Lipiec z Lucky Lukiem · Listy top # · Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Kolejne 4 najlepsze komiksy „Lucky Luke’a”

Podczas pierwszego Lipca z Lucky Lukiem w 2013 roku zrobiłam listę pięciu komiksów Lucky Luke’a, które uważałam wtedy za najlepsze.

Od tamtego czasu wiele się zdarzyło – przeczytałam o wiele więcej albumów o samotnym kowboju, ale też moja wrażliwość się nieco zmieniła, toteż nie wiem, na przykład, czy na tej liście pojawiłyby się dzisiaj Góry Czarne… albo przynajmniej czy napisałabym o nich w taki sam sposób. Jednocześnie im bliżej było obecnej rocznicy, tym bardziej odkrywałam, że niektóre komiksy o Lucky Luke’u mnie wręcz zachwyciły i doszłam do wniosku, że warto by było o nich opowiedzieć.

Chciałam pierwotnie zrobić co najmniej pięć pozycji, tak jak przy oryginalnym tekście. Każdy kandydat na piąte i dalsze miejsca wydawał mi się jednak naciągany lub nierówny, a co za tym idzie – nie wzbudzał we mnie takich samych uczuć, co niższe miejsca. Dlatego postanowiłam skupić się tylko na czterech pozycjach.

Przyznaję też, że ta lista jest nieco subiektywna i pojawią się na niej nowsze albumy, nie napisane przez Morrisa, ale jednak mam uzasadnienie dla każdej pozycji – czy to samą historię, czy to rzeczy, które dany album robi z postaciami. Dość powiedzieć, że raz na jakiś czas bierze mnie na ponowne przeczytanie poniższych komiksów, tak dla czystej przyjemności.

Nie przedłużając, oto kolejne cztery komisy Lucky Luke’a, które uważam za najlepsze.

Miejsce piąte: Daltonowie na ślubie

Zwykle Daltonowie nie są groźni.

Prawda, ludzie się ich boją i obiektywnie rzecz biorąc są to bandyci, którzy zapewne pociągnęliby za spust, gdyby zaszła taka potrzeba, ale raz, że Luke ich zawsze pokona, a dwa, że sami padają nieraz ofiarami gagów, przez co nie są tak straszni, jak inni złoczyńcy. Poniekąd urok tej grupy pochodzi stąd, że to nieudacznicy i nawet im kibicujemy.

I tu pojawiają się Daltonowie na ślubie – chyba jedyny album Lucky Luke’a, gdzie Daltonowie traktowani są jak poważne zagrożenie (tak, nawet Averell). Mam wrażenie, że związane jest to z kilkoma konkretnymi czynnikami… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Fabuła Daltonów na ślubie zarysowuje się tak: w więzieniu Joe, William, Jack i Averell dowiadują się, że z listu od Mamy Dalton, że szeryf Samuel Parker się niedługo żeni w mieście Hadley City. Tak się składa, że Parker dawno temu wpakował braci do więzienia, a oni poprzysięgli, że „powieszą go na najwyższej gałęzi”. Dlatego postanawiają uciec i na jego weselu spełnić wreszcie tę obietnicę. W dzień wesela (na które został zaproszony również Lucky Luke) wszystko już jest gotowe, ale wieść o ucieczce Daltonów powoduje poruszenie – mieszkańcy chowają się po domach, nikt (poza samotnym kowbojem) nie chce wspomóc Samuela Parkera w walce z Daltonami, ślub zostaje postawiony pod znakiem zapytania, a sam szeryf upiera się, aby sprawę załatwić samemu, bez pomocy Luke’a, pomimo tego, że jest już stary i kiepsko strzela. A kiedy wreszcie Daltonowie przybywają, biorą za zakładników gości weselnych i szykują się do powieszenia Parkera.

Pierwszy czynnik, który sprawia, że Daltonowie w tym komiksie są groźni, to fakt, że komedia pochodzi bardziej od zaaferowanych swoimi sprawami zakładników – gości weselnych i ludzi pracujących przy uroczystości – niż od samych braci i relacji między nimi. Nawet Averell nie ma aż tylu momentów, kiedy się obżera albo coś opatrznie rozumie, co zwykle.

Następna rzecz: w dużej mierze Daltonowie są tutaj groźni, bo mają upiorną motywację – zemstę. I to zemstę na kimś, kto nie strzela szybciej niż jego własny cień; to zemsta na starszym, trochę już podupadającym na zdrowiu szeryfie, który kiedyś wtrącił ich do więzienia (nawet się zastanawiam, czy czasem nie byli wtedy nastolatkami, skoro teraz Parker to starzec). Już ich przyjazd ma w sobie coś upiornego, bo wszyscy spodziewają się, że Daltonowie przybędą do Hadley City pociągiem. Widzimy jak powoli odliczane są minuty do przybycia pociągu, dowiadujemy się, że po drodze Daltonowie zdobyli linę, napięcie sięga zenitu, lokomotywa wreszcie staje i… wygląda na to, że nie ma tam Daltonów. To był fałszywy alarm.

…Tylko że kiedy opada dym, nagle okazuje się, że chłopaki wyszli przed dworcem z wagonu i już czekają na koniach, aby powiesić swoją ofiarę. I nawet kończący właśnie jeść Averell nie sprawia, że ta scena nie jest genialna.

Wreszcie Daltonowie na ślubie nawiązują do westernu W samo południe, w którym czwórka bandytów przybywa do miasta i je terroryzuje, a szeryf może tylko liczyć na wsparcie swojej nowo poślubionej żony, bo jego zastępcy i inni mieszkańcy odmawiają pomocy w walce. Film był bardzo dobrze przyjęty, a do tego jego główny wątek jednego człowieka przeciwko złu był interpretowany na różne sposoby w kontekście ówczesnej sytuacji politycznej i społecznej USA. Tak więc Daltonowie pełnią tutaj rolę przestępców na tyle groźnych i przerażających, że całe miasto chce przed nimi uciec, a ich przyjazd jest wyczekiwany z niepokojem.

I o ile nie jest to nic nowego w Lucky Luke’u – przestępcy trzęsący całym miastem pojawiają się w co drugim odcinku/albumie i niuans zależy od tego, w jaki sposób bandyta trzyma wszystkich mieszkańcu w szachu (czy samą przemocą, czy bardziej „legalnymi” metodami), ale tutaj jednak zarówno inspiracja, jak i wykonanie sprawiają, że nagle bracia Dalton są jakby bardziej przerażający i bardziej niebezpieczni.

Jednocześnie w przeciwieństwie do bohatera W samo południe, Samuel Parker nie tyle stoi sam przeciwko Daltonom, co nie chce przyjąć pomocy Lucky Luke’a. Być może miała to być taka dekonstrukcja: nie tyle nikt nie chce mu pomóc, co on sam odmawia przyjęcia pomocy, bo uważa, że sam powinien zająć się czwórką bandytów, pomimo tego, że oczy już nie te. W zasadzie on jest najsłabszym elementem historii, bo przez swój upór i głupią dumę sabotuje Lucky Luke’a, nawet kiedy ten ratuje mu życie za pierwszym razem, kiedy Daltonowie próbują go powiesić. Na szczęście jego drugi sabotaż jest trochę Luke’owi na rękę.

Generalnie właśnie ze względu na to, co ten album robi z tytułowymi braćmi, Daltonowie na ślubie uważam za jeden z najlepszych komiksów o Lucky Luke’u.

Miejsce trzecie: Oklahoma Jim

W poprzednim rankingu rozwodziłam się nad tym, jak dobrą serią jest Kid Lucky, czyli komiksy o Luke’u jako dziecku. Tym razem jednak chciałabym skupić się konkretnie na drugim albumie, napisanym jeszcze przez Morrisa Oklahoma Jimie, który niestety nie został do tej pory wydany po polsku. Sama miałam okazję przeczytać wersję angielską kilka lat temu i cóż, po ponownym zapoznaniu się z nią zdałam sobie sprawę z tego, o czym Oklahoma Jim jest tak naprawdę.

Podróżujący wraz ze starszym poszukiwaczem złota, Oldtimerem, Kid Lucky zachodzi do miasta Mashroom City. Podczas gdy staruszek zamierza zabawić się w saloonie, wysyła chłopca do szkoły, ku wielkiej niechęci Kida. Szybko jednak okazuje się, że przyszły samotny kowboj jest jedynym uczniem (albowiem rodzice w mieście nie uważają za potrzebne, aby zapewnić pociechom edukację). Mając dość kpin siedzących za oknem dzieciaków, Luke postanawia zaprowadzić ich do ławek, za co zostaje przez nauczycielkę nagrodzony kartami prezydentów. Nauczycielka wspomina też, że da mu więcej kart, jak przywiezie ze sobą jeszcze czterech braci, którzy mieszkają za miastem (ciekawe kto to? no to chyba zagadka stulecia). Kiedy klasa jest już kompletna, pojawia się ubrany na czarno młody rewolwerowiec, który twierdzi, że nazywa się Oklahoma Jim i chce nauczyć się czytać, pisać i liczyć. Nauczycielka przyjmuje go jako ucznia bez większych zastrzeżeń i Jim szybko zdobywa uznanie jej i dzieci, a wkrótce zaczyna im wkładać do głów swoją filozofię.

Tak naprawdę Oklahoma Jim jest o tym, jak ukształtował się kompas moralny Lucky Luke’a. W tym albumie mamy trzy potencjalne wzorce moralne, z których mały Luke będzie musiał wybrać swoją drogę.

Jest trochę tak zasygnalizowane na początku historii, że Kid Lucky podąża za Oldtimerem, bo jego styl życia poszukiwacza złota chłopcu imponuje. Pomimo tego, że sam jest starym pijakiem, nie stroni od hazardu i nie jest wzorem wszelkich cnót, można zauważyć, że staruszek jest chociaż na tyle rozsądny, aby posłać dzieciaka do szkoły i aby mówić mu, że bandyci kończą marnie (wręcz wydaje się jakby bardziej odpowiedzialny niż w pierwszym Kid Lucky’m, gdzie przez dłuższy czas nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że dzieciak został porwany). W pewnym momencie jego mniejsza wersja będzie manifestacją sumienia małego Lucky Luke’a.

Potem pojawia się Oklahoma Jim, który bardzo szybko zdobywa podziw dzieciaków, robiąc różne sztuczki i opowiadając o tym, jak to bandyci są naprawdę wolni, a prawa i porządek „są dla owiec”. Jim ma jednak ukryty plan: wybiera spośród uczniów kilku kandydatów (wyłącznie chłopców), uczy ich strzelania z broni palnej, a potem zmusza do tego, aby napadli na bank, bo stróże prawa będą mieli opory przed strzelaniem do nich. I w sumie to nie jest pierwszy raz, kiedy robi coś takiego. Jest w Oklahoma Jimie coś z dorosłego, który wybiera sobie młodociane ofiary, zdobywa ich zaufanie, a potem rekrutuje je do swojej działalności przestępczej albo i czegoś gorszego. A najgorsze jest to, że Kid Lucky jest podatny na takie wpływy; podatny do tego stopnia, że zaniedbuje Jolly Jumpera.

Wreszcie za Jimem podąża szeryf federalny, który ma bardzo osobisty powód, aby go ścigać. Na początku Kid Lucky myśli, że szeryf chce być tym, kto zabije bandytę, ale on twierdzi, że jest na odwrót – chce zadbać o to, aby Jim nie zginął z niczyjej ręki (i w sumie powód tego jest łatwy do wydedukowania). Przy okazji kiedy napadają ich przydrożni bandyci, szeryf – tak samo jak Luke w przyszłości – rozbraja ich strzałem w place, przez co rzucają broń. To stróż prawa, który chce zapobiec rozlewowi krwi i kieruje się określonymi zasadami. I też im dłużej przyglądamy się temu stróżowi prawa, tym więcej podobieństw do przyszłego Lucky Luke’a możemy dostrzec.

Tak więc Luke ma tutaj trzy wzory do naśladowania – neutralnego moralnie poszukiwacza złota, zepsutego i wykorzystującego do brudnej roboty dzieci bandytę, wreszcie niezłomnego stróża prawa, który nie zabija przeciwników. Kid Lucky jeszcze nie wie, czy zostanie poszukiwaczem złota, bandytą czy stróżem prawa, ale możemy zobaczyć w Oklahoma Jimie pierwsze zwiastuny tego kim się stanie i czym się będzie kierował.

Poza tym jest to opowieść o wielu pierwszych razach. Pierwszy raz Lucky Luke szuka Daltonów w zamian za „podobizny amerykańskich prezydentów”; po raz pierwszy ich łapie, po raz pierwszy ratuje kogoś przed nimi, ale też pierwszy raz ratuje ich przed innymi. Czy to, że poznał ich jako dziecko to retcon, pewnie tak… ale jest w tym coś epickiego.

Miejsce drugie: Wanted: Lucky Luke!

Podczas poprzedniego, robionego na siedemdziesiątą rocznicę debiutu samotnego kowboja, Lipca z Lucky Lukiem, rozwodziłam się nad tym, jak niesamowity jest komiks Matthieu Bonhomme’a Człowiek, który zabił Lucky Luke’a. Od tamtej pory Bonhomme wydał dwie inne przygody Lucky Luke’a (jedną nawet w tym roku, specjalnie na rocznicę), jednak jak chciałabym skupić się na drugiej, wydanej w 2022 roku Wanted: Lucky Luke.

Podczas podróży przez kanion, Lucky Luke zostaje zaatakowany przez tajemniczego człowieka, ale udaje mu się odeprzeć atak i postrzelić przeciwnika, który ucieka. Luke odnajduje list gończy za sobą opiewający na pięćset dolarów nagrody, ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać, bo dostrzega w oddali trzy kobiety, których wagon i stado krów zostały osaczone przez Apaczów. Kowboj pomaga kobietom, a po wyjaśnieniu kilku nieporozumień dowiaduje się, że to siostry Angie, Bonnie i Cherry, które po śmierci rodziców postanowiły sprzedać swoje stado w mieście Liberty i zacząć nowe życie. Luke postanawia pomóc im dostarczyć stado (a przy okazji wpada paniom w oko), ale czeka na nich wiele zasadzek: od żądnego zemsty syna dawnego przeciwnika Lucky Luke’a, Phila Defera, poprzez wodza Patronimo, a na czyhającym w Liberty gangu Jossa Jamona skończywszy.

Przy Człowieku, który zabił Lucky Luke’a wspominałam, że Bonhomme umie zrobić poważnego, mrocznego Luke’a w przeciwieństwie do Jamesa Hutha. Z kolei Wanted: Lucky Luke! udowadnia, że ten artysta umie też o wiele lepiej używać Easter Eggów. Bo nie tylko umieszczone przez niego kanoniczne postaci wyglądają jakby były bardziej dopasowane do „realistycznych” proporcji, a i tak można je rozpoznać; ale też dodatkowa znajomość komiksów sprawia, że Wanted: Lucky Luke! nagle zyskuje taki motyw przewodni sprawiedliwości, winy i kary. No bo jak się pamięta, że przed cenzurą Lucky Luke zastrzelił Phila Defera; że wódz Patronimo i pułkownik O’Nollan w Kanionie Apaczów wzajemnie pragnęli na sobie zemsty (Patronimo za śmierć ojca, O’Nollan za porwanie syna); że mamy tutaj kuzyna Daltonów ze strony wujka Henry’ego, który w Balladzie o Daltonach chciał siostrzeńcom przekazać swoje łupy pod warunkiem, że zabiją sędziego i ławę przysięgłych, która go skazała; że Joss Jamon nie tylko wrobił Luke’a w swoje zbrodnie, ale też wysłał za nim fałszywy list gończy i wytoczył proces, w którym ławą przysięgłych byli przestępcy, to nagle różne wypowiedzi poszczególnych postaci sprawiają, że ten komiks robi się tak naprawdę o wrogach Lucky Luke’a, dla których nie jest on bohaterem, tylko powodem ich nieszczęść. Powodem śmierci ich bliskich i powodem tego, że muszą się oni ukrywać przed prawem. A teraz właśnie los dał im idealną zemstę, która przy okazji może im się opłacić.

(Jednocześnie jeśli to prawda, że wygląd Pete’a Chorągiewki jest oparty na twarzy Goscinny’ego, niektóre jego zachowania tutaj ogląda się z pewnym dyskomfortem.)

A tak poza tym to jest też wątek sióstr, którym Luke od razu wpada w oko i które próbują go uwieźć, ale on na to nie reaguje. Nie lubię tego wątku, bo pod koniec albumu Bonhomme zdaje się sugerować, że Lucky Luke nie chce się ustatkować, bo „nie nauczył się kochać”, a nie dlatego, że po prostu nie czuje potrzeby mieć żony.

Tak czy inaczej, dla mnie Wanted: Lucky Luke! to kolejne arcydzieło od Bonhomme’a i zasługuje na to, aby uważać je za jeden z najlepszych komiksów o Lucky Luke’u do tej pory.

Miejsce pierwsze: Samotny jeździec

Od kiedy przeczytałam Samotnego jeźdźca po raz pierwszy, z miejsca stał się on moim ulubionym albumem Lucky Luke’a. Co więcej, dowiedziałam się, że powszechnie fani uważają go za bardzo dobry i w sumie trudno się dziwić, bo Samotny jeździec ma wszystko, co chcielibyśmy od albumu o Daltonach… ale po kolei.

Po kolejnym już nieudanym skoku i aresztowaniu William, Jack i Averell mają już dość przywództwa Joego, którego plany zawsze biorą w łeb. Młodsi bracia Dalton twierdzą, że bez niego poradziliby sobie lepiej, dlatego Joe proponuje im zakład: każdy z Daltonów samodzielnie zbierze milion dolarów, a kto zrobi to pierwszy, zostanie nowym szefem. Tak więc po ucieczce z więzienia, ruszają w cztery strony. Joe postanawia obrabować banki w kolejnych miastach na swojej drodze. William zaczyna od okradzenia trapera, a potem trafia do kasyna i po kilku wygranych staje się jego właścicielem. Jack porywa dla okupu miliardera, ale ten nie ma zbyt wielu przyjaciół chętnych spłacić okup, za to proponuje bandycie układ: Jack go uwolni, a miliarder zrobi z niego w najbliższym mieście burmistrza (bo i tak chcieli kogoś na tym stołku posadzić). Wreszcie Averell trafia do restauracji stojącej tuż przy stacji dyliżansów i postanawia się tam zatrudnić i wprowadzić nowy model biznesowy, z czasem prowadząc do rozrostu interesu i stając się podporą lokalnej społeczności. Tak czy inaczej, Lucky Luke szybko zdaje sobie sprawę z tego, że w świetle prawa nie może ruszyć Williama, Jacka i Averella, więc musi posunąć się do nieco drastycznych metod.

Ten komiks jest genialny, z wielu powodów. Po pierwsze, już sam pomysł z Daltonami rozdzielającymi się i rozpoczynającymi solowe kariery jest fascynujący i ma ogromny potencjał. Po drugie, jest to prawdopodobnie pierwszy album od Kuzynów Dalton, w którym William i Jack są bardziej wyraziści i znajdują własne drogi do bogactwa. Po trzecie, Averell trafia do włoskiej mafii i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Po czwarte wreszcie, jest to też historia o braterskich relacjach między Daltonami – o tym, że często ze sobą walczą, ale też, że w jakiś sposób o sobie myślą, co widać w tym, że w pewnym momencie William stawia w ruletce na czwórkę, aby „uhonorować swoich braci”, Averell nadaje niektórym potrawom nazwy, które przywodzą mu na myśl rodzinę, a kiedy Joe zaczyna panikować, nagle mówi do siebie kwestie, które wypowiedzieliby pewnie jego bracia.

W ogóle chyba najważniejsza scena w całym Samotnym jeźdźcze ma miejsce, kiedy Joe, William, Jack i Averell zaczynają do siebie strzelać i aby ich uspokoić Lucky Luke wygłasza bardzo wzruszającą mowę o tym, że on jest sam na świecie i że Daltonowie są braćmi „połączonymi w smutku, jak i w radości”. Specjalnie nie cytuję tej mowy w pełni, bo najlepiej przeczytać ją na kartach komiksu, gdzie nie tylko można docenić jej słowa, lecz także zobaczyć reakcję samych Daltonów na nie. I w sumie w zależności o tego, czy Luke mówi to tylko po to, aby przestali walczyć, czy mówi szczerze, można się zastanowić nad tym, czy za tą mową nie kryje się jakaś tęsknota za rodziną albo nawet zazdrość o to, że Daltonowie mają siebie, chociaż są bandytami (inny fragment Człowieka, który zabił Lucky Luke’a trochę też można tak zinterpretować). Ale to temat na inny tekst, do którego jeszcze dojdziemy.

W sumie trochę rzadko komiksy i kreskówki biorą na warsztat te relacje między Daltonami. Co najwyżej mamy jakieś małe scenki albo zachwianie oryginalnej dynamiki przez tymczasowe usunięcie lub przemianę jednego z braci. Podejrzewam więc, że Samotny jeździec został tak dobrze przyjęty również dlatego, że to album w całości poświęcony właśnie braterstwu Daltonów.

I to były kolejne cztery najlepsze komiksy Lucky Luke’a. Mam nadzieję, że widzicie, dlaczego trafiły na tę listę i być może przynajmniej z niektórymi się zapoznacie. A tymczasem ja planuję na ten Lipiec z Lucky Lukiem jeszcze jedną listę, tak więc do zobaczenia!


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź