaczął śpiewać zbyt głośno, ale jeśli tylko zachował odpowiedni ton, dało się go słuchać i to jeszcze z pewnego rodzaju przyjemnością. Klara lubiła sposób w jaki jej mąż śpiewał ich chłopcom kołysankę i często stała w korytarzu albo siedziała w fotelu, niby to zajęta swoimi sprawami, ale jednak wsłuchana w te dziwne niemieckie słowa wyśpiewywane pod melodię kołysanki Brahmsa.

Co prawda, nie rozumiała zbyt dobrze tych słów (co najwyżej domyślała się znaczenia co poniektórych), ale brzmiały całkiem ładnie. Być może połowa sukcesu polegała na tym, że próbując uśpić Julesa i Verne’a, Emmett śpiewał cicho i delikatnie. Jednocześnie była w jego głosie jakaś dziwna melancholia.

Guten Abend, gut' Nacht
Von Englein bewacht
Die zeigen im Traum
Dir Christkindleins Baum
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies
Czasami Klara zastanawiała się, dlaczego śpiewał tę piosenkę akurat po niemiecku. Kiedyś nawet zapytała o to Emmetta, a on odpowiedział jej, że to jedyna wersja jaką zna. Wspominał też, że ma jakieś niemieckie korzenie, ale nie powiedział nic poza tym. Jakby się czegoś wstydził i nie chciał o tym mówić. Klara nie naciskała. Wydawało jej się, że to nie było nic wielkiego. Przecież nie mówił z mocnym, niemieckim akcentem ani nie zdradzał upodobań do piwa i golonki, nie mówiąc już o tym, że miał najbardziej anglosaskie nazwisko, jakie mogła sobie wyobrazić – Brown. W zasadzie jedynymi rzeczami, które świadczyły o pochodzeniu doktora Browna, była owa niemiecka kołysanka i jego drugie imię, zwykle ukryte za inicjałem „L” – Lathorp.
Właśnie dlatego dochodziła zawsze do wniosku, że „niemieckie korzenie” oznaczają jakąś małą, nic nieznaczącą gałązkę, jakiegoś przodka po kądzieli, który wżenił się w rodzinę i przepadł gdzieś w drugiej linii. Zresztą nie obchodziło jej to. Była szczęśliwa z Emmettem, takim jaki był, a cała reszta nie miała znaczenia.
Ale pewnego wieczora to się zmieniło i musiała spojrzeć na rodzinę męża w zupełnie inny sposób.

Tego wieczora Marty przyszedł do rodziny Brownów, aby pomóc doktorowi w pracy nad jakimś ważnym eksperymentem, wymagającym nocnego oświetlenia. Wyrwana z zasłuchania, Klara natychmiast otworzyła mu drzwi i wpuściła do środka, kładąc palec na ustach. Emmett tymczasem kończył śpiewać chłopcom kołysankę. Panująca w domu cisza sprzyjała temu, aby i Marty mógł usłyszeć słowa ostatniej zwrotki:

Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt.
– Łał, nie wiedziałem, że doktor umie śpiewać – szepnął do Klary chłopak. – Co prawda, nie rozumiem ani słowa, ale on zapewne wie o czym śpiewa.
Zaraz jednak posmutniał i dodał:
– Ale z drugiej strony, pierwsza wojna światowa i te sprawy… Być może nie chce o tym myśleć.
Klara spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
– O czym ty mówisz, Marty?
Podniósł brwi.
– Chyba ci o tym opowiadał, prawda? Jego ojciec przyjechał z Niemiec do Ameryki w 1905. Jego prawdziwe nazwisko rodowe to von Braun.
– Prawda – zaczęła niepewnie – mówił, że ma niemieckie korzenie, ale nic poza tym. Myślałam, że to tylko jakaś mała część jego rodziny.
– Zapewne sam bym się nie domyślił, gdyby w 1955 mi o tym nie wspomniał. Wiesz, wtedy jak znalazłem jego nagrobek i szukałem jakichś informacji o nim w 1885 roku. A potem spotkałem wujka Olivera w trakcie podróży w przeszłość. Nie miało się wątpliwości, że niemiecki jest jego pierwszym językiem, bo mówił z wyraźnym akcentem. Nawet nosił tradycyjne bawarskie portki – dodał z uśmiechem.
– A więc jego ojciec był Niemcem? – zdumiała się Klara. – Chcesz powiedzieć, że Emmett jest potomkiem imigrantów?
– Jest coś złego w byciu potomkiem imigrantów? Moja rodzina pochodzi z Irlandii. – powiedział nieco ostrzej Marty, ale wciąż cicho, aby czasem nie obudzić chłopców.
– Nie o to mi chodziło – próbowała się bronić Klara. – Po prostu… – urwała i spuściła na moment wzrok, aby po chwili namysłu dodać: – Po prostu nigdy nie mówił za wiele o swoich niemieckich przodkach, więc uznałam, że to dalecy przodkowie. – Popatrzyła mu w oczy. – Ale dlaczego jego ojciec zmienił nazwisko?
Marty wziął głęboki oddech i przeniósł wzrok na przestrzeń przed sobą. Potem znów popatrzył na Klarę i z niepewną miną powiedział:
– Powiedzmy, że Ameryka nie była zbyt miła dla Niemców, Węgrów i Austriaków podczas pierwszej wojny światowej.
– O, już jesteś, Marty. To dobrze – zdradził swoją obecność doktor Brown.
Klara i Marty nie wiedzieli, czy usłyszał cokolwiek z ich rozmowy, ale podejrzewali, że stał na piętrze jakiś czas po opuszczeniu pokoju Julesa i Verne’a. Zaczął schodzić po schodach, ciągnąc dalej:

 

– Wszystko gotowe do eksperymentu. Musimy tylko założyć gogle i stroje ochronne. Spokojnie – dodał z uśmiechem, widząc zmieszanie chłopaka. – Tym razem nie ma żadnego plutonu skradzionego libijskim terrorystom. – Zwrócił się do Klary: – Będziemy na parkingu Centrum Handlowego Samotna Sosna. W razie czego dzwoń. Myślę, że wrócimy za jakąś godzinę.
Życzyła im powodzenia. Pożegnali się i wyszli na dwór, zostawiając Klarę samą z jej myślami.
W tamtym momencie zdała sobie sprawę z tego, że Emmett ukrywał przed nią więcej, niż jej się zdawało. Owe „niemieckie korzenie” nagle okazały się być czymś większym. Dlaczego nie chciał o tym mówić? Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to o jego rodzinie wiedziała strasznie mało. Wiedziała tylko, że jego ojciec był sędzią i że w wakacje Emmett mieszkał z wujkiem Oliverem, który był… nieco zwariowany. Drugiego z nich odwiedzili ostatnio Marty, Jules i Verne. Teraz Klara żałowała, że nie uczestniczyła w tej podróży.
Pomyślała, że dobrze byłoby się już przespać. Weszła na górę, do sypialni, aby się przygotować. Kiedy już miała przebrać się w koszulę nocną, jej wzrok padł na półkę, na której oboje z Emmettem trzymali różne książki. Były tam między innymi pierwsze dzieła Juliusza Verne’a, które oboje dostali albo kupili, jak również stare podręczniki i encyklopedie. Był też tam stary, poszarpany i osmolony na rogach album ze zdjęciami.
Emmett twierdził, że większość jego rodzinnych zdjęć spaliła się w tym pożarze w 1962. Udało mu się ocalić tylko ten jeden album.
Klara wyciągnęła rękę po album, a potem usiadła na łóżku i otworzyła książkę. Już na pierwszej stronie zobaczyła rodzinną fotografię, zrobioną zapewne w jakimś zakładzie, który teraz już nie istniał. Ubrani bardzo elegancko, ustawieni w dystyngowany sposób, trochę spłowiali przez czerń i biel fotografii oraz czas, który minął od momentu wykonania zdjęcia. Teść – według Emmetta miał na imię Erhardt – wydał się Klarze bardzo poważnym, surowym mężczyzną o chłodnych oczach, skrytych za okularami oraz ciemnych, przylizanych włosach i szczupłej sylwetce. Teściowa – Sara – wyglądała na sympatyczną i pełną czułości panią domu – jasne włosy upięte w kok, prosta sukienka z kołnierzem i delikatny uśmiech na okrągłej twarzy… Była bardzo ładna. Wuj Oliver zdawał się być dość osobliwym człowiekiem w średnim wieku. Gęste wąsiska i okulary grube jak denka od butelek nadawały mu wygląd ekscentryka.
A pośrodku zdjęcia, na rękach matki znajdowało się dziecko. Najwyżej trzyletnie maleństwo w krótkich spodenkach, białej koszuli i szelkach. Klara mimowolnie uśmiechnęła się i położyła dwa palce do twarzy niemowlęcia, które teraz było jej mężem. Napis na dole głosił: „Hill Valley, 12 maja, 1917”.
Posmutniała. Naraz zaczęły się kłębić w jej głowie przeróżne pytania. Jak wyglądała codzienność w domu Brownów (czy też raczej – von Braunów)? Mówili przy obiedzie po niemiecku? Praktykowali jakieś niemieckie tradycje? Czytali w oryginale Goethego, Hegla, Kanta i Schillera?
Jakie dzieciństwo miał Emmett? Czy jego ojciec zachowywał się jak pruski dowódca? I jak zareagował na to, co działo się w Europie, kiedy wybuchła druga wojna światowa? Ta słynna wojna, w której Niemcy pokazali, jakie okrucieństwo może wywołać w narodzie jeden człowiek…
A może to właśnie dlatego Emmett nie chciał mówić o swojej rodzinie. Bo wstydził się tego, co robili jego rodacy w tamtym okresie.
Zaczęła przeglądać inne zdjęcia. Do lat trzydziestych były to głównie fotografie robione w zakładzie na różne okazje – konfirmację Emmetta, śluby, na których członkowie rodziny Brownów byli świadkami; chrzciny dalekich krewnych, przyjęcia urodzinowe… Cicha kronika życia rodzinnego, której jedynymi komentarzami były daty i krótkie opisy, pozbawione głębszych wyjaśnień. Klara oglądała każdą fotografię bardzo dokładnie, próbując oszacować kto jest kim, ale kiedy na zdjęciu pojawiała się nie tylko znajoma jej czwórka, w zasadzie zalewała ją fala obcych twarzy, o których nic nie wiedziała.
Zamknęła album, ale jeszcze nie odkładała go na półkę, tylko trzymała go na kolanach i rozmyślała o wszystkim, czego się dowiedziała w ciągu tych kilku minut. Marty powiedział, że w okresie pierwszej wojny światowej imigranci z Węgier, Austrii i Niemiec nie byli dobrze traktowani w Ameryce. Klara, oczywiście, zapoznała się z historią dwudziestego wieku, ale pierwsza wojna światowa kojarzyła jej się tylko z manewrami wojsk podzielonych na dwa obozy i późnym przystąpieniem Ameryki do działań zbrojnych. Rozdział o doli imigrantów jakoś jej umknął.
Podniosła się na równe nogi, odłożyła album na półkę i wzięła podręcznik do historii. Od razu znalazła rozdział poświęcony pierwszej wojnie światowej i zaczęła szukać jakichś wieści dotyczących sytuacji Ameryki przed przystąpieniem do wojny, ale kilka kartek było powyrywanych, a te, które pozostały, dotyczyły przede wszystkich działań zbrojnych na frontach Europy. Klara westchnęła i wyciągnęła encyklopedię. Znalazła hasło: „pierwsza wojna światowa”, ale tam również nie było nic o imigrantach, tylko ogólnikowo o samym konflikcie. Pomyślała, że mogłaby jeszcze sprawdzić „migrację” w nadziei, że znajdzie tam jakieś dane na temat historii zjawiska w Ameryce, ale doszła do wniosku, że to nic nie da.
Nagle zaświtał jej w głowie pewien pomysł. Skoro źródła historyczne nie chciały jej pomóc, sama musiała dowiedzieć się prawdy. Postanowiła wziąć Deloreana i wybrać się do dnia, w którym zrobiono jedną rodzinnych fotografii Brownów. I już wiedziała którą. Kilka minut później, ubrana w strój z epoki – prostą, białą koszulę, szeroką, granatową spódnicę i mały kapelusik na głowie – Klara, zamknęła dom na klucz (podejrzewała, że i tak pewnie wróci kilka sekund po wyjeździe, więc nie musiała martwić się o dzieci), weszła do samochodu i ustawiła datę 12 maja 1917.
Była trochę podenerwowana tym, co miała za chwilę zrobić. Nie chodziło o to, że sama wybierała się w podróż w czasie, bo robiła to tyle razy, że wiedziała jak postępować, aby nie narobić bałaganu. Specjalnie wybrała rok, w którym Emmett już był na świecie, aby czasem nie sprawić, że się w ogóle nie narodzi.
Denerwowała się z zupełnie innego powodu. Miała spotkać się z rodziną swojego męża. Oczywiście, nie powie im kim jest. Zapewne w ogóle nie  pokaże im się na oczy, tylko rozejrzy po okolicy. Z drugiej strony bardzo chciała znaleźć się w ich domu i zobaczyć jak tam jest…
No nic. Zobaczy się. Najważniejsza była dyskrecja i ostrożność. Klara nacisnęła pedał gazu, nabrała prędkości i wyruszyła do Hill Valley w roku 1917.
Zaparkowała w starej stodole, która miała w przyszłości należeć do Peabody’ch, ale teraz stała pusta. Następnie Klara wyszła na zewnątrz i zaczęła iść ścieżką w stronę miasta. Było południe, słońce świeciło na niebie. Czuła jak wiał lekki zefirek, unosząc w powietrzu woń kwiatów i ziół. Po kilku minutach podróży piechotą na drodze pojawił się jakiś mężczyzna, siedzący na wozie z napisem: „Dostawy handlowe Hill Valley”.
– Przepraszam, że przeszkadzam – zapytał, jadąc tuż obok Klary. – Zobaczyłem panią, idącą tą drogą, i pomyślałem, że zmierza pani do miasta.
Klara rozpoznała w nim Williama McFly’a. Wyglądał zupełnie jak Marty, tylko ubrany w koszulę i szelki. Uśmiechnęła się i odpowiedziała:
– Tak, ma pan rację. Muszę coś załatwić w Hill Valley.
– Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale również jadę w tę stronę i tak się zastanawiam, czy nie zechciałaby pani, aby ją podwieźć.
Znów się uśmiechnęła. Zapewne, gdyby to był jakiś inny mężczyzna, miałaby wątpliwości, czy przyjąć jego propozycję, ale miała przed sobą McFly’a. Mogła się spodziewać słabego charakteru, jak u George’a McFly’a albo wybuchowego temperamentu Marty’ego, jednak żaden McFly, którego spotkała albo o którym jej opowiadali Emmett i jego młody przyjaciel, nigdy nie zachowywał się nieprzystojnie wobec kobiety.
Tak więc przystała na propozycję Williama i z jego pomocą zajęła miejsce obok niego na wozie. Przez chwilę siedzieli tak w milczeniu. A potem mężczyzna najwyraźniej zapragnął przerwać niezręczną ciszę i zacząć jakąś miłą konwersację, bo nagle ją zagadnął:
– Mam nadzieję, że ta wojna w Europie się szybko skończy. Wszyscy mamy jej już serdecznie dość.
– Nie liczyłabym na to – odparła Klara, uśmiechając się nerwowo. – Wydaje mi się, że potrwa jeszcze parę ładnych lat.
– Zapewne ma pani rację, ale pomarzyć zawsze można. – Zmienił temat: – Cóż takiego wzywa panią do miasta, że idzie tam pani piechotą i do tego sama?
Klara zawahała się przed odpowiedzią. Miała mu opowiedzieć o tym, że szuka von Braunów? To mogłoby być ryzykowne. Z drugiej strony, mógł coś o nich wiedzieć. Ale co, jeśli w ogóle ich nie znał? Chwileczkę…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Spojrzała na Williama McFly’a i oświadczyła:
– Szukam porady prawnej. Zna pan może jakiegoś dobrego prawnika, który mógłby mi jej udzielić za przystępną cenę?
– Przykro mi. Nie znam nikogo takiego. Jest kancelaria adwokacka, ale oni biorą bardzo duże pieniądze.
– A jak tam z waszym sędzią? Dobrze się sprawuje? Pewnie nawet w taki piękny dzień ma pełne ręce roboty.
– Nie wiem, co stary Strickland robi w wolnym czasie, ale zapewne to samo, co w pracy: oskarża wszystkich o moralną zgniliznę.
Brwi Klary podniosły się nieznacznie.
– A pozostali sędziowie?
– Zobaczymy jak jakiegoś przyślą. Niełatwo się pracuje ze Stricklandem. Współczuję jego asystentowi. Biedny Erhardt Brown…
Klara popatrzyła na swojego rozmówcę.
– Robi całą tę szaloną robotę dla sędziego, a ten daje mu wolne tylko raz na dwa miesiące, nie licząc świąt. Jeszcze biedak mówi w taki dziwny sposób… Mam nadzieję, że Strickland nie uzna go za niemieckiego szpiega.
Szpiega? – chciała zapytać Klara, ale nie zdążyła, bo William mówił dalej:
– To ciężko pracujący, młody człowiek, oraz odpowiedzialny mąż i ojciec, ale wyraźnie nie-Amerykanin. Wciąż się uczy angielskiego, jednak choć wiele rozumie i mówi całkiem nieźle, ciągle słychać ten jego akcent.
– Widzę, że bardzo dobrze pan go zna – zapytała ostrożnie jego pasażerka.
– To małe miasteczko. Wszyscy się znają, mniej lub bardziej. – Odwrócił się do niej i uśmiechnął.
Wjechali na plac miejski. William pomógł Klarze zejść z wozu, pożegnał się i pojechał w swoją stronę. Plac wyglądał zupełnie inaczej, niż Klara go zapamiętała z 1985 czy nawet z 1885. Zamiast asfaltu, jezdnie i drogi wybrukowane były szarymi kamieniami. Nie było kina, myjni samochodowej ani baru Lou (jak również stojącego w jego miejscu saloonu), za to był bank, sklep z ubraniami, lodziarnia i zakład fryzjerski. No i budynek sądu, który górował nad placem od 1885 ze swoim słynnym zegarem. Na zielonym trawniku pośrodku placu stało stoisko werbunkowe do armii, a kilka metrów dalej znajdowała się budka Czerwonego Krzyża, gdzie jakieś dwie kobiety zbierały pieniądze i rozdawały ulotki.
W pierwszej chwili Klara nie wiedziała, co robić. Usiadła na ławce i zaczęła się zastanawiać na tym, gdzie mogłaby poszukać Brownów. Potrzebowała jakiegoś punktu zaczepienia. W zasadzie nie wiedziała zbyt wiele o zdarzeniach tego dnia. Wiedziała tylko, że zrobili sobie zdjęcie. Ale gdzie? Może powinna spytać kogoś o zakład fotograficzny.
Ludzie, którzy ją mijali, sprawiali, że czuła się jakby była znów w dziewiętnastym wieku. Było coś kojącego i swojskiego w długich sukienkach kobiet i eleganckich garniturach mężczyzn, oraz w tym, że nie było tam żadnych samochodów i dziwacznych budynków. Czasami, żyjąc w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, Klara czuła tęsknotę za światem, który znała i który opuściła. Mimo że technika czyniła wszystko prostsze, Klara miała wiele razy ochotę przenieść się znów do dziewiętnastego wieku. Rok 1917 był pod pewnymi względami podobny do jej czasów, nie mówiąc już o tym, że Hill Valley było o wiele bardziej cywilizowane, niż w 1885, kiedy była w tym miejscu tylko garstka budynków, piach i kurz. Poza tym był bardzo ładny dzień – słońce świeciło, było ciepło i miło.
Jej wzrok padł na lodziarnię. Pomyślała, że skoro już tu jest, to mogłaby kupić sobie lody, a przy okazji wypytać o zakład fotograficzny. Podniosła się z ławki i skierowała w tamta stronę. Przeszła przez ulicę i weszła do środka. Lodziarnia wydawała się przestronna – zmieściło się tam z sześć stolików. Ściany pokryte były drewnianymi panelami. Zdobiły je pejzaże, karykatury i plakaty reklamowe. Za ladą z metalowymi pojemnikami stała kobieta w białym fartuchu i czepku, która właśnie podawała jakiejś parze puchary z – wnosząc po zielonym kolorze – pistacjowymi gałkami lodów.
Klara podeszła do lady i przyjrzała się oferowanym smakom, ale jej wzrok padł na wiszący koło drzwi plakat przedstawiający mężczyznę w szarym mundurze i charakterystycznym hełmie ze szpicem. Mężczyzna nachylał się nad bezkresnym morzem, jakby się przyczajał. Bagnet trzymanego w prawej ręce karabinu był zakrwawiony, tak samo jak place lewej ręki. Napis pod spodem głosił: „Odeprzyj Huna obligacjami wojennymi”. Klara prychnęła śmiechem. To miał być Hun? Kiedy ona myślała o Hunach, stawał jej przed oczami niski Azjata, a nie niemiecki żołnierz.
Po chwili jednak spoważniała. Ten Niemiec na plakacie wyglądał jak demon. To zrozumiałe. Ameryka toczyła wojnę z Niemcami. Trzeba było przekonać obywateli do tego, aby wspierali wysiłek wojenny. Z drugiej strony wiedza, że rodzina Emmetta pochodzi z Niemiec, sprawiała, że na widok tego plakatu Klarę przeszły ciarki.
Przeniosła wzrok na lody, chcąc wybrać smak, a wtedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Mimowolnie spojrzała za siebie i nagle oniemiała. Nie mogła uwierzyć własnym oczom i własnemu głupiemu szczęściu.
Stali tam, wyjęci jak ze zdjęcia. Tylko tym razem mogła przekonać się, że przyszły sędzia Brown miał kasztanowe włosy i ubrany był w granatowy garnitur. Jego żona była blondynką, ubraną w jasnoniebieską sukienkę. Trzymała za rękę ubranego w czarne spodenki synka. Wujek Oliver prezentował się bardzo jaskrawo na ich tle. Nie tylko był ognistym rudzielcem, ale także nosił zielony garnitur.
Klara szybko zdała sobie sprawę z tego, że się gapi, więc przeniosła wzrok na ścianę.
– Witam, państwo Brown – powiedziała sklepikarka, a oni przytaknęli głowami. Tylko wujek Oliver pomachał do niej z uśmiechem.
Gute… Au! – zaczął, ale ojciec Emmetta szybko stanął mu na stopie.
Następnie złapał go za ramię i z nerwowym uśmiechem powiedział do żony:
– Kochanie, ty i Emmett zastanówcie się jakie chcecie lody, a ja i Oli wyjdziemy się przewietrzyć.
Klara musiała przyznać, że rzeczywiście słychać było jego mocny, niemiecki akcent.
Pani Brown przytaknęła na propozycję męża i natychmiast podeszła wraz z synem do lady. Tymczasem pan Brown wyprowadził krewnego za drzwi i skręcił w bok. Klara wodziła za nimi wzrokiem i postanowiła zobaczyć o co chodzi.
– Przepraszam – zwróciła się do sklepikarki. – Zaraz wracam. Chyba zobaczyłam znajomego. Może pani zająć moje miejsce – dodała na prędce do Sary.
Wyszła szybkim krokiem z lodziarni. W mgnieniu oka zobaczyła zaułek pomiędzy sklepem a jakimś innym budynkiem i usłyszała dochodzące z niego szepty. Ostrożnie podeszła bliżej (ale tylko dwa kroki, na wypadek gdyby Sara Brown ją obserwowała) i wsłuchała się w niemiecki dialog.
Du bist ein idiot, Oli[1] – powiedział Erhart Brown.
Was? Es ein Fehler gewesen[2]tłumaczył się wuj Oliver.
Wir können nicht Deutsch sprechen. Nicht öffentlich, enzig im der Haus[3] – ganił go krewny.
Przez kilka sekund trwała cisza, a potem wujek Oliver odparł:
Ja, du recht behaltest. Entschuldigung dich. Ich umsichtig werde.[4]
Klara żałowała, że nie miała tych tłumaczących słuchawek, które jej mąż zabrał ze sobą do starożytnego Rzymu. Musiała zdać się na własną intuicję. A intuicja podpowiadała jej, że awantura dotyczyła tego, co wujek Oliver miał powiedzieć do sklepikarki. Słowo „können” brzmiało zupełnie jak angielskie „móc”, a „Haus” przywodziło Klarze na myśl wyraz „dom”. Czy mogło chodzić o to, że mogli mówić po niemiecku tylko w domu, a nie na ulicy?
Przeczuwając, że zaraz będą wracać do lodziarni, Klara szybko weszła pierwsza i stanęła za Sarą Brown. Wkrótce panowie przekroczyli próg lodziarni i dołączyli do Sary i Emmetta. Chłopiec właśnie przyglądał się kolorowym lodom, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować. Był podekscytowany, wręcz podskakiwał z rękoma opartymi na oddzielającej go od lodów szybie. Zamiast jednak wołać na całe gardło: „Mamo, mamo, ja chcę te!”, pociągnął matkę za rękę, a ona zniżyła się do jego poziomu i wysłuchała, co miał jej do powiedzenia na ucho. Po chwili pokręciła głową i też coś do niego szeptała.
– Czy już się zdecydował? – spytał wujek Oliver, uśmiechając się.
– Nie – odparła Sara, również z uśmiechem, i wyprostowała się. – Nadal nie wie, czy chce lody orzechowe z waniliowymi, czy też raczej truskawkowe ze śmietankowymi.
Dziwna rzecz: kiedy Erhardt mówił po angielsku, jego akcent nadawał mu powagi i surowości. Kiedy zaś odzywała się Sara, nawet z akcentem wydawała się osobą miłą i łagodną.
– Pospiesz się, bo wybiorę ci najgorszy smak jaki miałeś w ustach – powiedział do syna Erhardt i wyszczerzył zęby w złośliwym uśmieszku.
Emmett w końcu się zdecydował i powiedział matce na ucho. Niebawem nie tylko on, ale także cała reszta rodziny wzięła swoje lody i usiadła w głębi lodziarni. Mały zaczął jeść w ciszy lody, a jego ojciec, matka i wuj – rozmawiać cicho na jakiś temat. Po ich żywej mimice twarzy Klara domyśliła się, że konwersacja, którą toczą, musi mieć bardzo zajmujący temat.
– A co dla pani? – wyrwała ją z zapatrzenia sklepikarka, w której głosie słychać było już irytację.
– Oh… wanilia i truskawka – powiedziała szybko Klara.
Podczas gdy kobieta realizowała jej zamówienie, ona znów spojrzała na Brownów. Mały Emmett właśnie nabrał sobie bardzo duży kawałek lodów, który w połowie drogi do jego ust spadł na jego białą koszulę. Wuj Oliver się zaśmiał, Erhardt spojrzał na syna surowym wzrokiem, a Sara wzięła serwetkę i zaczęła wycierać plamę na ubranku chłopca. Ot, normalna scena z życia rodzinnego. Jules i Verne też się często brudzili przy jedzeniu lodów, z tym że Emmett zawsze wyciągał z kieszeni jakiś odplamiający wynalazek.
– Pani lody – powiedziała sklepikarka.
Klara zapłaciła, wzięła puchar z deserem i rozejrzała się za jakimś miejscem. W zasadzie chętnie przysiadłaby się do Brownów i spróbowała z nimi porozmawiać, ale raz, że byłoby to niegrzeczne z jej strony, dwa – mogłaby niechcący zrobić albo powiedzieć coś, co zakłóciłoby ciągłość wydarzeń; i trzy – wszystkie krzesła przy ich stoliku były już zajęte i gdyby się teraz wprosiła, zrobiłoby się ciasno. Ale za nimi był wolny stolik. Nie za daleko od nich i nie za blisko. Toteż Klara zaczęła iść w tamtą stronę.

 

Zaraz jednak drzwi się otworzyły i usłyszała za sobą głos Williama McFly’a:
– O, to pani!
Odwróciła się, a pradziadek Marty’ego podszedł do niej. Ludzie w lodziarni, którzy na jego widok przerwali swoje sprawy, teraz do nich powrócili.
– I jak? Znalazła pani to, czego szukała? – spytał. Nagle jego wzrok padł na Brownów. – Ma pani szczęście. Erhardt tu jest. Może pani go zapytać o radę.
– Nie sądzę, aby… – zaczęła, ale on szybko przedarł się do stolika Brownów.
– Hej, Erhardt – odezwał się do niego. Erhardt podniósł na McFly’a wzrok, zdradzający jego niechęć do rozmowy. William się jednak nie przejął. – Ta pani przyjechała do miasta po poradę prawną.
– Jest kancelaria adwokacka. Ja mam dzisiaj wolne – odparł stanowczo Erhardt.
– Racja, panie McFly – wtrąciła Klara. – Pan Brown pewnie chciałby spędzić ten dzień ze swoją rodziną.
William podniósł brwi, zdradzając lekkie zdziwienie. Klara zdała sobie sprawę, że popełniła błąd, wymieniając jego nazwisko. Przecież jej go nie zdradził. Teraz mogła mieć tylko nadzieję, że William McFly dojdzie do wniosku, że jednak to zrobił, tylko zapomniał.
– W każdym razie – próbowała ratować się dywersją – ta sprawa, z którą przyszłam, okazała się nie być aż tak ważna.
– Ależ pani przeszła taki szmat drogi… – powiedział William.
– Pomyślałam, że skoro już jestem w mieście, mogę skorzystać z tutejszych atrakcji. – Uśmiechnęła się nerwowo. – W każdym razie nie chcę przeszkadzać państwu Brown. Proszę nie zwracać na mnie uwagi.
Jej wzrok padł na Emmetta. Chłopiec nie zwracał uwagi na dziwną panią, bo zajęty był dokańczaniem swoich lodów, ale Klara bała się tego, że ją zapamięta. To mogłoby zaowocować w przyszłości różnymi niemiłymi konsekwencjami.
Bez słowa usiadła w miejscu, które sobie wcześniej upatrzyła. Ręce prawie już skostniały jej od ciągłego trzymania pucharu z lodami, toteż poczuła ulgę, kiedy tylko postawiła go na stoliku. William McFly stał przez chwilę, najwyraźniej nie wiedząc co ze sobą zrobić, kiedy nagle do lodziarni wkroczył jakiś młokos i zawołał w jego stronę:
– Hej, McFly!
Klara od razu rozpoznała w nim rysy Tannenów. Wyglądał na jakieś piętnaście-szesnaście lat, pod nosem rósł mu – na razie mizerny – wąs. Jego głos przechodził właśnie mutację, a ubranie było znoszone i brudne.
William odwrócił się w jego stronę i beznamiętnym tonem powiedział:
– Dla ciebie „pan McFly”, Irving. Nie nauczono cię szacunku dla starszych?
Irving Tannen? Czy to nie było prawdziwe nazwisko Kida Tannena? Tego, który terroryzował Hill Valley w 1931? Teraz zapewne był tylko początkującym gangsterem, być może drobnym złodziejaszkiem. W każdym razie nie można było się po nim spodziewać niczego dobrego. Nagle w lodziarni zrobiło się tłoczno.
Klara obserwowała jak Kid podchodzi do Williama i z bezczelnym uśmieszkiem mówi:
– O przepraszam, panieMcFly. Zapomniałem, że chłopak na posyłki jest bardzo szlachetną i godną szacunku profesją.
– Sam jesteś leniem, więc nie masz prawa oceniać innych, chłopcze – odezwał się Erhardt Brown. – Nie dajesz pożytku społeczeństwu, więc trzymaj język za zębami.
– Ach tak? – Irving oparł ręce na stoliku Brownów i pochylił się nad Erhardtem. Jego twarz przybrała bardziej poważny wyraz. Zaczął mówić cichym, przerażającym tonem: – Myślisz, że jak zmieniłeś nazwisko, to już jesteś Amerykaninem. Otóż nie, von Braun. Zawsze pozostaniesz szkopem. – Odszedł o dwa kroki i powiedział nieco głośniej: – Skąd mamy wiedzieć, że nie działasz na dwa fronty i nie sprzedajesz naszych tajemnic przyjaciołom za oceanem?
– Bo mieszka tutaj od 1905 i ciężko pracuje dla dobra naszego miasta – bronił Erhardta William. – Pomaga naszemu sędziemu i służy darmową poradą prawną. To uczciwy człowiek i jeśli jeszcze raz go znieważysz, dostaniesz w pysk.
Jedząc lody i przyglądając się tej scenie, Klara czuła wielki smutek. Brownowie przyszli tutaj, aby spędzić miły, rodzinny dzień, a Irving wszedł i ich obrażał. Dlaczego wszyscy Tannenowie musieli psuć ludziom zabawę? Dlaczego raz nie mogli zostawić porządnych obywateli w spokoju?
– Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, McFly, toczymy wojnę z Niemcami. Po czyjej jesteś stronie? Naszej czy ich?
– Po tej właściwej. Wynoś się stąd.
Spojrzała na Brownów. Oliver spuścił wzrok na podłogę, Sara tuliła do siebie Emmetta, który wyglądał na skołowanego całą sytuacją, a Erhardt tylko patrzył beznamiętnie na scenę przed sobą. Klara zastanawiała się, co też musiał teraz myśleć. Czy żałował, że wyszedł z domu? Czy żałował tego, że przyszedł do tej lodziarni? Czy żałował przyjazdu do Ameryki?
Klara popatrzyła na Emmetta. Chłopiec wtulił się mocniej w matkę, a na jego twarzy malowało się przerażenie. To był jej przyszły mąż. Małe, kruche dziecko, które było światkiem tego, jak mieszano jego ojca z błotem. Za osiem lat przeczyta dzieła Juliusza Verne’a i postanowi zostać naukowcem. Za kilkanaście następnych lat wpadnie na pomysł kompresora czasu, aby w wieku sześćdziesięciu lat skonstruować Deloreana i przenieść się w czasie. Trafi do roku 1885, uratuje jej – Klarze – życie, zakochają się w sobie i będą mieli dwóch wspaniałych synów. Ale teraz wydawał się jej taki bezbronny, taki przerażony…
Nagle Erhardt podniósł się z krzesła. Jego twarz wciąż była poważna, ale Klara miała wrażenie, że walczył ze sobą, aby nie wybuchnąć. Tannen i William spojrzeli na niego ze zdziwieniem, to samo jego rodzina.
– Saro, Olivierze, chodźmy stąd – powiedział krótko.
Wszyscy troje wstali i ruszyli za głową rodziny w stronę wyjścia.
– Uciekasz, von Braun?! – zawołał za nim Irving.
– Erhardt, zaczekaj! – dodał William.
Pan Brown nawet się do nich nie odwrócił. Po prostu wyszedł wraz z rodziną i skierował się przed siebie. Przez chwilę korciło Klarę, aby za nimi pobiec i jakoś ich pocieszyć, ale postanowiła tego nie robić. Nie wiedziałaby, czy to, co by powiedziała, nie zmieniłoby historii.
Poza tym nie musiała za nimi biec, bo William McFly sam to zrobił. Obserwowała jak za oknem zatrzymuje ich i coś im mówi, oni uśmiechają się przyjaźnie, ale potem uśmiech Erhardta przybiera bardziej gorzki wyraz. Ściska jego rękę i coś odpowiada. Prawdopodobnie dziękuje mu za dobre słowo. A potem odchodzi wraz z Sarą, Emmettem i Oliverem w swoją stronę.
Irving także opuścił lodziarnie, najwyraźniej nie mając tam nic do roboty. Klara postanowiła wracać do domu. Wyszła na zewnątrz i od razu odnalazła Williama.
– Może mnie pan podwieźć do domu, panie McFly? – spytała, kiedy tylko do niej podszedł.
Zgodził się i natychmiast zaprowadził ją do swojego wozu. Pomógł jej wejść i ruszyli w drogę. Przez jakiś czas milczeli, ale kiedy tylko opuścili teren miasta, William wreszcie się odezwał:
– Wie pani. On to zrobił, aby chronić swoją rodzinę.
Rzuciła mu pytające spojrzenie. Nawet się do niej nie odwrócił.
– Erhardt. Zmienił nazwisko na „Brown”, aby chronić rodzinę. Nie chciał, aby byli prześladowani za to, że są Niemcami. Zrobił to zwłaszcza dla syna. Malec ma tylko trzy lata i nie rozumie, dlaczego nie może mówić po niemiecku poza domem ani dlaczego czasem ktoś spogląda na nich krzywo. Erhardt musiał pokazać, że jest Amerykaninem, a nie Niemcem. Wie, pani – spojrzał na nią, a potem znów na drogę – ja jestem z pochodzenia Irlandczykiem. Nie wiem, czy byłbym w stanie wyprzeć się własnych korzeni, gdyby zaszła taka potrzeba.
Klara wciąż miała przed oczami scenę z Irvingiem Tannenem i przerażoną twarz Emmetta; karykaturalne przedstawienie niemieckiego żołnierza na plakacie propagandowym, a także Erhardta i wujka Olivera mówiących szeptem w ojczystym języku. Przybyła tutaj dowiedzieć się czegoś o rodzinie Emmetta i dlaczego zmienili nazwisko. Teraz już wiedziała. I ta wiedza sprawiała, że chciało jej się płakać.
William odstawił ją tam, gdzie chciała, a kiedy tylko zniknął na horyzoncie, weszła do Deloreana i powróciła do domu dokładnie o tej samej godzinie, o której wyruszyła. Weszła do środka, a potem po schodach, kierując się do sypialni. Zanim jednak zdążyła tam wejść, zamek w drzwiach frontowych zazgrzytał i do domu wszedł Emmett. Najwyraźniej Marty powrócił już do siebie, bo doktor Brown nie żegnał się z nim, tylko zamknął za sobą drzwi. Kiedy podniósł wzrok i zobaczył swoją żonę, na jego twarzy pojawiło się zdziwienie.
– Nie śpisz, kochanie? – spytał.
– Nie, nie mogłam zasnąć – odparła z lekkim uśmiechem. – Jak poszedł eksperyment?
– Pozostawiliśmy wielką dziurę na środku parkingu, ale eksperyment chyba się udał – odrzekł i również się rozpromienił. A potem ziewnął i dodał: – Czas chyba się położyć.
– Tak, czas się położyć – powiedziała Klara.
Wszedł na schody i zaraz znów spojrzał na żonę ze zdziwieniem.
– Zmieniłaś strój? Przysiągłbym, że kiedy wychodziłem, byłaś w innej sukience.
– Chciałam sprawdzić, czy ta jeszcze dobrze na mnie leży – skłamała, a on rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.
– Nieważne. Chodźmy spać – powiedział tylko.
Wspiął się na szczyt schodów i skierował się do sypialni. Klara poszła za nim. W milczeniu przebrali się do snu i weszli do łóżka. Emmett zgasił światło i zamknął oczy, ale Klarze jeszcze nie chciało się spać. Jasne, była zmęczona tą całą podróżą w przeszłość, ale z drugiej strony wewnętrzny tumult nie pozwalał jej zasnąć. Położyła się na boku i popatrzyła na swojego męża. Emmett otworzył jedno oko, potem drugie i oparł się na łokciach.
– Coś nie tak? – zapytał. – Nie możesz spać?
Zawahała się na moment. Nie chciała mu mówić o tym, że właśnie wróciła z roku 1917 i że była świadkiem nieprzyjemnego incydentu w lodziarni. Przynajmniej nie dzisiaj. Dzisiaj miała zbyt wielki mętlik w głowie, aby przeprowadzać z nim tę rozmowę.
– Chodź tu do mnie – powiedział nagle i się uśmiechnął.
Nie mówiąc ani słowa położyła się bliżej niego. Objął ją jednym ramieniem i przycisnął do siebie, ona również go objęła. Kiedy tak leżeli sobie we dwoje w małżeńskim łożu, Klara usłyszała dźwięk, który przyprawił ją o ból serca.
Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Oczy zaszkliły się w ciemnościach, ale jej mąż tego nie zauważył. Śpiewał dalej, jakby śpiewał swoim synom, a Klara wyobraziła sobie Sarę Brown nucącą tę samą kołysankę trzyletniemu Emmettowi. Zapewne robiła to w taki sam, delikatny, melancholijny i pełen miłości sposób.
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt.
Słowa kołysanki wymieszały się ze wspomnieniami z niedawnej przygody Klary. Poczuła jak łzy spływają jej po policzku.
Jeszcze biedak mówi w taki dziwny sposób… Mam nadzieję, że Strickland nie uzna go za niemieckiego szpiega…
Guten Abend, gut' Nacht
Von Englein bewacht…
„Odeprzyj Huna obligacjami wojennymi.”
Die zeigen im Traum
Dir Christkindleins Baum…
Myślisz, że jak zmieniłeś nazwisko, to już jesteś Amerykaninem. Otóż nie, von Braun. Zawsze pozostaniesz szkopem…
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies,
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies…
Zmienił nazwisko na „Brown”, aby chronić rodzinę. Nie chciał, aby byli prześladowani za to, że są Niemcami. Zrobił to zwłaszcza dla syna…
 Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck’…
Wie, pani, ja jestem z pochodzenia Irlandczykiem. Nie wiem, czy byłbym w stanie wyprzeć się własnych korzeni, gdyby zaszła taka potrzeba.
Teraz, kiedy o tym myślała, współczuła mu. Ta piosenka była jedyną rzeczą przypominającą o jego niemieckim dziedzictwie. Historia zmusiła Erhardta von Brauna do wyrzeczenia się własnej narodowości i do przyjęcia obcego nazwiska. Zapewne wiele razy, kiedy jemu albo komuś z jego rodziny wymsknęło się coś po niemiecku, bał się, że ktoś ich usłyszy i zrobi im coś złego. Nie był na tyle silny i odważny, aby otwarcie się temu przeciwstawić. Nie był w stanie powiedzieć nieufnym sąsiadom: „Tak, jestem Niemcem. Jestem z tego dumny.”
Nagle Emmett przerwał śpiew i spojrzał na żonę.
– Klaro, czy ty płaczesz?
Przetarła szybko oczy i podniosła na niego wzrok. Uśmiechnęła się.
– Nie, skąd – odparła, po czym dodała szybko: – Ładna ta kołysanka. Powiesz mi kiedyś, co znaczą jej słowa?
– Wiem, że „Guten Abend” znaczy „dobry wieczór”, a „Gute Nacht” to „dobranoc”, ale nic poza tym. Chcesz, to się jutro dowiem. Teraz nie mam siły.
– Masz rację. – Klara nagle odczuła ogrom swojego zmęczenia. – Dzisiaj jest już za późno.
Pocałowała go w policzek i zamknęła oczy.
Gute Nacht– szepnęła.
———————————————
[1]„Jesteś idiotą, Oli.” (to było proste)
[2]”Co? To była tylko pomyłka.”
[3]”Nie możemy mówić po niemiecku. Nie publicznie, tylko w domu.”
[4]”Tak, masz rację. Przepraszam, będę ostrożniejszy.”