Lipiec z Lucky Lukiem · Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Kid Lucky (serial animowany)

Podczas ostatniego Lipica z Lucky Lukiem wyraziłam opinię, że powinna powstać ekranizacja komiksów Kid Lucky. Wydawało mi się, że zbiór historyjek o Luke’u jako dziecku to bardzo dobry pomysł na jakiś serial animowany i nawet wymyśliłam, jak taka ekranizacja miałaby wyglądać.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy cztery lata później odkryłam, że powstał animowany Kid Lucky, choć w bardziej uproszczonej formie.

Porozmawiajmy jeszcze trochę o komiksach Kid Lucky, bo w zasadzie można je podzielić na dwie ery – mamy oryginalnego Kid Lucky’ego i Oklahomę Jima, w których mały Luke podróżuje z poszukiwaczem złota, spotyka Jolly Jumpera i małych Daltonów, a także twierdzi, że jest sierotą (i te dwa albumy powstały jeszcze za życia Morrisa); i mamy późniejszą serię czterech albumów, w których Luke’a wychowuje w Nothing Gulch Ciocia Marta; w których ma on kolegów i w których mamy głównie jednostronicowe komiksy podsumowywane jakąś ciekawostką na temat Dzikiego Zachodu.

Dzieciaki z Nothing Gulch (minus Billy Bad).

I poniekąd na tych drugich jest oparty animowany Kid Lucky. W serialu znajdą się i dorośli (Ciocia Marta, szeryf Elias, kowboj Sam, nauczycielka panna Penncil i właścicielka sklepu wielobranżowego pani Molson), i dzieci (nieco głupkowaty Dopey, elegancka Joannie Molson, chłopczyca Lizzie, idolizujący bandytów Billy Bad, mieszkający w pobliskiej wiosce Apaczów Mały Kaktus, a a nawet Meksykanin Paquito). Jednakże projekty postaci są o wiele prostsze od tych komiksowych. Np. w komiksach twarz Lizzie miała rysy Calamity Jane, a Paquito wyglądał bardziej jak stereotypowy Meksykanin.

Jest kilka dodatkowych postaci, tak dorosłych, jak i dzieci. Na przykład, Dopey ma teraz tatę, który jest z zawodu grabarzem; w Nothing Gulch funkcjonuje chińska pralnia, niejaka Rose co jakiś czas przywozi przyjezdnych w dyliżansach, a w klasie Kid Lucky’ego jest czarny kolega, którego dziadek jest zawiadowcą i telegrafistą; i są zbójeckie trojaczki z imionami na D (i nawet w pewnym momencie jest taki komentarz, że byliby pewnie jeszcze gorsi, gdyby mieli czwartego brata, a Kid Lucky sam pomysł gangu czterech braci uważa za niedorzeczny). Aha, i jeszcze od czasu do czasu do Nothing Gulch przybywa groźny bandyta, Montana Bill.

Jak wspominałam na początku, nie uświadczymy tutaj krótkich historyjek ilustrujących pewne fakty na temat dziewiętnastego wieku. Nie powiedziałabym też, aby Kid Lucky robił to samo co przygody dorosłego Lucky Luke’a, które pośrednio opowiadają o podboju Dzikiego Zachodu, jakichś postaciach historycznych czy o tamtejszych obyczajach i realiach. Walor edukacyjny związany jest bardziej z typowymi lekcjami o myśleniu poza schematami (Kid wykorzystujący hiperfiksację Billy’ego Bada na punkcie bandytów, aby wykonać zadanie domowe o historii Nothing Gulch), o wiedzy, którą można znaleźć w nietypowych miejscach (Dopey i Joannie uważający pobyt we wiosce Apaczów za koszmarny, ale wyciągający z niego informacje o dzikich zwierzętach), czy o tym, aby nie przesadzać (Paquito ciągle płatający ludziom psikusy chociaż nikogo one nie śmieszą).

Są też odcinki o tym, jak wielki festiwal wisi na włosku albo los miasteczka zależy od odwiedzin jakiejś znakomitości. Ale ja osobiście jestem pod wrażeniem odcinka Zadanie z treścią, gdzie dzieciaki otrzymały do rozwiązania zadanie matematyczne z dwoma pociągami. Ponieważ nie mogą go rozwiązać normalnie, wpadają na pomysł, aby odtworzyć zadanie w rzeczywistości – jedna grupa opóźni jeden pociąg, druga opóźni drugi, a Mały Kaktus będzie znakami dymnymi informował ich, co widzi. Po obejrzeniu Zadania z treścią po raz drugi w życiu, nadal wydaje mi się ono bardzo pomysłowe.

Serial jest też o wiele bardziej ugrzeczniony, bo w komiksach mieliśmy lekarza-alkoholika, wszechobecną broń palną oraz kary cielesne (głównie pranie gołego tyłka, ale zdarzało się, że dorośli szli na pociechy z trzepaczką do dywanów). Zamiast tego Ciocia Marta w saloonie sprzedaje sok z kaktusa, a pani Molson jest bardziej snobistyczną megierą niż „trudną we współżyciu” kobietą, która bije po siedzeniu potencjalnych złodziejaszków. Może po prostu komiksy skierowane do młodszych czytelników mogły sobie na więcej pozwolić, niż kreskówka puszczana maluchom… ale w sumie to nie jest ważne.

Bo w obu wersjach tej historii najważniejsze jest to, jak wychodzi ten mały Luke. Zawsze będę uważać, że jedną z zalet Kid Lucky’ego jest fakt, że nie mamy tam mniejszej wersji Lucky Luke’a, ale po prostu dzieciaka, który nie jest zbyt dobrym uczniem, nie lubi kąpieli i woli się bawić (zwłaszcza w kowbojów), niż robić poważne rzeczy takie jak praca domowa czy porządki. Serial z jednej strony daje mu typowe dziecięce przygody o relatywnie małych stawkach (jak doprowadzenie do tego, aby zdjęcie klasowe doszło do skutku, saloon Cioci Marty odzyskał klientów albo Jolly Jumper nie został zabrany na Wschód), tak, że może on się wykazać jakimś pomyślunkiem, celnym okiem czy bohaterstwem; a z drugiej strony nie zapomina, że to jednak mały chłopiec, który rozumuje po dziecięcemu. Ponadto Ciocia Marta bardzo chce zrobić z niego poważnego dżentelmena o dobrych manierach i wymusza na nim codzienne ćwiczenia gry na pianinie, czego on bardzo nie znosi, bo wolałby się pobawić na dworze albo pojeździć na Jolly’m (chociaż Jolly mu nie da).

I to w sumie sprawiło, że przestałam myśleć o Kid Lucky’m jak o serialu dla dzieci, tylko że z małym Lucky Lukiem, a zaczęłam postrzegać go raczej jako taki wgląd w jego dzieciństwo. Zwłaszcza że w miarę jak pochłaniałam kolejne odcinki, przypominałam sobie różne szczegóły na temat samotnego kowboja, np. że w Nowych przygodach Lucky Luke’a jest odcinek o nauczycielu i w pewnym momencie wychodzi na to, że wiedza ogólna Luke’a nie jest zbyt dobra (on wie to, co powinien wiedzieć kowboj i stróż prawa, ma też zdrowy rozsądek, ale poważnych obliczeń nie zrobi ani stolicy Uzbekistanu nie pokaże na mapie). Z kolei niechęć Kida do kąpieli wygląda ironicznie, biorąc pod uwagę to, że w wielu komiksach po długiej podróży przez prerię, Luke zawsze pierwsze co robi, to rezerwuje sobie pokój i zamawia kąpiel. Kid Lucky jeszcze nie rozumie, dlaczego kąpiel jest ważna; Lucky Luke dorosły czuje potrzebę, aby zadbać o higienę po długiej jeździe w siodle.

To, co teraz mówię, może wydawać się banalne i być może niezbyt głębokie… Niemniej jednak w tym serialu mamy odcinek o tym, jak mały Luke zaczyna wątpić w swoje umiejętności strzeleckie, bo wydaje się, że jeden z trojaczków potrafi robić lepsze triki z procy (potem wychodzi na to, że bracia mu pomagali). W innym epizodzie Kid Lucky i Billy Bad mają stoczyć pojedynek (nawiasem mówiąc, podobny wątek był w pierwszej historyjce Niebezpiecznego lassa) i obaj mają z tego powodu pietra, więc próbują, na różne sposoby, się od niego wymigać. W jeszcze innym na skutek urazu głowy Luke zachowuje się jak mały dżentelmen, ale przy okazji wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że jest on przy okazji małym snobem.

Zarazem bardzo ciekawie wyglądają w tym serialu relacje między Lukiem a Jolly Jumperem. Komiksowy Jolly-źrebak nie miał żadnych problemów z tym, żeby Kid Lucky na nim jeździł, wręcz dał się ujeżdżać prawie od momentu, kiedy spotkali się pierwszy raz. Natomiast w serialu za każdym razem, kiedy Luke wskakuje mu na grzbiet albo próbuje założyć mu siodło, Jolly protestuje i zrzuca swojego przyszłego kowboja. Naprawdę rzadko zdarza się, aby dał mu na sobie jeździć. Z jednej strony jest to spowodowane tym, że Kid chce na niego wsiadać akurat jak jego rumak je albo zajmuje się swoimi sprawami. Z drugiej strony jednak jest w tym pewien element dumy: Jolly Jumper nie zamierza być koniem byle kogo. Tak, pomoże swojemu przyszłemu kowbojowi, jeśli znajdzie się on w kłopotach, być może da mu nawet na sobie uciec… ale Kid Lucky jeszcze nie stał się godnym go jeźdźcem.

I ta interpretacja niejako znajduje swoje potwierdzenie w ostatnim odcinku serialu, kiedy po całych dwóch dniach pracy kowboja wraz z Samem, wycieńczony Kid Lucky wraca do domu i następuje taka oto wymiana zdań:

Ciocia Marta: Jak było?

Kid Lucky: Fajnie… ziew… Opowiem ci jutro, bo padam z nóg. Wezmę kąpiel i się kładę.

Ciocia Marta: Kąpiel? Naprawdę? Dobrze się czujesz?

Kid Lucky: Tak, ale przemyślałem parę rzeczy. Chcę zostać kowbojem, ale nie będę się spieszyć.

A kiedy Kid zamyka zagrodę, Jolly dodaje (i jest to ostatnia kwestia w całym serialu):

Cóż, Kid ma rację. Po co się spieszyć? Ale w przyszłości będę dobrym koniem kowboja.

Kid Lucky nie jest jeszcze tym samotnym kowbojem daleko od domu, którego znamy. On ma dopiero na niego wyrosnąć. I też w samych komiksach o małym Lucky Luke’u jest trochę o tym, czym jest dzieciństwo: o tym, jak ono nas kształtuje, a jednocześnie o tym, że jest to okres niewinności i lepiej nie spieszyć się z dorastaniem. I serial trochę idzie miejscami podobnym tropem, zwłaszcza w tym ostatnim zdaniu.

Jeszcze będę opowiadać o jednym komiksie Kid Lucky, bo uważam, że świetnie przedstawia on to, jak kształtował się kompas moralny małego Lucky Luke’a. Ale jeśli chodzi o sam serial, to był on prostą, niezobowiązującą produkcją, która jednak dała mi trochę frajdy. Trochę tak jak serial o Daltonach, chociaż jego ton był nieco inny.

(A teraz czekam, aż grający na pianinie Lucky Luke zostanie wprowadzony do kanonu. Przyznajcie, że to by było coś.)


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź