Joe niedługo tu będzie. Wytrzymaj tyle, ile zdołasz.
Jack leżał w szpitalnym łóżku i rozmyślał o tych słowach. Luke wypowiedział je, kiedy lekarz akurat odwrócił się sprawdzając coś w gablocie z lekami. W pierwszej chwili Jack nie był pewien, czy dobrze usłyszał, no bo przecież czemu Lucky Luke miałby powiedzieć mu coś takiego? To musiał być jakiś podstęp…
Jednakże ledwie kilka dni temu Jack podsłuchał rozmowę dwóch strażników o tym, że Joe odbił z więzienia Williama. Nagle słowa Luke’a wydawały się jakby bardziej realne. I prawdę mówiąc, Jack Dalton wyczekiwał ze zniecierpliwieniem na przybycie braci.
Był tylko jeden problem.
No, może dwa.
No, może trzy.
Pierwszy problem polegał na tym, że Jack miał w tym więzieniu niedokończoną sprawę. Musiał jakoś odegrać się na łachudrach – Smithie i Nelsonie – które śmiały obrazić jego nazwisko. Oczywiście, mógłby poczekać z tym, aż przyjdą Joe i William i wspólnie z nim sprać na kwaśne jabłko Smitha i Nelsona, ale to by tylko potwierdziło, że Daltonowie są mocni tylko w kupie. Nie, tu chodziło o rodzinny honor. Jack musiał to sam załatwić.
Drugi problem był taki, że od wyjazdu Lucky Luke’a lekarz więzienny próbował trzymać Jacka jak najdłużej w lazarecie, dopóki naczelnik nie doszedł do wniosku, że średni z braci Dalton wyzdrowiał na tyle, aby wrócić do roboty. Na początku było nawet nieźle – jadł, spał, pracował przy budowaniu kolejnych pomieszczeń San Quentin (więzienie ciągle było w budowie), nawet udało mu się zagadać do niektórych współwięźniów. Starał się nie zwracać na siebie uwagi strażników, bo słyszał, że lubili oni zadawać więźniom różne kary za nieposłuszeństwo… Ale po jakimś czasie Smith i Nelson znowu go osaczyli i choć bronił się jak mógł, i tak pobili go jeszcze gorzej. Do tego stopnia, że teraz miał opatrunek na głowie i lewym nadgarstku.
Trzeci problem polegał na tym, że Jack był obecnie przywiązany za ręce i nogi do ram łóżka. Więzienny lekarz wprowadził te drastyczne i wybitnie irytujące środki ostrożności po tym, jak Jackowi udało się wymknąć z lazaretu, aby spróbować dopaść Nelsona, który miał akurat dyżur w kuchni. Nie zaszedł zbyt daleko, bo choć udało mu się uśpić strażnika w lazarecie odpowiednym medykamentem, na zewnątrz dostrzegł go inny strażnik i najpierw zabrał go pod prysznic pod wysokim ciśnieniem (co nie było zbyt przyjemne, delikatnie mówiąc; nie dość, że woda była lodowata, to jeszcze cięła go jak ostrza), a potem odprowadził do lekarza. Po jakimś czasie mięśnie zaczęły boleć Jacka po tak długim leżeniu w jednej pozycji. Zwłaszcza plecy były obolałe, nie tylko z powodu niewygody, ale i niedawnej kary.
Tak więc teraz Jack był unieruchomiony i pozostawiony sam z myślami. A myślał o tym, że gdyby Joe tu był, wpadłby na o wiele lepszy plan ucieczki. Taki, który uwzględniałby unieszkodliwienie albo chociaż uniknięcie pozostałych strażników. I nawet gdyby został złapany, szybko wymyśliłby coś innego. Zwykłe więzy by go nie powstrzymały.
Dlatego Jack Dalton, leżąc przywiązany do łóżka, zastanawiał się: Co by zrobił Joe? No cóż, pewnie zacząłby szukać jakiegoś sposobu, aby przeciąć więzy. Już i tak dobre było to, że lekarz musiał improwizować (nie chciał użyć kajdan, bo uważał, że to mogłoby pogorszyć stan zwichniętego nadgarstka Jacka, i nie mógł użyć liny, bo była potrzebna do innych, o wiele pilniejszych celów) i jako więzów użył prześcieradeł. Dlatego Jack najpierw szarpał więzami, w nadziei, że się trochę obluzują, ale związane na końcu supły wydawały się tylko zaciskać mocniej. Po jakimś czasie Jack doszedł do wniosku, że nie ma sensu iść tą drogą i trzeba wymyślić coś innego. Joe pewnie spróbowałby nakłonić kogoś do tego, aby go uwolnił albo chociaż poluzował więzy i to wydawało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem.
I tak się jakoś złożyło, że akurat ktoś przyszedł. Jakiś wysoki sanitariusz z czarnymi włosami, w białym fartuchu i z maską chirurga na twarzy. Trzymał w rękach mały nożyk i jabłko. Po chwili usiadł na krześle po lewej i powiedział:
– Cześć, Jack! Jak leci?
Jack od razu rozpoznał ten głos. Pięknie, tylko jego tu brakowało…
– Jak widać, Luke, jestem trochę uwiązany.
Tymczasem kowboj od razu przeszedł do obierania jabłka.
– Mógłbyś jakoś przeciąć te więzy? – spróbował swojego szczęścia Jack i nawet uśmiechnął się przymilnie do kowboja. – Albo je jakoś obluzować? Bardzo mi nie wygodnie. To nie dobrze tak traktować pacjenta.
Oczy Luke’a przeniosły się z jabłka na Jacka, ale nie dało się wydedukować jego wyrazu twarzy spod maski.
– Nawet gdybym chciał, nie mogę – odpowiedział i wrócił do obierania. – Po pierwsze dlatego, że lepiej, żebyś nie opuszczał na razie tego miejsca, bo Smith i Nelson cię jeszcze zabiją. A po drugie dlatego, że znam was nie od dziś i pewnie jak cię teraz uwolnię, to wytniesz jakiś numer.
No cóż, można się było tego spodziewać.
– Co tu w ogóle robisz, Lucky Luke? W dodatku w takim przebraniu.
– Przyszedłem z wizytą. Pomyślałem sobie, że pewnie przyda ci się towarzystwo.
Przez chwilę trwała cisza. Jack przeniósł wzrok z kowboja na sufit i westchnął głęboko. W głowie kłębiło mu się mnóstwo myśli na temat tego, co mógłby powiedzieć staremu wrogowi, ale ostatecznie zdecydował się na:
– Słyszałem, że byłeś przy tym, jak Joe odbił Williama z Yumy.
Luke nie przestawał kroić, ale nieco zwolnił tempo.
– Tak, byłem.
– Pomogłeś mu? – zapytał Jack.
Od kiedy usłyszał po raz pierwszy o tym, co się stało w Yumie, zastanawiało go, jaką rolę w tym wszystkim grał Lucky Luke. Zwłaszcza że słyszał o tym, że naczelnik Yumy posądzał go o współudział w ucieczce.
– Zrobiłem to, co do mnie należy – odpowiedział krótko kowboj i skończył obierać jabłko. – Joe poradził sobie sam.
Przekroił jabłko na dwie połówki, ale nagle upuścił nóż na dół.
– Ups, niezdara ze mnie – powiedział po chwili, kładąc jabłko na pobliskiej nocnej szafce.
Legendarny bohater Dzikiego Zachodu ukląkł na podłodze i zaczął szukać noża w pobliżu łóżka Jacka. Tymczasem sam Dalton znów spojrzał na sufit, zamyślając się… Zaraz jednak poczuł, że coś się dzieje z węzłem wokół jego lewej ręki. Zdał sobie sprawę z tego, że Luke trochę przycina krępujące bandytę prześcieradło przy dolnej stronie łóżka. Niebawem jego lewa ręka mogła się bardziej swobodnie poruszać, choć nadal była przywiązana. Przy odrobinie wysiłku pewnie dałoby się nawet ją uwolnić.
Luke wstał i odłożył nóż.
– Teraz ten nadgarstek będzie miał lepsze szanse wykurowania się – odpowiedział, a sądząc po jego zmrużonych oczach, uśmiechnął się pod maską. – Nie wiem, co ten lekarz sobie myślał, nie zadbawszy o to.
Spojrzał na zakratowane okno, za którym słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Luke wstał na równe nogi, otrzepał się i spojrzawszy na Jacka, powiedział:
– No cóż, czas już na mnie. Ale nie martw się, niedługo będziesz miał kolejnych gości.
Jack podniósł brwi. Miał pewne podejrzenia, co do tego, o jakich gości mu chodziło. Prawie wypowiedział je na głos, ale powstrzymał się przed tym w obawie, że ktoś mógłby go usłyszeć. Patrzył tylko, jak Lucky Luke bierze nóż i wychodzi.
A kiedy już został znów sam, Jackowi pozostało tylko poczekać na swoich braci.
To była długa droga – najpierw przedostali się ukryci na statku handlowym do Kalifornii, płynąc przez rzekę Kolorado, a potem przesiedli się na inny statek, który płynął do San Francisco. Stamtąd dotarli wreszcie do San Quentin. Więzienie, w którym znajdował się Jack, wydawało się dość małe, zwłaszcza że znajdowało się między ogromną górą, a szeroką wodą. Można powiedzieć, że było niedokończone, zwłaszcza z boku prowadzone były nadal jakieś naprawy i brakowało części muru.
Teraz najważniejsze było, aby znaleźć sposób na to, jak dostać się do środka. I Joe już wiedział jak.
Najpierw on i William znaleźli strażnika i więźnia, którzy prowadzili wózek z prześcieradłami do bocznej części budynku. Traf chciał, że więzień był na tyle wysoki, a strażnik na tyle niski, aby obaj Daltonowie mogli się za nich przebrać. Ogłuszyli obu, ściągnęli z nich ubrania i niebawem przedostali się do środka więzienia.
– Co teraz, Joe? – szepnął do brata William.
– Sprawdźmy najpierw lazaret. Mam przeczucie, że Jack jeszcze tam jest. No i z prześcieradłami mamy dobry pretekst, aby tam iść.
Rzeczywiście, kiedy tylko inni strażnicy zobaczyli wiozących wóz z prześcieradłami osobników, szybko skierowali ich do szpitalnej części San Quentin. A kiedy już dwaj Daltonowie przeszli przez główne drzwi i ogłuszyli również tamtejszego strażnika, zaczęli rozglądać się po łóżkach w poszukiwaniu brata. A wtedy podszedł do nich lekarz.
– Trochę się spóźniliście…
Urwał nagle, bo Joe rzucił mu wściekłe spojrzenie, a następnie skierował w niego rewolwer.
– Jack Dalton. Gdzie on leży? – zapytał po chwili, odbezpieczając pistolet.
– Nie-nie możecie go jeszcze zabrać – odpowiedział lekarz. – Nadal potrzebuje… potrzebuje opieki medycznej.
– O to się nie martw, doktorku – wtrącił z chytrym uśmieszkiem William. – Mamy doświadczenie z leczeniem się w biegu.
– A teraz mów: gdzie jest Jack Dalton? – powtórzył Joe.
Zanim jednak lekarz zdążył cokolwiek odpowiedzieć, sam Jack zawołał:
– Tu jestem, Joe!
Kiedy dwaj Daltonowie odnaleźli trzeciego, Jack wyglądał gorzej, niż Joe to sobie wyobrażał. Nie dość, że na jego twarzy były liczne sińce, na ustach znajdowała się ledwo zabliźniona rana, a głowę owijał bandaż, to jeszcze Jack był przywiązany do łóżka jak w jakimś domu dla obłąkanych.
– Williamie – zaczął starszy z Daltonów.
– Tak, Joe? – Młodszy spojrzał na niego.
– Przetnij te więzy.
William tylko przytaknął i Joe przekazał mu nóż. Jack przyjrzał się swojemu wybawicielowi i powiedział z pewnym niepokojem:
– Nie wyglądasz zbyt dobrze.
– Ty też nie. – Padła nonszalancka odpowiedź. Obaj wymienili lekkie uśmiechy.
Kiedy William zabrał się za przecinanie więzów (co poszło dość szybko, bo Jackowi udało się uwolnić lewą rękę), herszt Daltonów zwrócił się do lekarza:
– Co mu jest? No już, gadaj.
Medyk zaczął niepewnie:
– Został pobity…
– To wiem, ale co mu zrobili, tak dokładnie?
– Ma zwichnięty lewy nadgarstek i kilka sińców i skaleczeń. Doznał urazu głowy po uderzeniu o umywalkę, ale nie sądzę, aby doszło do wstrząsu mózgu. Niemniej jednak lepiej, żeby tutaj został.
– No dobrze, a jak wyjaśnisz te więzy? – spytał Joe z ledwo krytym gniewem w głosie.
William pomógł wstać już uwolnionemu Jackowi, który poświęcił chwilę, aby rozciągnąć się.
– To-to dla jego dobra – odpowiedział przerażony lekarz. – Poza lazaretem by go zabili.
– Kto? – zapytał ostro Joe, wciąż celując do medyka.
– Smith i Nelson.
Tę odpowiedź udzielił jednak Jack. Joe odwrócił się w jego stronę.
– Wskaż mi ich. Zabiję szczurów.
– Nie, Joe – oświadczył Jack. – Nie zrobisz tego.
– Niby dlaczego? – spytał Joe, rzucając mu chłodne spojrzenie.
– Bo ja to muszę zrobić.
Spojrzenie Jacka było poważne i nie znoszące sprzeciwu. To była dla niego sprawa osobista.
Jednak Joe odparł:
– Wykluczone. Daltonowie razem stawiają czoła wrogom.
– I tu leży problem. Oni twierdzili, że pojedynczy Daltonowie nic nie mogą.
Joe jeszcze raz przyjrzał się obrażeniom na twarzy Jacka, a potem opatrzonemu nadgarstkowi. Oczy Jacka płonęły chęcią zemsty, ale on sam wydawał się osłabiony.
Przed oczami Joego Daltona stanął o wiele młodszy Jack, który twierdził, że jakiś osiłek się nad nim znęcał, i poprosił starszego brata o pomoc. Wtedy zirytowany Joe skrzyknął resztę braci i wziął się od razu za opracowywanie zemsty.
Zwłaszcza że tak naprawdę tylko on miał prawo bić swoich braci.
– Bo tak jest! Beze mnie nic nie możecie zrobić! – wrzasnął Joe i zarówno William, jak i Jack spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Mimo to mówił dalej: – Popatrz, co się stało, kiedy nas rozdzielili. Ciebie pobili i związali, Williama wsadzili do izolatki, a Averell pewnie teraz umiera z głodu, bo coś sobie ubzdurał. Dlatego teraz wszyscy trzej wywrzemy zemstę na łajzach, które cię pobiły, Jacku, a potem uciekamy.
William i Jack wciąż patrzyli na niego oniemiali. Zaraz jednak postanowili zaprotestować.
– Ty też nic nie możesz bez nas zrobić. – Jack odezwał się pierwszy.
– Właśnie, bez nas nie mógłbyś zrealizować żadnego planu! – dodał William.
Joe pociągnął ręką po twarzy z irytacji. Zdarzało się, że jego bracia mu się sprzeciwiali. Najczęściej robił to Averell, kiedy coś mu się pokręciło i doszedł do wniosku, że był na Joego obrażony, ale Williamowi i Jackowi też to się zdarzało. A najgorzej było, jak się dąsali wszyscy trzej, jakby zapomnieli, kto tu jest szefem.
W każdym razie Joe Dalton poczuł znów wrastającą w nim frustrację.
– Ach, tak? Ja nic bez was nie zrobię? Samodzielnie uciekłem z paki, żeby was uwolnić i to niby jest nic? – Spojrzał na Williama i dodał: – A ciebie to pewnie jakaś dobra wróżka z więzienia w Yumie wydostała, co?
– Nie chrzań! – zawołał William. – Miałeś pomoc!
– To się nie liczy i wiesz o tym! Zresztą dobrze, bądźcie sobie niewdzięczni. Nie zamierzam tracić więcej czasu. – Następnie zwrócił się do lekarza: – W których celach siedzą ci Smith i Nelson?
Doktora zaskoczyło, że tak nagle uwaga Joe Daltona przeszła znów na niego. Przez chwilę milczał, przyglądając się nadal wycelowanemu w niego rewolwerowi, zaraz jednak przeniósł wzrok na Joego i powiedział:
– Chyba nie myślisz, że ci to powiem.
– Powiesz, jeśli nie chcesz kulki w łeb.
– Jestem odpowiedzialny za zdrowie i życie osadzonych. Wszystkich osadzonych. Jeśli sam mam zginąć, to trudno.
Zanim najstarszy z Daltonów pociągnął za spust, Jack szybko do niego podszedł i powiedział:
– Daj spokój, Joe. Wiem gdzie oni są. Zaprowadzę was.
Joe spojrzał na brata, potem na lekarza, a potem znów na Jacka.
– Facet przywiązał cię do łóżka.
– Tak, ale jak go zabijemy, zrobimy niepotrzebne zamieszanie.
– Jak damy mu żyć, to je on zrobi.
– Jest na to prosty sposób – stwierdził William i ogłuszył lekarza kolbą swojego rewolweru. – Zanim się ocknie, będzie już po wszystkim.
– Staliście się zdecydowanie za miękcy – zauważył Joe i schował broń. – Żeby zostawiać tak świadków żywych…
– Głupio tak zabijać więziennych lekarzy – odparł Jack, a William dodał:
– Ten w Teksasie zawsze był dla nas miły.
Joe westchnął ciężko.
– Dobra, Jack: prowadź.
– Nie tak szybko, chłopcy! – Joe po raz kolejny usłyszał za sobą znienawidzony głos.
Po chwili z wózka z pościelą wyszedł Lucky Luke, z jakiegoś powodu ubrany w biały fartuch i z wiszącą na szyi maską chirurga. Joe od razu zaczął do niego strzelać, ale zdał sobie sprawę, że rewolwer nie odpala. Otworzył bębenek i odkrył, że nie ma żadnego naboju.
– Kiedy to zrobiłeś?! – Spojrzał ze zdziwieniem na kowboja.
– Kiedy tylko zdałem sobie sprawę, jak tu wejdziecie. Wiedziałem, że postanowisz wykorzystać broń strażnika, aby nie nosić zbyt wiele żelastwa. Pogadałem z tym strażnikiem, którego najprawdopodobniej wziąłbyś na cel, i po kryjomu usunąłem mu naboje.
William spróbował strzelić ze swojego rewolweru, ale Luke jak zwykle był szybszy i rozbroił go. Nagle spoważniał i dodał:
– Dwie trzecie drogi za tobą, Joe. Co teraz zrobisz?
– To proste: pomszczę Jacka i nasze nazwisko.
– Właśnie, Luke – odezwał się William. – Nie możemy pozwolić, aby obrażały nas jakieś łachudry i do tego bezkarnie biły jednego z nas.
– A nie sądzicie, że byłoby to marnotrawstwo czasu i energii? Zwłaszcza że macie gdzie iść.
– Jesteśmy Daltonami – odparł Jack. – To sprawa honoru.
– Przypominam, że jeszcze nie udało wam się uciec. A jak was złapią, to pewnie nie tylko Joe i William wrócą do swoich więzień, lecz Averell pozostanie nadal w Sundance.
Na wspomnienie najmłodszego brata William i Jack się zmieszali. Tylko Joe nadal spoglądał na Luke’a chłodnym wzrokiem. Kowboj z kolei uśmiechnął się szeroko i dodał:
– A wiecie, że Mama Dalton nie będzie zadowolona z takiego partactwa.
Joe włożył rewolwer z powrotem do kabury, po czym wskazał rannego Jacka.
– Popatrz na niego! Popatrz co mu zrobili! Czy uważasz, że to sprawiedliwe?
Luke spoważniał i spojrzał.
– Nie, w żadnym razie nie jest.
– Z tego, co się orientuję, tamci nie zostali ukarani.
– Zostali wychłostani – odparł szybko Luke.
– To za mało – ciągnął Joe. – Muszą wiedzieć, że ukaraliśmy ich my. Dlatego żądam satysfakcji!
– Przyjdzie na to czas, Joe. Ale teraz wy możecie wybrać: zmarnujecie czas i wywrzecie zemstę albo natychmiast ruszycie do Wyoming i uratujecie młodszego braciszka.
Joe pomyślał o Averellu. Nie znosił go – jego tępoty, jego ciągłego ględzenia o jedzeniu, jego głupich wybryków, które często psuły misterne plany Joego. Ale jednocześnie Averell był jego bratem i oczkiem w głowie ich matki. I co do jednej rzeczy Mama Dalton miała rację – ich najmłodszy brat był najbardziej delikatny. A co za tym idzie, jego trzeba było chronić najmocniej.
Joe spojrzał na swojego wroga i oświadczył:
– To jeszcze nie koniec. Prędzej czy później, zapłacą za to, co zrobili.
Nagle po drugiej stronie drzwi do lazaretu rozpętał się chaos – dało się słychać krzyki i bicie na alarm. Joe miał pewne podejrzenia co do tego, co się stało i rzucił Luke’owi wściekłe spojrzenie.
– Jeszcze jeden powód, aby się jak najszybciej zmyć – powiedział kowboj, uśmiechając się do bandyty.
Joe kazał Jackowi wejść do wózka i ukryć się pod pościelą. Następnie on i William zaczęli znów pchać wózek. Joe postanowił przejść do pralni i stamtąd spróbować uciec. Wszystkim po drodze mówili wraz z Williamem, że właśnie biorą brudne prześcieradła do prania, przy czym bardzo starali się nie pokazywać swoich twarzy. Nie na wiele im to się zdało, bo wkrótce zostali rozpoznani przez jednego z więźniów. Wtedy Joe postanowił porzucić wszelką subtelność i wraz z Jackiem i Williamem pobiegli w stronę niedokończonego muru.
Niebawem byli wolni. Teraz pozostało im tylko dotrzeć do więzienia w Sundance.
Jack jadł wraz z Williamem jajecznicę z boczkiem. Siedzieli teraz w jakiejś opuszczonej kopalni.
Bracia Daltonowie spędzili wiele takich wieczorów tuż po ucieczce z więzienia albo w przeddzień kolejnego wielkiego skoku, ukrywając się przed Lucky Lukiem, i kiedy Jack leżał tak przywiązany do łóżka w San Quentin, wielokrotnie wracał do tamtych dni z pewnym rozrzewnieniem. Jasne, Averell wkurzał Joe swoimi głupimi tekstami, Joe wiecznie się pieklił i Jack wraz z Williamem wciąż musieli go uspokajać, a i jedzenie często nie było zbyt dobre i zdarzały się jakieś nieprzyjemne przygody… ale prawie przypominało to rodzinny piknik albo biwak, tylko z elementem bycia ściganymi przez prawo. Wszystko zawsze wydawało się na swoim miejscu.
Teraz jednak nieobecność Averella była wyczuwalna poprzez dziwny spokój i ciszę. Nikt nie prosił o dokładkę jedzenia, nikt nie zrozumiał opatrznie jakiegoś elementu planu Joego, nikt nie komentował, że zobaczył coś śmiesznego. Pewnie jeszcze jakiś miesiąc temu Joe, William i Jack powitaliby tę ciszę z ulgą i radością, jednak teraz wydawała się ona upiorna. Zwłaszcza że mogły je wypełnić różne, niechciane myśli.
Jack spojrzał na opartego o kamień Joego, który siedział ze złożonymi rękami. Jego brew była zmarszczona, jego wzrok skierowany w przestrzeń przed nim – Joe Dalton ewidentnie nad czymś gorączkowo myślał. A potem nagle westchnął ciężko, zamknął oczy i spuścił głowę tak, że połączone kciuki dotykały jego czoła.
– Coś nie tak, Joe? – zapytał Jack.
– Właśnie – wtrącił William – milczysz od dłuższego czasu.
Starszy brat otworzył oczy i spojrzał w ich stronę. Przez chwilę Jackowi wydawało się, że widzi na twarzy Joego zmartwienie, ale szybko odrzucił tę myśl.
– Konno nie dotrzemy zbyt szybko do Wyoming, a co dopiero Sundance. Rzeką też nie – odezwał się wreszcie Joe.
– Pozostaje pociąg – stwierdził William. – Z Sacramento przez Nevadę i Utah możemy dotrzeć do Wyoming, ale co dalej? Przydałaby się mapa. Może będzie jakaś w Sacramento?
Nagle coś przyszło Jackowi do głowy.
– Joe, nawet jeśli wejdziemy do pociągu, to nie mamy pewności jak szybko będzie jechał i na ilu stacjach się będzie zatrzymywał.
Na twarzy Joego pojawił się szeroki, triumfalny uśmiech.
– Rozwiązanie jest proste, Jack: porwiemy ten pociąg i zmusimy maszynistę, aby zawiózł nas do Sundance.
Tymczasem stojący przy wejściu do kopalni i podsłuchujący całą tę niesioną przez echo konwersację Lucky Luke również się uśmiechnął. Poznawszy plan Daltonów, mógł wprowadzić w życie własny.
Będąc dostatecznie daleko od kopalni, aby Daltonowie nie usłyszeli tętentu kopyt, Lucky Luke wskoczył na Jolly Jumpera i wyruszyli galopem do Sacramento. Tak się złożyło, że tamtejszym konduktorem był jego stary przyjaciel, Gus. Jeśli dopisze im szczęście, jego inny znajomy też mógł tam być akurat tego dnia.
Na miejsce samotny kowboj i jego rumak dotarli niecałe dwa dni później, pod wieczór.
– Hej, Luke! Co tam u ciebie? – powiedział Gus, wychodząc kowbojowi naprzeciw. – Słyszałem, że teraz pomagasz Daltonom uciec z więzienia. Powiedz mi, że to nieprawda.
– Na pewno niepełna – odpowiedział Luke. – Niedługo znowu zawiozę ich do więzienia, ale jeszcze nie teraz.
– Coś ty zawsze taki tajemniczy?
Luke uśmiechnął się lekko.
– Przeprowadzam eksperyment, Gus. I potrzebuję twojej pomocy. Twojej i Dylana.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
