Listy top # · Rankingi urodzinowe

Moje siedem ulubionych anime

Znów nadeszły moje urodziny, czas więc na urodzinową listę! Tym razem wzięłam się za ulubione anime.

Przy czym, ponieważ trzy lata temu – w ramach świętowania dziesięciolecia Planety Kapeluszy – przygotowałam listę anime, które były dla mnie przełomowe, pojawiła się pewna zagwozdka. Wiele pozycji z tamtej listy do dziś bardzo lubię, a nie chciałam łamać zasady o niepowtarzaniu się. Dlatego tym razem kierowałam się trzema kryteriami, jeśli chodzi o pozycje. Po pierwsze dane anime tak mnie porwało, że postanowiłam przeczytać mangę albo zapoznać się z innym materiałem źródłowym. Po drugie jeśli nie czytałam mangi, to chociaż darzę daną serię jakimś sentymentem. Po trzecie wreszcie, dane anime podobało mi się tak bardzo, że chciałabym, aby powstała jakaś kontynuacja.

Nie przedłużając, oto moje siedem ulubionych anime.

Miejsce siódme: Kaiketsu Zorro

Ach, młodym być i oglądać anime na Polonii 1… Podczas gdy inni jarali się Yattamanem, ja wolałam animcowe przygody Zorro. Było to zresztą moje wprowadzenie do tej legendarnej postaci i wszystkiego, co z nią związane (tam też po raz pierwszy widziałam sierżanta Gonzalesa, który pojawia się w prawie każdej wersji Zorro, jako taki comic relief). W sumie potem przez całe lata jak w ramówce pojawiał się jakaś kreskówka o Zorro, to miałam nadzieję, że to będzie ta konkretna wersja, ale nigdy tak nie było.

W każdym razie Kaiketsu Zorro miał w sobie dużo wdzięku. Dziewczyna głównego bohatera wkurzała niemiłosiernie, nawet kiedy oglądałam ten serial jako przedszkolak, ale same historie z gatunku płaszcza i szpady sprawiały, że mimo wszystko wspominam to anime z większą nostalgią niż inne produkcje na Polonii 1. Podobał mi się też Mały Zorro, który pojawił się dużo później i którego główny bohater dla bezpieczeństwa zostawiał w pokoju.

Miejsce szóste: Magiczni wojownicy (Slayers)

Kolejna nostalgiczna pozycja, tym razem z RTL7/TVN7. Jest to jedno z dwóch anime, które puszczano przed Dragon Ballem (drugim byli Rycerze Zodiaku) i które mnie, szczerze mówiąc, bardziej interesowały niż Dragon Ball.

Dla tych pięciu osób, które nie wiedzą, o czym są Magiczni wojownicy – nastoletnia czarodziejka Lina Inverse podróżuje po świecie, szukając skarbów i pieniędzy, często walcząc z bandytami. Po jednej z takich eskapad przyłącza się do niej rycerz Gourry Gabriev, który postanawia chronić dziewczynę. W swojej pierwszej wspólnej przygodzie spotykają Zelgadisa, wojownika przemienionego w golema (istotę o kamiennej skórze i drucianych włosach) i pragnącego wrócić do dawnej postaci; a w następnej przyłącza się do nich pełna wzniosłych ideałów księżniczka Amelia.

Zwykle każda przygoda Slayersów zaczyna się od gagów, niekompetentnych złoczyńców i szalonych sytuacji, a potem powoli, powoli robi się coraz poważniej i coraz dramatyczniej i nagle okazuje się, że na szali ważą się losy świata.

W zasadzie mogę powiedzieć, że było to pierwsze anime, którym się świadomie jarałam, również dlatego, że Zelgadis był jednym z moich „animowanych kraszy”. Potem z jedną dziewczyną z gimnazjum, z którą na co dzień stosunki miałam w najlepszym razie średnie, ciągle gadałyśmy o tym anime i dowiedziałam się wtedy, że istnieją magazyny poświęcone japońskiemu komiksowi i animacji; oraz że w mandze Slayers są jeszcze inne postacie, o których nie miałam pojęcia.

Miejsce piąte: Tearmoon Empire

Nie mogło tutaj zabraknąć motywu „Reborn as Villainess” i zastanawiałam się w sumie, które anime z nim lubię najbardziej.

Zdecydowałam się na Tearmoon Empire, które jest nie tyle o kimś z naszego świata przeniesionym do świata gry Otome, co o księżniczce Mii Lunie Tearmoon, która została zgilotynowana po rewolucji i obudziła się w swoim dziecięcym ciele. Teraz, aby uniknąć swojego smutnego losu, musi posiłkować się dziennikiem z poprzedniej linii czasowej, aby zapobiec rewolucji. A to oznacza przygotowanie się na nadchodzącą klęskę głodu i zarazę; oraz trzymanie się z dala od ludzi, którzy przyczynili się do jej śmierci (co bywa trudne, bo spotyka ich później na swojej drodze).

Mia kieruje się przede wszystkim własnym interesem, ale to oznacza też zachowania, które potem będą miały pozytywny wpływ na otoczenie. Nie tylko uniknięte zostaną liczne nieszczęścia, ale też ludzie, którzy widzieli w Mii tylko rozkapryszoną, złośliwą i pozbawioną empatii dziewczynę, teraz postrzegają ją jako Mądrość Imperium i kogoś o wielkim sercu. Mimowolnie też Mia przyczynia się do pozytywnych zmian w życiu wielu ludzi, poczynając od swojej pokojówki i jednego z urzędników, a na księciu, którego postanowiła zaprosić na bal skończywszy. Zarazem wiele z jej zachowań jest opacznie uznawane za wielką mądrość i wyraz szlachetności, gdy tak naprawdę Mia kierowała się wtedy chęcią przetrwania.

Co jednak nie znaczy, że jest ona zła. Doświadczenia z poprzedniego życia sprawiają, że spogląda na pewne rzeczy inaczej. Inaczej zwraca się do pokojówki, która w poprzedniej linii czasowej wiernie jej służyła pomimo tego, że Mia źle ją traktowała; inaczej podchodzi do jedzenia po tym, jak doświadczyła głodu; inaczej patrzy na politykę i problemy społeczne, bo w poprzednim życiu doprowadziły one to rewolucji.

I było to chyba pierwsze oglądane przeze mnie anime z motywem „Reborn as Villainess”, w którym ten aspekt reformatorski był nieco bardziej rozwinięty. Anime na razie skończyło się po jednym sezonie (mam nadzieję, że potem wyjdą nowe odcinki), manga powoli nadrabia, ale słyszałam, że lightnovelowy pierwowzór idzie dalej i byłam nawet zainteresowana przeczytaniem go w bliżej nieokreślonym czasie. 

Miejsce czwarte: My Hero Academia

Pamiętam, że byłam świeżo po pierwszym sezonie One Punch Mana i chciałam obczaić coś animcowego o superbohaterach, dlatego My Hero Academia wydawało się naturalnym drugim przystankiem. Tak więc obejrzałam dostępny wtedy pierwszy sezon i z miejsca mi się podobał, zwłaszcza jeśli chodzi o głównego bohatera Izuku Midoriyę i jego mentora, All-Mighta.

Opowiadałam już o tym, że podobało mi się to, jak przedstawiono w My Hero Academia edukację superbohaterów. Opowiadałam też o tym, że Izuku i Uraraka to jeden z nielicznych pairingów, które faktycznie shippuję. Poświęciłam nawet cały artykuł All-Mightowi. Cóż jeszcze mogę powiedzieć o tym anime?

Przez bardzo długi czas nawet wolałam skupienie się fabuły na takich typowo szkolnych tematach – na wyborze przewodniczącego klasowego, na testach sprawnościowych, na festiwalu sportowym, na stażach i egzaminach na licencję – niż na złolach, którzy po raz kolejny atakują akademię Yuuei. Generalnie droga, jaką muszą przejść Izuku i jego klasa, zanim staną się pełnoprawnymi superbohaterami, wydawała mi się daleko bardziej interesująca niż Liga Złoczyńców. Z czasem to się jednak zmieniło, bo i te szkolne sprawy zaczęły mnie nudzić, i sytuacja wielu bohaterów nagle zrobiła się nieco bardziej dramatyczna.

W dużej mierze to, co kupiło mnie w tej serii, to również inni uczniowie z klasy 1-A. Nie tylko Todoroki, który ma mroczną przeszłość i trudne (delikatnie mówiąc) relacje z ojcem, lecz także energicznego Kirishimę czy poważnego Iidę (Kirishimę zresztą lubię za to, że nigdy nie porzuca przyjaciół i ma zdrowe podejście do męskości). Nawet były prześladowca Izuku, Bakugo, ma momenty, kiedy potrafi być bohaterski, a nawet niesamowity.

Niedawno dowiedziałam się, że manga My Hero Academia się skończyła. Myślę, że odświeżę sobie to anime, kiedy zaadoptowane będą ostatnie rozdziały (chociaż słyszałam, że były pewne kontrowersje związane z tym zakończeniem).

Miejsce trzecie: Ace Attorney

Poznałam grę Phoenix Wright: Ace Attorney dzięki let’s playowi KubzScoutsa, a że w pewnym momencie długo nie pojawiały się kolejne części, postanowiłam w między czasie zapoznać się z animcową adaptacją, która pojawiła się w 2016 roku. Z czasem, kiedy KubzScouts coraz rzadziej publikował cokolwiek z tą grą, postanowiłam po prostu skupić się na anime. Polubiłam je tak bardzo, że nawet zadałam jego pierwszy odcinek Oscarowi w jednym z Wakacyjnych Wyzwań.

Pomimo tego, że są pewne różnice między anime a grą, jest to adaptacja, która wspaniale oddaje ten szalony klimat oryginału. Po części wydaje mi się, że seria Ace Attorney nadaje się do tego, aby zrobić z niego anime, bo ma mnóstwo bardzo kolorowych, wyróżniających się tak pod kątem designu, jak i osobowości postaci, jest bardzo dynamiczna i zawiera kilka tropów, których nie powstydziłby się niejeden shonen (jak na przykład, dwóch rywali, których dzieli wieloletnia historia). Ponadto same potyczki prawne są niezwykle dramatyczne i wciągające (tak po prawdzie, to ja zawsze wolałam segmenty w sądzie, niż poprzedzające je śledztwo), bo to podczas nich mamy coś podobnego do shonenowych walk… tyle że zamiast wymiany ciosów, jest wymiana argumentów. Jak wspominałam w artykule o Ace Attorney, chodzi w tej serii o odkrycie prawdy, a ta prawda często jest bardzo smutna, a nawet przerażająca.

Anime Ace Attorney adaptuje tylko pierwszą trylogię z Phoeniksem Wrightem – pierwszy sezon obejmuje Phoenix Wright: Ace Attorney i Ace Attorney: Justice For All, a drugi Ace Attorney: Trials and Tribulations – i ma kilka fillerów, w tym Beach Episode (bo jak ma nie być odcinka na plaży?), ze dwa odcinki o Phoeniksie, Milesie Edgeworthie i Larry’m Batsie, kiedy byli dziećmi, a także jedną całkiem nową sprawę, która ma miejsce w pociągu. Ale ja chciałabym, aby powstały animcowe adaptacje kolejnych gier z serii, zwłaszcza trylogii z Apollonem Justice czy gier o Milesie Edgeworthie. Niektóre gry (jak Dual Destinies, Spirit of Justice i obie części The Great Ace Attorney) i tak mają animcowe cutscenki, więc czemu nie zrobić pełnoprawnych adaptacji?

Miejsce drugie: Royal Tutor

O ile o poprzednich odsłonach mogliście jako tako słyszeć, o tyle Royal Tutor wydaje mi się nieco bardziej niszowe. Niemniej jednak kiedyś, przeglądając stronę WatchAnime, zaproponowano mi właśnie Royal Tutor, a opis mnie tak zaintrygował, że postanowiłam najpierw obczaić mangę, a potem wrócić do anime.

Fabuła zarysowuje się mniej więcej tak: Heine Wittgenstein został wezwany przez swojego starego przyjaciela, króla Granzreich, aby zajął się edukacją czwórki jego synów, którzy do tej pory powodowali liczne problemy dla kolejnych nauczycieli. Heine szybko zdaje sobie sprawę z tego, w czym problem: małomówny książę Kai roztacza przed sobą aurę wrogości, książę Bruno nie spotkał jeszcze nauczyciela, który sprostałby mu akademicko, książę Licht jest lekkoduchem i kobieciarzem, a książę Leonhard ma taką awersję to nauczycieli, że jest wobec nich złośliwy i ucieka przed nimi na koniu. Heine nie jest przez nich traktowany poważnie, bo wygląda jak dziecko, ale szybko pokazuje każdemu ze swoich uczniów, że jest zupełnie inny od ich poprzednich guwernerów, m. in. rusza w pogoń za Leonhardem i przechodzi wszystkie testy, którym poddaje go Bruno (co skutkuje tym, że Bruno staje się z miejsca wielkim fanem swojego nowego nauczyciela).

W następnych odcinkach widzimy, jak Heine uczy swoich królewskich uczniów, ale poznajemy też bliżej same książęta, które mają zupełnie różne charaktery, zainteresowania i potrzeby. Bruno lubi naukę, a Kai ma problemy z komunikacją, ale świetnie odnajduje się w wojsku, Licht spełnia się jako kelner w kawiarni, udając zwykłego obywatela, a Leonhard z powodu licznych traumatycznych przeżyć z poprzednimi guwernerami, ma ogromne zaległości, więc Heine musi pomóc mu w nadrobieniu ich i podejść do tego w kreatywny sposób. Potrafi być też wobec nich opiekuńczy i skopać tyłek dorosłych, którzy próbują ich skrzywdzić.

Zarówno manga, jak i animcowa adaptacja Royal Tutor są lekkie, łatwe i przyjemne. Książęta z czasem zaczynają być przeuroczy (każdy na swój sposób), i zaczynają leczyć swoje psychiczne i emocjonalne rany. Generalnie jest to też jeden z tych utworów, który głosi, że ludzie są z natury dobrzy i mogą się samodoskonalić, trzeba tylko znaleźć odpowiednie podejście. Niestety anime jest krótsze od mangi i pomija wiele postaci i wątków, jednocześnie jednak ma – w moim odczuciu – o wiele lepsze backstory dla Heinego. W dodatku wyszedł do niego film i wstyd się przyznać, ale jeszcze go nie widziałam. Tak czy inaczej, chciałabym, aby powstał jakiś drugi sezon albo żeby manga była nieco dłuższa.

Miejsce pierwsze: Spy x Family

Opowiadałam trochę o tym anime przy okazji kinówki, która wyszła rok temu. Ciekawe jest to, że najpierw przeczytałam mangę, a kilka miesięcy później dowiedziałam się, że w tym samym roku ma powstać anime, więc dopisało mi szczęście.

I znów – dla tych pięciu osób, które nie wiedzą o co chodzi: Dwa państwa – Westalis i Ostania – kilka dekad wcześniej były w stanie wojny, a teraz jest między nimi kruchy pokój, który wiele osób chce zakłócić. Szpieg o pseudonimie Zmierzch dostaje nową i dość nietypową misję: ma założyć rodzinę i posłać swoje dziecko do elitarnej szkoły Eden, aby zbliżyło się do syna polityka Donovana Desmonda, który podobno planuje rozpętać ponownie wojnę między Westalis i Ostanią. W celu wypełnienia tej misji Zmierzch, przyjmując tożsamość psychiatry Loida Forgera, adoptuje małą dziewczynkę, Anyę i choć na początku wydaje się, że wszystko idzie dobrze, wkrótce okazuje się, że w drugim etapie rekrutacji Eden wymaga rozmowy kwalifikacyjnej z obojgiem rodziców. Tak więc Loid idzie na układ z niejaką Yor Briar, że będą udawać małżeństwo – on, aby posłać córkę do Edenu, a ona, aby policja nie posądziła ją o szpiegostwo (bo ostatnio krążą słuchy, że samotne kobiety są traktowane jako bardziej podejrzane). Loid nie wie jednak, że po pierwsze – jego „żona”, to płatna zabójczyni o pseudonimie Cierniowa Księżniczka; a po drugie – że ich córka była kiedyś obiektem badań i zyskała moc telepatii. Mała Anya jest jedyną osobą w rodzinie, która zna sekrety swoich rodziców (a potem jeszcze dochodzi widzący przyszłość pies), i czasem subtelnie pomaga im w pracy, naprowadzając ich na odpowiednie tropy, albo odwracając uwagę.

Z jednej strony jest pewna lekkość w Spy x Family, bo szpieg, zabójczyni i telepatka muszą ukrywać przed sobą swoje tożsamości, a jednocześnie być jak prawdziwa rodzina (i z czasem rzeczywiście zaczynają tę rodzinę przypominać). Poza tym segmenty w Edenie, gdzie zawierają się dziecięce przyjaźnie, a Anya próbuje pomóc ojcu w pracy, albo zbliżając się do syna Desmonda, Damiana, albo zyskując gwiazdy Stella, aby zostać szkolną prymuską, są bardzo urocze i zabawne.

Z drugiej strony jednak kiedy historia skupia się na Zmierzchu, Cierniowej Księżniczce albo jakimś innym dorosłym, od razu pojawiają się cięższe tematy. Od dramatów mieszkańców Ostanii mieszkających w autorytarnym państwie, poprzez historie wojenne i to, jak wojna odbiła się na całych pokoleniach ludzi w Ostanii i Westalis, po bezwzględnych przestępców, gotowych zabić matkę z dzieckiem albo rozpętać na nowo wojnę. Jedna z najlepszych scen w Spy x Family zresztą to ta, gdzie kobieta, której podlega Zmierzch, dowiaduje się, że grupka schwytanych studentów chciała wywołać wojnę z Westalis, i zaczyna im opowiadać szczegółowo o horrorach wojny i pod sam koniec pyta: „Naprawdę, czego was uczą na tych uniwersytetach?”

Uwielbiam to, że Spy x Family potrafi tak zręcznie balansować między dramatem a komedią. Poza tym oba wątki – i ten dziecięcy w Edenie, i ten „dorosły” w pracy Loida i Yor – świetnie budują świat przedstawiony. W dodatku Spy x Family to pierwsza produkcja, do której kupiłam light novelkę, i to głównie dlatego, że był tam rozdział, w którym Anya spędza dzień ze swoim wujkiem Yurim, czego mi brakowało w głównej historii; i dlatego, że była to light novelka dostępna po polsku.

I to było moje siedem ulubionych anime. Jak zawsze, mam nadzieję, że zainteresowałam Was chociaż jednym z nich.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź