Kiedy przybyłem wreszcie do miejsca, gdzie przetrzymywany był zabójca, dowiedziałem się, że jak dotąd moi ludzie nie zabrali się do przesłuchania. To znaczy – poczynili już pewne kroki, zadali kilka podstawowych pytań, próbowali wyciągnąć coś z niego łagodną i tą bardziej bolesną drogą (przynajmniej tak mi powiedzieli). Udało im się ustalić, że zabójca nie tyle został wynajęty przez Moriarty’ego, co jedynie ściągnięty przez niego do Londynu, aby zamieszkać w pobliżu Baker Street. Ale nic poza tym nie chciał mówić, chyba, że przyjdę ja, toteż z dalszą decyzją o tym, co trzeba z naszym więźniem zrobić, moi ludzie pozostawili mnie.
Wchodząc do sali przesłuchań, czułem się niezręcznie. Znowu przypominały mi się chwile spędzone na przesłuchiwaniu Moriarty’ego, a także to, co z nich wynikło. Nie bardzo ufałem sobie, w końcu skoro raz popełniłem błąd, to kto wie, czy nie zrobię tego znowu. Postanowiłem jednak zachować spokój. Tym razem nie będę tak lekkomyślny jak poprzednio.
Zabójca był niskim szatynem o wydatnych kościach policzkowych. Nazywał się Karsten Prevost, pochodził z Belgii i potrafił zabić człowieka za pomocą wykałaczki, formy do ciasta albo gazety. Jeśli dałbym mu okazję, zapewne wyrwałby mi parasol z ręki i unieszkodliwiłby mnie jednym ciosem. Ale, choć niewątpliwie siedział przede mną osobnik niebezpieczny i bezwzględny, wiedziałem, że wobec Moriarty’ego był nikim.
Na mój widok prychnął śmiechem i rozpromienił się.
– Nareszcie – odezwał się z mocnym akcentem, bardziej niemieckim, niż francuskim. – Człowiek-Lód we własnej osobie.
Zająłem krzesło naprzeciwko niego.
– Podobno chcesz mi coś powiedzieć – odparłem spokojnie. – Mógłbyś zacząć od tego, dlaczego ty i pozostała czwórka zajęliście mieszkania w pobliżu Baker Street.
Continue reading „[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 5”