
W zasadzie od momentu, kiedy dowiedziałam się, że powstanie Spider-Noir, wiedziałam, że będę na niego czekać.
Bo też sam pomysł na Spider-Mana w stylu czarnego kryminału jest jednym z ciekawszych pomysłów na alternatywne wersje Pajączka. A jeszcze z czasem dowiadywaliśmy się, że (tak jak Wilkołaka Nocą i Godzillę Minus One) będzie można go obejrzeć w dwóch wersjach: kolorowej i czarno-białej.
Tak więc czekałam na serial Spider-Noir i postanowiłam, że będzie to jedna z pierwszych rzeczy, które obejrzę w czerwcu. Nie przedłużając, oto moje wrażenia.
Ben Reilly był kiedyś zamaskowanym mścicielem, Pająkiem, ale z powodu śmierci swojej ukochanej Ruby postanowił porzucić superbohaterstwo i teraz pracuje jako prywatny detektyw. Pewnej nocy jest świadkiem tego, jak niejaki Addison staje w ogniu za sprawą swoich supermocy, a następnego dnia Ben dowiaduje się, że spalono dom gangstera Silvermane’a, który trzęsie całym Nowym Jorkiem. Ben stara się nie mieszać w całą sytuację, ale za sprawą kolejnego zlecenia odkrywa, że śpiewaczka Cat Hardy rozmawiała po kryjomu z ubiegającym się o reelekcję burmistrzem Morrisem; i że towarzyszący jej ochroniarz, Flint Marko, potrafi zamieniać się w piasek.

Moje pierwsze zetknięcie ze Spider-Manem Noir było w Mega Spider-Manie, który w czterech częściach adaptował linię fabularną Spider-Verse (o której mówiłam tutaj, pamiętacie?). Już wtedy tamta alternatywna rzeczywistość wzbudziła moją uwagę najbardziej i po latach doszłam do wniosku, że można by ją podsumować tak: „To tak, jakby twórcy zastanawiali się, co by było, gdyby Spider-Man był Batmanem i pojechali po bandzie z tym pomysłem.” I chodzi mi tu o takiego późnego Batmana, rodem z filmów Burtona i Schumachera, oraz z Batman: TAS, z estetyką art deco i superzłoczyńcami, którzy są bardziej pokręceni, niż zwykle (dość powiedzieć, że w komiksach wujek Ben nie zostaje postrzelony przez włamywacza, tylko zjedzony przez Vulture’a; tak, serio). Ponadto w Spider-Man: Uniwersum Spider-Man Noir wydawał się najbardziej unikalny ze względu na swoją odstającą od reszty kolorowych Ludzi-Pająków całkiem czarną stylistykę.
No i teraz mamy wreszcie serial aktorski ze Spider-Manem Noir jako głównym bohaterem. Różni się on pod wieloma względami od standardowego Spidey’ego – ani nie jest już młody, ani nie nazywa się Peter Parker (za to nosi imię jego klona), i jego superbohaterskie alter ego to nie Spider-Man, tylko po prostu Pająk; i jak się potem dowiadujemy, ten arachnid, co go udziabał, nie był radioaktywny… I większość z tych zmian można wyjaśnić umową Sony z Marvelem, jednocześnie jednak dają one jakąś wolność twórcom w oderwaniu od standardowego nastoletniego Petera Parkera. Za to starszy Spider-Man pasuje bardziej do tego świata, w którym byłby on prywatnym detektywem rodem z powieści Chandlera i Hammetta.

I Nicolas Cage spisuje się całkiem nieźle w takiej roli styranego życiem „gotowanego na twardo” detektywa, który z jednej strony chce zadbać o własne interesy, nie waha się zabijać i twierdzi, że jest tchórzem, ale z drugiej strony potrafi okazać serce i być bezinteresowny, nawet jak akurat nie nosi maski. Ponadto widać w jego postaci takie charakterystyczne elementy Spider-Mana, które przewijają się również w „głównym” uniwersum, jak problemy finansowe, czy poczucie, że pajęcze moce to klątwa, która rzutuje na całe jego życie. Nie mówiąc już o tym, że w momencie kiedy spotykamy Bena Reilly, porzucił już swoje superbohaterskie alter ego, co zdarzało się również „głównemu” Spidey’emu. Zarazem ciągle inni próbują go jakoś wykorzystać, a on stara się rozgrywać wszystkie te ciche zagrywki tak, aby (jeśli już musi się mieszać w sprawy zorganizowanej przestępczości i polityki) wyjść z nich obronną ręką.
Historia ma w sobie wiele tropów, które znamy z czarnych kryminałów: i groźnego szefa gangu, i femme fatale, w której zakochuje się główny bohater, i niepokoje społeczne, i sekretarkę detektywa, która narzeka na brak zleceń, ale jednak jest do swojego szefa przywiązana; i kumpla-dziennikarza, który szuka dobrej historii, jednak chce też dotrzeć do prawdy; i jakąś większą tajemnicę, do której trzeba się dokopać… Tylko tym razem ta tajemnica dotyczy nie tyle jakichś tam rządowych machlojek, co grupki ludzi, z której ciałami dzieją się dziwne rzeczy i pytanie polega na tym, skąd to się wzięło i jak można to wyleczyć.

Bo też moce Flinta Marko, Lonniego Lincolna i świętej pamięci Addisona są traktowane jako coś, co pozwala im robić niesamowite rzeczy, ale też powoli niszczy ich ciała. Cat Hardy (która jest tutejszym odpowiednikiem Czarnego Kota, czyli Felicji Hardy) jest motywowana miłością do Flinta, chęcią uratowania jego życia i ucieczki od Silvermane’a, a przez to od razu doszłam do wniosku, że jej romans z Benem nie skończy się niczym dobrym.
Cat to w ogóle bardzo dobrze napisana postać, bo choć spodziewamy się, że będzie manipulować mężczyznami, to jest to traktowane jako bardziej forma przetrwania, niż jakaś złośliwość czy chęć wyjścia na swoje. Jednocześnie z każdym odcinkiem przekonujemy się, że jest ona też więźniem gangstera, który dyktuje prawie całym jej życiem – od tego, jak ma się ubierać, po piosenki, jakie ma śpiewać. Rozumiemy poniekąd jej sytuację i w zasadzie trudno jej i Flintowi nie kibicować.

Kibicujemy też Lonniemu Lincolnowi (Tombstone’owi w innych uniwersach, który potrafił być naprawdę wrednym typem) i chcemy, aby on i Flint zostali wyleczeni, zwłaszcza że ciągle widzimy, jak los kładzie im kłody pod nogi. Z tego też powodu również dziennikarz Robbie Robertson chce dojść do sedna i burzy się na to, że jego redaktor naczelny zmienił treść jego artykułu, aby przedstawić Lonniego i Flinta jako potwory walczące z dzielną policją.

Powiem też tak: nigdy nie przepadałam za Silvermane’m jako czarnym charakterem, bo ani jako gangster nie miał w sobie nic interesującego, ani jako superzłoczyńca nie powalał oryginalnością (ot, staruszek w mechu… a i ten mech był zwykle generyczny). Tutaj jednak cieszę się, że mamy właśnie jego, a nie po raz setny Normana Osborna (a nawet mojego ulubieńca, Doktora Octopusa, bo jego noir wersja łamie mi serducho). A to dlatego, że Silvermane jako gangster bardziej do historii rodem z filmów noir pasuje.
(Ba, nawet bym się nie obraziła, jeśli miałby za swoich pomagierów Enforcerów, chociaż w komiksach miałam ich serdecznie dość. Aczkolwiek, choć ich nie ma, to Flint, Lonnie i niejaki Megawatt noszą stroje w ich kolorystyce. Ciekawe, czy to było zamierzone.)
Zarazem jeśli chodzi ten ściśle superbohaterski element Spider-Noir, to nieraz wychodzi on poza schemat czarnego kryminału i wchodzi w terytorium body horroru, szczególnie w szóstym odcinku. I wiecie, jest taka tendencja w filmach z Nicolasem Cage’m, aby w pewnym momencie przeprowadzić jego bohatera przez fizyczne i psychiczne tortury, podczas których będzie, ledwo żywy, miał jakieś halucynacje. To też jeden z tych aktorów, który dużo pracuje ciałem i umie udać szaleństwo, a przez to sprawdza się w naprawdę dziwnych produkcjach. Pod tym względem ten horrorowy szósty odcinek jest taki bardzo „cage’owy”, bo z jednej strony Benowi robią krzywdę, a z drugiej widzimy jego tiki związane z pajęczą mutacją (chociaż ten szaleńczy element gry Cage’a widzimy dopiero w następnym odcinku).
Jak widzicie, moje wrażenia są dość pozytywne. W zasadzie jedyna rzecz, do której mogę się na razie przyczepić, to tryb Autentic Black and White. Włączyłam go tylko na początku oglądania i jak Ben miał flashbacki ze swojej origin story, a tak to przez większość czasu korzystałam z kolorowego True-Hue. Po prostu te kolory były naprawdę żywe, zwłaszcza jeśli chodzi o kostiumy i scenografię, a to tym bardziej komplementowało wszystkie te artystyczne ujęcia. Może się kiedyś przemogę i obejrzę Spider-Noir w czerni i bieli, a na razie mam nadzieję, ze dostaniemy jakiś drugi sezon.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
