Fanfiction · Lipiec z Lucky Lukiem · Lucky Luke · Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – [FF] Daltonowie rozdzieleni, cz. 6

Kiedy trzej Daltonowie znaleźli się następnego ranka w Sacramento i dotarli na stację kolejową, zdali sobie sprawę z tego, że było tam dosyć pustawo i cicho. Można by się było spodziewać, że na stacji będzie się kręcić mnóstwo pasażerów, ale nie – Daltonowie byli jedynymi, którzy przechadzali się koło czekającego już na torach pociągu z dwoma wagonami pasażerskimi i jednym na bydło. Było w tym coś niepokojącego. I irytującego.

– Co tu się dzieje? – zapytał nieco już podenerwowany Joe. – Dlaczego nikogo tutaj nie ma?!

– Dzisiaj odbędzie się przejazd techniczny – odpowiedział z mocnym południowym akcentem jakiś głos, który zdawał się pochodzić z lokomotywy. Daltonowie ruszyli w tamtą stronę, a tymczasem ktoś inny dodał:

– Jakieś cuda niewidy wymyślają ci na górze. W każdym razie dzisiaj pociąg nie przyjmuje pasażerów. Strasznie to zaburzy działanie kolei, ale hej, to oni rządzą.

Joe, William i Jack dotarli do lokomotywy, gdzie siedziało dwóch ludzi w strojach maszynisty. Jeden był gruby i łysy, ale przez sadzę na twarzy i cień trudno było zobaczyć, jak wyglądał drugi. Jedynie jego szczupła sylwetka wyróżniała go od kolegi.

Na widok bandytów nagle zamarli obaj. Joe uśmiechnął się szeroko.

– To się nawet dobrze składa – powiedział i wyciągnął wraz z braćmi pistolety z kabur. – Zawieziecie nas prosto do Wyoming.

Maszyniści podnieśli ręce i ten szczuplejszy drżącym głosem, który tylko bardziej uwydatnił jego mocny akcent, odparł:

– O-o-oczywiście, p-p-panie Dalton. Wsiadajcie do p-p-pierwszego wago-wagonika i ruszamy.


Siedzący w wagonie dla bydła, na wszelki wypadek wysmarowany sadzą Jolly Jumper pokręcił głową z lekkim zażenowaniem.

– Nie szarżuj aż tak bardzo z tym dramatyzmem, kowboju. Jeszcze się zorientują, że kariera aktorska ci nie wyszła.

Po chwili drzwi do wagonu się otworzyły i wprowadzono do środka trzy konie, które tymczasowo służyły Daltonom za środek transportu. Jolly nie był pewien, czy zostały wypożyczone Luke’owi przez Wells Fargo, czy pochodziły z San Quentin, czy może Daltonowie ukradli je z jakiejś farmy. Dawno już przestał śledzić rozwój wypadków w tym „eksperymencie”.

– O patrzcie – odezwał się jeden z koni spoglądając na Jolly’ego. – Ty pewnie jesteś koniem pociągowym. One zawsze są brudne.

– Tak, chociaż raczej ten jest jakiś taki chuderlawy – dodał inny koń.

Wszystkie trzy zaczęły rżeć. Jolly westchnął.

– Co ja muszę wycierpieć dla dobra nauki!


Averell nie tylko nie chce wracać do celi po ogłoszeniu końca pracy, ale też opuścił kilka posiłków… Najwyraźniej Averell szczerze wierzy w to, że jeśli się będzie dobrze sprawował, wyrok zostanie anulowany i znowu traficie wszyscy do jednej celi.

Siedząc w wagonie pociągu i spoglądając na kalifornijski krajobraz za oknem, Joe myślał tylko o nadchodzącym wyzwaniu. Wiedział już mniej więcej co zrobi, kiedy wreszcie dotrze do więzienia w Sudance: zamierzał wybić swojemu najmłodszemu bratu z głowy te głupie pomysły. Dlaczego Averell zawsze musiał być taki irytujący, męczący i tępy? Dlaczego zawsze były z nim jakieś kłopoty?

Joe rozejrzał się po wagonie. Zmęczony Jack rozłożył się na miejscu naprzeciwko Joego, używając torby jako poduszki. Od ucieczki z San Quentin szybko się męczył, co pewnie miało jakiś związek z jego stanem zdrowia. William tymczasem przeciwnie – wydawał się pobudzony i chodził w tę i z powrotem po wagonie. Jego oczy były nadal podkrążone, a skóra nadal nieco blada, choć z każdym dniem wyglądał trochę lepiej. Tak czy inaczej, teoretycznie jego dwaj bracia byli bezpieczni, ale dopiero zaczęli dochodzić do siebie po tym, co ich spotkało.

Ze względu na niereformowalność podsądnych sąd nakazuje umieszczenie każdego z nich w innym więzieniu…

Joe zacisnął pięści. Ten przeklęty sędzia! Do tego jeszcze kiedy wydawał wyrok, miał na twarzy ten obrzydliwie pewny siebie uśmieszek. Już wtedy herszt Daltonów chciał go zetrzeć, najlepiej za pomocą rewolweru, ale Lucky Luke mu nie pozwolił. Wszystko, co im się od tamtego procesu przydarzyło, było winą tego sędziego – rozdzielenie, William w izolatce, obrażenia Jacka i głupia głodówka Averella.

Joe wiedział przeto, co zrobią, kiedy wreszcie odbiją z więzienia ostatniego brata – odnajdą tego parszywca Archera i dokonają słodkiej zemsty. Tak, najstarszy z Daltonów cieszył się na samą myśl o wszystkich tych paskudnych rzeczach, które miał zamiar zrobić sędziemu…

Ale nagle poczuł burczenie w brzuchu. Co więcej, po chwili zaburczały też brzuchy jego braci. William nagle się zatrzymał, a Jack obudził i powoli wstał.

– To już chyba pora drugiego śniadania – stwierdził zaraz potem i wyciągnął z torby jakiejś kanapki.

William usiadł obok niego, odebrał jedzenie i dodał:

– Zwykle to Averell ciągle ględzi o żarciu.

– Bo ma nieposkromiony apetyt – odparł Jack, podając ostatnią kanapkę Joemu. – Ale przynajmniej podczas pościgu przypomina o tym, aby gdzieś się na obiad zatrzymać.

Te słowa sprawiły, że ręka Joego z kanapką zatrzymała się w połowie drogi do jego ust. A potem przypomniał sobie, kiedy podczas jednej ucieczki Averell narzekał, że uciekali na pusty żołądek. I wtedy Joe powiedział, trochę żartobliwie…

Ja jestem mózgiem, a ty żołądkiem.

– Coś się stało, Joe? – zapytał William, wyciągając starszego brata z zamyślenia.

Joe spojrzał na niego.

– Nie, nic – odparł, po czym dodał z rozdrażnieniem: – Kiedy wreszcie dojedziemy do tego Wyoming? Ten pociąg wlecze się jak ślimak!

I dopiero wtedy wziął się za jedzenie.


Tymczasem w lokomotywie, przebrany za maszynistę Luke dorzucił jeszcze trochę węgla do pieca, a następnie podszedł do kierującego pociągiem kolegi.

– Niedługo trzeba będzie zrobić zamianę. Czekają nas ponad dwa dni jazdy.

– Nie bój żaby! Stary Dylan Masterson nie takie dystanse pokonywał! – zawołał jego towarzysz.

– Jeszcze raz dzięki, że się zgodziłeś na to szaleństwo – odparł kowboj. – Mam nadzieję, że nie będziesz miał przez to kłopotów.

Jeszcze w Sacramento Lucky Luke poprosił Gusa o to, aby wysłał do pozostałych stacji telegram o „przejeździe technicznym”. Samotny kowboj rozważał poproszenie szefów kampanii Central Pacific i Union Pacific o to, aby użyczyli im któregoś ze swoich pociągów do celów tajnej misji (zwłaszcza że wielokrotnie pomagał im z różnymi problemami natury przestępczej), jednak po ostatnich rewelacjach doszedł do wniosku, że mogli uznać, że pracuje z Daltonami i mu odmówić. Ten dyskretny przekręt miał większe szanse powodzenia.

– Porwanie pociągu przez Daltonów będzie odpowiednim usprawiedliwieniem dla moich przełożonych – zapewnił go Dylan. – A tak poza tym jest to zawsze jakieś urozmaicenie. – Nagle spoważniał i dodał: – Wiesz, nawet trochę im kibicuję.

– Komu? – spytał Luke.

– Daltonom. Też mam rodzeństwo. Dwóch braci i siostrę. Tak sobie myślę, że gdyby nas siłą rozdzielono, to też bym zrobił wszystko, aby się z nimi znów połączyć.

– Nawet jak zwykle doprowadzacie się do szału? – dopytywał Luke z lekkim uśmiechem.

– Doprowadzanie się nawzajem do szału jest normalne, ale wiesz… Nie rozdziela się tak gwałtownie rodzeństwa. Zwłaszcza kiedy nie jest ono na to gotowe.

Z tym wyjątkowo Lucky Luke mógł się zgodzić.


Podróż z Sacramento do Sundance trwała dwa dni i miała tylko jedną przerwę, kiedy dotarli do Promotory w stanie Utah. Wtedy pociąg zszedł z linii Central Pacific na linię Union Pacific.

– Ej, co się dzieje?! Czemu stajemy?! – protestował Joe Dalton.

– Paliwo się kończy – wyjaśnił Dylan. – Jeśli teraz nie uzupełnimy, utkniemy po środku niczego.

– To nie potrwa długo, panie Dalton – dodał Lucky Luke z południowym akcentem. – A w między czasie możecie też coś porobić przed odjazdem.

Podczas gdy Luke i Dylan uzupełniali zapasy jedzenia i węgla, Daltonowie rozprostowali kości i zdobyli własny prowiant (Luke miał ich na oku i sprawdzał, czy nie wpadli na pomysł, aby napaść na jakiś bank, ale nie – ukradli tylko jedzenie i jakieś narzędzia, które zapewne były im potrzebne do włamania się do więzienia). Konie również zostały nakarmione.

Po niecałej godzinie postoju pociąg ruszył dalej i już się nie zatrzymywał aż do Cheyenne w stanie Wyoming. To był przystanek Kolei Transkontynentalnej znajdujący się najbliżej Sundance. I tak czekał na Daltonów szmat drogi, ale przynajmniej ten ostatni kawałek mogli pokonać konno.


Po tym jak już w Cheyenne bracia ruszyli w swoją stronę, Lucky Luke po kryjomu wyprowadził z wagonu na bydło Jolly Jumpera i szybko doprowadził siebie i jego do dawnego stanu.

– I jak było z końmi Daltonów? – zapytał Luke, przebierając się w swój zwykły strój.

– Weź mi nawet o tych prostakach nie przypominaj! – odpowiedział jego wierny rumak, zanurzając się w rzece. – To były najgorsze dwa dni mojego życia! Nie ma nic gorszego niż grupa wyrostków, która myśli, że jest zabawna, a ich repertuar ogranicza się do bąków!

– Teraz będziesz ich widział tylko z daleka.

Luke nawet porządnie nie oporządził Jolly’ego (ku rozczarowaniu konia), bo nie było na to czasu. Musieli zaraz ruszać za Daltonami do ich ostatniego przystanku – więzienia w Sundance.


Po niemal dziesięciu godzinach w siodle, Joe, William i Jack wreszcie ujrzeli więzienie w Sundance, które prawie nie wyglądało jak więzienie, a jak zwykły budynek, do którego więzienie dobudowano. Joe poczuł, jak coś go ściska w dołku. Już niedługo bracia Dalton będą znowu razem i ten koszmar się skończy. Czekał na tę chwilę niemal od momentu, kiedy postanowił uciec. Jednak obawiał się tego, co zastanie za murami więzienia Sundance. Sądząc po twarzach Jacka i Williama, oni też byli pełni obaw.

– Poczekaj jeszcze trochę, Averell – powiedział Joe, spoglądając na więzienie przed nimi. – Niedługo cię stąd wyciągniemy.

William i Jack przytaknęli jednocześnie, potwierdzając swoją gotowość. Na twarzach wszystkich trzech Daltonów pojawiła się determinacja.


Wejście do środka więzienia z Sudance okazało się banalnie proste. Daltonowie zaczęli od wspięcia się za pomocą lin z hakami na drewniany płot ogradzający dziedziniec. Wybrali też porę, w której najbliższa im wieżyczka nie była zajęta przez strażnika, tak więc kiedy wreszcie stanęli na prowadzącym do niej podeście, spodziewali się, że będą musieli zająć się strażnikami w przeciwległej wieżyczce… jednak ona też wydawała się pusta.

Tak samo jak dziedziniec, który był pozbawiony nie tylko strażników, ale i światła. Było coś dziwnego i upiornego w ciszy, która panowała w tym miejscu. Nie chodziło tylko o to, że w dzień było to miejsce pełne życia, bo więźniowie chodzili po całym dziedzińcu i zajmowali się tłuczeniem kamieni. Daltonowie z doświadczenia wiedzieli, że nawet w nocy powinni być tam przynajmniej dwaj-trzej strażnicy sprawdzający, czy czasem ktoś nie próbuje przekopać się na drugą stronę. A mimo to, nikogo nie zastali.

Chociaż nie można było powiedzieć, że było całkowicie cicho. Albowiem z głównego budynku więzienia dochodziły odgłosy jakiegoś wielkiego zamieszania, a w oknach świeciła się znajoma, czerwona łuna.

Ogień! Ktoś zaprószył ogień w więzieniu!

– Dlaczego mam wrażenie, że Lucky Luke to zorganizował? – powiedział do siebie Joe.

Zaraz potem główne drzwi na dziedziniec otworzyły się i został przez nie wprowadzony tłum więźniów. Daltonowie natychmiast ukryli się w pobliskiej wieżyczce i obserwowali wszystko z ukrycia. Jednocześnie czujne oczy Joego, Williama i Jacka wypatrywały pośród morza żółto-czarnych pasków znajomej, wysokiej postaci o głupkowatym wyrazie twarzy. Nie było to jednak łatwe, bo jedyne światła pochodziły z okien budynku i z latarni jednego z dwóch strażników pozostawionych na straży więźniów. Joe był też przekonany, że nie wszyscy osadzeni znaleźli się na dziedzińcu i że przynajmniej połowa została oddelegowana do pomocy przy gaszeniu pożaru.

Joe miał szczerą nadzieję, że jego młodszy braciszek nie był jednym z nich.

– Normalnie wystarczyłoby po prostu zawołać po jedzenie – stwierdził William. – Averell zareagowałby od razu.

– Tak, ale teraz jest inaczej – dodał Jack. – Luke twierdził, że…

– Wiem – przerwał mu Joe, z powagą przyglądając się więźniom na dole. – Ale myślę, że jest jeszcze inny sposób.

I tak po prostu wstał, wyciągnął broń i wyszedł z wieżyczki.

– Chodźcie – powiedział do braci, stojąc w drzwiach. – Czas zrobić to, w czym jesteśmy najlepsi.

Jack i William tylko przytaknęli i również wyciągnęli pistolety. Jeszcze na zewnątrz wszyscy trzej skorzystali z zamieszania i ciemności i zeszli po cichu na dół. Niestety zostali zauważeni.

– Coś tam jest, Wendell – powiedział drżącym głosem ten ze strażników, który trzymał strzelbę. – Jakieś duchy?

– Nie bądź śmieszny, Frank – odparł Wendell, który trzymał latarnię. – Nie ma tu żadnych duchów. Po prostu cienie w ciemności płatają ci figle.

– Nie martwcie się! – zawołał tuż za nimi Joe. – To nie duchy, ale coś gorszego!

Wkrótce obaj strażnicy poczuli na swoich plecach lufy pistoletów Williama i Jacka.

– Ty tam – Joe zwrócił się do Franka – rzuć broń!

– Tak jest, panie Dalton. – Strażnik natychmiast wykonał rozkaz.

Joe wyszedł naprzeciw tłumu więźniów, którzy przyglądali się Daltonom w oniemieniu. Herszt bandy rozejrzał się po ich twarzach, trzymając pistolet ku górze.

– Wiecie zapewne po co przyszliśmy! – oświadczył po chwili. – Nie marnujcie więc naszego czasu i powiedzcie: gdzie jest Averell?

Przez chwilę trwała cisza i Joe martwił się, że jednak Averella tam nie było. Ale zaraz potem…

– Joe, William, Jack! Ja wiedziałem, że przyjdziecie!

Przez tłum zaczęła przedzierać się naprzód wysoka postać, a na twarzy Joego pojawił się szeroki uśmiech… który zaraz najstarszy z Daltonów postarał się poskromić. Zwłaszcza kiedy Averell stanął wreszcie naprzeciw Joego i zachwiał się na nogach tak, że inny więzień pomógł mu złapać równowagę. Nie wiadomo czy to przez nikłe światło latarni, czy to przez coś innego, ale najmłodszy z braci Dalton wydawał się blady i chudszy niż zwykle. Jakby nie przespał dobrze ostatnich kilku nocy. Mimo to uśmiechał się do Joego tym swoim głupkowaty uśmieszkiem.

– Mamusia mówiła, że przyjdziecie! I Luke też! Wiedziałem, że wreszcie was tu przeniosą! – Nagle na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. – Ale dlaczego nie macie pasiaków?

Joego zalała fala irytacji.

– Bo nas tu nie przenieśli, idioto! Przyszliśmy cię odbić! A teraz chodź tutaj! – Chwycił Averella mocno za nadgarstek i pociągnął do siebie. – Mamy jeszcze jedną rzecz do załatwienia przed wyjściem.

Wyciągnął z kieszeni kanapkę i rzucił ją Averellowi, który zaraz ją złapał w zębach i zaczął jeść. Robił to szybko i łapczywie – pochłonął bułkę z salami w przeciągu kilku sekund, a zaraz potem jego brzuch zaburczał.

– Oj, niedobrze mi!

– Bo jesz jak świnia. A teraz idziemy dalej. – Odwrócił się w stronę strażników i zapytał: – Gdzie tu jest kuchnia?

– To właśnie kuchnia się pali, panie Dalton – wyjaśnił Wendell. – Lepiej tam nie iść.

I tak oto najważniejsza część planu wzięła w łeb.

– No trudno, coś wymyślimy – powiedział Joe i spojrzał w stronę Williama i Jacka. – Zabijcie tych dwóch łachudrów i idziemy stąd.

Ale zanim środkowi bracia Dalton pociągnęli za spusty, rozległ się dźwięk strzałów i po chwili obaj byli już rozbrojeni. Zaraz potem z ciemności wyszedł Lucky Luke, niosąc w rękach jakiś wielki, miedziany garnek.

– Pewnie tego szukasz, Joe. – Położył garnek na ziemi i dodał: – Miesięczna porcja gulaszu z wołowiny. Prawie tyle posiłków, ile opuścił Averell.

– Oddawaj to, Luke! – krzyknął Joe.

– Ej, a co my będziemy jeść?! – zaprotestował jeden z więźniów. – Zwłaszcza jak spłonie nam cały prowiant?!

– Nie martwcie się, ogień już został ogarnięty. Zresztą spiżarka jest w innym miejscu przecież – zapewnił go Luke, po czym zwrócił się znów do Joego: – Ostatnia prosta. Co teraz zrobicie?

– To co zawsze. – Joe uśmiechnął się szeroko. – Uciekniemy.

I strzelił w latarnię strażnika, doprowadzając do tego, że więzienny dziedziniec opanowały ciemności. Jedynie w łunie gasnącego powoli pożaru można było dostrzec, że Jack i William zabrali we dwóch garnek z gulaszem, a Joe chwycił Averella za rękę i zaprowadził wraz z resztą braci na podest. Wkrótce zeskoczyli na dół, a dźwięki po drugiej stronie drewnianego płotu świadczyły o tym, że czekały tam na Daltonów konie.

Strażnicy wydawali się zdezorientowani – nie wiedzieli, czy mieli ruszać za Daltonami, czy zostać i pilnować reszty więźniów.

Wendell spojrzał w stronę Lucky Luke’a.

– Panie Luke, czy mógłby pan…?

– Nie martwcie się – odpowiedział kowboj. – Daltonowie, tak czy inaczej, zawsze wracają do więzienia.

– Ale czemu pan za nimi nie rusza? – zapytał Frank.

– Bo wiem, gdzie pojadą teraz. – Luke rozpromienił się. – Nie muszę się spieszyć.


Averell był wniebowzięty. Znowu jechał wraz z braćmi przez pustkowia, uciekając przed prawem! Bez nich był zagubiony i samotny. W więzieniu w Sundance nikogo nie znał, a nawet kiedy próbował się z kimś zapoznać, od razu spoglądano na niego dziwnie, bo był Daltonem. Na domiar złego w więzieniu w Sundance nie oferowano żadnych ciekawych zajęć artystycznych. Gdyby chociaż Bzik tam był… przynajmniej Averell miałby jakieś towarzystwo. Tak, z Bzikiem byłoby o wiele lepiej.

Teraz, kiedy Averell jechał konno w towarzystwie braci, zastanawiał się trochę, czy to czasem nie jest jakiś sen, z którego zaraz się obudzi. Wielokrotnie śnił w Sundance o tym, że Joe, William i Jack wyciągają go z więzienia, a zaraz potem budził się i zdawał sobie sprawę, że nadal siedzi celi.

Niemniej jednak uczucie wiatru we włosach świadczyło o tym, że to jednak nie był sen.

Averell miał teraz okazję przyjrzeć się swoim braciom. Od razu zdał sobie sprawę z tego, że Jack miał opatrunek na ręce i na głowie, a William był blady i miał podkrążone oczy. Tylko Joe wydawał się bez szwanku, aczkolwiek jego zwyczajna wściekłość była jakby bardziej intensywna. Wyglądało na to, że wszyscy czterej sporo przeszli przez ten krótki czas.

Kiedy wreszcie dotarli do tymczasowej kryjówki, postawili przed Averellem garnek z gulaszem i chochlą.

– To wszystko dla mnie, Joe? – zapytał z entuzjazmem najmłodszy z braci Dalton.

– Tak, masz to wszystko zjeść – oświadczył najstarszy. – Tu i teraz. Żadnych wymówek.

Averell natychmiast wziął się za jedzenie i w zasadzie opróżnił garnek w niecałe półgodziny. W tym czasie Joe zadawał mu pytania:

– Wyjaśnij mi teraz jedną rzecz, Averell: Skąd ci przyszło do głowy, że znowu nas wsadzą do jednego więzienia, jeśli będziesz głodował?

– Jeden strażnik wspomniał… mlask, mlask… że w jakimś więzieniu… mlask… pewien więzień rozpoczął strajk głodowy, aby… mlask, mlask… sąd rozpatrzył ponownie jego sprawę… mlaaaask.

– Pewnie jakiś aktywista – stwierdził William. – Oni często robią takie głupoty.

– Coś chociaż zdziałał ten aktywista? – zapytał Joe.

–  Taaaak – przytaknął Averell, biorąc kopiastą porcję gulaszu. Kiedy przełknął kęs, mówił dalej: – Strażnicy twierdzili, że po pięciu dniach głodówki sędzia postanowił rozpatrzyć sprawę jeszcze raz. Bo gazety ciągle o tym pisały. To pomyślałem sobie, że mógłbym spróbować czegoś takiego.

Na moment zapadła cisza, którą zakłócały tylko odgłosy jedzenia. Joe, William i Jack patrzyli po sobie i wydawało się, że nic nie odpowiedzą. Dlatego Averell doszedł do wniosku, że może mówić dalej:

– Oczywiście, wiedziałem, że to będzie bardzo trudne, ale byłem zdeterminowany, aby was znowu zobaczyć. Doszedłem do wniosku, że gdyby Joe był wtedy ze mną, spróbowałby tego samego…

– Ale nie głodowałbym naprawdę, głąbie! – wrzasnął Joe. – Znalazłbym sposób na to, aby wydawało się, że głodujemy, a tak naprawdę mieli jakieś pożywienie!

Averell przełknął dużą porcję gulaszu i spojrzał na starszego brata.

– Pewnie tak. Ale ja nie wiedziałem, jak to zrobić. Zresztą ja zawsze wszystko traktuję serio.

– Niestety zauważyliśmy – stwierdził Jack.

Znów zapadła cisza, ale tym razem Averellowi przyszło coś do głowy. Coś, co sprawiło, że upuścił chochle w garnku i nagle zalał się łzami, które spadły do gulaszu.

– Jestem słaby! Beznadziejny!

Jego głowa wisiała nad garnkiem, więc nie widział zrazu, jak zareagowali jego bracia.

– Jadłem przy Luke’u i kiedy Mamusia przyniosła moje ulubione ciasteczka! Ale byłem taki głodny! A oni patrzyli na mnie tak, że nie mogłem im odmówić!

– Averell, ty kretynie – rozległ się głos Joego. – Popatrz na mnie.

Averell podniósł głowę i spojrzał w stronę starszego brata… a on natychmiast uderzył go w szczękę, powalając go na ziemię. Stojąc na piersi Averella, Joe spojrzał mu w oczy i krzyknął:

– Nigdy więcej nie rób takich głupot! Jedzenie jest potrzebne do życia, jeśli jeszcze tego nie wiesz! A teraz dokończ ten cholerny gulasz!

Przez chwilę jeszcze Averell trzymał się za szczękę, nie wiedząc, co powiedzieć na ten dziwny wybuch. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to:

– Dobrze, Joe.

Kiedy po półgodziny garnek był już doszczętnie pusty, a Averell był pewien, że nie będzie w stanie zjeść już nic więcej, jego bracia wydawali się zadowoleni tym, że wszystko zjadł. Zwłaszcza na twarzy Joego pojawił się szeroki uśmiech satysfakcji.


Tej nocy, kładąc się spać, Joe Dalton spojrzał na śpiące w ciemnościach znajome trzy sylwetki i poczuł dziwny spokój. Przez ostatnie dwa miesiące Joe źle sypiał, jakby czegoś mu brakowało. Świadomość, że jego bracia znów są przy nim, sprawiła, że po raz pierwszy od bardzo dawna wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Teraz mógł wreszcie spać spokojnie.


Sędzia Archer siedział w swoim gabinecie i czytał gazetę, w której opowiadano brawurowej ucieczce ostatniego z Daltonów. Teraz, kiedy byli znów razem, sędzia zastanawiał się co zamierzali robić dalej. Spodziewał się wkrótce usłyszeć lub przeczytać o serii napadów na bank albo czegoś jeszcze bardziej banalnego.

Westchnął głęboko. Na pewno niebawem znowu spotka ich na sali sądowej. Był też pewien, że spróbuje ich rozdzielić jeszcze raz, ale tym razem wybierze inne więzienia.

Zastanawiało go jednak to, dlaczego – według doniesień świadków i prasy – Lucky Luke był obecny przy każdej ucieczce i dlaczego prawie nic nie robił, aby zatrzymać Daltonów. Sędzia Archer nie sądził, aby kowboj przystał do bandyckiej rodzinki albo wszedł na drogę przestępczą – to nie było w jego stylu. Nie, nawet kiedy Lucky Luke łamał prawo, miał w tym pewien cel, który prowadził do aresztowania złoczyńcy. Tak więc pozostawało pytanie: Jaki cel przyświecał samotnemu kowbojowi tym razem?

Szybko jednak rozmyślania sędziego Archera zostały przerwane… przez wyważone z hukiem drzwi do jego gabinetu. Wkrótce do środka weszli Joe, William, Jack i Averell z bronią skierowaną w stronę sędziego.

Archer zamarł. Przyglądał się tylko czterem bandytom, czekając na dalszy rozwój wypadków.

– Co panów tutaj sprowadza? – odezwał się po chwili.

Na twarzy Joego Daltona pojawił się wyraz najszczerszej nienawiści.

– Przyjrzyj się nam dokładnie, stary głupcze. Popatrz, co nam zrobiłeś.

Wzrok sędziego powoli powędrował od Joego poprzez Williama i Jacka, aż do Averella. O ile herszt bandy wyglądał tak samo jak zawsze, o tyle jego bracia wydawali się być w dużo gorszym stanie świadczącym o pewnych przejściach w więzieniach w Yumie, San Quentin i Sundance.

– No widzę – powiedział obojętnie sędzia, a potem spojrzał na Joego i zapytał: – I co w związku z tym?

Te słowa zdumiały całą czwórkę.

– Co w związku z tym?! – powtórzył z oburzeniem jego słowa najstarszy z Daltonów.

Sędzia Archer nie należał do ludzi, którzy antagonizują bandytów mierzących do nich z broni palnej. Niemniej jednak zauważył za Daltonami pewien znajomy cień. Postanowił grać na zwłokę.

– Prawdę mówiąc, widziałem więźniów w gorszym stanie od was. W więzieniach różne rzeczy się dzieją i zazwyczaj osadzeni sami są sobie winni.

– On naprawdę chcę tę kulkę w łeb, Joe – skomentował Jack.

– Tak, dajmy mu to, czego chce – wtrącił William.

Teraz na twarzy Joego pojawił się szeroki, złowrogi uśmiech satysfakcji.

– Czas zapłacić za to, co zrobiłeś. Mam nawet kilka pomysłów.

Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć lub zrobić, wszyscy czterej Daltonowie zostali złapani na lasso. Gwałtownie zaciskająca się wokół nich pętla sprawiła, że upuścili broń. Po chwili do gabinetu wkroczył uśmiechnięty Lucky Luke, wciąż trzymając linę.

– Myślę, że dość już tego dobrego, chłopaki.

– Zostaw nas w spokoju! – wrzasnął Joe. – Widziałeś, co przez tego łajdaka wycierpieliśmy! Daj nam się zemścić!

– Wiesz dobrze, że nie mogę tego zrobić – odparł spokojnie kowboj.

Joe nie dawał za wygraną.

– I co? Teraz pozwolisz, aby nas znowu rozdzielili?

– Nie zamierzam wracać do izolatki – odparł William.

– Ani ja do szpitala – dodał Jack.

– A ja zrobię znowu strajk głodowy! – wtrącił od siebie Averell.

– Rozdzielanie rodziny to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą się zdarzyć – oświadczył Joe. – Już raz stałeś z boku, kiedy to miało miejsce. Chcesz zrobić to jeszcze raz?

Wszyscy czterej spojrzeli na kowboja znacząco. Zrazu Lucky Luke nie odpowiedział, tylko zacisnął węzeł lassa jeszcze mocniej. Następnie zwrócił się do sędziego:

– Ponieważ doszły nowe zarzuty, chyba będzie trzeba wytoczyć nowy proces, prawda, panie sędzio?

Archer westchnął.

– Niestety tak.

– Chciałbym od razu zgłosić się na świadka.

– To będzie raczej oczywiste, panie Luke.

– Nie do końca, panie sędzio. Tym razem zgłaszam się w roli świadka moralności Daltonów.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź