Więzienie Terytorialne w Yumie było otoczonym przez rzekę Kolorado kompleksem budynków na skalnym wzniesieniu. Samo więzienie było otoczone długim, białym murem, ale o wiele bardziej przyciągały uwagę stojące na przedzie baraki, wieża strażnicza i inne budynki, których przeznaczenia Joe nie był do końca pewien.
Teraz najważniejsze było przedostać się jakoś do środka. Mózg Joego Daltona od razu zaczął analizować każdą drogę do więzienia. Strażnicy w wieżyczkach wykluczali wdrapanie się do środka po murze, zresztą rzeka i zbocze nie wyglądały zbyt bezpiecznie. A jemu zależało na tym, aby móc zapewnić sobie i Williamowi bezpieczną ucieczkę.
Powiedział mi, że upał jest nie do zniesienia; że po jednym dniu myślał, że oszaleje albo się usmaży. Miał nadzieję, że kiedy wreszcie trafi do izolatki, będzie mu chłodniej, jednak ona okazała się nie tylko tak samo gorąca jak reszta więzienia, ale również po dłuższym czasie siedzenia w kompletnych ciemnościach, William zaczął się bać.
Joe zacisnął pięści. William gdzieś tam był, smażył się w tym piekielnym słońcu, być może nawet po ciemku. Jak oni mogli tak potraktować Daltona? Jak oni mogli to zrobić jego bratu? A im dłużej William tam był, taki całkiem sam, tym gorzej mogło z nim być.
Wiedziałeś, że mają tam bibliotekę?
Może nie było aż tak źle. Może wreszcie go wypuścili i miał okazję chociaż coś poczytać. William lubił czytać, najbardziej ze wszystkich czterech Daltonów. I czasem nawet to, co wyczytał, się przydawało. Joe chciał wierzyć, że jego brat był teraz w bibliotece albo w swojej celi. Zwłaszcza że to też ułatwiłoby do pewnego stopnia ucieczkę…
Wreszcie po dłuższym namyśle Joe doszedł do wniosku, że jest tylko jedna droga do więzienia w Yumie. Potrzebował tylko odpowiedniego przebrania.
Lucky Luke z satysfakcją patrzył jak Joe przegląda torbę z ubraniami. Kowboj znał swojego największego wroga na tyle dobrze, aby prawie czytać mu w myślach.
– Zakład, że przebierze się za Mamę Dalton? – zaproponował Jolly Jumper.
– Nie pamiętam, czy ukradł jakąś sukienkę i czepek – odparł Luke. – Zresztą podejrzewam, że ostrzeżono naczelnika, że starsza pani Dalton może spróbować swojego syna wyciągnąć z paki. Nie, Joe pewnie spróbuje czegoś innego.
Nagle przedmiot ich dyskusji wyciągnął jakieś czarne ubranie i kapelusz, i na twarzy bandyty zajaśniał złowrogi uśmiech. Luke również rozpromienił się na ten widok.
– Tak, to będzie w sam raz – powiedział do siebie Luke, a następnie wsiadł na Jolly’ego. – Chodźmy, musimy przygotować chłopakowi dywersję.
Przy głównej, okratowanej bramie Więzienia Terytorialnego w Yumie znajdowała się mała stróżówka. Po chwili wyszedł z niej gruby strażnik z wąsami i przyjrzał się niskiemu mężczyźnie w sutannie i czarnym kapeluszu z szerokim rondem, niosącemu ze sobą jakąś torbę.
– Nie mówiono nam, że ma przyjść jakiś ksiądz – odparł strażnik. – Co ojca sprowadza?
Przez całą drogę do więziennej bramy Joe układał sobie w głowie, co powinien powiedzieć. Próbował przypomnieć sobie, co zwykle robili więzienni kapelani. Teraz, kiedy przyszedł czas działać, miał już gotową wymówkę. Odchrząknął i powiedział jak najbardziej rozanielonym głosem, na jaki pozwalała mu jego bandycka chrypka:
– Przybywam udzielić pociechy osadzonym i przypomnieć o tym, że nigdy nie jest za późno, aby wrócić na prawe drogi.
– Bardzo miło z ojca strony! – zawołał ktoś za nimi.
Na dźwięk tego głosu Joemu wzrosło ciśnienie, ale od razu postarał się opanować. Nie pierwszy raz musiał udawać, że Lucky Luke go w ogóle nie obchodzi, a teraz było to podwójnie ważne.
Kowboj podjechał do bramy na swoim koniu, a strażnik przywitał go z radością.
– Panie Luke! Co pana do nas sprowadza?
– A mam do przekazania kilka wiadomości naczelnikowi – odpowiedział Luke, po czym zwrócił się nagle do Joego: – Ksiądz pozwoli, że wejdę z nim. Będzie bezpieczniej.
– Tak, oczywiście, mój synu. – To wszystko, co bandyta mógł na to powiedzieć.
Strażnik otworzył im ciężką bramę i wprowadził ich do środka. Joe dostrzegł dziedziniec i długą kamienną ścianę z okratowanymi drzwiami do cel. Gdzieś tam jest jego brat. Pytanie tylko: gdzie?
– A tak w ogóle – Luke, który właśnie schodził z konia, wyrwał na chwilę Joego z rozmyślań – jak tam William Dalton?
Na dźwięk imienia brata serce Joego podskoczyło. Czyżby Luke się czegoś spodziewał? A może pytał tylko z ciekawości? Obojętnie jakie były jego intencje, dopóki ten głupi harcerzyk znajdował się tak blisko, istniało ryzyko, że coś pójdzie nie tak.
– Myślę, że już trochę zmiękł – odpowiedział strażnik
– Nadal siedzi w izolatce? – dopytał samotny kowboj.
– Tak, zostały mu jeszcze dwa dni.
Dwa dni?! Chcieli go jeszcze trzymać w ciemności dwa dni?! Joe zacisnął po kryjomu pięści.
– W takim razie na pewno przyda mu się spowiedź – oznajmił Lucky Luke i spojrzał na Joego: – Prawda, ojcze?
Bandyta cieszył się, że pod szerokim rondem kapelusza nie było widać jego twarzy, bo jego uśmiech był iście złowieszczy. Czasem Luke potrafił być pożytecznym idiotą.
Zaraz jednak Joe spoważniał. To była idealna okazja do działania.
– Tak, synu. Wszyscy mają prawo do rozgrzeszenia.
– W takim razie zaprowadzę księdza – oznajmił Luke. – Tak się składa, że znam już drogę.
Luke zaprowadził konia do stajni, a potem we trójkę – Joe, kowboj i strażnik – zaczęli iść w stronę izolatki. Ominęli długi korytarz cel i skręcili w prawo, a potem w lewo, aż doszli do wmurowanej w skałę klatki, w której panowała kompletna ciemność. Strażnik wyjął odpowiedni klucz i otworzył ostrożnie okratowane drzwi, mówiąc:
– Ksiądz do ciebie, Dalton.
– Po co mi ksiądz? – zabrzmiał słaby głos z ciemności.
– Może chcesz się wyspowiadać – odpowiedział strażnik.
– Czasem warto się wyspowiadać księdzu – dodał Luke. – On cię zrozumie prawie jak brat.
Joe spojrzał z ukosa na Luke’a. Czy to możliwe, że jednak łajdak coś podejrzewał?
Nie miał jednak czasu, aby się nad tym rozwodzić, bo drzwi stały przed nim otworem, a dzięki słońcu z dziedzińca najstarszy z Daltonów mógł ujrzeć swojego brata ubranego tylko w bieliznę i przykutego za gruby pierścień na podłodze. William wyglądał na bledszego i bardziej spoconego, niż zwykle, a do tego przystrzyżono mu włosy. Jego oczy przyglądały się przybyszowi z lękiem, choć po chwili można było w nich dostrzec coś na kształt zrozumienia.
Joe wkroczył do celi i przymilnym tonem oświadczył:
– Nie bój się, synu. Przybyłem wyzwolić cię z okowów grzechu.
Drzwi zamknęły się za nim i Joe usłyszał dźwięk przekręcanego zamka.
– Lepiej odejdźmy trochę – powiedział do strażnika kowboj. – Nie powinniśmy przysłuchiwać się cudzej spowiedzi.
– Racja, panie Luke.
Zaczęli się oddalać, ale Joe odwrócił się do nich i zawołał:
– Poczekajcie jeszcze.
Zatrzymali się i spojrzeli na niego.
– Lepiej go też rozkuć – powiedział po chwili. – W kajdankach będzie mu trudno dopełnić wszystkich rytuałów. Klęknąć, zrobić znak krzyża i te sprawy.
– Przykro mi, ojcze, ale nie możemy tego zrobić. To niebezpieczny przestępca.
– Niestety taka jest prawda – dodał Luke i szturchnął strażnika łokciem. Ten zachwiał się i aż oparł o kraty z łoskotem. – Co pan na to, aby opowiedzieć panu kilka z moich przygód?
– Och, z miłą chęcią, panie Luke.
I tak po prostu sobie poszli, ale niezbyt daleko. Stanęli tuż przy przejściu do korytarza do głównego dziedzińca.
Tymczasem Joe odwrócił się znów do Williama, który przyglądał mu się uważnie. Po chwili w jego oczach pojawiły się łzy.
– Czy to naprawdę ty, Joe? – zapytał zaraz potem szeptem. – Czy mam omamy?
Jego głos był słaby i przerażony. Od razu przed oczami stanął Joemu o wiele młodszy William, który właśnie obudził się z koszmarnego snu. Wtedy Joe był zirytowany, że William zawraca mu głowę (zwłaszcza że i tak leżeli w jednym łóżku, a William był od niego o głowę wyższy). Teraz jednak…
Joe szybko podszedł do brata i przytulił go do siebie mocno. Następnie szepnął mu do ucha:
– Tak, to ja, Williamie. Przybyłem cię stąd zabrać.
William wydał z siebie kolejny szloch, ale tym razem zabrzmiał on jakby radośnie. Skrępowane kajdanami dłonie otoczyły starszego brata na tyle, na ile były w stanie.
– Wiedziałem, że przyjdziesz. Tylko to sprawiało, że nie oszalałem!
Jeszcze przez chwilę Joe trzymał brata w objęciach. Prawda była taka, że robił to nie tylko dla Williama, ale i dla siebie. W więzieniu w Teksasie brakowało mu świadomości, że William jest pod jego pryczą; że tłucze kamienie tuż obok i pyta o szczegóły kolejnego planu. Tak samo, jak brakowało mu Jacka i Averella. Dobrze wiedział dlaczego.
Nieco dalej Lucky Luke spoglądał ukradkiem w stronę izolatki, opowiadając strażnikowi o tym, jak stanął przed sądem „Wieszającego Sędziego” Roya Beana. Nie widział, jak przebiegało spotkanie między braćmi, ale miał nadzieję, że obaj czują się o wiele lepiej… i że skorzystają z okazji, które kowboj dla nich przygotował.
Joe przerwał wreszcie uścisk i obaj bracia spojrzeli na siebie.
– To jaki jest plan, Joe? – zapytał William, a na jego twarzy malowało się oczekiwanie.
Tym razem jakby był bardziej ożywiony niż zwykle w takich chwilach. Po latach ciągłych ucieczek i wpadek, William, Jack i Averell coraz częściej reagowali apatią albo znudzeniem na kolejne plany starszego brata. Teraz jednak William zapewne nie mógł się doczekać, aż stąd wreszcie wyjdzie. Aczkolwiek prawda była taka, że przez obecność Lucky Luke’a w więzieniu Joemu nie udało się wykraść klucza do celi i kajdanek.
Zaraz jednak jak tylko o tym pomyślał, ujrzał leżące na ziemi przed celą klucze. Musiały wypaść strażnikowi w którymś momencie, ale w którym? Zresztą to nie było ważne. Teraz najważniejsze było sięgnąć po klucze i spróbować przenieść je na drugą stronę izolatki. A Luke zwrócony był do celi przodem i wszystko widział…
Ale czy Joemu się wydawało? Kowboj jakby wycofał się głębiej w zakręt korytarza wraz ze strażnikiem, który stał do izolatki tyłem. To już powoli robiło się podejrzane, niemniej jednak Joe nie zamierzał nie korzystać z okazji. Najwyżej potem zajmie się Lukiem. Teraz najważniejszy był William.
Trochę to trwało, ale Joemu udało się odnaleźć właściwy klucz i otworzył najpierw celę izolatki. Następnie wyszedł na chwilę, wyciągnął klucz, wszedł z powrotem do środka i niebawem otworzył kajdanki. William jeszcze przez chwilę masował otarcia na rękach, a potem podniósł się na równe nogi.
– Co teraz, Joe? – zapytał szeptem.
Joe wyciągnąć z torby strój zakonnicy i podał go bratu. William z kolei spojrzał na Joego z konsternacją.
– A nie będzie to podejrzane, jak nagle pojawi się wąsata zakonnica?
– Chcesz się stąd wydostać, czy nie? Weź mnie nie wpieniaj, William, i włóż tę kieckę!
Na twarzy Williama pojawił się lekki uśmiech.
– Tak jest, Joe – powiedział, nadal się uśmiechając, po czym natychmiast włożył na siebie habit.
Joe bez słowa wyprowadził brata z celi. Przez dłuższy moment słońce raziło Williama w oczy, ale dawał się prowadzić za rękę przez korytarz. O dziwo nie było tam nikogo.
– Opuść głowę – syknął Joe. – Trudniej im będzie zobaczyć twoją twarz.
William tak też zrobił. Szli powoli przez korytarz, Joe rozglądał się za strażnikami, ale wyglądało na to, że wszyscy gdzieś poznikali. Lucky Luke’a też nigdzie nie było. To było nieco upiorne.
Przeszli aż do głównej bramy. Wtedy dostrzeli, że w korytarzu zwykłych cel Lucky Luke wykonywał wraz ze swoim koniem różne sztuczki dla tłumu strażników i osadzonych.
– Nie do wiary – odparł William, przyglądając się temu. – Oni nie są aż tak głupi.
– A jednak – oświadczył Joe i wyciągnął znów klucze. – Skorzystajmy z tego zamieszania.
Zaczął sprawdzać po kolei wszystkie zamki. Pierwsze trzy okazały się nie pasować, ale przy następnym zamek wreszcie puścił. Brama otworzyła się ze zgrzytem i obaj Daltonowie przez nią przeszli…
– Hej, co ksiądz robi?! – odezwał się za nimi głos strażnika. – I skąd ma ksiądz te klucze?!
Joe odwrócił się i spróbował przyjąć ton dobrodusznego kaznodziei.
– Ach, nie chciałem cię, synu, kłopotać. Na pewno macie dużo roboty…
– Mimo wszystko, nie jest ksiądz autoryzowanym personelem więziennym i nie może tak sobie bez niczyjej wiedzy i zgody wychodzić. Zaraz, chwileczkę. – Nagle strażnik spojrzał na fałszywą zakonnicę. – Pamiętam, że zamknąłem księdza w izolatce z Williamem Daltonem. I kim jest ta kobieta?
Po chwili do strażnika dołączyli jego koledzy, a nawet sam Lucky Luke oraz naczelnik Yumy. Z sekundy na sekundę sytuacja wydawała się coraz bardziej opłakana. Ale, o dziwo, kowboj jeszcze nie wyjawiał tożsamości fałszywych duchownych, a zwykle już dawno by to zrobił.
Joe uśmiechnął się złowieszczo.
– Hej, Luke – zaczął, nie podnosząc głowy. – Czy przekazałeś naczelnikowi Yumy moją wiadomość?
Lucky Luke odpowiedział również uśmiechem.
– Jakoś nie miałem czasu, Joe. Zresztą powinieneś się cieszyć, zyskałeś element zaskoczenia.
Joe spoważniał i rozejrzał się po zebranych. Dopiero po chwili odezwał się znów:
– Który z nich mu to zrobił?
– Który z jakich i co komu zrobił?
– Nie udawaj głupa, Luke! – wrzasnął Joe. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi!
– Musisz być bardziej precyzyjny, Joe.
– No więc dobrze, ujmę to inaczej. – Starszy z Daltonów wyciągnął z worka rewolwer. – Wskaż mi łajdaka, który zamknął mojego brata w tamtym ciemnym miejscu! I to już!
– Joe, to nieważne – powiedział William. – Uciekajmy.
– Nie, Williamie.
– Joe, Lucky Luke tu jest. Musimy wiać.
– Są rzeczy, których nie zamierzam tolerować. – Joe spojrzał na brata. – Tak więc wskaż mi strażnika, który cię tam zamknął. Daj mi go ukarać za swoją krzywdę.
Przez chwilę trwała cisza. Pod wpływem gromiącego wzorku Joego William wyciągnął rękę i wskazał tego samego strażnika, który zaprowadził wcześniej Luke’a i Joego w przebraniu do izolatki. Od razu na twarzy klawisza pojawił się lęk, a najstarszy z Daltonów wycelował w niego pistolet.
– Zmów paciorek.
Ale zanim zdążył pociągnąć za spust, szybki strzał w palce sprawił, że broń wypadła Joemu z rąk. Lucky Luke wyszedł braciom naprzeciw.
– Przecież wiedziałeś, że tak właśnie będzie, Joe.
– Nie wtrącaj się! To sprawa rodzinna!
Luke spojrzał na Joego poważnie. Prawie im się udało. Prawie uciekli. Kowboj z chęcią zamierzał im w tej ucieczce pomóc, wystarczyło tylko, aby przedostali się za bramę i uniknęli ostrzału z wież strażniczych. Najpierw jednak musiał coś sprawdzić.
– Nie rób nic głupiego, Joe. Co się stanie, jeśli zginiesz?
– Widziałeś w jakim stanie był William!
Tak, Luke widział. I to zanim jeszcze odwiedził Joe w Teksasie. Też mu się to nie podobało, zwłaszcza że do tej pory nie było jasne, za co dokładnie William dostał tę izolatkę. Mimo wszystko jednak samotny kowboj nie zamierzał pozwolić na rozlew krwi. Niczyjej.
Joe wyciągnął z torby drugi rewolwer i skierował go znów na strażnika.
– Tak więc teraz sprawiedliwości stanie się zadość.
Luke z kolei wycelował w Joego i jednym strzałem zgiął lufę jego rewolweru do góry, czyniąc ją niesprawną.
– Wiesz, że to nie sprawiedliwość, Joe. Jeśli to zrobisz, obaj z Williamem zginiecie.
Joe milczał. Wyciągnął jeszcze jedną broń, ale jej już nie zdążył skierować na swoją ofiarę, zanim znów nie został rozbrojony przez Luke’a.
– Uciekajmy – syknął do brata William.
– Właśnie dlatego ja jestem starszym bratem, a nie ty – odparł Joe. – Ja mszczę wasze krzywdy, bo wy jesteście zbyt wielkimi mięczakami, aby to zrobić.
William wydawał się zawstydzony tym stwierdzeniem.
– A skoro nie mogę cię zastrzelić – zwrócił się do pechowego strażnika starszy z Daltonów – zobaczymy jak sobie radzisz z łapaniem noży w zębach.
Zaczął czegoś szukać w torbie, ale przez dłuższy czas nie mógł tego znaleźć.
– Joe – Lucky Luke spróbował przemówić do niego ponownie – naprawdę chcesz tu zginąć?
– Jakoś sobie poradzimy. A z Daltonami się nie zadziera.
– Masz teraz wybór, Joe. Możesz teraz wywrzeć zemstę, a wtedy wszystkie pistolety będą skierowane w was. Możecie też po prostu rzucić się do ucieczki wraz z Williamem i zobaczyć jak daleko zajdziecie. A potem będziecie mogli ruszyć do San Quentin i Sundance.
Na twarzy starszego z Daltonów pojawiło się wahanie i przerwał grzebanie w torbie. Zaczął najwyraźniej ważyć obie opcje.
– Co wybierzesz, Joe: zemstę czy brata?
Nagle starszy z Daltonów najwyraźniej natknął się na coś w rękach, a po chwili z uśmiechem satysfakcji wyciągnął duży nóż myśliwski. Spojrzał najpierw na strażnika, a potem na Luke’a.
– Dobrze wiesz, że w tym przypadku to jedno i to samo, Luke.
Już miał się rzucić na strażnika z nożem, kiedy nagle William z całych sił podniósł go do góry i przybił do krat.
– Uspokój się, Joe – powiedział do niego i spojrzał mu głęboko w oczy. – Skupmy się na ucieczce.
Joe szybko wyrwał się z jego objęć i rzucił mu kolejne gromiące spojrzenie.
– Jesteśmy Daltonami, Williamie! A ja jako najstarszy mam obowiązek mścić się za krzywdy moich braci! A nieraz to jedyne, co mogę zrobić!
– To już za długo trwa – powiedział naczelnik Yumy i jeden ze strażników wycelował w obu Daltonów swoją strzelbę. – Nikt nie będzie po was płakać.
Ale wtedy z kolei Luke strzelił w jego palce, wytrącając mu broń. Zarówno strażnik, jak i naczelnik spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Panie Luke, czemu pan ich w ogóle ochrania? – zapytał naczelnik. – To tylko bandyci!
– „Tylko” bandyci?! – oburzył się Joe, a William znowu spróbował go powstrzymać, chwytając go za ramiona. Wciąż wierzgając, Joe przeszedł do kolejnej tyrady: – Jesteśmy braćmi Dalton! Należymy do najznakomitszego klanu przestępców w Stanach Zjednoczonych, jeśli nie na całym świecie! I właśnie dlatego nie możemy puścić płazem zniewag!
Ale Luke nie zwracał na to uwagi. Znów spróbował przemówić do swojego przeciwnika:
– Mówisz tak, jakbyś miał do stracenia tylko dumę, a przecież tak nie jest. To, co możesz stracić, próbuje cię teraz uspokoić, abyś nie zrobił czegoś głupiego.
Joe nagle przestał wierzgać i spojrzał na Williama, a on na Joego. Wymienili zakłopotane spojrzenia.
– Zawsze tak jest: ty się wściekasz, oni cię powstrzymują! – ciągnął Luke. – Ale teraz jest tu tylko William, a bez Jacka nie utrzyma cię zbyt długo!
Nagle Joe zrobił się jakby bardziej potulny. Następnie zmarszczył brwi i zawołał do Luke’a:
– Sam mówiłeś, że strażnicy z wieży strzelają do uciekinierów. Nie mamy szans.
– Czemu w ogóle wchodzimy w te dyskusje? – zapytał Luke’a naczelnik. – Przecież i tak nie pozwolimy im uciec.
Luke nie zamierzał mówić im, że zamierza być aniołem stróżem Daltonów.
– A nie jest pan ciekawy – odpowiedział zamiast tego i nawet uśmiechnął się lekko – czy Joe Dalton ma serce?
Znowu nastała cisza. Wszyscy strażnicy i naczelnik w Yumie spojrzeli najpierw na Luke’a, potem na Daltonów. Zaraz jednak naczelnik ogłosił:
– Dość już tej żenady! Strzelać do uciekinierów!
Luke powstrzymał ich tak jak zwykle – strzelając w kraty i sprawiając, że odbijająca się kula po kolei trafiła w ręce połowy strażników. Kolejny strzał rozbroił resztę. Naczelnik spojrzał na kowboja ze zdumieniem.
Joe skorzystał z zamieszania i otworzył drzwi głównej bramy. Wraz z Williamem spojrzeli przed siebie.
– Biegniemy – powiedział do brata Joe.
William tylko przytaknął i obaj ruszyli przed siebie. Luke z kolei poprzez kraty w głównej bramie zaczął celować po kolei we wszystkie strzelby strażników na wieżach. Trochę tego było, ale czego nie trafiła kula wycelowana bezpośrednio, to dokończył jej rykoszet. Koniec końców, Lucky Luke przyglądał się z pewną satysfakcją, jak dwie czarne kropki oddalają się w stronę pustyni (a tak konkretnie, to do obozu, który Joe rozbił niedaleko).
– Naprawdę pan pozwolił im uciec? – zapytał z niedowierzaniem naczelnik.
– Daltonowie zawsze uciekają – zwrócił się do niego Luke. – Jeśli nie teraz, to jutro albo za tydzień. A ja przeprowadzam eksperyment.
– Eksperyment?! – Naczelnik podniósł brwi.
– Tak – odparł Luke i spojrzał w dal. – Jak na razie wyniki są dość obiecujące, nie sądzi pan?
– Nie wiem. Już nic nie wiem. Ale sędzia Archer dowie się o tym, że utrudniał pan aresztowanie osadzonych.
– Proszę bardzo – odparł niewzruszony kowboj. – Jak najbardziej on też powinien wiedzieć, co z tego wyniknie.
– Rozumie pan, panie Luke, że nie mogę pozwolić panu odejść? Pomógł pan uciec Daltonom. Jest pan teraz przestępcą.
– Nie pierwszy raz – stwierdził kowboj i zagwizdał.
Jolly Jumper podbiegł do swojego jeźdźca i niebawem Lucky Luke galopował przez dziedziniec, unikając ostrzału z wież strażniczych Yumy.
W tymczasowym obozie Joe, osadzonym na wzniesieniu, z którego był dobry widok na rzekę Kolorado, William zajadał fasolkę z puszki z apetytem, który prawie dorównywał apetytowi Averella. Po nie wiadomo ilu dniach o chlebie i wodzie takie danie smakowało mu o wiele lepiej. Tak samo świeże powietrze i słońce na niebie wydawały się jakby bardziej przyjazne po zatęchłym i ciemnym wnętrzu izolatki. Nigdy wcześniej wolność nie była aż tak słodka.
William Dalton po raz drugi tego dnia rozpłakał się ze szczęścia. Zaraz jednak dostrzegł przyglądającego mu się uważnie Joe, i natychmiast otarł łzy i wziął się w garść. Najstarszy z braci Dalton nigdy nie lubił, kiedy pozostali mazali się jak baby… Niemniej na twarzy Joe malowała się nie wściekłość, a coś na kształt troski.
W każdym razie nie skomentował łez Williama, tylko przeszedł do omawiania dalszego planu:
– Odpoczniemy trochę, a jutro ruszamy do San Quentin, po Jacka.
– No, jesteśmy całkiem blisko. To w Kalifornii – odparł William. – Wiesz już jak wejdziemy do środka?
– Na pewno fałszywego księdza będą się spodziewać, więc wymyślimy coś innego. Jak zobaczę to całe San Quentin, coś mi przyjdzie do głowy.
Przez chwilę milczeli obaj, William jedząc fasolę, a Joe przyglądając się podłożu w zamyśleniu. Wreszcie młodszy z braci przerwał ciszę:
– Ciekawe, co u Jacka i Averella.
Joe spojrzał na niego i jego twarz spochmurniała jeszcze bardziej.
– Jacka pobili, a Averell nie chce jeść.
William zamarł na chwilę i rzucił bratu zdziwione spojrzenie.
– Skąd wiesz?
Joe pokrótce opowiedział o dziwnej wizycie samotnego kowboja i o tym co powiedział na temat Jacka i Averella. Kiedy William o tym usłyszał, znów przez dłuższy czas jadł w milczeniu obiad. Kiedy skończył, odłożył puszkę na bok i powiedział:
– Skąd wiesz, że Luke mówił prawdę?
– Bo mówił prawdę o tobie – odrzekł Joe. – A w związku z tym musimy jak najszybciej pojechać do San Quentin i Sundance, aby spuścić łomot paru łajzom.
Młodszy z braci Dalton przypomniał sobie niedawne odwiedziny Luke’a w swoim więzieniu. Zwłaszcza moment, kiedy kowboj wszedł do izolatki i mieli okazję spokojnie porozmawiać. Nagle Luke pochylił się, aby szepnąć coś do ucha Williama. To, co wtedy wyszeptał, zostało potem z bandytą przez te wszystkie dni izolatki.
– Lucky Luke się dziwnie zachowywał, nie? – stwierdził po chwili młodszy z Daltonów.
– On się zawsze dziwnie zachowuje. Praworządnych nigdy nie zrozumiesz…
– Ale tym razem pomógł nam w ucieczce.
– Jakie „pomógł”?! Po prostu robił to, co zwykle: starał się, aby nikt nie wykitował. Z nami włącznie.
– Nie chodzi tylko o to. Pamiętasz, kiedy przyszedłeś, powiedział wtedy: „Czasem warto się wyspowiadać księdzu. On cię zrozumie prawie jak brat.” Wiedział, że to ty i chciał, abym cię przyjął. I jeszcze odwrócił uwagę strażników, przynajmniej do momentu, w którym nie doszliśmy do bramy.
Joe wstał, podszedł bliżej i usiadł tuż przy bracie.
– Pomyśl logicznie, Williamie. Po co Lucky Luke miałby nam pomagać uciec z więzienia?
William zastanowił się nad tym pytaniem, po czym spojrzał Joemu w oczy.
– Nie wiem, ale kiedy odwiedził mnie pierwszy raz w izolatce, powiedział coś dziwnego.
– Niby co takiego? – Brwi Joego podniosły się.
– Powiedział mi do ucha: „Joe niedługo tu będzie. Wytrzymaj tyle, ile zdołasz.”
Pomimo tego, że tym razem spał koło niego William i jego obecność miała w sobie coś kojącego, pierwsza noc po jego odzyskaniu nie należała do spokojnych. Joe myślał wciąż o rożnych rzeczach – o tym, że w Kalifornii czeka na niego pobity Jack; o tym, że w Sundance Averell odmawia jedzenia; o tym, że kiedy Joe go w końcu zobaczył, William był przerażony i pobladły, i pewnie siedział w tamtej izolatce bardzo długo, zanim przybyła pomoc. Joe żałował, że dał się ponieść rozpaczy i nie uciekł całe tygodnie wcześniej. Czemu zwlekał tak długo, skoro jego bracia go potrzebowali? Czemu pozwolił sobie, aby upaść na duchu?
Ale Joe Dalton myślał też o tym, co powiedział Williamowi Lucky Luke. Joe nienawidził samotnego kowboja każdym atomem swojego jestestwa. Samo jego imię, sam jego głos doprowadzał bandytę do białej gorączki… Ale jednocześnie Joe znał Luke’a na tyle długo, żeby wiedzieć, czego się po nim spodziewać. Wiedział, że Luke nigdy ich nie zabije, nigdy nie pozwoli ich zlinczować, nigdy nie zrobi im krzywdy, nigdy nie będzie nieuprzejmy dla ich matki. Cholerny harcerzyk, ale czasem dobrze mieć świadomość, że ze strony twojego największego wroga nie grozi ci nic bardziej poważnego.
A mimo to…
Spróbujcie odpowiednio spożytkować ten czas. Wkrótce będziecie mogli tylko do siebie pisać.
A mimo tego, że Lucky Luke był wzorem wszelkich cnót i wielkim bohaterem Dzikiego Zachodu, po prostu siedział i patrzył jak jego bracia byli z krzykiem zabierani do innych więzień. Nie protestował, nie podważał tej decyzji Archera i nie wyglądało na to, aby pomógł Williamowi i Jackowi, kiedy dowiedział się o ich sytuacji.
Wymusiłem na nim, aby zjadł przy mnie obiad, ale nie jestem pewien, czy po moim wyjeździe jada regularnie…
Przynajmniej Averellowi jakoś pomógł, ale z Averellem było łatwo. Natomiast William spędził nie wiadomo ile czasu w zupełnej ciemności, a Jack został ranny. Jaki bohater pozwala na taką niesprawiedliwość?
Powiedział mi do ucha: „Joe niedługo tu będzie. Wytrzymaj tyle, ile zdołasz.”
Co Lucky Luke sobie wyobraża? Że Joe odwali za niego całą robotę?
Joe był już tak zdenerwowany, że postanowił rozprostować nogi. Przy okazji zamierzał rozejrzeć się po okolicy. Spojrzał jeszcze na śpiącego Williama, który przekręcił się na drugi bok i zaczął chrapać. Joe doszedł do wniosku, że nie będzie się za bardzo oddalał, tak na wszelki wypadek.
Najpierw przyjrzał się rzece rozciągającej się na dole. Następnego ranka uzupełnią wodę, przebiorą się i ukradną jakieś konie… chociaż nie, może właśnie lepiej będzie przedostać się do Kalifornii rzeką. Tylko potrzebowali odpowiedniej łodzi.
Joe zaczął powoli schodzić w dół wzniesienia. Powoli kończyła im się żywność, więc może powinien upolować jakieś jaszczurki albo przygotować zasadzkę na dyliżans… Chociaż nie, do tego drugiego lepiej byłoby zaprzęgnąć Williama… Wspólna robota mogłaby im dobrze zrobić.
Tymczasem niedaleko dwóch zbiegłych Daltonów obserwował przez lunetę Lucky Luke.
– Jakie dalsze plany, kowboju? – zapytał Jolly Jumper.
Nie spuszczając oczu z bandyckich braci, Luke odpowiedział:
– To zależy, czy Joe wybierze drogę lądową czy wodną do Kalifornii. – Złożył lunetę i westchnął. – Mam nadzieję, że podczas naszej nieobecności w San Quentin sprawy nie uległy pogorszeniu. Lekarz twierdził, że postara się zatrzymać Jacka jak najdłużej w lazarecie, ale nie wiem, czy od tego czasu sprawy się nie skomplikowały. Może powinienem wysłać telegraf do naczelnika…
– Nie da rady, kowboju. Nie pamiętasz? Jesteśmy ścigani.
– Pewnie tak. Ale co to dla nas? – odparł Luke i mrugnął do swojego rumaka.
Mama Dalton musiała przyznać, że było coś swojskiego w więzieniu w Sundance. Ładna jasna cegła, czerwone dachówki, budynek, który przypominał z wierzchu bardziej jakiś ratusz niż więzienie… tylko te duże okratowane okna i ten dobudowany wysoki płot z wieżą na szczycie wyglądał paskudnie (zwłaszcza że drewno było brudne i prawie poczerniałe). W środku były trzy piętra cel, ale do środka dochodziło naturalne światło.
Mama Dalton czekała w sali odwiedzin, aż przyjdzie jej najmłodszy syn. Niestety strażnicy skonfiskowali większość rzeczy, które dla niego przygotowała (nawet ciasto z pilnikiem i kosz z liną). Tak więc nie pozostało jej nic innego, jak przeczytać po raz kolejny gazetę, którą ze sobą przyniosła.
UCIECZKA WILLIAMA DALTONA Z WIĘZIENA W YUMIE! LUCKY LUKE POMAGAŁ?
Wczoraj w Terytorialnym Więzieniu w Yumie doszło do brawurowej ucieczki Williama Daltona. Świadkowie wspominają o przebranym za księdza Joe Daltonie oraz o dziwnym zachowaniu Lucky Luke’a.
Według strażników Joe Dalton podszył się pod księdza i odwiedził Williama Daltona w izolatce pod pretekstem wysłuchania jego spowiedzi. Wkrótce udało mu się zdobyć klucze i uwolnić brata, którego przebrał w strój zakonnicy. Najdziwniejsze jest jednak to, że w więzieniu w Yumie obecny był Lucky Luke, który uniemożliwił Joe Daltonowi zabicie jednego ze strażników (podobno odpowiedzialnego za zamknięcie Williama w izolatce), ale też nie pozwolił strzelać strażom do uciekinierów.
„Lucky Luke specjalnie utrudniał aresztowanie zbiegów – mówi naczelnik Terytorialnego Więzienia w Yumie. – W dodatku mam prawo podejrzewać, że asystował Joemu Daltonowi, prowadząc go do izolatki i odwracając uwagę strażników od tego, co się dzieje poprzez prywatny pokaz sztuczek. Zamieściłem więc stosowe pismo i czekam na list gończy.”
Trudno uwierzyć w to, że legenda Dzikiego Zachodu pomaga swoim największym wrogom. Nie od dziś wiadomo też o bezkrwawym rozwiązywaniu konfliktów przez Lucky Luke’a, również w stosunku do swoich najsłynniejszych przeciwników. Toteż wielu skłania się do interpretacji, że Luke po prostu nie chciał doprowadzić do śmierci Daltonów, a jego obecność w więzieniu jest zbiegiem okoliczności.
Czekamy jednak na dalszy rozwój wypadków. Czy Joe Dalton wkrótce przybędzie do więzień San Quentin i Sundance po pozostałych dwóch braci? I co zrobi wtedy Lucky Luke?
– Straszny szmatławiec – odezwał się ktoś, zmuszając Mamę Dalton, aby podniosła oczy znad gazety.
Stał przed nią sędzia Archer we własnej osobie. Stara bandytka uśmiechnęła się do niego i odpowiedziała:
– Jak dla mnie, to są cudowne wieści. – Zaraz potem dodała: – Dzień dobry, sędzio.
– Pani Dalton – przywitał ją skinieniem kapelusza, po czym usiadł obok niej i powiedział: – Jak rozumiem, odwiedza pani Averella.
– W rzeczy samej – przyznała. – A co ciebie sprowadza do Wyoming?
– Prawdę mówiąc, pani, pani Dalton. Po naszym ostatnim spotkaniu i po tym, co się wydarzyło w Yumie mam do pani kilka pytań.
Mama Dalton zrazu spoważniała.
– Jeśli dotyczą one poczynań Joego, to tracisz czas. Nawet gdybym wiedziała, co planuje mój pierworodny, nie powiem to żadnemu przedstawicielowi prawa. – Po chwili uśmiechnęła się i dodała: – Ale wiedziałam, że stanie na wysokości zadania.
– Jak rozumiem, następny przystanek to San Quentin? – dopytał Archer.
– Nie wiem. Nie siedzę w głowie Joego.
– To oczywisty trop. Kalifornia jest tuż obok Arizony.
– Skoro tak mówisz, sędzio…
Mama Dalton nie mogła się doczekać aż wreszcie przyjdzie jej mały Averell. Sędzia Archer działał jej na nerwy, a rozmawiali ledwie minutę.
– A co mi pani powiedzieć o Lucky Luke’u, pani Dalton? – zapytał nagle.
Staruszka rozpromieniła się i odparła:
– To bardzo miły młody człowiek. Bardzo dobrze wychowany… ale chyba sierota. Gdyby nie to, że ciągle gada o prawie i porządku, i pakuje moich synków do pudła, adoptowałabym go z miejsca.
Sędzia spojrzał na nią ze zdumieniem i zamyślił się na chwilę.
– Myślałem, że Luke i Joe to najwięksi wrogowie.
– Och, Joe na pewno tak uważa – stwierdziła Mama Dalton, po czym przybliżyła się bardziej do sędziego i powiedziała, jakby w sekrecie: – Ale z Lukiem przynajmniej będę wiedziała, że moi chłopcy są bezpieczni. Nie tylko ich nie zabije, ale też nie pozwoli ich zabić nikomu innemu. Nawet jechał na łeb na szyję, aby im znaleźć narzeczone przed egzekucją. A ja nie musiałam go o to prosić! Wszystko zrobił z własnej woli!
– A dlaczego? Przecież to bandyci, jak każdy inny.
Mama Dalton uśmiechnęła się łagodnie.
– Myślę, że on ich, na swój sposób, lubi. Są dla niego jak młodsi bracia.
Sędzia szykował się do zadania kolejnego pytania, ale nagle strażnik przyprowadził ze sobą Averella. Wyglądał na zmęczonego i wychudzonego.
– Och, moje maleństwo! – zawołała Mama Dalton i wzięła najmłodszego syna za rękę. Na chwilę spojrzała na sędziego i powiedziała: – Wybacz, sędzio. Muszę porozmawiać ze swoim synkiem. – Przeniosła wzrok na Averella i uśmiechnęła się do niego, idąc w stronę pobliskiej ławki ze stolikiem: – Mam ci tyle do opowiedzenia!
Zauważyła jednak od razu, że nie reagował na to, co do niego mówiła. Wydawał się być całkowicie nieobecny. Mimo wszystko jednak usiadła naprzeciwko niego na ławce i zaczęła z nim rozmawiać.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
