
Są takie klasyki świąteczne, bez których trudno wyobrazić sobie okres bożonarodzeniowy. Jak Grinch ukradł święta jest jednym z nich.
Tak oto doszliśmy do ostatniej części trylogii Jak X ukradł święta i chyba nikogo nie dziwi, że jest to special o znajomym nam zielonym mizantropie. Ja mam pewien sentyment do adaptacji z 1966, bo oglądałam ją w oryginale na Cartoon Network, a dopiero później miałam okazję zobaczyć ją po polsku.
Po latach też im więcej się dowiaduję o tej wersji, tym bardziej mam wrażenie, że to małe arcydzieło. Nie tylko autor książkowego pierwowzoru rozszerzył nieco tekst i napisał nawet piosenki (w tym genialne You’re a Mean One, Mr. Grinch); nie tylko Boris Karloff, legenda horrorów Universala, zagrał narratora i Grincha, lecz także Chuck Jones, który przez całe lata wyprodukował wiele kreskówek Zwariowanych Melodii oraz Toma i Jerry’ego, animował Jak Grinch skradł święta. I ta animacja wychodzi fantastycznie, zarówno jeśli chodzi ekspresywność postaci, jak i wizualne gagi (zwłaszcza w scenach samej „kradzieży” świąt).
Na aktorskiej adaptacji z Jimem Carrey’em byłam w kinie i do dzisiaj uważam ją za pod wieloma względami interesującą (zwłaszcza wizualnie), chociaż gorszą od speciala z 1966. Z kolei wersja z 2018 mi się nawet podobała ze względu na ujęcie Grincha, jako kogoś borykającego się z własnym zdrowiem psychicznym (choć wiem, że jestem w mniejszości). Oba filmy próbowały ukazać Grincha w bardziej sympatycznym świetle, niezrozumiałego i w jakiś sposób poszkodowanego przez Ktosinki, ale film Chucka Jonesa idzie w trochę inną stronę. Wydaje mi się, że im człowiek jest starszy, tym bardziej rozumie frustrację Grincha, nie tylko jeśli chodzi o świąteczną komerchę, ale i hałaśliwych sąsiadów.
Tak czy inaczej, Jak Grinch skradł święta z 1966 to pozycja obowiązkowa. I zdania nie zmienię.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
