[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 3 – Nie ma powodów do obaw

Oniemiali przyglądali się pustemu krzesłu jeszcze przez kilka sekund. Przez te kilka sekund umysł Alberta przeszedł od paniki (O, bogowie, teraz ta dziewucha się domyśli! Co robić? Co robić?) do nagłej epifanii (Zaraz, przecież ona wie o rytuale. Równie dobrze mogła pomyśleć, że pana wezwali znów Niewidoczni Akademicy…). Albert postanowił więc przejść nad tym do porządku dziennego, jakby nigdy nic.
Susan z kolei znów poczuła, że coś jest nie tak. Wciąż miała przed oczami pełen obaw wzrok dziadka.
NIE! NIE, TO ZA WCZEŚNIE! – Jego głos dudnił jej w pamięci. Z tego co sama wiedziała, rytuał AshkEnte nie był ani bolesny, ani straszny. Co najwyżej wywoływał irytację, ponieważ zawsze zdawał się mieć miejsce w nieodpowiednim momencie. Dlaczego więc dziadek zareagował właśnie w taki sposób? Dlaczego wyglądał tak, jakby się czegoś obawiał? Co takiego czekało po drugiej stronie, że napełniło Śmierć lękiem?
Albert zebrał talerze i odłożył je do zmywaka, wyciągając Susan z jej rozmyślań. Przyglądała się, jak starzec szykuje się do mycia naczyń, nawet na nią nie spoglądając. Tylko raz odwrócił się do niej i rzucił jej chłodne spojrzenie.
– Ty jeszcze tutaj? – odezwał się, powracając do swoich zajęć. – Zajmij się sobą. Nie chcę cię w swojej kuchni.
– Nie dziwi cię ani trochę to, co się właśnie stało? – zawołała za nim, podnosząc się z krzesła. – Przecież sam widziałeś!

Tak, widział. Stał tuż obok niej i widział to samo, co ona. Jednak jego pierwszą reakcją – ukształtowaną przez kilka stuleci przebywania w tym miejscu – było posłuszeństwo wobec rozkazu Śmierci. Śmierć nie chciał, aby Susan wiedziała, że ukradziono jej życiomierz. Skoro tak, przynajmniej na razie nie powinna nic wiedzieć.
Chociaż jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Albert widział trochę więcej niż Susan. Będąc świadkiem wielokrotnych wezwań Śmierci poprzez rytuał AshkEnte, jego oko zdążyło wyostrzyć się na wszystkie zdarzenia, które miały wtedy miejsce. Dlatego udało mu się wychwycić, że w ostatnich kilku sekundach twarz jego pana złagodniała, a nawet – uśmiechnęła się.
Śmierć miał już plan. Wiedział jak postępować ze śmiertelnikami. Teoretycznie nie było powodu do obaw. Teoretycznie.
– Panu nic nie będzie – odparł Albert. Jakoś udało mu się ukryć to, że nie za bardzo był pewien tego, co właśnie powiedział. – Widocznie magowie chcą go o coś zapytać. Zapytają i wróci zanim się obejrzysz.
Susan wiedziała, że Albert mówi z sensem. Ostatecznie sama pamiętała swoje niedawne spotkanie z Nadrektorem Ridcully’m. Na początku trochę się denerwowała, nie za bardzo wiedząc, o co chodzi, z czasem jednak zdała sobie sprawę, że nie jest to nic złego. Uwolnili ją zaraz jak tylko otrzymali od niej odpowiednie informacje, ba – zawarła nawet znajomość z Nadrektorem, która mogła się przydać w przyszłości.
Ale była tam jedna naprawdę okropna rzecz. Susan wielokrotnie powracała do niej myślami w ciąg tych kilku miesięcy po przygodzie z dziwną muzyką. Zdarzyło się nawet raz czy dwa, że przyśnił jej się koszmar, w którym magowie nie pozwolili jej wyjść mimo tego, że odpowiedziała na wszystkie ich pytania. Co więcej, odkrywała nagle, że im dłużej tkwiła w kręgu, tym trudniej było jej się poruszać, aż w końcu nie była w stanie nawet zgiąć palca. Była skazana na łaskę i niełaskę magów, którzy, ni stąd ni zowąd, nie byli już miłymi staruszkami.
Czyżby właśnie o to chodziło? Tego bał się dziadek?
– Jeszcze tu jesteś? – powiedział ostro Albert. – Wynocha z mojej kuchni!
Im dłużej tu stała, tym bardziej sprawiała, że wątpił w słuszność swojej decyzji. Nie mógł normalnie pracować, gdy ona była z nim w jednym pokoju. Pan ma na pewno wszystko pod kontrolą, powtarzał sobie. Zawsze miał. To przedwieczna istota, która nawet w najgorszych momentach potrafiła sobie radzić. Niedawno udało im się przywrócić porządek świata właśnie dlatego, że Śmierć się pozbierał i zrobił, co trzeba.
Ale wcześniej był tak załamany, że uciekł. To ludzie byli powodem jego załamania. Teraz jeden człowiek zabrał życiomierz Susan, która była też w jakimś stopniu człowiekiem. Do wypadku Morta i Ysabell Albert był skłonny wierzyć, że Śmierć nie posiada emocji, tylko myśli o nich. Teraz nie miał złudzeń – Śmierć, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, posiadał uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę. Czy to właściwe zostawiać go samego, nie będąc pewnym, czy emocje nie wejdą mu w drogę?
– Chodź, Susan – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Miódrzekł. – Wybierzmy się na spacer. Zobaczysz, pół godziny i Śmierć będzie z powrotem.
W jego głosie Susan wyraźnie słyszała zdenerwowanie. Próbował grać na zwłokę. Po raz kolejny zdała sobie sprawę z tego, że coś tu się dzieje. Coś niedobrego. Ale jakaś jej część była skłonna poczekać. Nie mogła odrzucić tego, że rytuał AshkEnte miał związek z tym, co się działo, ale nie wykluczała, że było to coś, z czym dziadek sam mógł sobie poradzić. Potrzebowała więcej danych, a nie chciała się jeszcze posuwać do ostateczności.
– Pójdę do swojego pokoju – powiedziała. – Muszę odpocząć.
Postanowiła, że wstrzyma się z wszelkimi działaniami przez pół godziny. Jeżeli do tego czasu dziadek nie wróci, ona zacznie zadawać pytania. Ponieważ jednak nie mogła liczyć na tutejsze czasomierze, zdecydowała się policzyć czas inaczej. Zwykle wykonanie zadania z historii zajmowało jej pół godziny (chociaż jej się wydawało, że dłużej), więc kiedy tylko wróciła do pokoju, wyciągnęła zeszyt do historii i wybrała jedno, które sprawiało jej szczególnie dużo trudności i zaczęła je robić. Jednocześnie jakaś jej część umysłu zajęta była rozmyślaniem o dziadku i jego problemie, który wszyscy zdawali się przed nią ukrywać.
Po raz pierwszy od kilku stuleci Śmierć został wezwany nie w tym samym miejscu na Niewidocznym Uniwersytecie i nie w otoczeniu tego samego grona magów, co zwykle. Wszystkie standardowe rekwizyty były na swoim miejscu, dziękuję bardzo, ale Śmierć od razu zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się w jakimś odosobnionym miejscu. Światło ze świec odbijało słabo wnętrze pomieszczenia. W zasadzie Śmierć miał wrażenie, że pomieszczenie składa się tylko z wyrysowanego kręgu pośrodku czarnej pustki. Ale wiedział, że to nie pustka, tylko oświetlenie pozostawia wiele do życzenia.
Wkrótce usłyszał dwa kroki i z ciemności wyłoniła się postać w charakterystycznej szacie i szpiczastym kapeluszu, który na razie był dramatycznie pochylony, aby nie zdradzać twarzy jego właściciela. Po chwili mag podniósł głowę i Śmierć doznał iluminacji. Jego pamięć przeszłych i przyszłych wydarzeń podsunęła mu obrazy, których potrzebował, aby przypomnieć sobie nazwisko na drugim ze skradzionych życiomierzy.
ACH, zaczął, NALEŻYSZ DO TEGO TYPU.
– Błąd – odparł przybysz. – Jestem jedyny w swoim rodzaju.
WSZYSCY MYŚLICIE, ŻE JESTEŚCIE JEDYNI W SWOIM RODZAJU.
Przybysz nie odpowiedział. Wyciągnął spod szaty wiszący na łańcuszku życiomierz, którego piaski akurat teraz się nie przesypywały. Nawet z pozycji Śmierci dobrze widoczne było nazwisko jego właścicielki.
Dopiero, kiedy złodziej przekonał się, że oczy Śmierci spoczywają na klepsydrze, schował ją z powrotem i odezwał się znów:
– Dobijmy targu.
Nogi komendanta Vimesa zaprowadziły go pod Niewidoczny Uniwersytet. Nie wiedział dlaczego, ale zwykle nie dyskutował z pamięcią swoich stóp. Dzień był raczej pogodny, a nieliczne chmury zdawały się nie zwiastować burzy ani nawet letniego deszczyku. Mimo to Vimes wciąż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w powietrzu wisi coś niedobrego.
Skoro już tu był, postanowił sprawdzić, czy magowie czegoś nie potrzebują. Przechadzał się właśnie po dziedzińcu, podziwiając dzieło ogrodnika, kiedy nagle w pośpiechu wybiegł mu naprzeciw zdyszany i zaaferowany Myślak Stibbons. Zatrzymał się metr od komendanta i zaczął rozglądać po okolicy.
– Horace! – zawołał po chwili. – Ambrosiusie! Padlocku!
Vimes milczał, przyglądając się młodemu magowi przez dłuższy czas. Po wypowiedzeniu jeszcze kilku imion Myślak w końcu zauważył niecodziennego gościa. Z uprzejmym uśmiechem podszedł do komendanta i, nieco podenerwowany, powiedział:
– Witam, wasza łaskawość. Jeżeli przyszedł pan w sprawie tego tańczącego can-cana fotela w centrum Ankh-Morpolk, to zapewniam, że tym razem…
– Spokojnie, panie Stibbons – przerwał mu Vimes. – Nie przyszedłem, aby kogoś aresztować… Ale dziękuję za przypomnienie o tym fotelu. Wypytam o to Ridcully’ego.
Twarz Myślaka najpierw przybrała wyraz ulgi, aby po chwili znów się napiąć, a potem znowu rozluźnić. W końcu młody mag odezwał się znów:
– Jak długo pan tutaj jest, wasza łaskawość?
– Nie wiem. Dwie minuty? – odparł Vimes.
– A nie widział pan tutaj grupki studentów? – dopytywał się Myślak. – Uciekli mi z klasy i nie jestem w stanie ich znaleźć.
– Nie, raczej nikogo nie zauważyłem – oświadczył strażnik.
– Niech to – zaklął pod nosem mag. Westchnął ze zrezygnowaniem i dodał: – Trudno, idę ich dalej szukać. Może są w laboratorium i znowu osiągają, jak to oni nazywają, „odmienne stany świadomości”. No trudno, muszę do nich iść. Do widzenia, wasza łaskawość.
Ominął Vimesa i zaczął iść przed siebie, w stronę jakiegoś budynku. Zaraz jednak komendant zawołał za Myślakiem:
– A jak oni wyglądają?
Młody mag natychmiast przystanął i odwrócił się gwałtownie.
– No cóż – zaczął, wzruszając ramionami – jak to studenci. Młodzi, potargani, z niedomytymi i dziurawymi szatami. Jeden ma chyba pryszcze, ale nie jestem pewien.
Vimes zastanowił się. Wiedział, co prawda, co zwykła robić młodzież w okresie buntu, ale nie był do końca pewien, czy adepci sztuki magicznej też to robili. Z magami nigdy nic nie wiadomo.
– Aha – stwierdził po chwili namysłu Vimes. – Jakby nie znaleźli się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, trzeba ich uznać za zaginionych. A wtedy zapraszam do Yardu.
– Dziękuję, wasza łaskawość – Myślak uśmiechnął się – ale o ile nie weszli do biblioteki, w końcu ich znajdę.
Obaj mężczyźni poszli w swoją stronę – Myślak Stibbons szukać swojej klasy gdzieś na terenie Uniwersytetu, a komendant – porozmawiać z Ridcully’m o tańczącym fotelu. Po omówieniu z Nadrektorem tej sprawy, naprawieniu szkód i wyznaczeniu kary, Vimes skierował się w stronę posterunku. Dość szybko doszedł do wniosku, że wizyta na Niewidocznym Uniwersytecie była stratą czasu.
Mimo to, miał wrażenie, że niedługo będzie musiał tu wrócić. I to w celach jak najbardziej służbowych.
Zadanie z historii zostało ukończone. Czas minął i Susan zabrała się do pracy. Zajrzała najpierw do gabinetu Śmierci. Był pusty. Potem poszła do sali z życiomierzami i po kilku minutach bezskutecznego nawoływania, zdała sobie sprawę, że również tutaj nie było jej dziadka. Sprawdziła podwórze, stajnię, niemal każde pomieszczenie w Siedzibie Śmierci, w którym przebywanie tuż po męczącej rozmowie z magami miałoby jakikolwiek sens. Po jakimś czasie Susan dopadło dejavu – bo w istocie Siedziba Śmierci wydała jej się tak samo wielka, ciemna i pusta, jak w dniu, w którym dziewczynę do niej sprowadzono. Tylko tym razem wszystko pamiętała – wiedziała, że jest wnuczką Śmierci, wiedziała, jakim był on dziadkiem, kiedy jeszcze przyjeżdżała tutaj jako dziecko – i dlatego nie była aż tak skonfundowana jak wtedy, za to jej skonfundowanie mieszało się z troską.
Próbowała to sobie tłumaczyć. Może magowie tak długo go trzymali, bo potrzebowali omówić coś bardzo szczegółowo. Może same rozmowy już dawno się skończyły i teraz Ridcully i Śmierć pili razem herbatkę. A może po drodze dziadek musiał zająć się pracą. Było tyle możliwości jego nieobecności… tyle racjonalnych uzasadnień…
Ale Susan wiedziała, że tak naprawdę żadne z nich nie jest prawdą. Jej podświadomość podpowiadała jej, że Albert, Miódrzekł i Śmierć Szczurów coś przed nią ukrywają, a fakt, że jej dziadek do tej pory nie wrócił, był dodatkowym bodźcem do tego, aby wreszcie zaczęła zadawać pytania.
Weszła więc do kuchni, gdzie (jak słusznie podejrzewała) zajęty kolejną potrawą z patelni krzątał się Albert. Stanęła obok starca, który nawet nie spojrzał na wnuczkę swojego pracodawcy, ale mimo wszystko zwolnił obroty.
Susan wiedziała, co ma zrobić. Odchrząknęła, wzięła głęboki oddech i sięgnęła w głąb siebie, aby przywołać drzemiącą w niej moc. Jej oczy zmieniły się w dwa niebieskie ogniki, a potem Susan przemówiła:
ALBERCIE… CZAS, ABYŚ ODPOWIEDZIAŁ MI NA KILKA PYTAŃ.
Albert zamarł na moment z przerażenia, potem się jednak z tego stanu otrząsnął… przynajmniej częściowo, bo teraz opanowała go dziwna mieszanka lęku i złości na dziewczynę. Rzucił wszystko, co do tej pory robił, i spojrzał na Susan z wyrazem irytacji.
– O, nie, młoda damo. Tym razem to na mnie nie zadziała – powiedział drżącym głosem.
ALBERCIE, nie ustępowała Susan, POWIEDZ, CO TU SIĘ DZIEJE, I TO JUŻ!
Starzec przemógł wewnętrzny przymus skulenia się, ale to nie znaczyło, że pokonał całkowicie lęk przed Susan i jej właśnie obudzoną mocą. Szedł o zakład, że gdziekolwiek jest teraz Mort, przygląda się całej scenie i śmieje się z niego.
– Nic się nie dzieje – oznajmił szybko starzec. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku. – Wciąż na niego patrzyła, więc dodał: – Zobaczysz, pan wróci tutaj za jakieś pół godziny, albo i krócej.
Co prawda, przez całe poprzednie półgodziny czekał na swego pana z takim samym niepokojem, co ona. Chciał wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze i że Śmierć powróci; że wszystko jakoś się ułoży, tak jak zawsze się układało. Gotów byłby czekać jeszcze trochę, mając nadzieję, że już zaraz, za parę chwil jego pan się pojawi.
Ale jego pan się nie pojawiał.
Albert popatrzył na Susan. Przez chwilę jeszcze widział tylko istotę z powiewającymi włosami i świecącymi oczami, jednak im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej zdawał sobie sprawę z pewnej istotnej rzeczy. Ta rzecz ostatecznie przekonała go o tym, że koniec już owijania w bawełnę. Oboje to wiedzieli. Oboje to przeczuwali. Czas wreszcie coś z tym zrobić.
– No dobra, dobra. Powiem ci wszystko, tylko skończ tę szopkę i porozmawiajmy jak dwoje normalnych ludzi – oświadczył po chwili, niby to od niechcenia.
Susan powróciła do bycia tylko zwykłą dziewczyną i momentalnie wyraz jej twarzy z beznamiętnego chłodu i siły zmienił się w najszczerszy lęk i niepokój. Tak jak Albert podejrzewał, nawet sięgnięcie po moc Śmierci nie zdołało ukryć tych uczuć.
Zrobiła krok w jego stronę i zaczęła cicho, niemal szeptem:
– Zamieniam się w słuch.

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 2 – Burza wisi w powietrzu

Pimpuś wylądował na szarawej trawie Siedziby Śmierci. Susan – z pomocą dziadka – zeszła z konia, a chwilę potem Śmierć również stał na ziemi. Albert wyszedł im na spotkanie, trzymając w ręku patelnię.
– Obiad jeszcze nie gotowy – oświadczył – więc jeśli jesteś głodna, musisz poczekać.
– Ciebie też miło widzieć, Albercie – odparła Susan.
MUSISZ BYĆ ZMĘCZONA PO TAK DŁUGIEJ PODRÓŻY. TWÓJ POKÓJ JUŻ NA CIEBIE CZEKA.
– Dziękuję, dziadku. – Susan uśmiechnęła się i ruszyła wraz z Albertem w stronę domostwa.
Śmierć również się uśmiechnął, po czym chwycił uzdę Pimpusia i zaprowadził go do stajni. Radość z wizyty wnuczki zakłóciła mu myśl o tym, że nie wiedział, gdzie znajduje się jej życiomierz. Śmierć był dobry w szukaniu, jednak potrzebował jakiegoś pomysłu co do tego, gdzie zacząć. Domyślał się, co prawda, profesji złodzieja, jednak na Niewidocznym Uniwersytecie w Ankh-Morpolk szwędało się mnóstwo magów. Potrzebował jeszcze jednej wskazówki, która zmniejszyłaby grono podejrzanych. Śmierć nie zamierzał czekać, aż złodziej wykona rytuał AshkEnte. Dlatego zaraz ze stajni Śmierć ruszył do gabinetu.
Zasiadł przed modelem Dysku i zamyślił się. Chwilę potem drzwi do gabinetu się otworzyły i wszedł Albert. Śmierć spojrzał na niego ze zdumieniem.
NIE POWINIENEŚ ROBIĆ OBIADU, ALBERCIE? zapytał.
– Właśnie się gotuje, więc postanowiłem skorzystać z tego, że mam kilka minut dla siebie i sprawdzić, jak sobie radzisz, panie – odparł starzec i usiadł na pobliskim krześle.
WSZYSTKO DOBRZE. PO PROSTU MYŚLĘ NAD DZISIEJSZYM WYDARZENIEM.
– Ja też nad tym myślałem – oświadczył Albert i przechylił się nieco do przodu, w stronę swego pana – i doszedłem do wniosku, że powinniśmy najpierw zacząć od zastanowienia się qui bono, panie.
QUI BONO”, ALBERCIE? Oczy Śmierci przyjrzały się z zainteresowaniem słudze.
– Starożytne powiedzenie, które oznacza tak naprawdę: „Kto na tym korzysta?” – wyjaśnił Albert. – To pytanie zadaje się zawsze, gdy popełnione jest przestępstwo, a sprawcy są nieznani. Co chcę powiedzieć, to to, że musimy ustalić motyw naszego złodzieja. Bo, jak rozumiem, wiesz, panie, jak się tutaj dostał?
JEST TYLKO JEDEN SPOSÓB, ABY KTOŚ Z ZEWNĄTRZ SIĘ TUTAJ DOSTAŁ BEZ POMOCY ŻADNEGO Z NAS. JUŻ RAZ KTOŚ TEGO DOKONAŁ, ALE TY WTEDY BYŁEŚ ZAJĘTY, WIĘC NIE ZAUWAŻYŁEŚ.
Twarz Alberta ułożyła się w wyraz nagłego zrozumienia.
TAK WIĘC ALBO TO, ALBO KTOŚ GO ZAPROSIŁ DO ŚRODKA.
Albert poczuł jak serce podskakuje mu do gardła. Ścisnął mocno oparcia krzesła.
– Chyba nie podejrzewasz, panie, że mógłbym to zrobić? Wiesz przecież, że jestem ci wierny. Zresztą jak mógłbym stąd wyjść, skoro…

SPOKOJNIE, ALBERCIE. WIEM, ŻE TO NIE TY. MUSIAŁBYŚ ZEJŚĆ NA DYSK, A NIE ZOSTAŁO CI ZBYT WIELE CZASU W KLEPSYDRZE.
– Właśnie, właśnie – przytaknął z nerwowym uśmiechem i wyrazem ulgi w oczach, Albert. – Jeśli już, to winne jest to ptaszysko.
JESTEM PRAWIE PEWIEN, ŻE W GRĘ WCHODZI PIERWSZY SPOSÓB, oświadczył Śmierć, po czym mówił dalej: CO DO MOTYWACJI ZŁODZIEJA, JEST TYLKO JEDNA RZECZ, KTÓRĄ MOŻNA CHCIEĆ OD ŚMIERCI. NIE PRAWDASZ, ALBERCIE?
Śmierć podniósł się od biurka i z rękami z tyłu zaczął chodzić po pokoju. Albert przyglądał mu się w napięciu, obawiając się trochę o szykowany w kuchni obiad, ale z drugiej strony mając wewnętrzny przymus, aby nie opuszczać swojego pana, zanim ten nie skończy.
– Władza nad własnym losem – powiedział domyślnie. – Długowieczność, może nawet nieśmiertelność.
ZE SZCZEGÓLNYM NACISKIEM NA TO OSTATNIE, ALBERCIE, odparł Śmierć i westchnął. ŻE TEŻ LUDZIE MUSZĄ ODZNACZAĆ SIĘ TAKĄ PERFIDIĄ. DO CZEGO TO DOSZŁO…? Spojrzał na Alberta i powiedział: LEPIEJ JUŻ IDŹ, BO OBIAD SIĘ POPSUJE.
Albert posłusznie podniósł się z krzesła. Skierował się w stronę drzwi, ale nie śpieszył się zbytnio z wychodzeniem. Jego wzrok był cały czas skierowany na Śmierć, który usiadł z powrotem przy biurku i wydał kolejne ciężkie westchnienie. Albert poczuł nieczęsto spotykane u siebie współczucie wobec swojego pana. Już wcześniej wiedział, że incydent z życiomierzami wywołał w nim ideę niepokoju. Była to już wystarczająco poważna sprawa, że ktoś tu wszedł i dopuścił się kradzieży, ale jeden z tych życiomierzy należał do jego wnuczki, do jasnej cholery! Albert mógł się tylko domyślać, co przeżywał właśnie jego pan i zapragnął nagle podnieść go na duchu.
– Głowa do góry, panie – powiedział, kładąc rękę na klamce, i uśmiechnął się szeroko. – Dopadniemy drania.
Śmierć rzucił mu lekko zdziwione spojrzenie. Albert uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej i dopiero wtedy wyszedł, zająć się obiadem.
Przyglądał się z fascynacją życiomierzom i nie mógł się nadziwić, jakimi wspaniałymi przedmiotami były. Te kwadratowe podstawy z ciemnego drewna, które łączyły się czterema kolumnami z identycznymi to podstawek baldachimami; te złote tabliczki, na których ktoś staranną, elegancką wręcz, kursywą wygrawerował nazwiska właścicieli; te łańcuszki, które czyniły życiomierze bardziej poręcznymi do noszenia z miejsca na miejsce; no i ten piasek koloru zboża przesypujący się przez wąskie szyjki, powoli, ale przy bliższym przyjrzeniu się regularnie, nieubłagalnie.
A przynajmniej tak było do dzisiejszego popołudnia. Bo około piętnastej klepsydra z napisem: „Susan Sto Helit” przestała się, ni stąd, ni zowąd, przesypywać. Jakby nagle czas się zatrzymał. To było bardzo interesujące. Zauważył podobne zjawisko, kiedy znalazł swoją klepsydrę. Przyglądał jej się z zadziwieniem, zastanawiając się, czy już udało mu się osiągnąć to czego chciał, zanim jeszcze wprowadził do końca swój plan w życie, ale po krótkim namyśle przypomniał sobie zegar bez wskazówek, brak kurzu na półkach i czarnobiałe niebo, które się nie zmieniało. I wtedy zrozumiał. A nowa wiedza sprawiła, że uśmiechnął się do siebie chytrze. Teraz też się tak uśmiechnął. Tak jak podejrzewał, Susan Sto Helit znajdowała się teraz w Siedzibie Śmierci, może świadoma, może nie, że jej cenny życiomierz był teraz tutaj.
Smukła postać podniosła się powoli od biurka i chwyciła zawieszony na pobliskim wieszaku kapelusz, aby potem założyć go na głowę. Następnie włożyła na siebie płaszcz i wyszła zająć się swoimi zwyczajnymi zatrudnieniami. Jednak potem… potem czekało ją największe wyzwanie.
I nie mogła się już doczekać.
– Jak tam ten młody człowiek, Imp? – zapytał Miódrzekł, latając naokoło Susan, która się rozpakowywała.
– Nie twój interes – odrzekła, wyciągając z bagażu koszulę nocną i zaraz potem wkładając ją do szuflady.
– Nie chcesz pomóc biednej ptaszynie? – zapytał kruk i wylądował na szczycie wielkiej szafy. – Tak bardzo starałaś się ocalić tego biedaka, a teraz nie chcesz mi powiedzieć, co się z nim stało?
Susan nie spędziła nawet pięciu minut w domu dziadka, a to ptaszysko już działało jej na nerwy. Chciała się rozpakować, przebrać w coś suchego i odpocząć, dopóki Albert nie zawoła jej na posiłek. Niestety, Miódrzekł miał inne plany. Nie zamierzał dać jej spokoju, dopóki ona nie zaspokoi jego ciekawości.
– Żyje? Nie żyje? – dopytywał się. – Przecież ostatecznie Śmierć go nie zabrał.
Jeszcze przez kilka minut odmawiała mu informacji. To nie była jego sprawa, stanowczo nie była. Jeśli chciał ploteczek, niech poszuka innych uczennic. Albo niech zaoferuje coś w zamian…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Aż dziw bierze, że dopiero teraz o tym pomyślała. Uśmiechnęła się do swoich myśli i popatrzyła na kruka.
– Zawrzyjmy umowę, Miódrzekłu – oznajmiła i nonszalancko powróciła do rozpakowywania się. – Informacja za informację. Ja zaspokoję twoją ciekawość, a ty moją. Zgoda?
Miódrzekł zawahał się na chwilę. Z jednej strony bardzo ciekawiło go, co też stało się z młodzieńcem, którego Susan najwyraźniej bardzo polubiła, no i czy ich znajomość przeszła na wyższy poziom. Z drugiej strony – obawiał się trochę tego, o co mogłaby zapytać Susan, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń. Ale przecież niczego się nie domyślała, prawda? Kto jak kto, ale Śmierć potrafił dochować tajemnicy.
– Umowa stoi – oświadczył kruk, zyskując nagle na pewności siebie.
Cokolwiek chciała wiedzieć, na pewno nie miał się o co martwić. W razie czego skłamie.
– Tak więc co się stało z Impem? – zapytał.
– No cóż – zaczęła Susan i odłożyła walizkę na bok. – Został naszym szkolnym ogrodnikiem.
– Ogrodnikiem? – zdziwił się Miódrzekł. – Przecież był muzykiem.
– Ale teraz jest ogrodnikiem w mojej szkole – oznajmiła.
– Czy w takim razie zamierzasz zawrzeć z nim jakieś bliższe stosunki?
Susan zarumieniła się, co jak zwykle poskutkowało pojawieniem się blizny w kształcie czterech kresek na jej policzku. Przez chwilę rozważała rzucenie czymś we wścibskie ptaszysko, zaraz jednak się opanowała. Rumieniec również szybko zniknął z jej twarzy i znów była bladolicą sobą.
– Nie, nie zamierzam – odparła i usiadła na łóżku. – Moja kolej. I się nie wymiguj.
– Ależ oczywiście. Jestem ptakiem honoru.
Po raz kolejny na twarzy Susan pojawił się uśmiech. Popatrzyła na Miódrzekła, który miał niejasne wrażenie, że powinien się bać szesnastolatki i tego, o co zaraz zamierzała spytać. Jeszcze bardziej się zaniepokoił, kiedy nagle spoważniała.
– Czy dziadek ma ostatnio jakieś problemy? – spytała.
Miódrzekł poczuł jak się poci (jedno z niedogodności bycia zwierzęciem stałocieplnym; na szczęście Susan nie mogła tego zobaczyć), ale udało mu się zachować spokój. Ostatecznie to jeszcze o niczym nie świadczy. To mogło być zwykłe pytanie wnuczki o dziadka i wcale nie oznaczało, że się czegoś domyślała.
– Nie, moja droga – skłamał Miódrzekł. – Radzi sobie tak jak zawsze. To przecież Śmierć.
Susan spojrzała na niego, nie za bardzo wierząc jego słowom. Zawahał się, zanim odpowiedział. Ba – zawahał się nawet zanim zgodził się na układ „informacja za informację”.
– Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Może to było coś kłopotliwego dla jej dziadka i reszty. Może Śmierć miał problemy z powróceniem do dawnej funkcji po tak długiej nieobecności. A może… może to było coś gorszego. Coś poważniejszego. Tak czy inaczej, Susan z jednej strony bardzo się martwiła, z drugiej – wzbierała w niej wściekłość. Jak oni mogli trzymać ją od tego z dala, jakby była małą dziewczynką? Przecież jeszcze niedawno pełniła obowiązki dziadka. Miała prawo wiedzieć. Może by nawet spróbowała im jakoś pomóc.
– Jesteś pewien? – odparła i rzuciła krukowi chłodne spojrzenie.
– Całkowicie – oświadczył Miódrzekł. – Poza tym, nawet gdyby coś było nie tak, to ja nic nie wiem.
Susan przyglądała się krukowi przez dłuższy czas. Na pewno był jakiś sposób, aby wyciągnąć od niego prawdę, ale na razie zastanawiała się, czy lepiej byłoby go przekupić, czy też raczej zagrozić głosem Śmierci, że wyrwie mu się skrzydła. Oczywiście nie zamierzała tego robić, ale Miódrzekł na pewno ugiąłby się pod groźbą, bo nie miałby czasu pomyśleć nad tym, czy miałaby sens, czy nie. Byłby zajęty baniem się o własne bezpieczeństwo.
Zanim jednak zdążyłaby zrealizować jeden z tych pomysłów, Albert zawołał ich na obiad.
Komendant Samuel Vimes zapalił cygaro. Ostatnio było bardzo spokojnie… To znaczy, na tyle, na ile może być spokojne Ankh-Morpolk w dni powszednie, w dodatku, jak pracuje się w Straży Miejskiej. Vimes zaryzykowałby stwierdzenie, że ostatnimi czasy nie działo się nic nadzwyczajnego. Żadnego spisku, aby przywrócić monarchię. Żadnego smoka szlachetnego przyzwanego przez jakiegoś nie do końca rozgarniętego knypka. Żadnej serii tajemniczych, nie dających się wytłumaczyć zgonów.
Jednak miał nieodparte wrażenie, że coś wisiało w powietrzu. Vimes wiedział, że to wyświechtany tekst, ale tak po prostu było i choćby zapierał się na milion sposobów, ostatecznie musiał przyznać, że to prawda. Czuł to w  powietrzu, w wodzie, we własnych rozklekotanych kościach – niebawem miało zdarzyć się coś złego. Nie wiedział jeszcze co.
Zasiedli w kuchni do obiadu. Śmierć na najważniejszym miejscu, u szczytu stołu, a Susan po jego prawej stronie. Śmierć Szczurów, Śmierć Pcheł i Miódrzekł mieli własne miski na parapecie, tymczasem Albert położył przed bardziej antropomorficznymi osobami w swojej kuchni talerze z owsianką (dla Susan) oraz smażonym jajkiem i bekonem (dla siebie i Śmierci).
ALBERCIE, zaczął Śmierć, TO CHYBA BARDZIEJ ŚNIADANIE, NIŻ OBIAD.
– Panienka Susan je tylko musli – powiedział złośliwie Albert.
NIE BĄDŹ NIEGRZECZNY, ALBERCIE.
– Zwłaszcza, że owsianka to nie musli – wtrąciła Susan, równie uprzejmie jak starzec.
SUSAN, TO NIEŁADNIE TAK WYBRZYDZAĆ. WIESZ PRZECIEŻ, ŻE ALBERT STARA SIĘ JAK MOŻE.
Wyłączając ten jego duży i potężny głos, Śmierć zabrzmiał prawie jak zwykły dziadek, karcący wnuczkę za jej złe maniery. Żadnej wściekłości, tylko łagodne upomnienie. Susan poczuła się trochę zawstydzona. Przypomniała sobie, że przecież bardzo cieszyła się na przyjazd tutaj. I na pewno jej dziadek także, być może bardziej, niż ona.
Popatrzyła na starego sługę. On też wydawał się skruszony.
– Przepraszam, Albercie.
On również ją przeprosił, choć raczej niechętnie. Widać było, że zrobił to tylko z powodu swego pana.
Obiad przebiegał bardzo spokojnie. Susan od czasu do czasu spoglądała na dziadka. Był milczący, bo choć raz czy dwa zapytał ją o to, jak minął jej rok szkolny (pomijając oczywiście to, że w którymś momencie musiała opuścić internat, aby zająć miejsce Śmierci), to i tak reagował na odpowiedzi z nikłym zainteresowaniem. Jakby jego umysł zajęty był czymś innym. Susan wiedziała, że jest to coś, co go bardzo martwiło. I napawało ją to wściekłością. Musiała w końcu spytać. Musiała się dowiedzieć.
Układała sobie w głowie to, co zamierzała powiedzieć. Nie chciała, żeby to go uraziło, ale jednocześnie gotowa była napierać na niego, dopóki nie odpowie. Musiała być jednocześnie stanowcza i finezyjna.
Postanowiła przystąpić do dzieła, kiedy dziadek właśnie konsumował ostatni kęs bekonu. Zwróciła się do niego całym ciałem, położyła ręce na kolanach i powiedziała:
– Dziadku…
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
TAK, SUSAN?
I nagle straciła nieco rezonu. Przez chwilę miała trudności z przypomnieniem sobie, co chciała powiedzieć, a wpatrujące się w nią niebieskie ogniki tylko utrudniały jej zadanie. Ale zaraz wzięła się w garść. Tak, to prawda – siedziała przed nią antropomorficzna personifikacja śmierci, ale tak się składało, że ta antropomorficzna personifikacja była też jej dziadkiem. Nie było się o co martwić.
– Ekhm… – odchrząknęła i przeszła wreszcie do sedna sprawy: – Odkąd tutaj przyjechałam, trudno mi nie zauważyć, że… – jej wzrok powędrował na ziemię, aby zaraz znów skierować się na Śmierci – że coś cię trapi, dziadku.
NAPRAWDĘ? WYDAJE CI SIĘ.
– Nie męcz pana, Susan – skarcił ją Albert. – Ma ciężki dzień.
Śmierć spojrzał na niego i twarz starca natychmiast wykrzywił wyraz zakłopotania, jakby powiedział coś nieodpowiedniego.
– Za dużo pracy? – spytała domyślnie Susan.
O, TAK, TAK. PRACA, odparł pośpiesznie Śmierć. WIESZ JAK TO JEST, SUSAN… PODRÓŻ Z JEDNEGO KOŃCA ŚWIATA NA DRUGI… MĘCZĄCY KLIENCI… TAKIE TAM.
Susan nie musiała być telepatką, aby wiedzieć, że kłamie.
Chciała spojrzeć na niego łagodnym wzrokiem i powiedzieć: „Dziadku, naprawdę wyglądasz, jakby zdarzyło się coś złego.” Chciała przekonywać go dalej, aby się otworzył. W końcu byli rodziną. Powinni sobie ufać i w ogóle…
Ale zanim do tego doszła; zanim Albert zdążył zebrać ich naczynia; zanim zakłopotanie Śmierci osiągnęłoby wyższe stadium, nagle stało się coś innego. Powietrze się naelektryzowało i zgęstniało, a wokół siedzącego na krześle Śmierci pojawiło się nagle jasne światło.
O, NIE…
Spojrzał na Susan. Oboje wiedzieli, co się dzieje. Oboje mieli z tym styczność. Ale tym razem jego niebieskie oczy wyrażały coś, czego nigdy wcześniej nie widziała – obawę.
Coś zabrzęczało. W powietrzu rozniósł się zapach rozgrzanej cyny. Powietrze i światło sprawiały, że coraz trudniej było go widać, a na dodatek Śmierć zaczął wirować wokół własnej osi.
NIE! Wołał. NIE, TO ZA WCZEŚNIE!
Próbował się wyrwać, widziała to, mimo że jej dziadek stał się nagle smugą światła i powietrza. Jednak jakaś jego część zmuszała go do posłuszeństwa. Susan chciała mu pomóc i nawet wyciągnęła do niego rękę, ale w całym tym zamieszaniu nie była w stanie określić, co jest czym. Niebawem było już za późno na jakiekolwiek kroki. Śmierć bowiem zniknął, pozostawiając po sobie tylko puste krzesło.
Tak naprawdę walczył jeszcze przez kilka sekund, a potem zdał sobie sprawę z tego, tak szybkie wezwanie może okazać się owocne. Ostatecznie pozna włamywacza, a to mogło dać mu jakie takie pojęcie o tym, kim on jest i do czego jest zdolny. Dlatego pozwolił sobie pójść w kierunku bramy, która prowadziła do tego, który odprawiał właśnie rytuał AshkEnte.

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 1 – Życiomierz

Śmierć miewał przeczucia. Co mogłoby wydawać się dziwne, biorąc pod uwagę, że powszechnie uważa się, że Śmierć – z braku odpowiednich gruczołów – nie posiada zdolności do odczuwania. Jednak na przestrzeni jego długiej kariery antropomorficznej personifikacji znalazłoby się wiele argumentów przeczących tej tezie. Na przykład tego ranka wciąż prześladowało go uczucie, którego nie był w stanie nazwać, jednak wiedział, że nie jest ono uczuciem miłym. Ani komfortowym.
Właściwie czuł się tak od wczorajszej nocy. Miał bardzo dużo pracy, bo pięciu zagranicznych magów – niedawnych prelegentów na jakiejś konferencji w Ankh-Morpolk – w tym samym momencie padło na skutek trucizny w winie. Każdego z nich oddzielało od siebie pół Dysku, więc Śmierć musiał się spieszyć, aby w miarę szybko zebrać duszę każdego z nich (w takich momentach jeszcze bardziej nie znosił zasady, według której powinien przychodzić po magów osobiście). W rezultacie powrócił do domu nad ranem.
Oczywiście – mógł uznać, że wszyscy otruli się nawzajem dla awansu, ale było w ich masowym zgonie coś nienaturalnego (znaczy się – bardziej nienaturalnego niż śmierć od trucizny w kieliszku). Czy to możliwe, że zgraja chciwych magów wypiła w tym samym momencie tę samą, wybitnie rzadką truciznę, która miała zadziałać po ośmiu godzinach, dwudziestu minutach i trzynastu sekundach od wypicia? Czy przynajmniej jeden pretendent do stołka jakiegoś kwestora albo nadrektora nie wybrałby jakiejś bardziej przystępnej, nie wykraczającej cenowo poza ich pięcioletni dochód? To było dziwnie podejrzane.
Jednak było też coś jeszcze. Śmierć miał przeczucie czegoś niedobrego, czegoś… strasznego. Być może to jego pamięć kazała mu myśleć, że coś już się stało (albo nawet – że coś się stanie). Tak czy inaczej miał wrażenie, że powinien być uważny i przyjrzeć się życiomierzom.

Wiedziony tym uczuciem wszedł do pomieszczenia z życiomierzami i zaczął je powoli sprawdzać. Po kolei przesuwał kościsty palec, odczytując każde nazwisko. Nie wiedział czego szukał. Wiedział tylko, że coś jest nie tak. Na razie jednak wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Żywoty spokojnie przesypywały się z przyszłości w przeszłość i wyglądało na to, że nie było żadnych zakłóceń. A mimo to Śmierć nadal był niespokojny.
Do Śmierci podszedł spokojnym krokiem Albert. Zatrzymał się tuż obok.
– Panie, herbata stygnie. Położyłem ją na biurku.
JAK SIĘ NAZYWA, JAK MA SIĘ CIARKI NA PLECACH I WRAŻENIE, ŻE STANIE SIĘ COŚ ZŁEGO?
– Niepokój? – podrzucił sługa.
TAK… JESTEM ZANIEPOKOJONY, ALBERCIE.
– Czym, panie?
RZECZ W TYM, ŻE NIE WIEM. ALE MA TO ZWIĄZEK Z ŻYCIOMIERZAMI.
Albert milczał przez chwilę. A potem stanął na końcu przeciwległego regału i zaczął sprawdzać życiomeirze. Fakt, że sam Śmierć nie wiedział, czego szukać, stanowił pewne utrudnienie. Albert domyślał się, że powinien wypatrywać jakiejś nieprawidłowości, jednak miał wątpliwości co do tego, czy będzie w stanie ją znaleźć. Z całą pewnością były pewne subtelne szczegóły, które potrafiło wyłapać jedynie wprawne oko jego pana. Mimo wszystko jego obowiązkiem było służyć Śmierci i Albert poczuwał się do odpowiedzialności, aby pomóc mu znaleźć to coś, co go niepokoiło.
Niebawem do poszukiwań dołączyli się również pozostali lokatorzy domu Śmierci – Śmierć Szczurów i kruk Miódrzekł. Trwało to jakiś czas. Może pięć, może dziesięć minut, a może pół godziny. W każdym razie w końcu znaleźli przyczynę niepokoju Śmierci. A konkretnie – znalazł ją Miódrzekł.
– Hej, czy to miejsce powinno być puste?
Śmierć, Śmierć Szczurów i Albert szybko skierowali się w jego stronę. Rzeczywiście ujrzeli puste miejsce na półce pomiędzy dwiema klepsydrami. Być może gdyby w siedzibie Śmierci istniał czas i osadzał się kurz, byłoby widać okrągły ślad na zakurzonym drewnie. Na dole nie było żadnych pozostałości po pękniętym życiomierzu.
ALBERCIE, CZY ROBIŁEŚ TU PORZĄDKI?
– Nie, panie. Poza tym, co miałbym zrobić z życiomierzem, który nie jest mój?
– Przecież nie mógł sobie po prostu pójść na nóżkach – skomentował kruk. – No i nie ma szans, aby spadł i się przeturlał pod regał. Sam próbowałem wydostać stamtąd świńską gałkę oczną i utknęła między tymi szczelinami. Wniosek jest prosty: ktoś tu był i go ukradł.
– Ale jak? Przecież zauważyłbym nieproszonych gości – odparł Albert, trochę w obronie własnej. – Poza tym nie można sobie tak po prostu wejść do domu Śmierci.
HMM… Śmierć przyłożył w zamyśleniu rękę do brody. CHYBA WIEM, JAK DO TEGO DOSZŁO. TAK… TO BARDZO SPRYTNE, NIE POWIEM.
Na próżno Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł oczekiwali odpowiedzi. Śmierć ponownie się zamyślił. Przemówił znów dopiero po jakimś czasie:
TO MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ NIEDAWNO. NA PEWNO NIE WCZORAJ WIECOZREM, KIEDY SPRAWDZAŁEM JE OSTATNIM RAZEM. Popatrzył na swego sługę. NA PEWNO NIKOGO NIE WIDZIAŁEŚ, ALBERCIE?
– Na pewno nikogo przemykającego się do domu. Siedziałem całą noc w ogrodzie, bo pewne ptaszysko – Albert spojrzał znacząco na Miódrzekła – rozwaliło cały trawnik, szukając robaków.
– Hej, nudziło mi się – odparł kruk i spoczął na jego ramieniu. – Poza tym, kiedy ostatni raz była jakaś bitwa, żebym mógł najeść się padliny?
Albert już chciał coś odpowiedzieć, jednak jego wzrok znów spoczął na Śmierci. Jego pan był wciąż pogrążony w głębokim zamyśleniu. Przyglądał się z uwagą pustemu miejscu na półce. Albert wielokrotnie widział go zastanawiającego się nad różnymi rzeczami, a ta konkretna rzecz musiała sprawić, że Śmierć poczuł się co najmniej… zaniepokojony.
A TY? Zwrócił się do Śmierci Szczurów. TY NICZEGO NIE WIDZIAŁEŚ?
PIP, odparł gryzoń.
NO TAK… TA FERMA MUSIAŁA BYĆ STRASZNIE ZASZCZURZONA. Śmierć westchnął i dodał: WYGLĄDA NA TO, ŻE WYBRAŁ SOBIE ODPOWIEDNI MOMENT.
– Czyj to mógłby być życiomierz, panie? – spytał w końcu Albert.
Śmierć milczał. Próbował sobie przypomnieć nazwisko, które znajdowało się pomiędzy tymi dwiema klepsydrami, jednak było to życie, które miało jeszcze kilka dekad przed sobą, więc siłą rzeczy Śmierć przeniósł jego imię gdzieś w dalszą część swojej świadomości, aby zająć się nim we właściwym czasie. Musiał je sobie teraz przypomnieć. Było wysoce prawdopodobne, że życiomierz znajduje się tam, gdzie człowiek, którego życie odmierzał.
Nagle Śmierć poczuł ciągnięcie za szatę. Spojrzał w dół. To Śmierć Szczurów skakał zaaferowany i wskazywał kościstą łapką na regał po drugiej stronie. Śmierć, Albert i Miódrzekł odwrócili się i spojrzeli w miejsce wskazane przez gryzonia. Nieco wyżej, mniej więcej na poziomie oczu Śmierci, ziało kolejne puste miejsce, ale tym razem Śmierć wiedział aż nazbyt dobrze, czyj życiomierz powinien się tam znajdować. Mimo to podszedł bliżej i przyjrzał się dobrze sąsiednim klepsydrom. „Keli Sto Lat” głosiła ta po prawej stronie. „Igneous Cutwell” informowała ta po lewej. Wszystko się zgadzało. Ostatnio często przystawał przy tej półce. Nie ze względu na swoje obowiązki… chociaż kto wie? Ostatnio odkrył, że ma ich nieco więcej.
OH, A TO CO?
Wyciągnął rękę w głąb półki i podniósł kartkę, której wcześniej nie zauważył. Coś było na niej napisane starannym, gotyckim pismem. Niebieskie ogniki w oczodołach Śmierci zaczęło wodzić po kartce, kiedy czytał w ciszy lakoniczną a zarazem wiele mówiącą wiadomość. Miódrzekł spoczął na ramieniu Śmierci i również ją przeczytał, tylko na głos:
– „Oddam go, kiedy dojdziemy do konsensusu. Spotkajmy się na Niewidocznym Uniwersytecie.”
– Zawsze znajdą się idioci, którzy będą stawiać panu ultimatum – prychnął Albert.
Ale kiedy spojrzał na Śmierć, jego wesołość wyparowała. Kolejna długa chwila milczenia, która wprawiła jego, Śmierć Szczurów i Miodrzekła w zakłopotanie.
– Nie sprecyzował godziny spotkania – odezwał się po chwili Albert.
PRZYPUSZCZAM, ŻE SAM MNIE WEZWIE. JEST WYSOCE PRAWDOPODOBNE, ŻE TO MAG.
I znów milczenie. Śmierć wydawał się myśleć nad czymś intensywnie.
TO NIE WYGLĄDA DOBRZE. Stwierdził w końcu. Jego głos był spokojny, ale dla człowieka, który spędził ze Śmiercią kilka setek lat kryła się w nim jedna, mała nutka, która świadczyła o zgoła odwrotnym stanie ducha. A potem Śmierć odwrócił się w stronę Alberta i zapytał: DZISIAJ ZACZYNA SIĘ PRZERWA WAKACYJNA, PRAWDA, ALBERCIE?
– Tak, panie – odpowiedział jego sługa. – I zobowiązałeś się przywieźć tutaj Susan.
TO BARDZO… KŁOPOTLIWE.
Ruszył w stronę wyjścia, a pozostała trójka za nim.
MUSIMY ZNALEŹĆ TE DWA ŻYCIOMIERZE. ZWŁASZCZA TEN DRUGI. ALE MUSIMY ZACHOWAĆ DYSKRECJĘ.
– Racja, po co psuć Susan wakacje? – odrzekł kruk.
Od kiedy Śmierć odzyskał wnuczkę, starał się być w jej oczach kimś, kto jest odpowiedzialny, rozsądny i potrafiący poradzić sobie z każdym problemem (nie mówiąc już o tym, że troskliwy i interesujący). Wiedział, że to głupie, ale miło było myśleć, że Susan nadal ma o nim wysokie mniemanie, tak jak za dawnych lat. A incydent z życiomierzami mógł bardzo nadwerężyć jego autorytet.
– Kimkolwiek jest nasz włamywacz, porwał się z motyką na słońce.
Śmierć zatrzymał się i spojrzał na swojego sługę.
MOTYKĄ NA SŁOŃCE? CZYŻBYŚ WIEDZIAŁ COŚ, CZEGO NIE WIEM JA, ALBERCIE?
– Tak się tylko mówi, panie. To przysłowie. Oznacza stawianie sobie szalonych, nieosiągalnych celów.
AHA, odparł tylko Śmierć i znów zaczął iść.
To wszystko było takie kłopotliwe… Zbieranie dusz, wizyta rodzinna, a teraz jeszcze ta sprawa z życiomierzami. Śmierć miał nadzieję, że uda mu się je szybko odzyskać i że jego wnuczka się nie zorientuje, że to zdarzenie w ogóle miało miejsce.
W końcu co by powiedziała, gdyby dowiedziała się, że jej dziadek pozwolił komuś ukraść jej życiomierz?
Oczywiście musiało padać.
Co to za początek wakacji, w którym pada? I oczywiście to nie mógł być ciepły, letni deszczyk, który przemija po kilku minutach, a potem niebo się przejaśnia. To musiał być porządny, ciężki deszcz, pozostawiający kałuże wielkości sadzawki. Susan stała więc pod parasolką, w pelerynie i długich butach, i rozglądała się za białym koniem, na którym mógłby siedzieć jej dziadek. Karety i powozy przyjeżdżały i odjeżdżały zabierając ze sobą jej koleżanki ze szkoły, aż w końcu została sama. Zastanawiała się, czy czasem jej dziadek – bądź co bądź antropomorficzna personifikacja śmierci – nie zapomniał w natłoku obowiązków o tym, że miał ją dzisiaj odebrać. Albo czy nie zatrzymała go jakaś masakra i w związku z tym spóźni się jeszcze trochę.
Tak czy inaczej, z każdą chwilą robiła się coraz bardziej niespokojna i niecierpliwa. Cieszyła się na pierwsze od dwunastu lat wakacje z dziadkiem, a teraz on się spóźniał. Po jakimś czasie zaczęła przechadzać się w tę i we wtę. Wtem podeszła do niej panna Butts.
– Czy twój dziadek wie, że właśnie dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego?
– Tak, mówiłam mu o tym wiele razy – odpowiedziała Susan, nawet nie spoglądając na nauczycielkę, tylko na drogę.
– Może jednak powinnaś powiadomić kogoś ze Sto Helit, żeby po ciebie przyjechał.
– Nie trzeba, panno Butts – odrzekła Susan, wciąż się rozglądając.
– Może zapomniał? Starsi ludzie często zapominają.
Susan westchnęła ze zrezygnowaniem, a potem uśmiechnęła się do swoim myśli. Śmierć i skleroza… Albo jeszcze lepiej – demencja. Albo starsze zdziecinnienie… I jeszcze strzykanie w kościach. To byłoby ciekawe.
I wtedy się zjawił. Wjechał na Pimpusiu po drodze, którą tyle różnych karet zawiozło uczennice do ich domów. Susan widziała go takim, jak jest – widziała wysokiego kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem (na szczęście kosę zostawił w domu). Jednak panna Butts na pewno widziała kogoś zupełnie innego – być może jej własny umysł przywodził jej przed oczy obraz starca z długą, posiwiałą brodą, a może wychudłego, łysiejącego mężczyznę ze zmarszczkami na każdym kawałku skóry. Tak czy inaczej, widziała normalnego człowieka, a nie uosobienie Śmierci.
Pimpuś zatrzymał się tuż przed Susan i Śmierć spojrzał na wnuczkę z wyrazem zakłopotania.
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO MUSIAŁAŚ CZEKAĆ.
– No cóż… – powiedziała Susan i uśmiechnęła się do niego – przynajmniej już jesteś, dziadku.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, że panna Butts tu jest i że stosowne byłoby ich sobie przedstawić.
– Panno Butts – odezwała się do nauczycielki – to jest mój dziadek…
BILL, oświadczył Śmierć zanim zdążyła powiedzieć coś więcej.
– A to jest panna Butts, dziadku – oznajmiła Susan.
BARDZO MI MIŁO. Wyciągnął rękę w stronę nauczycielki w geście powitania. Niepewnie ją chwyciła i szybko puściła.
– Mnie również – odparła w zasadzie z grzeczności. Wydawało się, że chciała jeszcze o coś spytać, ale postanowiła się wstrzymać, nie chcąc być nieuprzejmą.
Śmierć podał rękę Susan i pomógł jej wejść na Pimpusia. Niebawem siedziała wraz z nim na koniu i Śmierć pociągnął za lejce i skierował Pimpusia w stronę drogi.
NO TO RUSZAMY. Zaczęli oddalać się od szkoły, ale Śmierć odwrócił się jeszcze do panny Butts i powiedział na odchodnym: DO WIDZENIA, PANNO BUTTS.
– Szerokiej drogi – powiedziała niepewnie nauczycielka.
Śmierć i Susan zniknęli za zakrętem. Panna Butts powróciła do szkoły.
– Słowo daję, aby szesnastoletnia księżna jeździła do domu na jednym koniu razem z dziadkiem… I co to za imię dla szlachcica… Bill… Ta rodzina musi być dziwniejsza niż myślałam.
Tymczasem Pimpuś wzbił się w powietrze. Zarówno Śmierć, jak i Susan, uznali, że nie chcą być widzialni i zniknęli ludziom z oczu wraz z koniem, na którym lecieli. Śmierć postanowił przerwać panującą ciszę.
JAK TAM SZKOŁA?
– Dobrze, chociaż historia i literatura są nudne jak flaki z olejem.
NIGDY NIE JADŁEM, WIĘC NIE WIEM. CHYBA, ŻE MÓWISZ O FLAKACH WYPŁYWAJĄCYCH Z CIAŁA NA POLU BITWY I OBLANYCH WRZĄCYM OLEJEM, ALE NIE WYDAJE MI SIĘ, ABY „NUDNY” BYŁO NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM NA TAKI WIDOK.
Susan postanowiła puścić mimo uszu uwagę dziadka. Potem mu wszystko wytłumaczy.
– A jak tam praca?
Śmierć zastanowił się nad odpowiedzią. Od razu przypomniał sobie o niedawnym zdarzeniu z życiomierzami. Ale przecież nie mógł jej o tym powiedzieć, więc zamiast tego odparł:
CAŁKIEM SPOKOJNIE. NIE NARZEKAM.
Susan od razu zauważyła to zdenerwowanie w głosie swojego dziadka. Od razu zrozumiała, że coś się stało i że to pierwsze przyszło Śmierci do głowy, kiedy spytała go o pracę.
– Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Nie wierzyła mu, ani trochę. Ale nie powiedziała mu o tym. Postanowiła na razie nie dociekać, ale wszystko jej mówiło, że coś było nie tak. Była zaniepokojona.

Aktualności: Słowo wstępnie do "Śmierci w garści"

Śmierć w garści pisałam, kiedy miałam za sobą Muzykę duszy i zapragnęłam napisać fanfika do Świata Dysku. Do tego bardzo zależało mi z jednej strony, aby to był fik skupiający się na relacjach Śmierci z jego wnuczką, Susan, a z drugiej – aby oboje mieli okazję się nawzajem uratować. Fabuła zarysowuje się tak: Z Siedziby Śmierci zostaje wykradziona pewna rzecz, a pozostawiona na miejscu wiadomość świadczy o tym, że złodziej chce coś u Śmierci ugrać. Dodatkową komplikację powoduje fakt, że akurat tego dnia Susan ma przyjechać do dziadka na wakacje (rzecz dzieje się po Muzyce duszy, więc Susan ma szesnaście lat). Po przyjeździe dziewczyny, zarówno jej dziadek, jak i Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł starają się ukryć przed nią informację o całym zajściu, ale Susan i tak się czegoś domyśla. Potem zaś dochodzi do sytuacji, w której Śmierć znika i jego wnuczka musi się dowiedzieć, gdzie jest i co się z nim staje.

W pewnym momencie moja faza na Świat Dysku przygasła i nie wiedziałam, jak kontynuować tego fanfika, kiedy jednak wzięłam się za cykl o Straży Miejskiej, pomyślałam, że mogłabym wprowadzić do fika komendanta Vimesa i jego ludzi. Zwłaszcza, że Muzyka duszy została wydana zaraz po Zbrojnych. Tak więc wkrótce Straż Miejska miała prowadzić śledztwo w sprawie kradzieży w Siedzibie Śmierci i zniknięcia Kosiarza.

Przy czym bardzo starałam się, aby to, o czym pisałam w Śmierci w garści, było zgodne z prawami, którymi rządzi się Świat Dysku, więc musiałam zrobić research, wziąć pod uwagę różne szczegóły wspomniane i na tej podstawie zbudować tę całą intrygę i zagadkę. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego fika, bo scena konfrontacji Vimesa z czarnym charakterem często jest odgrywana w mojej głowie i chciałabym ją kiedyś napisać i ludziom pokazać.

[FF: Avengers] Jabłoń cz. 6 – Wielkie plany

Uwaga! Poniższy rozdział zawiera „upowieściowiony” fragment pierwszego zeszytu Iron Man 2: Public Identity.

Godzina 10:11
Po tym jak obaj Starkowie przebrali się, Howard zaprosił swoich gości do stołu w jadalni, który został uprzednio posprzątany przez Jarvisa. Agentka Hill rozłożyła przed Howardem mapę bazy wojskowej Kirkland, a sama usiadła naprzeciw swojego gospodarza. Dotąd rozmawiali tylko przez telefon, więc fakt, że przyszły założyciel TARCZY siedział przed nią i oczekiwał na to, co miała mu do powiedzenia, sprawiał, że czuła się dziwnie. Ten człowiek miał następnego dnia spotkać się z nieco młodszym pułkownikiem Fury’m i rozpocząć rozmowy nad stworzeniem agencji, do której obecnie należała. Myśl o tym napawała ją dziwną mieszanką lekkiego wzruszenia i poczucia odpowiedzialności za to, aby to historyczne wydarzenie miało miejsce. Jednak nie dawała tego po sobie poznać.
– Zanim zaczniemy, mógłbym zadać dwa pytania? – odezwał się Howard.
– Proszę bardzo – odrzekła agentka Hill – spróbujemy odpowiedzieć.

– Tak więc po pierwsze – zaczął Howard – czy mój współpracownik, Anton Vanko, także ma jutro zginąć?
– Nie – oświadczyła jego rozmówczyni. – Wiadomość, którą otrzymaliśmy, dotyczyła tylko pana.
– Już wcześniej zauważyłem na tamtym zdjęciu z alternatywnej gazety – wtrącił się nagle Hawkeye – że jednym z ludzi, którzy skupili się wokół pana, jest również Vanko.
Tony nie pamiętał dobrze twarzy gapiów ze skanu. Głównie dlatego, że za bardzo był skupiony na znajdującym się centralnie na zdjęciu, postrzelonym w pierś ojcu. Ale skoro Clint twierdził, że widział Antona Vanko, to pewnie tak było. Facetowi dość często zdarzało się zauważać rzeczy, które wielu ludziom umykały.
– To dobrze. – Twarz Howarda rozpromienił uśmiech ulgi, zaraz jednak mężczyzna znów spoważniał. – Po drugie: czy wiadomo, jakie konsekwencje będzie miała moja śmierć i to, że reaktor łukowy nie zostanie zaprezentowany?
Maria Hill stanęła przed problemem. Z jednej strony dobrze byłoby się zastanowić nad tym zagadnieniem, z drugiej – wiele z konsekwencji śmierci Howarda Starka związanych było z tym, co miało się zdarzyć w dalekiej przyszłości, a agentka Hill nie wiedziała, czy powinna o tych zdarzeniach wspominać.
Po niemal minucie ciszy z jej strony, Howard położył łokcie na stole i przechylił się bardziej w jej stronę.
– Rozumiem, że nie chce pani mi powiedzieć, bo boi się, że świadomość przyszłych wydarzeń może doprowadzić do zmiany przyszłości, ale możemy ograniczyć się do bezpośrednich konsekwencji zamachu, jak na przykład tego, co zdarzy się w kilka dni po mojej śmierci. Pytam o to, bo może mógłbym określić, kim są i czego tak naprawdę chcą moi mordercy. Możemy pójść na taki układ, agentko Hill?
Niespodziewanie dla wszystkich Maria Hill uśmiechnęła się zadziornie i oparła wygodnie na krześle. Popatrzyła najpierw na Clinta, a potem na Natashę i Tony’ego Starka. Wszyscy troje rzucili jej zdziwione spojrzenia, nie wiedząc, do czego zmierza. Na koniec jej wzrok spoczął z powrotem na Howardzie.
– Chyba mogę uchylić rąbka tajemnicy – odparła i spoważniała. – Nie przekazano nam wiedzy na temat tego, co stanie się zaraz potem. Nie wiemy więc czy jakaś konkretna grupa zostanie oskarżona o zamach na pańskie życie i czy ktoś konkretny odniesie z tego powodu korzyści. Podejrzewam jednak, że pańska śmierć odbije się szerokim echem po całej Ameryce, a nawet świecie. W końcu jest pan jednym z największych ludzi XX wieku. – Umilkła na chwilę, wyprostowała się na krześle i, odchrząknąwszy, dodała: – Myślę, że nie zaszkodzi powiedzieć panu, że jutro ma się zdarzyć jeszcze jedno historyczne wydarzenie. Spotka pan pewnego porucznika i zacznie z nim rozmowę o pewnej inicjatywie.
Howard przypomniał sobie, co usłyszał poprzedniej nocy, kiedy Bruce i Tony rozmawiali o Chituari. Połączył ze sobą obie zasłyszane informacje i uśmiechnął się do swoich myśli.
– Czyli podejrzewacie, że mógłby to być ktoś, kto nie chce, aby powstała TARCZA?
– Bierzemy to pod uwagę – stwierdziła agentka Hill.
– Na pewno TARCZA ma powstać na skutek mojego spotkania z tym człowiekiem?
– Tak, a dlaczego pytasz, Howard? – spytał Kapitan Ameryka.
– A tak sobie – odparł nonszalancko wynalazca i przeniósł na chwilę wzrok w bok.
– Chociaż to pewnie tylko jeden z celów zamachowców – kontynuowała agentka Hill – a nie cel główny, którym jest niedopuszczenie do użytku reaktora łukowego.
– I na pewno Anton ma wyjść z tego cało? – dopytywał się Howard.
– Kto wie – tym razem wtrąciła się Czarna Wdowa – może chcą go zabić potem. Albo po prostu zastraszyć. Jest tylko uchodźcą ze Związku Radzieckiego. I tak nie wywrze takiego wpływu na historię, co pan.
– Ekhm… agentko Romanow… – odezwał się nagle Tony i postukał się w reaktor łukowy na swojej piersi.
Między nimi nawiązała się cicha nić porozumienia. Natasha wiedziała o tym, do czego nawiązuje Tony, bo była przy zdarzeniach z Whiplashem. Gdyby nie zagrożenie ze strony pragnącego zemsty Ivana Vanko, być może Fury nie przekazałby Tony’emu rzeczy Howarda i w rezultacie Iron Man już dawno umarłby od zatrucia palladem. Z drugiej strony – TARCZA wiedziała o owym zatruciu od dłuższego czasu i możliwe, że pomogłaby Tony’emu mimo wszystko.
Ale, oprócz ich dwojga, wszyscy odczytali gest Iron Mana jako przypomnienie, że Anton Vanko także brał udział w projektowaniu i budowaniu reaktora łukowego, którego bardziej kompaktowa wersja teraz podtrzymywała Tony’ego przy życiu.
– Będziemy mieć na niego oko – odparła niemal ze zrezygnowaniem w głosie agentka Hill.
– I nadal nie wiem, kto i po co chce mnie zabić – powiedział Howard. – Przychodzi mi do głowy kilka nazwisk, ale sami mówiliście, że to ktoś z przyszłości. Jakich wrogów ma w przyszłości Stark Industries?
– Jesteśmy gotowi na każdego z nich – zapewniła go agentka Hill. – Obojętnie, kim są zamachowcy, już my się postaramy o to, aby im się nie powiodło.
– Właśnie, tato, jesteśmy najlepszymi z najlepszych – oznajmił Tony i nawet poklepał ojca po ramieniu.
Howard przez chwilę pomyślał, że są zbyt pewni siebie, ale potem jego wzrok spoczął na Stevie. Nie mógł wypowiedzieć się na temat zdolności bojowych reszty, ale widział do czego był zdolny Kapitan Ameryka. Poza tym skoro ta cała Hill i jej kompani należeli do jakiejś organizacji, to na pewno przeszli jakieś szkolenie bojowe. Na pewno też nie bez powodu ich zwierzchnik wybrał właśnie te osoby do tej, bądź co bądź bardzo istotnej dla ich przyszłości, misji. Howard postanowił więc im zaufać.
– No dobrze – zaczął. – To jaki macie plan?
Agentka Hill popatrzyła na mapę bazy Kirkland, a reszta zrobiła to samo. Mapa przedstawiała ogrodzony teren na planie prostokąta. Główne wejście znajdowało się od południa i zawierało dwie budki strażnicze. Kilka metrów dalej, tuż przy bocznych ścianach hangarów stały miejsca parkingowe. Na terenie bazy zamieszczonych było kilka pomieszczeń wojskowych, w które służyły różnych celom – od umieszczonych niemal na samym końcu zbiorowych sypialni dla żołnierzy, poprzez hangary, w których stały zapewne jakieś czołgi i myśliwce, aż po stojący na samym środku główne centrum dowodzenia bazą. Nieco po prawej od niego znajdował się plac apelowy, na który Howard wskazał palcem.
– Tutaj odbędzie się prezentacja. Major Ross zobowiązał się wraz z tamtejszym dowódcą przygotować trybuny dla gości tu, tu i tu – wskazał front, lewą i prawą stronę wokół placu.
– Zamawiam miejsce tutaj – oświadczył Hawkeye i położył palec na dachu jednego z mniejszych budynków kilka metrów dalej od placu.
– To dobry pomysł, będziesz miał na wszystko oko – odparła agentka Hill, po czym zwróciła się do reszty: – Ktoś musi stać przy wejściach i sprawdzać, czy nie wchodzi jakiś nasz stary znajomy.
– Zostawcie to mnie – zaoferowała się Natasha.
– Nie obraź się, agentko Romanow, ale może lepiej nie – powiedziała agentka Hill. – Twoja obecność przy bramie mogłaby wzbudzić zainteresowanie żołnierzy. Jak znam mężczyzn, mogą na twój widok zacząć myśleć nie tą głową.
– Hej! – zaprotestowała cała męska część zespołu.
– Poradzę sobie – odparła Czarna Wdowa. – Zadbam o to, aby skupili się na robocie, przy okazji nie przeszkadzając mojej. Jeżeli do momentu rozpoczęcia prezentacji nikogo nie zidentyfikuję, przyłączam się do was.
– Nie jestem do tego przekonana. Zresztą, będziesz potrzebna gdzie indziej. – Agentka Hill przeniosła wzrok na Steve’a. – Pan, Kapitanie, wybierze się wraz z agentką Romanow pod trybuny i będzie szukał tam ewentualnych intruzów. Ty i ja, Stark – popatrzyła na Tony’ego – będziemy robić to samo na górze.
– Zaraz, zaraz. – Howard podniósł się gwałtownie z krzesła i popatrzył najpierw na Iron Mana, a potem na agentkę Hill. – Chcecie wysłać tam mojego syna?
– A czemu nie? – spytał Tony. – Chyba nie myślałeś, że przeniosłem się w czasie tylko po to, aby ucinać sobie z tobą pogaduszki i siedzieć z założonymi rękami, kiedy inni ratują ci tyłek?
Howard zamilkł i popatrzył w dół. Znów wrócił myślami do poprzedniej nocy. Tony zastanawiał się, czy kosmici, którzy pomogli zamachowcom w podróży w czasie, chcieli śmierci ojca, aby nie dopuścić do narodzin syna. Prawdopodobnie Tony z nimi walczył i przyczynił się do ich porażki. Poza tym skąd Howard miał wiedzieć, czy czasem nie wysłał swojego dziecka na kurs jakichś sztuk walki, żeby Tony mógł się bronić? Wyglądał na kogoś, kto regularnie ćwiczy.
Mimo wszystko, jakaś jego część – ta sama część, która po odkryciu, że Tony jest jego synem, cieszyła się, a poprzedniej nocy napełniła jego serce niepokojem na wieść o stanach lękowych Tony’ego – nie chciała aby jego dorosły syn się narażał. Spojrzał Tony’emu w oczy.
– Nie sądzisz, że byłoby naprawdę głupio, gdybyś zginął kilka lat przed swoim narodzeniem?
– No, błagam! Chyba naprawdę nie myślisz, że tak się stanie?
– Być może nie, ale wolałbym nie ryzykować życia własnego dziecka. Twój w tym udział byłby co najmniej szalony, Tony.
– Jestem Starkiem, tato! My szaleństwo mamy we krwi.
– Prawda, obaj jesteście szaleni – wtrącił Kapitan Ameryka. – Nie pamiętasz, Howard, co Peggy o tobie powiedziała?
– Z całym szacunkiem, Steve, właśnie rozmawiam z synem – powiedział nieco oschle Howard i zwrócił się znów do Tony’ego: – Może i jesteśmy szaleni, ale nasze szaleństwo ma swoje granice.
– No, nie wiem – tym razem odezwał się Bruce. – Ja wciąż czekam, aż ta granica się objawi.
– Bruce, nie wtrącaj się – rzucił w jego stronę Tony i powrócił do rozmowy z ojcem. – Czy chcesz, czy nie, idę. Nawet gdybyś mi dał szlaban, to nic nie da.
– No, nie wiem, ja mogę cię również nie puścić na teren bazy. Wiesz, zawsze mogę powiedzieć naszemu drogiemu Thaddeusowi, że wyglądasz podejrzanie.
– Oj, ty nie wiesz na ile imprez się wprosiłem. Jakaś marna baza wojskowa to dla mnie pikuś.
– Dzięki, że o tym wspomniałeś. Będę wiedział, na co uważać w przyszłości.
– Jeżeli nadal będziesz się upierał, żebym nie brał udziału w chronieniu ciebie, twoje szanse na przeżycie spadną co najmniej o połowę.
– A jeśli ja przeżyję, a ty nie?! – wyrzucił z siebie Howard.
Obaj Starkowie popatrzyli na siebie, starszy rozpaczliwie, młodszy ze zdziwieniem. Pozostali również byli bardzo zaskoczeni tym, co przed chwilą usłyszeli, dlatego się nie odzywali, czekając na to, aż ojciec albo syn przełamie ciszę.
Po chwili Howard odezwał się ponownie, tym razem spokojnie:
– Nie chcę patrzeć jak umierasz. Obojętnie w jakim jesteś wieku.
Tony westchnął, trochę ze zrezygnowaniem, trochę, aby dać upust napięciu, które właśnie się uzbierało w jego wnętrzu. Przez chwilę jeszcze pozwolił trwać niezręcznej ciszy, a potem spojrzał na ojca łagodnie, położył mu rękę na ramieniu i oświadczył:
– Nie martw się o mnie, tato. Ja sobie poradzę.
Howard chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili powstrzymał go wyraz twarzy Tony’ego. Tony nie zamierzał się poddać i był gotów walczyć ze wszystkich sił, byle tylko pokazać, że ma racje i że jego rodzic niepotrzebnie panikuje.
Tony, wiem, że znowu miałeś atak, ale już wszystko dobrze…
Howard przygryzł dolną wargę i popatrzył znów na syna.
– Na pewno, Tony?
– Na pewno – odrzekł wciąż zdenerwowany Tony, poklepał ojca po ramieniu i dodał: – Martw się raczej o to, żebyś się nie zbłaźnił. Lepiej powtórz jeszcze kilka razy tę swoją wiekopomną mowę.
– Skoro już ten rodzinny dramat się skończył, czy możemy wreszcie powrócić do sedna sprawy? – zapytał agentka Hill. – Mamy jeszcze bardzo dużo do omówienia, więc wolałabym się z tym wyrobić przed zachodem słońca.
– Właśnie chciałem zapytać – zaczął Iron Man – gdzie będzie stanowisko Bruce’a?
– Ja nie idę – odparł Bruce spokojnie.
– Dlaczego? – spytał Tony.
– Musimy ci jeszcze tłumaczyć, dlaczego lepiej nie ryzykować spotkania Bannera z majorem Rossem? – powiedziała głośnio agentka Hill, kładąc ręce na biodrach.
– A no tak – odrzekł nonszalancko Tony. – W sumie to ma sens.
– A co takiego się stanie, jak się spotkają? – odezwał się Howard.
Przez chwilę trwała cisza. Nikt nie chciał wyjaśniać, że miły i spokojny Bruce Banner w przypływie złości może zmienić się w wielkiego zielonego stwora i że Ross ma go w przyszłości prześladować.
– To nieważne – odezwał się w końcu Kapitan Ameryka. – Doktor Banner i tak nie jest typem wojownika.
– Będę monitorował wszystko z bezpiecznej odległości i w razie czego, coś wam doradzę – dodał nieco nieśmiało Bruce.
Rozmowy na temat strategii trwały jeszcze jakiś czas, a potem zarówno agentka Hill, jak i Howard, musieli zająć się własnymi sprawami. Agenci TARCZY postanowili przejrzeć listę gości, którzy mieli się pojawić na prezentacji, tymczasem Steve, Bruce i Tony przyjrzeli się jeszcze raz planowi bazy Kirkland i ustalili strategię zapasową na wypadek, gdyby pojawiły się jakieś komplikacje. Howard z kolei pojechał do pracy, aby poczynić ostatnie przygotowania i ułatwić reszcie całe przedsięwzięcie.
Godzina 15:22
– Twój angielski staje się coraz lepszy, Antonie.
Na tarasie rezydencji Starków Howard gościł trzy osoby. Jedna z nich była nijaką blondynką w niebieskiej sukience, drugą była tajemnicza brunetka, która co jakiś czas wymieniała z Howardem porozumiewawcze spojrzenia, a trzecią – korpulentny mężczyzna z wąsami i w czarnym garniturze.
– Być może, ale czy ten twój „Projekt Jedność” przyniesie owoce, czy nie, to już zupełnie inna sprawa, biorąc pod uwagę postawę rządów obu naszych narodów.
Całą scenę oglądał przez okno Tony. Howard nie zdawał sobie sprawy z jego obecności, bo i tak siedział tyłem do drzwi, więc nie widział smutnego spojrzenia swojego syna. Zresztą nawet, gdyby go widział, nie wiedziałby, co chodzi Tony’emu po głowie…
– Zapomnij o nich. Moje kontrakty wojskowe są ledwie najkrótszą drogą pomiędzy dwoma punktami.
…Ani jak bardzo entuzjazm ojca napawa go goryczą.
– Pomyśl o dzieciach, które kiedyś będziemy mieć. To nasz priorytet.
Dzieci, które obaj będą mieć… W tamtym momencie Howard myślał o swoim synu, który miał w przyszłości stworzyć wiele cudownych rzeczy, w tym maszynę do podróży w czasie. Tymczasem Tony pomyślał o wychowywanym na Syberii chłopcu, który wyrósł z nienawiścią do Starków w sercu. Chłopcu, który cierpiał przez całe życie za błąd swojego ojca.
Jarvis podał gościom napoje i odszedł. Howard mówił dalej:
– Chodzi o to, że jeżeli chcę cię w swojej drużynie, jesteś w mojej drużynie. Bez zbędnych pytań. Zasłużyłem na to.
Ktoś uznałby za bardzo chwalebne to, że Howard Stark pozwolił jakiemuś dysydentowi z komunistycznej Rosji pracować swobodnie w Stanach. Niewątpliwie wynalazca wierzył w to, że postępuje słusznie, że to, co robi, przyniesie ludzkości tylko korzyści.
– Dobrze, Howardzie – oświadczył Anton i nawet położył rękę na sercu. – Jak zawsze, jestem pokorny za twoje zaufanie.
Kapitan Ameryka przystanął za Iron Manem. Od razu zauważył smutny wyraz twarzy kompana, i choć Tony nawet na niego nie spojrzał, szepnął:
– Widzisz tego wąsacza obok mojego ojca? – Nie czekając na odpowiedź, dodał: – To właśnie jest Anton Vanko.
– A mimo to – odezwał się znów Rosjanin – muszę wyrazić moje ciągłe obawy. Ta technologia reaktora łukowego. Same implikacje istnienia takiego urządzenia… Nie pomyślałeś o tym?
– To chyba historyczna chwila – stwierdził Steve i się uśmiechnął.
– Bardziej niż ci się wydaje, Kapitanie – powiedział cicho Tony.
Tony nie spodziewał się, że będzie świadkiem tej sceny. Sceny, w której jego ojciec snuje marzenia o reaktorze, i to do tego w takim towarzystwie. Iron Man czuł smutek, przyglądając i przysłuchując się tej rozmowie, ale nie mógł, czy też może raczej nie chciał, odejść.
– To samo mówili o Projekcie „Manhattan” – odparł Howard i zwrócił się do siedzącej obok niego brunetki: – Prawda, Mario? „Kiedy niewiedza jest błogosławieństwem…”
– „…Bycie mądrym jest szaleństwem” – dopowiedziała jego rozmówczyni.
– I tak mówi wielki Howard Stark. – Vanko rzucił Howardowi sceptyczne spojrzenie. – Twoje zachowanie kawalerzysty może działać na prasę, ale żeby podchodzić w taki sposób do nauki, to wręcz… niespotykane.
– Tak działa nauka w tym kraju. Pomyśl o tym. Same pomocnicze zastosowania usprawiedliwiają eksperyment.
– Ale może nie wydatki
– Od kiedy to jesteś księgowym? Zamierzamy właśnie rozwinąć technologię, która zmieni świat, a ty mówisz o dolarach i centach.
Howard położył rękę na blacie i zaczął wyjaśniać z pełnym przekonaniem, ale i profesjonalizmem:
– Jestem wynalazcą. Snuję wielkie marzenia, a potem robię wszystko, aby przemienić te marzenia w rzeczywistość. Widziałeś schematy. Wiesz, że to może się udać. Nie martw się, że może się w to wplątać polityka. To jest od niej wiele większe.
Ale Tony wiedział, że polityka zawsze się wplącze. Niezależnie czy chodzi o politykę strictepaństwową, czy tylko wojskową, ona zawsze będzie. Tam gdzie są pieniądze i technologie przynoszące ogromne korzyści polityczne… tam zawsze jest polityka. Tony Stark nauczył się tego jeszcze zanim trafił do niewoli Dziesięciu Pierścieni.
– Służymy społeczności globalnej, która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnego istnienia. – Howard uśmiechnął się do swojego gościa, a z jego postury biła pewność siebie. – Grałem w tę grę od lat, Anton. Czas ją zmienić. Nie musimy iść drogą wiodącą do wzajemnej destrukcji. Czeka na nas inna przyszłość.
Było coś pięknego w tym pragnieniu jego ojca, aby zmień świat na lepsze. Tony poniekąd podzielał to pragnienie, zwłaszcza od czasu, kiedy stał się Iron Manem. Dlatego im dłużej słuchał tej rozmowy, tym bardziej mu było żal na myśl, co działo się potem. Kto wie co mogło się wydarzyć, gdyby stosunek Vanko do całej sprawy był zupełnie inny.
– Chyba naprawdę w to wierzy – stwierdził Steve i nawet lekko uśmiechnął się.
Jednak Tony pozostawał ponury i to napawało Kapitana pewnego rodzaju niepokojem. Ostatecznie kto jak kto, ale poważny Iron Man nie zdarza się często.
– Tata wierzy, że współpraca z Antonem Vanko nad reaktorem przyniesie porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Marzy mu się świat, w którym nie byłoby wyścigu zbrojeń, tylko wyścig o to, kto pierwszy uczyni ludzkość szczęśliwszą. Ale za dwa lata zdarzy się coś, co zachwieje jego wiarą w taką przyszłość.
– Co takiego? – zapytał Steve i popatrzył na rozmawiającego swobodnie z Antonem Howarda.
– Za dwa lata ten człowiek go zdradzi – oznajmił Tony, odwrócił się tyłem do tarasu i popatrzył na Kapitana Amerykę. – Chodźmy stąd. Lepiej, żeby nas nie zauważyli.
Tony skierował się w stronę schodów, a Steve szedł za nim. Kiedy zaczęli się wspinać po stopniach, w połowie drogi na górę Iron Man zatrzymał się, spojrzał na kompana i oświadczył:
– Aha, a ta brunetka, która siedziała obok taty…
– Co z nią? – zainteresował się Kapitan Ameryka.
– To moja matka.
Godzina 21:03
Maria Collins Carbonell była cudowną kobietą. Miała brązowe, prawie czarne włosy sięgające do ramion i pociągłą twarz z małym noskiem. Miała też ciemne oczy, w których można się było zapomnieć. Jednak to, co było w niej najbardziej pociągające, wychodziło na jaw z chwilą, kiedy rozpoczynało się z nią rozmowę. Maria posiadała szeroką wiedzę w zakresie kultury, zarówno wysokiej, jak i tej najnowszej, potrafiła rozmawiać o polityce i o finansach, a przy tym była w stanie podchodzić do wszystkiego z humorem i taktem.
Nic więc dziwnego, że Howard Stark zakochał się w niej. Od chwili ich pierwszego spotkania na jakimś balu dobroczynnym i pierwszej przeprowadzonej z nią rozmowy na temat dzieci-kwiatów wszystkie inne kobiety przestały się dla niego liczyć. Być może dotąd wybierał zbyt przeciętne kobiety, a być może tylko takie mu się zawsze zdawały, w każdym razie Maria nie była przeciętna ani przez chwilę. Tak czy inaczej, resztę wieczoru rozmawiał tylko z nią, a kiedy powrócił do domu myślał tylko o niej. Z czasem zaczęli się częściej spotykać. Chodzili razem do teatru, na bale, czy – jak dzisiejszego dnia – na lunche. I tak oto niespodziewanie minął Howardowi rok. Rok, którego za nic by nie oddał.
I teraz – w przeddzień tak wielkiego wydarzenia, które mogło się okazać dniem jego triumfu albo dniem jego zguby – Howard chciał myśleć tylko o niej. Chciał na chwilę zapomnieć o tym, co miało się stać następnego dnia. Ale nie potrafił. W zasadzie sam był sobie winien. Za dużo sobie na jutro zaplanował.
Ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Howard westchnął, zaprosił tego kogoś do środka, po czym splótł ręce i położył je na biurku. Chwilę potem do środka wszedł Tony i uśmiechnął się do ojca przyjaźnie.
– Zdenerwowany? – spytał, zamykając za sobą drzwi.
– Trochę – odparł Howard i również się uśmiechnął. Zaraz jednak jego uśmiech zrzedł. Na twarzy Howarda zaczęło malować się zmęczenie. – To nie to, że mam jutro zaprezentować moje największe dzieło przed tłumem ludzi, z czego połowa uważa mnie za kompletnego dupka, a do tego jakieś typki z przyszłości chcą mnie zabić.
Tony widział napięcie wylewające się z oblicza ojca. Prawdę mówiąc, już wcześniej domyślał się wszystkich uczuć, jakie musiał odczuwać jego rodzic. Od samego rana Howard przeskakiwał z pogodnego stanu umysłu do zdenerwowania. Nawet po popołudniowym spotkaniu, które napełniło go energią do dalszego działania, w końcu się wypalił i postanowił zjeść kolację u siebie w gabinecie. Tony postanowił więc, że z nim porozmawia.
Usiadł na fotelu, który zajmował poprzednim razem, i przechylił się do przodu.
– Obaj wiemy, że standardowe: „Nie martw się, poradzisz sobie, wspieramy cię.” w tym przypadku nie zadziała, więc powiem tak… – Tony zamilkł na chwilę, po czym wziął głęboki oddech i popatrzył na ojca. – Kiedy już staniesz na tym placu, zapomnij o zamachowcach. Zresztą o nas też zapomnij.
– To będzie raczej trudne – stwierdził Howard. – Pewnie będę was widział.
– Nie sądzę, jesteśmy mistrzami kamuflażu. W każdym razie – Tony spoważniał – my zajmiemy się zamachowcami. Twoim zadaniem – aż wycelował palec w stronę swojego rozmówcy – będzie oczarować publiczność i pokazać jej, że reaktor łukowy jest najlepszą rzeczą od czasów LSD.
Howard prychnął śmiechem, ale jego twarz nadal zdradzała niepewność. Dlatego Tony postanowił podejść do tego inaczej.
– A co czułeś, kiedy pomagałeś Steve’owi ratować żołnierzy z rąk HYDRY?
– To co innego. Ja tylko przelatywałem nad ich terytorium. Kapitan Ameryka odwalił całą robotę.
– Gówno prawda, tato.
– Tony, nie wyrażaj się.
– Dobrze wiesz, że Steve nigdy by tam nie dotarł, gdybyś się na to nie zgodził, to po pierwsze. A po drugie, mogli cię w każdej chwili zestrzelić. Ty wiesz, ile razy Steve mi o tym opowiadał? Z tysiąc co najmniej. I zawsze powtarza, że w którymś momencie zapytałeś, ot tak sobie, agentkę Carter, czy wybierze się z tobą na fondue. Myślę, że poradzisz sobie z poprowadzeniem prezentacji mimo tego, że paru gości chce cię sprzątnąć. Pamiętaj – twarz Tony’ego rozpromienił zadziorny uśmieszek – jesteśmy Starkami. Szaleństwo mamy we krwi.
Przez chwilę Howard nic nie odpowiadał, tylko spojrzał w bok, a konkretnie – na pierwszą z brzegu szufladę biurka. Następnie podniósł znów wzrok na syna i z lekkim uśmiechem powiedział:
– Możesz tu na chwilę przyjść, Tony? Chciałbym ci coś pokazać.
Nieco zaintrygowany Tony podszedł do biurka, a wtedy Howard otworzył szufladę, wyciągnął z niej jakiś mały przedmiot. Na początku Tony nie za bardzo widział, co to za przedmiot, ale kiedy ojciec położył go przed sobą na blacie, wtedy młodszy ze Starków ujrzał małe, kwadratowe pudełeczko. Howard nie musiał go nawet otwierać, każdy domyśliłby się, co znajduje się w środku, ale i tak to zrobił i oczom Tony’ego ukazał się pierścionek z małym, niebieskim brylantem.
I nagle Tony przypomniał sobie pewien mały szczegół, który mu wcześniej umknął. Coś, o czym dawno temu wspominała mu matka.
Ojciec oświadczył się jej po prezentacji. Przeprosił prasę, zabrał swoją przyszłą żonę do pobliskiego hangaru i tuż obok jakiegoś wielgachnego czołgu poprosił ją o rękę. Matka rzadko o tym wspominała i dlatego Tony’emu wypadło to z głowy, ale teraz, kiedy sobie o tym przypomniał, poczuł się zmieszany. Z jednej strony bardzo się cieszył, z drugiej… Boże…
– O, aż tak źle? – spytał Howard, zaniepokojony długim milczeniem i zszokowanym wyrazem twarzy Tony’ego. – Czyżbym miał się oświadczyć złej kobiecie?
– Nie. – Tony ocknął się z nagłego oszołomienia i popatrzył na ojca. – Bynajmniej, to właściwa kobieta.
Twarz Howarda rozpromienił szeroki uśmiech, który najpierw był uśmiechem ulgi, a potem przerodził się w radość. Zachciało mu się śpiewać i tańczyć. Wszystkie jego obawy odnośnie tego, czy Maria go przyjmie, czy nie wyparowały w jednej chwili. Zaraz jednak zauważył zmartwienie na twarzy swojego syna i jego radość nieco osłabła.
– Ale skoro tak ma być – zaczął Howard – to dlaczego tak zareagowałeś jak zobaczyłeś pierścionek?
– Bo to oznacza, że jutro jest potrójnie ważny dzień – oznajmił Tony.