Krótka notka · Podróże i konwenty

Krótka notka – sprawozdanie z konwentu Lustro

Patrzcie, ledwie na początku tego miesiąca opowiadałam Wam o jednym konwencie, a już czekał na mnie kolejny! A tak się składa, że pod wieloma względami Lustro było dla mnie szczególnym wydarzeniem.

Przygotowania… i komplikacje

Jeszcze w czerwcu, kiedy szykowałam się do Lipca z Lucky Lukiem i Bazyliszka, wyszło podczas rozmowy prywatnej z xetnoinu, że jest darmowy konwent Lustro organizowany przez Koło Fantastyki i Gier UW. Jako że już wtedy chodził mi po głowie temat na prelekcję o zwykłych zawodach w fantasy i sci-fi, to pomyślałam, że właśnie go zgłoszę. Zaczęłam śledzić stronę Koła, aby nie przegapić informacji o otwarciu zgłoszeń.

I tutaj chciałabym się na razie zatrzymać przy samym temacie. Bo tak się składa, że od kilku lat właściwie motyw „zwykła praca, ale z kosmitami/superbohaterami/magią itp.” jest czymś, co nie tylko mnie fascynuje, ale też wiele z moich własnych pomysłów powieściowych się na nim opiera. Poniekąd chciałam tą prelekcją promować Klinikę doktora Marcha (zwłaszcza że na Bazyliszku zdarzało mi się widzieć wystąpienia, w których autorzy opowiadali o swojej twórczości). Zależało mi jednak, aby ta promocja nie była nachalna i od początku zakładałam, że będzie bardziej jednym z wielu punktów, a nie „gwoździem programu”. Zwłaszcza że chciałam również opowiedzieć o przykładach, które kołatały mi się po głowie już od lat – o Space Cabbie, o Szpitalu kosmicznym, o Powerless i tak, również o pierwszych Pogromcach duchów.

Na otwarcie zgłoszeń musiałam czekać do połowy lipca, a na początku sierpnia dowiedziałam się, że zgłoszony przeze mnie punkt programu na Lustro został przyjęty. Jak zwykle zaczęłam od pisania wystąpienia i przygotowywania prezentacji. Pierwotnie wyszło mi dziewięć stron, a choć tym razem dałam sobie całą godzinę na prelekcję, to chciałam (tak jak przy poprzednich konwentach) zostawić trochę czasu na pytania. Udało się skrócić wystąpienie do siedmiu stron.

I oto pojawiła się komplikacja, bo tak się składa, że rodzina postanowiła wyjechać do Wrocławia (bo dawno nie byliśmy, a mojej matce bardzo zależało na tym, aby się spotkać ze starymi przyjaciółmi). Jakoś tak się złożyło, że najbardziej dogodny dla nich tydzień do wyjazdu to ten, w którym Lustro miało się odbyć. Udało się to ułożyć tak, że wyjechaliśmy we wtorek, a wracalibyśmy w sobotę (bo moja prelekcja miała się odbyć w niedziele rano), ale i tak postanowiłam, że po prostu wrócę w piątek pociągiem do domu, aby i mieć czas się przygotować, i na spokojnie pochodzić po konwencie.

Dzień pierwszy

No więc w sobotę, 22 sierpnia, wybrałam się do Kampusu UW na Krakowskim Przedmieściu.

I tym razem zdałam sobie sprawę z pewnej prawdy: jeśli akurat mam jechać na konwent (albo z niego wracać) i normalnie miałabym tam dobry dojazd, coś musi sprawić, że tym razem nie będzie on dostępny. Podczas pierwszego dnia Bazyliszka coś się popsuło na stacji metra; autobus, którym mogłabym ze Zjavy wrócić do domu, kończył jazdę wcześniej, a 180, który normalnie stawał tuż pod Uniwersytetem Warszawskim, z jakiegoś powodu miał tymczasową zmianę trasy i musiałam z Placu Małachowskiego przejść się kawałek na Krakowskie Przedmieście. Ale i tak nie było źle, bo ten kawałek to przejścia nie był jakiś bardzo długi.

Powiem szczerze, że w sobotę nie było za wiele punktów programu, na które bardzo chciałam iść. Z ciekawości wybrałam kilka prelekcji, ale i tak zakładałam, że przez pierwsze trzy kwadranse będę po prostu chodzić po konwencie, ogarniać rozkład sal i przyglądać się stoiskom wystawców. I jakoś tak się złożyło, że w pobliżu Sali Złotej, w której miałam mieć pierwszą prelekcję, rozstawili się pisarze. Trójkę z nich poznałam już podczas poprzednich konwentów.

Oczywiście był Maksymilian Jakubiak, który niedawno wydał drugą część Dziennika sir Collina. Jednym z moich celów podczas Lustra było właśnie jej zakupienie.

Ja i Maksymilian podczas drugiego dnia Lustra.

Tuż obok stał Nordine Sekkar, autor książek historyczno-fantastycznych. Opowiedział mi o swojej najnowszej powieści, która od razu zwróciła moją uwagę tematyką starożytnego Rzymu połączonego z magią (sam pomysł był taki, że Rzymianie odkrywają magię, próbują ją zrozumieć i wykorzystać do podbojów; barbarzyńskie plemiona mają swoją, a do tego bogowie rzymscy zlecają głównemu bohaterowi zabicie Chrystusa). Generalnie wypytałam Nordine’a o jego uniwersum, jak ono działa, bo wydaje mi się, że jest to coś, co ma spory potencjał.

Spotkałam również Ewę Majkusiak (której książkę kupiłam na Bazyliszku) oraz jej męża, Kajetan Dziuda, który niedawno wydał swoją powieść Arno. Ewa i Kajetan powiedzieli mi również, że założyli Wydawnictwo XXV. Na razie są tam tylko ich książki, ale mają w planach wydawać również innych autorów.

Obok nich swoje stoisko miał Łukasz Rzadkowski i jedna z jego książek zwróciła moją uwagę… jednak rozmawiałam z nim dopiero drugiego dnia, bo pierwszego już i tak miałam pełną torbę.

Tak więc pierwsza prelekcja (o 11:45) nosiła tytuł Archeologia Śródziemia. Światy tolkienowskie oczami archeologa i była prowadzona przez profesora Bartosza Kontny z UW. Profesor skupił się z jednej strony na tym, jakie były doświadczenia Tolkiena z archeologią (o czym słyszał, w jakich wykopaliskach mógł brać udział), a z drugiej strony – jakie pozostałości po dawnych ludach żyjących w Wielkiej Brytanii (Celtach, Piktach, ale też Normanach) wpłynęły na to, jak Śródziemie wyglądało.

Następnie udałam się do Sali Srebrnej na Wydziale Historii, gdzie o 13:15 odbyła się prelekcja Od krzemienia do mithrilu i vibranium – materiały, które zbudowały cywilizację (i te, które dopiero mogą powstać), prowadzone przez niejakiego Szyszkę. I tutaj była sytuacja taka, że autor miał dużo do opowiedzenia, skupiał się na historii materiałów i tworzyw, które wpływały na cywilizacje, próbował też dementować pewne mity na ich temat… ale po prostu za dużo czasu poświęcał, na przykład, żelazu i stali i w rezultacie nie było za dużo miejsca na późniejsze przykłady. Prawdę mówiąc, mnie najbardziej interesowało takie porównanie tych prawdziwych materiałów i kruszców z tymi fikcyjnymi, ale coś tam było o mithrilu, coś tam było o damasceńskiej stali, ale vibranium w ogóle nie zostało omówione.

Już wcześniej, podczas spacerów po kampusie moją uwagę zwróciła Niezwyciężona Wioska Galów, czyli cosplayerzy przebrani za postaci z Asteriksa, którzy przy okazji zorganizowali grę terenową. Postanowiłam, że o 15:00 skupię się tylko na tej grze. Już wcześniej wypełniłam krzyżówkę z wiedzy o Asteriksie (były dwie – łatwa i trudna; trudna okazała się być bardzo trudna, zwłaszcza że w dwóch polach zrobiłam błąd, a wielu innych w ogóle nie wiedziałam). Kiedy zbliżała się godzina piętnasta, odpowiedziałam na trzy pytania (jedno źle zgadłam, ale z pozostałymi nie miałam większego problemu, zwłaszcza że jedno dotyczyło Dwunastu prac Asteriksa), a potem rozpoczęło się wypełnianie takich zadań jak: zdobywanie budulca na pałac Cezara (czyli trzeba było znaleźć jakiś kamyk i dać do koszyka), dostarczenie Zaświadczenia A38 (zajście do stoiska Lubikonu na dole, gdzie czekał już kod QR do krótkiego filmiku i pytanie o jego treść), oraz zrobienie sobie zdjęcia z cosplayerem przebranym za kogoś, kto mógłby żyć w czasach Juliusza Cezara.

I tak oto znalazłam Ennorath – stowarzyszenie zrzeszające polskich fanów Tolkiena. Przy ich stoisku można było przyjrzeć się rekonstrukcji broni, zagrać w gry… oraz przebrać się w stroje z trylogii. I jak ja ich tak zobaczyłam, to pomyślałam sobie, że może ciągle podchodzą do nich ludzie idący trochę na łatwiznę i robiący sobie z nimi zdjęcia do tej gry terenowej, i ludzie z Ennorath czują się trochę wykorzystani. Dlatego wpadłam na pomysł, aby skorzystać z ich garderoby i przebrać się za pseudo-Wikinga. Oto efekt:

Asteriks z Niezwyciężonej Wioski Galów mi to uznał i szliśmy dalej. Kolejnym zadaniem na liście było upolowanie dzika (interpretacja dowolna), tak więc za dzika robiło zdjęcie Piniaty z zeszłych urodzin bratanka. Na końcu zostało już ostatnie zadanie: wytrzymanie trzech minut piosenek puszczanych przez Kakofoniksa (chociaż to akurat osoba przebrana Panoramiksa, a nie za barda Galów obsługiwała muzykę; z trzech utworów, które usłyszałam, kojarzyłam tylko Baby Shark). Wypełniwszy wszystkie zadania, mogłam sobie wybrać nagrodę: pluszowego menhira, wydrukowaną monetę albo naklejkę. Wybrałam monetę.

Na 16:30 wybrałam się na prelekcję Cli-fi, czyli climate fiction prowadzoną przez doktor habilitowaną Dominikę Oramus. Pani doktor opisała jak science-fiction związane ze zmianami klimatu się kształtowało, ale odnoszę wrażenie, że zabrakło wśród prekursorów Juliusza Verne’a, który przecież pisał o zatopionym Paryżu.

W tej samej sali odbyły się potem dwa wystąpienia związane z kosmosem, ale też pod nietypowym kątem. O 17:45 profesor habilitowany Jacek Pniewski z Wydziału Fizyki i Centrum Kształcenia Optometrystów wygłosił prelekcję Oczy w kosmosie – lecimy na Marsa!, w której przedstawił wpływ podróży kosmicznych na ludzki narząd wzroku. Z kolei o 19:00 doktorantka z Instytutu Geodetyki i Centrum Badań Kosmicznych PAN, Helena Ciechowska opowiedziała w prelekcji pod tytułem Czy marsjańskie wstrząsy są groźne dla Ziemian? o sejsmologii na innych ciałach niebieskich Układu Słonecznego.

Po tak pełnym wrażeń dniu, wróciłam do domu, choć musiałam długo czekać na autobus.

Dzień drugi

W porównaniu z poprzednimi wystąpieniami na konwentach, gdzie zdarzało mi się występować mocno po południu (jeśli nie późnym wieczorem), moja prelekcja na Lustro była zaplanowana na 11:15. Poniekąd wyjazd do Wrocławia sprawił też, że nie miałam za bardzo konceptu na cosplay i dopiero w sobotę mnie oświeciło – skoro będę mówić o zwykłych zawodach, to powinnam ubrać się na „biurowo” i występować jako RedHatMeg, pani od HRu.

Tak więc jakoś tak mocno po godzinie dziesiątej przybyłam na Lustro, odebrałam przypinkę gościa, a kiedy nadeszła 11:15, zaczęłam prelekcję Do kogo zadzwonisz? Zwykłe zawody w niezwykłych światach.

I powiem szczerze, że raczej nie uważam jej za szczególnie udaną. A to dlatego, że dwie osoby wyszły z sali w trakcie wystąpienia, a czegoś takiego nie miałam od Imladrisu (czyli mojego pierwszego wystąpienia publicznego na konwencie). Niemniej jednak większości obecnych się bardzo podobało i nawet wywiązała się dyskusja potem na korytarzu. Gdybym miała porównać to wystąpienie z poprzednimi dwoma w tym roku, to jak na razie Ferengi i przeciwnicy samotnego kowboja wyszli mi lepiej.

Prelekcja była nagrywana, ale tylko w wersji audio. Nie wiem, czy opublikuję to nagranie (po małych przeróbkach), czy może wstawię tekst, którym się posiłkowałam.

Jakoś tak się ciekawie złożyło, że po mnie w tej samej sali Berenika Targos-Panak w swoim wystąpieniu Nie trzeba być wariatem, aby tu pracować opowiedziała o tym, jak w fantastyce przedstawiana jest praca akademicka i ile z tamtejszych absurdów ma odbicie w rzeczywistości.

Zaraz potem, o 13:30 postanowiłam zrobić sobie przerwę i coś zjeść. O 15:00 wybrałam się na kolejną prelekcję pani Bereniki, tym razem o gatunkach inwazyjnych. Następnie poszłam pod Salę Złotą, porobiłam powyższe zdjęcia ze znajomymi pisarzami, a także…

Kupiłam sobie wreszcie Leksykon żywej śmierci Łukasza Rzadkowskiego, czyli pracę popularnonaukową na temat historii filmów o zombie. Drugi tom (obejmujący lata 2001-2010) już jest w przygotowaniu.

Ostatnim punktem programu dla mnie była Ćma – od pomysłu do zeszytu, czyli spotkanie autorskie z Tomaszem Grodeckim, który opowiedział o tym, jak zaczynał tworzyć swój komiks o superbohaterze w retrofuturystycznej Warszawie. Dowiedziałam się przy okazji, że komiks był tworzony już na studiach.

Wrażenia ogólnie z konwentu Lustro

Powiem szczerze, że samo Lustro jako konwent zrobiło na mnie wrażenie nieco bardziej kameralnego, niż poprzednie imprezy tego typu (a przynajmniej na początku miałam takie wrażenie). Tak, odbywało się w trzech budynkach UW – Wydziale Historii, Wydziale Filozofii i w budynku Zarządu Związku Studentów (jednakże interesowały mnie głównie Historia i Filozofia) – ale stoiska wystawców nie były tak częste (prawdę mówiąc, pierwotnie widziałam tylko jeden korytarz ze stoiskami na wydział, dopiero potem, jak zaczęłam szukać sal Srebrnej i Złotej, znalazłam ich więcej na poszczególnych piętrach), a i niektóre sale były słabo oznaczone. W dodatku z powodu silnego wiatru większość stoisk gastronomicznych się pochowało, tak więc kiedy wyszłam coś zjeść, w ofercie Smaków Historii były tylko racuchy.

Przed samym konwentem na fanpage’u Koła Fantastyki i Gier UW udostępniony został program oraz niezbędnik w wersji pdf. Imladris, Zjava i Bazyliszek przyzwyczaiły mnie do tego, że na stronie będzie dostępna wygodna rozpiska do wydrukowania. Nie było takowej, ale dowiedziałam się, że program konwentu Lustro dostępny jest też w aplikacji Konwencik, która ma bardzo wygodne tabelki z punktami i można serduszkiem wybrać te, które nas interesują.

Przyzwyczajono mnie też, że przy akredytacji dostaję identyfikator, a nie opaskę (zwłaszcza że potem pojawił się problem, jak ją bez uszkodzenia zdjąć, tak więc ostatecznie głowę umyłam inaczej niż zwykle).

JEDNAKŻE!

Aby nie było, że tylko narzekam, to zdaję sobie sprawę z tego, że to dopiero druga edycja Lustra i że organizują ją studenci. Z własnych uczelnianych doświadczeń wiem, że takie studenckie inicjatywy – nawet jak są bardzo kameralne – potrafią logistycznie ogarnąć bardzo wiele rzeczy. Nie było problemów z przedostaniem się z jednego miejsca na drugie, stoiska literackie były ładnie urządzone i w sumie było coś klimatycznego w stoiskach z gadżetami w długim, neogotyckim korytarzu, gdzie za plecami wystawców stały antyczne rzeźby.

Nie wykluczam, że może wybiorę się na Lustro za rok.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz