Lipiec z Lucky Lukiem · Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Westernowe inspiracje

Morris był wielkim fanem westernów, zwłaszcza tych sprzed lat siedemdziesiątych. Albumy o Lucky Luke’u mają liczne nawiązania do klasyki gatunku, dlatego dzisiaj opowiemy sobie o westernowych inspiracjach przygód samotnego kowboja.

Prawdopodobnie nie będzie to wyczerpująca lista, bo jest wiele takich wczesnych westernów, które mało kto kojarzy. Niemniej jednak wzięłam się za te, co do których inspiracje w Lucky Luke’u są pewne.

I wtedy przyszedł Jones (1945)

Staje mi przed oczami taka oto scena: w powojennej Belgii młody Maurice de Bevere idzie do kina na ten film, a po wielkiej konfrontacji tytułowego Jonesa z Monte Jarradem, grany przez Gary’ego Coopera Jones budzi się w areszcie i śpiewa:

Nie mam ukochanej
Nie mam ukochanej
Nie mam ukochanej
Z którą mógłbym rozmawiać.
Jestem biednym samotnym kowbojem
Biednym samotnym kowbojem
Biednym samotnym kowbojem
Daleko od domu.

Generalnie to właśnie ten film uważa się za inspirację dla „piosenki Lucky Luke’a”, którą kowboj śpiewa pod koniec każdej historii. Opowiadaliśmy już sobie o I’m Poor Lonesome Cowboy i jej ewolucji i będziemy jeszcze do niej wracać w szykowanym przeze mnie dużym artykule. Pomówmy jednak o samej fabule I wtedy przyszedł Jones, bo wydaje mi się ona bardzo w stylu przygód Lucky Luke’a.

Niejaki Monte Jarrad dokonuje serii napadów na dyliżanse i staje się poszukiwanym przestępcą. Wkrótce do pewnego miasta przybywa wraz z przyjacielem, George’m Fury, śpiewający kowboj Melody Jones, którego ludność bierze za Jarrada ze względu na inicjały przy koniu i na to, że Jarrad miał podróżować wraz z człowiekiem podobnym do George’a. Na początku lękliwy respekt ze strony mieszkańców podoba się Jonesowi, który nagle czuje się kimś ważnym, wkrótce jednak niejaka Cherry przekonuje go, żeby opuścił wraz z kompanem miasto zanim zostaną aresztowani albo jeszcze gorzej. Cherry wie, że Jones nie jest tym, za kogo się podaje, bo sama ukrywa rannego Jarrada na swojej farmie i zna go w zasadzie od dziecka.

Chociaż na początku Melody Jones nie wydaje się specjalnie bystry, to bardzo łatwo wzbudza sympatię widza. Ja też się nie dziwię, że kobiety leciały na tego Gary’ego Coopera, bo w tym filmie facet nagle całuje Cherry w tak delikatny sposób, że to wydaje się miłym zaskoczeniem. Poza tym w kontraście do podejrzliwego i pozbawionego skrupułów Jarrada, Jones po prostu robi wrażenie porządnego, acz prostolinijnego człowieka, który nawet pomaga Cherry ze zwykłej przyzwoitości.

(Sama Cherry jest naprawdę dobrze skonstruowaną postacią – kobietą bystrą, silną i potrafiącą zachować zimną krew, acz również skonfliktowaną w związku z tym, jakim człowiekiem stał się Jarrad i czy w ogóle ona jeszcze chce mu pomagać. Może to kwestia samego gatunku – westernom nie są obce ciekawe postaci kobiece.)

Dyliżans (1939)

Cofnijmy się trochę – do roku 1939, kiedy to na ekrany kin wchodził film określany jako pierwszy współczesny western. Ringo Kid okazał się też przełomową rolą w karierze Johna Wayne’a.

Tytułowym dyliżansem podróżuje bardzo eklektyczna grupa pasażerów – „panna lekkich obyczajów” Dallas właśnie została wyrzucona z miasta przez strażniczki moralności, pijany doktor Boone również stracił dach nad głową, szuler z Południa Hatfield zamierza towarzyszyć damie – pani Mallory – w podróży, rzeczona pani Mallory chce spotkać się ze stacjonującym w kawalerii mężem, niejaki Peacock jest sprzedawcą whisky, a bankier Gatewood ucieka ze skradzioną forsą. Dyliżans prowadzi pocztylion Bucky, a nad bezpieczeństwem pasażerów czuwa strzelec Curly. A ma przed czym, bo krążą słuchy o tym, że Apacze atakują przejezdnych. Po drodze dosiada się też zbiegły z więzienia Ringo Kid, który ma porachunki z braćmi Plummerami.

W Dyliżansie najważniejsza część to podróż przez niebezpieczne tereny, w dodatku po drodze trafiają się komplikacje w postaci nagłego porodu pani Mallory. Przede wszystkim jednak wyżej wspomniana grupa podróżuje ze sobą w ciasnym środku transportu i musi jakoś się dogadać. Przez dłuższy czas Ringo jest jedynym, który traktuje Dallas z podobną galanterią, co reszta mężczyzn panią Mallory, sama dama traktuje ją z rezerwą, Boone ciągle pije i przylepił się do Peacocka ze względu na jego towar, a Curly ma oko na Ringo. Kiedy jednak pojawiają się wyżej wspomniane komplikacje, nagle okazuje się, że Boone jest całkiem kompetentnym lekarzem, Dallas wie, jak się zajmować rodzącą kobietą i jej dzieckiem, a większość mężczyzn w dyliżansie potrafi całkiem sprawnie posługiwać się bronią palną (i tylko Gatewood w tym wszystkim jest bezużyteczny, bo skupiony tylko na własnym przetrwaniu). Ta podróż zajmuje najwięcej czasu i jest główną osią fabuły, tak więc kiedy już przychodzi czas, aby Ringo skonfrontował się z Plummerami i wywarł zemstę, to nie czuć za bardzo, aby to była jakaś kulminacja historii, a bardziej coś, co trzeba odfajkować, aby Ringo i Dallas dostali swoje szczęśliwe zakończenie na ranczu.

Dyliżans przeszedł do historii jako film, który zrewolucjonizował western. Kręcony był na lokacji, miał realistyczne sceny akcji, a jego fabuła mogła posłużyć jako komentarz społeczny. Dzięki Dyliżansowi western zaczął być traktowany nieco bardziej poważnie jako gatunek.

Bezpośrednie inspiracje Lucky Luke’a Dyliżansem można zauważyć w dwóch przypadkach. Mamy z jednej strony album Dyliżans, w którym pojawia się nasz chłopak, Hank Bully (który jednak jest o wiele odważniejszy i o wiele bardziej proaktywny od swojego pierwowzoru, czyli Bucky’ego). Skład pasażerów jest nieco inny, bo zamężna dama jedzie wraz z mężem, a nie do niego; szuler nie jest zainteresowany, aby ją po rycersku chronić, pojawia się pastor (podczas gdy Peacock w oryginalnym filmie był mylony z pastorem ze względu na swój ubiór), nie ma też bankiera, „pani nocy” ani lekarza, za to są poszukiwacz złota i fotograf. No i Lucky Luke jest tutaj tylko po to, aby pilnować przewożonego przez dyliżans złota od Wells Fargo.

Obsada filmu o dyliżansie.

Z drugiej strony mamy film kręcony przez braci Lumiere w odcinku Niech żyje Holly Woods, gdzie małym asystentem jest przyszły reżyser Dyliżansu, John Ford. Tam obsada (na razie niemego) filmu była nieco okrojona, ale była tam mała animozja między starą żoną burmistrza, a grającą w filmie żonę burmistrza panienką z saloonu. W obu historiach też naczelnym problemem byli nie tyle Indianie, co bandyci.

Jeśli chodzi o mniejsze inspiracje Dyliżansem, to raz na jakiś czas trafia się w Lucky Luke’u pijany lekarz (jeden nawet w komiksach o Kid Lucky’m).

Jeździec znikąd (1953)

Jeździec znikąd to western oparty na powieści Jacka Schaefera. Jeśli chodzi o główną inspirację dla komiksów o Lucky Luke’u, to jest nią niewątpliwie postać Jacka Wilsona, grana przez Jacka Palance’a, która potem stała się pierwowzorem dla Phila Defera (aczkolwiek fabuła filmu przywodzi na myśl Drut kolczasty na prerii… ale o tym zaraz). Sam Jeździec znikąd jest o przemocy i pragnieniu życia w spokoju w niespokojnych czasach.

Tytułowy jeździec to rewolwerowiec Shane, który pewnego dnia zajeżdża na farmę Joe Starretta i jego rodziny. Starrettowie mają małe stadko krów oraz pole z warzywami, ale ranczer Rufus Ryker uważa, że okoliczne pola należą do niego, dlatego próbuje wykurzyć farmerów hodujących rośliny i bydło. Shane postanawia pozostać u Starrettów jako pomocnik i szybko zaprzyjaźnia się zwłaszcza z ich synem, Joey’m.

Jack Palance jako Jack Wilson

Zacznijmy może od Jacka Wilsona. Tak samo jak Phil Defer, jest on rewolwerowcem wynajętym przez głównego antagonistę, aby nastraszyć farmerów. Jest owiany złą sławą i znany z tego, że bardzo szybko strzela. O ile jednak Phil Defer był nieco bardziej wyeksponowaną postacią (dowiadujemy się w przeciągu całej fabuły poświęconego mu albumu, że jest przesądny), o tyle Jack Wilson stoi przeważnie z boku, chociaż pełni rolę straszaka. Jego rolą jest zabicie niejakiego Tory’ego, co stanie się potem katalizatorem dla farmerów, aby odejść (przynajmniej dopóki podczas pogrzebu Tory’ego Shane i Joe Starrett nie przekonają ich, żeby zostali i walczyli o przyszłość swoich dzieci).

Phil Defer.

Jest tak zasugerowane, że Shane – jako były rewolwerowiec – to jedyna osoba, która może stawić Wilsonowi (a co za tym idzie – również Rykerowi) czoła i wygrać. Od samego początku tytułowy bohater jest przedstawiany jako osobnik, który wiódł życie pełne przemocy i nawet ma pewne odruchy obronne, kiedy słyszy dźwięk odbezpieczanej broni. Na farmie Starrettów wydaje się, że Shane może wreszcie osiąść, zaznać spokoju, być może nawet w bliżej nieokreślonej przyszłości ustatkować się… niemniej jednak Ryker i jego ludzie ciągle nie dają im żyć. A to kogoś pobiją, a to zniszczą płot, aby bydło uciekło, a to komuś spalą dom, a to będą napastować farmerów, kiedy ci jadą na zakupy i chcą się napić czegoś w barze. Tak więc przemocowe rozwiązanie wydaje się tylko kwestią czasu. A im dalej z fabułą, tym bardziej oczywistym jest, że to właśnie Shane będzie tym, który będzie musiał dokonać aktu przemocy dla większego dobra.

Jeździec znikąd porusza w zasadzie ten sam temat, co Drut kolczasty na prerii. I tu, i tu mamy kwestię farmerów, którym rząd przyznał prawa do ziemi w zachodnich stanach, jednak ranczerzy zwykli uważać te tereny za swoje, bo ich bydło było przez nie regularne pędzone. Dlatego robili wszystko, aby farmerów i inną konkurencję (na przykład owczarzy) wypędzać ze „swoich ziem”. I tak jak w Jeźdźcu znikąd Starrettowie z pomocą Shane’a opierają się Rufusowi Rykerowi i jego ludziom, tak w Drucie kolczastym na prerii Vernon Felps próbuje się dogadać z ranczerem Cassem Casey’em, a kiedy tamten posuwa się za daleko, Felps wraz z Lucky Lukiem walczy o swoje, zaczynając od rozłożenia drutu kolczastego. O ile jednak w Jeźdźcu znikąd Ryker musi umrzeć, aby w dolinie wreszcie zapanował spokój, o tyle w Drucie kolczastym na prerii Casey i Felps się dogadują.

W samo południe (1952)

O hej, to nasz stary znajomy, Gary Cooper! A W samo południe to klasyka gatunku, dodatkowo z komentarzem społecznym, który przemawia również do współczesnego widza.

Do miasteczka Hadleyville przybywają trzej mężczyźni z bandy niejakiego Franka Millera, który pięć lat wcześniej został aresztowany przez szeryfa Willa Kane’a i poprzysiągł mu zemstę. Kane właśnie się ożenił, a na wieść o tym, że Miller został ułaskawiony i niebawem przyjedzie pociągiem w samo południe, zrazu pod namową mieszkańców odjeżdża wraz z żoną… zaraz jednak wraca, czując się w obowiązku stawić czoła Millerowi i jego bandzie. Myśli, że uda mu się zebrać dwunastu ludzi, którzy pomogą mu zrobić porządek w mieście, ale większość mieszkańców odmawia pomocy, czy to z tchórzostwa, czy to z sympatii do Millera, czy to z przeświadczenia, że to nie jest ich problem, bo przecież Miller chce dorwać tylko Kane’a, nie?

Ogólny zamysł tego filmu jest taki, że to opowieść o ostatnim sprawiedliwym, który ma odwagę stanąć przeciwko bandytom. Większość filmu jest o tym, jak Kane szuka pomocy wśród mieszkańców – jakby nie było, ludzi, których zna od lat, którzy byli na jego ślubie, których przez cały ten czas bronił. Sędzia ucieka, bo wie, że może być następny po szeryfie (w końcu to on skazał Franka Millera), zastępca szeryfa dba tylko o własny interes i wycofuje swoje poparcie, kiedy tylko zdaje sobie sprawę z tego, że nic nie ugra; inny potencjalny zastępca wycofuje się, gdy tylko odkrywa, że będzie sam z szeryfem, pastor twierdzi, że nie godzi się brać udziału w strzelaninie, bo nie tylko można kogoś zabić, ale też samemu zginąć… Jedni mieszkańcy się boją, inni uważają, że to nie ich sprawa i że Kane powinien to załatwić sam albo w ogóle uciec (dla własnego i ich dobra), jeszcze inni cieszą się na nadchodzącą rzeź, bo z jakiegoś powodu lubią Millera. Przy czym to też nie jest do końca tak, że nie ma w ogóle nikogo, kto jest po stronie szeryfa, bo chociażby w scenie w kościele trafiają się głosy za tym, aby jednak wspomóc Kane’a, czy to dlatego, że Miller to potwór, czy to dlatego, że Kane zrobił dla nich tak wiele. I też trafia się dwóch ochotników, którzy zgłaszają się do szeryfa… tylko, że jeden z nich jest jednookim starcem, a drugi to młokos, i Kane po prostu wie, że nie mieliby szans w tej strzelaninie.

(Również jego żona, Amy, przez większość filmu jest przeciwna całemu temu pomysłowi stawienia czoła bandytom, gdyż była świadkiem śmierci ojca i brata w strzelaninach i postanowiła został kwakierką. Dlatego zamierza poczekać na pociąg i odjechać bez męża, ale ma też okazję porozmawiać z Helen Ramirez – meksykańską właścicielką saloonu, która kiedyś była ukochaną Kane’a, a teraz postanawia opuścić Hadleyville w obawie przed Millerem. W pewnym momencie Helen pyta Amy, jak może opuszczać męża w takiej chwili, i dodaje: „Gdyby Kane był moim mężczyzną, stałabym przy nim do samego końca.” Na pytanie Amy, dlaczego teraz przy nim nie stoi, odpowiada: „Bo nie jest moim mężczyzną. Jest twoim”. I choć mogłam w pełni zrozumieć Amy, to w tej wymianie zdań było coś, co sprawiło, że potem długo myślałam o niej i o tym, że Kane nie może liczyć nawet na wsparcie żony… chociaż potem Amy się odkuwa i ostatecznie wspomaga go w walce.)

W samo południe przemawia w zasadzie to każdego, niezależnie od poglądów politycznych, bo też wizja jednego człowieka spotykającego się z apatią i tchórzostwem ogółu, a także różne postawy i racje podawane przez ten ogół, aby usprawiedliwić swoje działania, są bardzo ludzkie i pasują prawie do każdej sytuacji większego zagrożenia. Niektóre z tych postaw można, w jakiś tam sposób, zrozumieć, ale inne brzmią jak brak poczucia odpowiedzialności za wspólne dobro; albo wręcz jak głupota.

Sędzia ucieka z Hedleycity przed Daltonami.

I oczywiście, jeśli chodzi o inspiracje Lucky Luke’a filmem W samo południe, mamy omawianych niedawno Daltonów na ślubie. O ile jednak W samo południe spędza większość fabuły na bezskutecznych próbach pozyskania przez Kane’a wsparcia, tak ten element historii w Daltonach na ślubie trwa raczej krótko. Tak, mamy uciekającego sędziego i mamy Luke’a próbującego przekonać mężczyzn w mieście, aby pomogli Samuelowi Parkerowi, ale tak naprawdę o wiele więcej czasu poświęcone jest niedoszłemu weselu i temu, co dzieje się, kiedy Daltonowie wreszcie przybywają. Ponadto o ile Will Kane był mężczyzną ze stoickim spokojem ciągle napotykającym opór i cierpiącym w ciszy, o tyle Samuel Parker jest raczej upartym osłem, który uważa, że sam sobie poradzi, bez Lucky Luke’a, chociaż to mało prawdopodobne, bo jest staruszkiem o słabym wzroku.

Ale ja widzę też inną inspirację. Zdarzało mi się mówić o tym, że często w komiksach, filmach i serialach o Lucky Luke’u mamy motyw miasteczka terroryzowanego przez małą grupkę bandytów, jednak równie często ci sami terroryzowani przez bandytów mieszkańcy pomagają bandytom, a nawet próbują powstrzymać jedynych ludzi, którzy chcą coś z tym wszystkim zrobić. A zdarza się też, że elementu lęku w ogóle nie ma, za to są mieszkańcy, którym wszystko jedno, którzy dali się przekonać słodkim słówkom przestępcy albo którzy są po prostu głupi. Wtedy Lucky Luke i jego tymczasowi towarzysze, stają się tymi jedynymi sprawiedliwymi w całym mieście.

(Najbardziej jaskrawe przykłady tej głupoty, apatii, do pewnego stopnia również podłości, to ludzie z odcinka Daltonowie kontra Billy Kid, dla których zakład był ważniejszy od życia Lucky Luke’a.)

Trylogia Dolarowa

Czas na mistrza Sergio Leone! I popatrzcie, mieliśmy już Gary’ego Coopera, mieliśmy Johna Wayne’a, a teraz mamy Clinta Eastwooda.

Trylogia Dolarowa ma to do siebie, że niby bohater jest ten sam, ale w każdym filmie nazywa się inaczej i każda historia jest niezależna od pozostałych dwóch (do tego stopnia, że są spekulacje czy czasem to nie są trzy odrębne opowieści z zupełnie różnymi protagonistami). Leone w dodatku kręcił w bardzo artystyczny sposób, tak więc jest dużo zbliżeń na oczy i twarze postaci.

Za garść dolarów (1964)

Okej, ja ten film kojarzę głównie ze sceny, w której Joe (Człowiek Bez Imienia) podnosi poncho, aby wyjawić, że miał pod nim pancerz. A to dlatego, że Marty McFly zastosuje tą samą sztuczkę w mojej ulubionej trzeciej części Powrotu do przyszłości. Teraz, jak obejrzałam wreszcie ten film, zastanawiam się, ile z występujących tam tropów było już wcześniej w westernach.

No bo tak: mamy miasto przygraniczne terroryzowane przez gang (a nawet dwa!), do tego stopnia, że ludzie nie wychodzą z domów. Mamy grabarza biorącego namiary na głównego bohatera (choć nie od razu z miarką). Mamy tajemniczego nieznajomego, który przybywa do tego miasta i niby mu wisi, co się dzieje i tylko chce zarobić, ale jednak ostatecznie pomaga tamtejszym ludziom.

I paradoksalnie to właśnie Joe najbardziej mi się kojarzy w tym filmie z Lucky Lukiem. A to dlatego, że jest przede wszystkim sprytny – ogrywa obie strony konfliktu, robi zmyłki, zastawia pułapki, przygląda się wszystkiemu uważnie i formułuje plany. To nie jest typ rewolwerowca, który tylko strzela i się chowa. To strateg i Lucky Luke też potrafi być tego typu bohaterem (choć nie będzie używał martwych ciał, aby zmylić przeciwnika ani nie wywoła wojny gangów, w której mogłaby zginąć kobieta). Zastanawiam się więc, czy Morris zapożyczył trochę z charakteru Człowieka Bez Imienia… chociaż Luke’owi zdarzyło się być sprytnym również przed 1964.

Za kilka dolarów więcej (1965)

W drugim filmie Trylogii Dolarowej mamy motyw łowców głów. A konkretnie – mamy dwóch przedstawicieli tej profesji: Człowieka Bez Imienia (nazywanego tutaj Mańkutem) oraz nieco starszego pułkownika Douglasa Mortimera, granego przez Lee Van Cleefa (i jest to jedna z niewielu ról, gdzie gra on postać zdecydowanie pozytywną). Samo Za kilka dolarów więcej nie jest tylko westernem. Miejscami przypomina thriller (zwłaszcza kiedy pojawia się główny antagonista filmu, El Indio, który jest psychopatą) albo nawet heist movie (sceny przygotowania do napadu na bank w El Paso).

Wracajmy jednak do pułkownika Mortimera, bo jest on, de facto, głównym bohaterem tego filmu. Najpierw śledzimy jego podróż, zanim przechodzimy do Mańkuta. To on ma genialny plan, jak podejść złola. To on ostatecznie staje do pojedynku z El Indio, bo ma z nim prywatne porachunki (choć dopiero pod koniec filmu dowiadujemy się jakie). Oczywiście skoro mamy Lee Van Cleefa grającego łowcę głów, to od razu nasuwają się skojarzenia z Elliotem Beltem, ale są one bardzo powierzchowne, gdyż Belt przypomina bardziej pana omawianego w następnym filmie. Niemniej jednak pewne podobieństwa do łowcy głów z Lucky Luke’a zauważyłam, a konkretnie dwa:

Po pierwsze, pułkownik Mortimer pali fajkę, co nadaje mu bardziej dystyngowanego charakteru, niż skręt w zębach Mańkuta. Elliot Belt też był pokazany z fajką, choć nie pali jej aż tak często, a w późniejszych występach (w Nowych przygodach Lucky Luke’a i w filmie Hutha) w ogóle nie pali.

Po drugie, po jakichś pięćdziesięciu minutach trwania filmu Mortimer proponuje Człowiekowi Bez Imienia spółkę, bo El Indio ma bardzo dużo ludzi i na jednego łowcę nagród to by było za dużo. Nawet mówi Mańkutowi, że będzie mógł zebrać kasę za ludzi Indio, którzy razem są o wiele więcej warci, niż ich szef. W Łowcy głów Elliot Belt próbuje przekonać Lucky Luke’a, żeby współpracowali, nawet negocjuje z nim podział zysków, ale samotny kowboj nie chce o tym słyszeć.

Dobry, zły i brzydki (1966)

Prawdopodobnie najlepiej kojarzona część Trylogii Dolarowej, zarówno ze względu na chwytliwy tytuł, jak i najsłynniejszy utwór Ennio Morricone. Oczywiście, mamy naszych trzech… z braku lepszego słowa, bohaterów – „dobrego” łowcę nagród Blondasa (czyli Człowieka Bez Imienia), jego „złego” kolegę po fachu, Anielskie Oczka, oraz „brzydkiego” bandytę, Tuco, który w zasadzie jest protagonistą tego filmu. To na jego przygodach, spotkaniach z pobratymcami i rodziną oraz małych cwaniactwach skupia się nieraz fabuła, podczas gdy Blondas i Anielskie Oczka często schodzą na dalszy plan. Przy okazji akcja dzieje się też podczas wojny secesyjnej i Sergio Leone poświęca całkiem sporo miejsca na ukazanie horrorów tamtego konfliktu – od rannych żołnierzy po obozy jenieckie.

Jeśli chodzi o inspiracje Dobrym, złym i brzydkim dla Lucky Luke’a, można znaleźć je w dwóch miejscach.

Pierwsze z nich to, oczywiście, Elliot Belt wzorowany na Anielskich Oczkach, który nie tylko ma twarz Lee Van Cleefa; nie tylko jest łowcą głów, lecz także pyka fajkę (tym razem czarną) i charakteryzuje się chciwością. Kradnie pieniądze od człowieka, którego właśnie zabił na zlecenie, po czym zabija swojego zleceniodawcę i rusza tropem jego ukrytego skarbu. Można znaleźć w nim ślady tego Elliota Belta, który zrobi wszystko za nagrodę i jest gotowy każdego zdradzić.

Drugie miejsce, gdzie te inspiracje Dobrym, złym i brzydkim można zauważyć, to odcinek 400 tysięcy za Daltonów, choć fabularnie w ogóle nie przypomina filmu Leone. Mamy więc Elliota Belta/Rybiego Swąda/Rattle Snake’a wchodzącego w układ z Daltonami, że będzie ich łapał, zgarniał nagrodę, a potem wypuszczał zanim nie zostaną powieszeni, aby powtarzać tę operację w kółko (dokładnie taki sam układ mają w pierwszym akcie Blondas i Tuco). Potem – tak samo jak Blondas – Belt/Swąd/Snake wycofuje się z tego układu i zostawia bandytów samych. Mamy też potrójny pojedynek między łowcą głów, Lucky Lukiem i Gilbertem Gluttonem, który nawiązuje do ostatecznego potrójnego pojedynku między Blondasem, Tuco i Anielskimi Oczkami (nawet zbliżenia na oczy są!).

Potrójny pojedynek Lucky Luke’a, Gilberta Gluttona i Elliota Belta

Aha, może jeszcze jedna rzecz: wielokrotnie Tuco mówi, że „są dwa rodzaje ludzi” (w pewnym momencie nawet przechwytuje to Blondas i mówi: „Są dwa rodzaje ludzi: ci co strzelają i ci co kopią”). W filmie z 2004, Joe Dalton mówi: „Wiesz, Lucky Luke? Ja znam dwa rodzaje ludzi: Jedni noszą coś w kaburze, drudzy coś w kapeluszu.”

Podsumowanie

Po obejrzeniu tych kilku filmów, mogę zauważyć pewne prawidłowości. Na przykład to, że mamy wędrowca, który nagle zastaje jakąś sytuację i miesza się do niej (Melody Jones, Shane, Człowiek Bez Imienia). Nieraz jest to też jedna z niewielu osób, które postanawiają coś zrobić, bo większość ludzi za bardzo się boi (Jeździec znikąd, Za garść dolarów) albo uważa, że tylko bohater może cokolwiek z tym zrobić (W samo południe). Czasami ważna jest sama podróż (Dyliżans), pościg za przestępcą, którego trzeba powstrzymać (Za kilka dolarów więcej), czy tymczasowa współpraca (Dobry, zły i brzydki).

Lucky Luke jest, niewątpliwie, praworządnym bohaterem, miejscami prawie krystalicznie dobrym. Biały kapelusz od pierwszych filmowych westernów był symbolem tego, że jego właściciel stoi po stronie dobra i nie inaczej jest w przypadku samotnego kowboja. Choć może on mieć celne oko Shane’a czy spryt Człowieka Bez Imienia, to jednak nigdy nie wpada w odcienie szarości. A przynajmniej nie w takim samym stopniu jak wspomniani wyżej panowie. W tym sensie jest on kowbojem w bardzo starym stylu.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź