Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 6 (ostatnia)

Advertisements

Wnet wybije godzina

Ból stał się tak silny, że Emmett wypuścił z rąk strzelbę i skulił się wpół. A potem poczuł, jak Saturnin podcina mu nogi, i padł na kolana, wciąż trzymając się za serce. Podniósł wzrok na Saturnina, który stał przed nim i spoglądał na swoją ofiarę z góry. Po chwili jednak przykucnął i podparł dwoma palcami podbródek doktora. Kontakt fizyczny z dłońmi zamaskowanego mężczyzny nie był przyjemny, albowiem ręka Saturnina była zimna i szorstka. Sama jego bliskość przyprawiała doktora Browna o dreszcze.
– Ta chwila wymaga odpowiedniej oprawy, nieprawdaż? Mam akurat w zanadrzu wiersz, który pasuje idealnie do tej sytuacji. – Podniósł się na równe nogi i stanął z lewej, tuż przy ofierze. Emmett zaś wciąż mu się przyglądał. – Zegar Baudelaire’a. Być może go znasz. Nie! Na pewno go znasz. Jesteś przecież oczytany. – Nagle znów kucnął i zasyczał: – Nic nie będzie pasować lepiej do podróżnika w czasie, jak wiersz poety przeklętego o nieuchronnym przemijaniu.
Milczał przez chwilę, patrząc Emmettowi prosto w oczy. Doktor miał wrażenie, że Saturnin oczekiwał od niego jakiejś odpowiedzi. On tymczasem poczuł znajome uderzenie gorąca, a także pot na czole.
Ni stąd ni zowąd Saturnin znów wstał i Emmett usłyszał jego niski, syczący głos:
Zegar! Bóstwo złowróżbne, okropne, szydercze,/Co mówi nam Pamiętaj! i wskazuje palcem…
Ból nasilił się jeszcze bardziej i doktor Brown zaczął mieć trudności z oddychaniem. Tymczasem Saturnin przystąpił do powolnego okrążania go, kontynuując recytację wiersza:
Wkrótce Ból wibrujący celnie, niby w tarczę,/Ugodzi w twoje pełne przerażenia serce…
Kolejne, jeszcze silniejsze ukłucie. Czy to się naprawdę działo? Czy Emmett naprawdę miał kolejny zawał i to we śnie? Intensywność bólu świadczyła jak najbardziej na korzyść tej tezy.
Ulotna zniknie Rozkosz za horyzontami/Jak tańcząca sylfida za wygasłą sceną;/Każda chwila część bierze słodkim upojeniom,/Na całą już nam porę istnienia przyznanym.
Ale czy to był rzeczywiście sen? Może to tak naprawdę przedśmiertne halucynacje. Boże, dlaczego jego własny umysł zsyłał mu te potworne wizje? Po tym wszystkim, co przeżył tego wieczora, nie był w stanie określić, co było prawdą, a co nie. Wszystko było tak rzeczywiste, tak sugestywne…
– Siostro – Marty spojrzał na Adelinę – co się dzieje?
Pielęgniarka nie odpowiedziała. Podeszła tylko do pacjenta i po raz kolejny tego dnia pochyliła się nad nim, z wyrazem skupienia.
– Czy Emmett znów się denerwuje? – spytała Klara.
Przez chwilę Adelina milczała. Jakby w ogóle nie usłyszała słów pani Brown ani Marty’ego. Położyła tylko rękę na dłoni nieprzytomnego mężczyzny.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała, uśmiechając się przyjacielsko, po czym spoważniała i szepnęła do Emmetta: – Doktorze Brown…
Saturnin kontynuował recytowanie Zegara i okrążanie pozostającego w agonii Emmetta Browna.
W godzinę trzy tysiące sześćset razy mija/Sekunda szybka mówiąc Pamiętaj! – swym szeptem/Insekta…
– Doktorze Brown… Doktorze Brown, słyszy mnie pan? – czyjś kobiecy głos zabrzmiał w uszach klęczącego naukowca.
Głos dochodzący jakby z góry, z innego świata. Zupełnie jak wcześniej, w lesie – głos Julesa. Z tym, że Emmett nie poznawał osoby, która do niego mówiła. Niemniej jednak było w tonie i barwie tego tajemniczego szeptu coś niosącego ulgę, coś podnoszącego na duchu. Saturnin najwyraźniej również to usłyszał, bo zatrzymał się nagle i prychnął śmiechem. Zaraz jednak powrócił do recytowania:
…mówi Teraz: „Oto jestem Przedtem/I trąbą niszczycielską życie twoje spijam”…
– Doktorze Brown – głos znów się odezwał, a po chwili tuż obok Emmetta pojawiła się jego właścicielka. Ruda kobieta ubrana na niebiesko. Klęczała tuż obok niego i trzymała rękę na jego plecach.
„Pamiętaj, śmiertelny! Remember! Esto memor!/(Ma krtań metaliczna włada każdym z języków.)… – ciągnął dalej Saturnin, a Adelina powiedziała do Emmetta:
– Musi pan się obudzić, doktorze Brown.
– Za późno, Adelino – zwrócił się do niej Saturnin i zatrzymał się tuż przed nimi. – Tym razem kawaleria nie przyjedzie.
Podniósł rękę i ścisnął mocno pięść. Doktor Brown poczuł jak stalowa obręcz zaciska się wokół jego serca, a płuca z trudem chwytają powietrze. Saturnin ruszył znów z miejsca i powiedział:
– Na czym skończyłem? Ach tak… Minuty to są złoża kruszcu, rozrzutniku;/Nie rzuca się ich, zanim złotą błysną ziemią!
Mężczyzna aż oparł drugą rękę na podłodze i ukradkiem spojrzał na Adelinę. W jej jasnozielonych oczach odbijała się troska, a jednocześnie jakaś dziwna determinacja. Chciał zapytać ją, kim jest, ale czuł, wiedział, że jest po jego stronie. Być może była uosobieniem jego siły walki albo racjonalności.
– Musi pan się obudzić – powtórzyła.
Emmett był tak słaby, że zdawało mu się, że zaraz zemdleje. Jakby coś wysysało z niego całą energię. Mimo to słyszał dobrze wszystko, co do niego mówiono – i recytowany przez Saturnina wiersz, i słowa wypowiadane przez Adelinę.
– Chcę… chcę się obudzić – wycedził. – Ale nie… wiem… jak.
Pamiętaj! Czas jest graczem namiętnym, co wygra/Bez szachrajstw każdą partię; to reguła święta.
– Pomogę panu, ale najpierw pan musi zaufać sobie.
Dzień się zmniejsza i noc się powiększa; pamiętaj!/Wciąż głodna jest otchłań; opróżnia się klepsydra…
Zaufać sobie? Co ona miała na myśli? Zaufać zmysłom? Po tym wszystkim, co widział i słyszał? A może chodziło o zaufanie rozumowi. Ale on też był zawodny, pogrążony w wątpliwościach.
Wnet wybije godzina, kiedy boskie Losy…
– Niech pan pomyśli o wszystkim jak naukowiec. Niech pan spróbuje przeanalizować sytuację i odróżnić prawdę od iluzji.
Zamknął oczy i skupił się. W mgnieniu oka przeszło mu przez głowę milion myśli – wspomnień z całego dzisiejszego zajścia. Najpierw zawał tuż po kolacji z rodziną, potem utrata przytomności i przebudzenie w tym dziwnym miejscu. Potem martwy Einie, spotkanie z Saturninem. To nie sen, doktorze Brown. To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić…
Kiedy Cnota dostojna, małżonka twa krucha…
Potem zajście z Marty’m. To jego odbiegające od normy zachowanie, graniczące wręcz z okrucieństwem. No, i Klara mówiąca jemu – swojemu mężowi – że go nie kocha i że Jules i Verne nie są jego synami.
Kiedy nawet (ach, zajazd to ostatni) Skrucha…
Potem Biff oskarżający go o zmarnowanie mu życia i zmieniający się w Buforda Tannena, który celuje w Julesa i stawia jego – Emmetta Browna – przed drastycznym wyborem. Zabić człowieka albo pozwolić swojemu dziecku umrzeć.
I nagle to w niego uderzyło. Jules. Emmett podniósł wzrok na Saturnina, który zatrzymał się przed nim, aby wypowiedzieć ostatni wers wiersza.
Powie: Kończ, stary tchórzu…
– Czego ty właściwie chcesz? – przerwał mu nagle ledwo słyszalny szept doktora Browna.
Saturnin oniemiał, a jego oczy rozszerzyły się na znienacka zadane pytanie. Adelina uśmiechnęła się i pomogła doktorowi wstać. Wciąż czuł ból w sercu , ale wsparcie kobiety dodawało mu w dziwny sposób sił. Nie był już tak słaby jak kilka sekund wcześniej.
– Jakby się nad tym głębiej zastanowić – kontynuował – to twoje zachowanie nie ma sensu. Najpierw twierdzisz, że chcesz mi pokazać prawdę o tym, że wszyscy, na których mi zależy, mają mnie za nieudacznika, a kilka minut później mówisz mi, że chcesz mnie ukarać za to, że naruszyłem linię czasową. Pokazujesz mi Klarę przyznającą, że Jules i Verne nie są moimi dziećmi, a potem Wściekłego Psa celującego w Julesa, o którego nie powinienem dbać, skoro nie jest moim synem.
– Ależ, przecież wychowujesz go i kochasz jak własne dziecko – oświadczył z pewną dozą cynizmu Saturnin.
– A mimo to stwierdzasz potem, że naruszyłem porządek świata żeniąc się z Klarą i zakładając rodzinę. Powiedziałeś, że przeżyłem „kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.” Uznałeś tym samym, że Jules i Verne są moimi synami.
Doktor Brown oparł się bardziej na Adelinie i ciągnął dalej:
– Co więcej, skoro miałeś mnie ukarać za wynalezienie maszyny czasu, czemu nie pokazałeś mi wszystkich tych złych rzeczy, które wynikły z moich, Marty’ego i Biffa podróży w czasie? Czemu zamiast tego pokazałeś mi uciekającego przed Libijczykami Marty’ego i moje rozstanie z Klarą? Dlaczego tak bardzo zależało ci, abym myślał, że Marty nie jest moim przyjacielem, a Klara mnie nie kocha? I dlaczego chciałeś, abym zastrzelił Biffa Tannena i jego przodka?
Czuł się coraz silniejszy. Coraz łatwiej było mu oddychać, a i ból serca przestał przypominać zawał. W zasadzie teraz czuł tylko jakieś tępe echo tego bólu, które słabło z każdą chwilą.
Saturnin prychnął tylko śmiechem. Jego oczy zdradzały dziwną wesołość.
– Ciekaw jestem, do jakich wniosków doszedłeś, doktorze. No dalej, powiedz mi.
– Odpowiedź jest bardzo prosta, Saturninie. Nie jesteś żadną siłą broniącą odwiecznego porządku świata, tylko wytworem mojej wyobraźni. Najprawdopodobniej uosobieniem wszystkich moich wątpliwości i ciemnych myśli. Twoim celem było nie tyle ukaranie mnie, co samo sprawianie mi cierpienia dla czystej przyjemności.
Aparatura zarejestrowała unormowanie bicia serca doktora, na co jego bliscy zareagowali z ulgą. Być może przez te kilka minut przeszło im przez myśl, aby zawołać lekarza, ale skoro pielęgniarka nie kazała im tego zrobić i oprócz tego jednego urządzenia, wszystko wydawało się być w normie, uznali, że wszystko było pod kontrolą.
Saturnin po raz kolejny prychnął śmiechem.
– Powiem ci tylko jedną rzecz, w którą uwierzysz, bądź nie, doktorze Brown. Otóż, nie chodzi o przyjemność z zadawania ci cierpienia… choć i tak ją odczuwam – wtrącił Saturnin. – Tak się składa, że ja żywię się cierpieniem. I zdradą. – Po oczach doktor Brown poznał, że jego rozmówca podniósł nieznacznie brew. – Uwielbiam, kiedy przyjaciele się zdradzają. Tak jak zrobił to Marty, kiedy pozostawił twoje ciało i uciekł przed Libijczykami w przeszłość. I kiedy prawie cię zabił podczas Targów Nauki w 1931.
– To dobry moment, abym wkroczyła do akcji, doktorze – odezwała się nagle Adelina i wyszła na środek chaty, naprzeciw Saturnina.
Pielęgniarka przeniosła wzrok z nieprzytomnego Emmetta Browna na Klarę i Marty’ego.
– Panie McFly – odezwała się do chłopaka, który zareagował nagłym ożywieniem. – Niech pan na chwilę zajmie miejsce pani Brown.
– Dlaczego? – spytał po chwili, a na jego twarzy malowało się niedowiarstwo.
– Niech pan to zrobi. W tym momencie doktor Brown musi odczuć obecność swojego najlepszego przyjaciela.
Marty pomyślał, że w sumie co mu szkodzi. Może siostra Adelina trochę przesadzała, a może coś w tym było. Przecież siedzenie przy doktorze nie pogorszy jego kondycji, prawda?
Klara najwyraźniej również tak myślała, bo podniosła się z krzesła i otwartą ręką zaprosiła asystenta swojego męża, aby zajął jej miejsce. Marty ostrożnie usiadł i jakby instynktownie chwycił doktora Browna za rękę.
Kiedy Adelina wyszła naprzeciw Saturnina, Emmett zobaczył coś, czego nie zauważył wcześniej. Do pasa Adeliny był przywiązany miecz, który właśnie wyciągnęła z pochwy. Oczom doktora Browna ukazało się długie, połyskujące ostrze, na którego powierzchni świeciły… iskierki?
Adelina odwróciła się jeszcze raz do doktora Browna.
– Tak naprawdę to wszystko jest snem, doktorze. Tak naprawdę leży pan teraz w szpitalnym łóżku, otoczony przez bliskich.
– Dość tego! – krzyknął Saturnin i zaczął iść w stronę Adeliny. – Nie pokrzyżujesz mi planów, mała, naiwna dziewczynko.
Wyprostował rękę i nagle wokół niej zaczął się tworzyć długi, czarny snop dymu. Kiedy się rozpłynął, oczom Emmetta ukazał się miecz o czarnym, ale świecącym ostrzu. Oboje – Adelina i Saturnin – przystąpili do walki, a doktor Brown przyglądał się temu z boku z najwyższym zdumieniu, czując się coraz bardziej jak bohater jakiejś gry komputerowej, w którą zwykli grać jego chłopcy i Marty. Jednocześnie miał wrażenie, że tocząca się przed nim walka ma z nim coś wspólnego. Dla pewności cofnął się o kilka kroków, aż znalazł się przy ścianie, tuż obok kominka.
Tymczasem ostrza zgrzytały. Adelina uderzała, Saturnin blokował jej uderzenia, po czym przypuszczał kontratak. Dziewczyna robiła unik i również go blokowała, aby potem zaatakować. Po chwili, nie przerywając pojedynku, Saturnin odezwał się do Emmetta:
– Zostawił cię samego, doktorze Brown! Marty McFly, twój najlepszy przyjaciel, zostawił cię samego na pastwę Libijczyków! Jesteś dla niego tylko pracodawcą!
– Znowu zaczynasz? – spytała Adelina i z uśmiechem przechyliła się do tyłu, aby uniknąć ciosu przeciwnika. Wyprostowała się i raz po raz blokowała ostrze Saturnina, mówiąc: – Doktorze Brown, chyba pan w to nie wierzy?
– Sam widziałeś jak ten smarkacz cię zostawia – ciągnął dalej Saturnin, nadal walcząc. – Widziałeś jak próbował cię zabić, kiedy byłeś w batyskafie. Raz po raz niszczył twoje życie w 1931. Kiedy poznałeś cudowna kobietę w 1885 i chciałeś z nią zostać, on zaprotestował. No i nie zapominaj o tym, ze sam przyznał co tak naprawdę o tobie myśli.
– Dobrze pan wie, doktorze – odpowiedziała Adelina, krzyżując miecz ze swoim przeciwnikiem – że to nie był Marty. Zna go pan od kilku lat. Przeżył pan z nim te wszystkie przygody. Niech pan nam powie, jaki on jest naprawdę?
Ta prośba nieco go skonfundowała. Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co powiedzieć. Chciał dać im odpowiedź, ale tocząca się przed nim walka i mętlik w głowie spowodowany ostatnimi wizjami, utrudniały mu skupienie się.
Nagle pojawił się przed nim Marty z Targów Nauki w 1931, który uśmiechnął się demonicznie i uderzył Emmetta w brzuch. Gdyby nie ściana, naukowiec pewnie by upadł. Niejako odruchowo pochylił głowę, ale zaraz poczuł jak ten nie-Marty chwyta go za gardło, zmuszając go, aby spojrzał swojemu oprawcy w twarz. Ich oczy się spotkały i Emmett ujrzał w nich tę chorą satysfakcję, co poprzednio.
– Doktorze Brown! – zawołała do niego Adelina. – Pan wie, że to iluzja! Niech pan powie jaki Marty jest naprawdę! Inaczej pan się nie obudzi!
– Ma-marty… – wydusił z trudem Emmett.
– Zginiesz, żałosny staruchu – zasyczał nie-Marty i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle puścił szyję swojego więźnia, a kilka sekund później wbił mu kolano w brzuch i zrobił dwa korki w tył, aby popatrzeć jak obolały doktor Brown osuwa się na ziemię. Emmett wciąż słyszał odgłosy walki. Kiedy podniósł wzrok i przyjrzał się na moment pojedynkowi Adeliny i Saturnina, przekonał się, że dziewczyna wyraźnie przegrywa. Spojrzała na chwilę w jego stronę. Jej oczy zdradzały troskę, ale Emmett mógł z nich wyczytać pewnego rodzaju błaganie o pomoc, kiedy raz po raz odbijała ciosy Saturnina, sama nie mając okazji żadnego zadać.
Marty chciał coś powiedzieć, ale przez chwilę nie wiedział, co. Przyglądał się spokojnej twarzy śpiącego przyjaciela, zbierając myśli. A potem poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. Podniósł wzrok i ujrzał uśmiechniętą twarz Klary. I nagle wszystko stało się jasne. Młodzieniec spojrzał znów na doktora Browna, pochylił się nad nim i zaczął:
– Doktorze…
To słowo rozniosło się po chacie jak echo. Zdawało się pochodzić jakby z góry. Sprawiło, że nie-Marty podniósł ze zdumieniem wzrok, a Adelina uśmiechnęła się triumfalnie. Sam Emmett zdziwił się zrazu, ale potem poczuł ulgę.
Tymczasem Marty (ten prawdziwy Marty) ciągnął dalej:
– Powiedział pan kiedyś, że odmieniłem pana życie. Pamięta pan? To było wtedy jak chciał mnie pan odstawić z powrotem do moich czasów.
– Tak, Marty – odpowiedział słabym głosem Emmett – pamiętam.
Pamiętał, że kiedy chłopak powiedział mu wszystko; kiedy w końcu dotarło do Emmetta, że Marty naprawdę jest z przyszłości i kiedy dowiedział się o tym, że jeden z jego wynalazków nareszcie będzie działał, poczuł jak wzrasta w nim nadzieja i wiara we własne siły. Ze zniecierpliwieniem czekał na dzień, w którym on i Marty ponownie się spotkają, i na dzień, w którym będą mogli porozmawiać o tej niesamowitej podróży do roku 1955.
– Ale nigdy nie mówiłem panu – kontynuował głos z góry, a Emmett mógł wyczuć w nim pewną nutę smutku – że pan odmienił moje.
Adelina nagle zaczęła zdobywać przewagę. Z ostrza jej miecza znów posypały się iskry. Saturnin zamachnął się za bardzo i wbił miecz w posadzkę. Szybko uwolnił ostrze i powrócił do walki. Emmett jednak nie zwracał na tę walkę uwagi. Skupiał się tylko na głosie swojego przyjaciela.
– Nie chodzi mi o podróże w czasie… choć niewątpliwie trudno o nich nie wspomnieć. – Doktor Brown łatwo wyobraził sobie uśmiech na twarzy młodzieńca, kiedy to mówił. – Chodzi mi o to – ton chłopaka znów był poważny – że nigdy wcześniej nie znałem kogoś takiego jak pan. Kogoś tak pomysłowego – prychnął śmiechem i zaraz dodał: – i zakręconego. Pokazał mi pan, że trzeba zawsze do czegoś dążyć i że sami kształtujemy swoje przeznaczenie. Nie wiem, czy byłbym tym samym człowiekiem, gdybym pana nigdy nie spotkał. I chcę, żeby pan wiedział, że dla mnie jest pan najwybitniejszym umysłem na tym świecie. Dlatego proszę, niech pan się obudzi.
Te słowa wywołały uśmiech na twarzy Emmetta Browna. Mężczyzna spojrzał na nie-Marty’ego, który wydawał się nagle nie wiedzieć, co się dzieje. Po chwili zaczął robić się przeźroczysty – jakby zaraz miał być wymazany z linii czasowej. Emmett już wiedział, co miał zrobić. Wiedział już, co miał powiedzieć.
Podniósł się na równe nogi i, wciąż się uśmiechając, powiedział do fałszywego Marty’ego:
– Marty McFly, którego znam, napisał do mnie w 1955 list.
Na twarzy nie-Marty’ego pojawił się strach, kiedy młodzik popatrzył na swoje ręce i znowu stał się przeźroczysty. Tymczasem doktor Brown zrobił krok do przodu. Teraz patrzył na sobowtóra swojego przyjaciela z góry, a on coraz bardziej tracił rezon i cofnął się o krok.
– Znam ten list na pamięć, a jego treść brzmi tak – zrobił krok do przodu, a sobowtór cofnął się – „Drogi doktorze. Tej nocy, do której wracam, zastrzelą pana terroryści. Proszę się jakoś zabezpieczyć przed tym nieszczęściem. Pański przyjaciel, Marty.”
Przy każdym słowie robił krok do przodu, a nie-Marty – krok do tyłu. Kiedy zaś doktor Brown wypowiedział ostatnie zdanie, sobowtór rozpłynął się całkowicie w powietrzu. Emmett przeniósł wzrok na toczącą się nieco dalej walkę. I znów zauważył, że na ostrzu dziewczyny zaświeciły się kolejne iskry, tym razem jaśniejsze i jakby częstsze.
Czując wzbierającą w nim siłę, doktor Brown zawołał do Saturnina:
– Być może za pierwszym razem Marty nie przeniósł się w czasie po to, aby odwrócić to co poszło źle, ale potem i tak ostrzegł mnie przed Libijczykami! A kiedy utknąłem w 1885 i pozostawiłem Marty’emu list, w którym kazałem mu użyć Deloreana do powrotu do domu i zostawić mnie w spokoju, on tego nie zrobił! Nie zrobił, bo dowiedział się, że zostanę postrzelony, i wolał mnie ratować, niż wracać do swoich czasów!
Nagle Emmett usłyszał syk rozniecanego ognia i miecz Adeliny zabłysł czerwono-żółtym płomieniem. Adelina i Saturnin zatrzymali się, choć wciąż pozostawali w pozycjach bojowych.
– Zapalił się – powiedziała z uśmiechem dziewczyna, oddychając ciężko. – Wiesz co to oznacza, Saturninie.
– Nie mów hop, moja droga – odpowiedział i znów zamachnął się mieczem.
Powrócili do walki. Ognisty miecz krzyżował się raz po raz z czarnym, lecz choć Emmett przyglądał się im uważnie, wydawało się, że płomienie nie zostawiały na czarnym ostrzu żadnych śladów. Za to wyglądało na to, że Saturnin zaczął się już męczyć.
– Niech pan kontynuuje, doktorze – oznajmiła Adelina.
Jeszcze przez chwilę Emmett zbierał myśli, aż w końcu zawołał jeszcze głośniej niż wcześniej:
– Chciałeś mi wmówić, że Marty nie jest moim przyjacielem! Że tak naprawdę uważa mnie za nieudacznika, a nawet chciał mnie kiedyś zabić! Ale tak się składa, że moje empiryczne doświadczenie wskazuje na zupełnie co innego! Marty ratował mnie tyle razy przed przedwczesną śmiercią; tyle razy pomagał mi przywrócić właściwy bieg wydarzeń, tyle razy wyciągał mnie z tarapatów, że nic, powtarzam: nic, co powiesz, nie przekona mnie, że Marty McFly nie jest moim przyjacielem!
Miecz Adeliny wybuchł nowym płomieniem. Saturnin zachwiał się na nogach, ale szybko odzyskał równowagę. Jednak nie rzucił się znów do ataku. Po prostu zablokował cios swojej przeciwniczki, kiedy ta skierowała w niego swoją broń.
Marty wstał i pani Brown zajęła ponownie swoje poprzednie miejsce. Chłopcy przybliżyli się nieco do ojca. Jules przyglądał się rodzicielowi ze zmartwieniem, a Verne stanął tuż obok brata i położył rękę na jego ramieniu. Klara pogłaskała policzek męża i uśmiechnęła się lekko. W końcu cichym, spokojnym, acz melancholijnym głosem przemówiła:
– Zwiedziłam z tobą przyszłość i przeszłość…
Emmett dotknął muśniętego delikatnymi palcami policzka i znów się uśmiechnął.
– … i chciałabym, żebyś wiedział – ciągnął głos jego żony, dobiegający z góry – że w którymkolwiek wieku, którejkolwiek epoce utknęlibyśmy, ja wciąż chciałabym, abyś był tam ze mną. Sam mówiłeś, że masz jeszcze tyle do zrobienia. Nie zrobisz tego, jeśli się nie obudzisz.
I znów miecz Adeliny buchnął nowym płomieniem. Saturnin cofnął się o krok, a Emmett zauważył, że ręce, w których trzymał miecz, zaczynają się drżeć.
– Ojcze – zabrzmiał głos Julesa. – Chyba nie chcesz przespać naszego rozdania dyplomów?
Saturnin miał coraz większe problemy z utrzymaniem miecza w pionie.
– Właśnie, tato – dodał głos Verne’a. – A nasze mecze baseballa? Poza tym, jak się obudzisz, to obiecujemy, że nigdy więcej nie użyjemy twoich wynalazków do głupich celów.
Doktor Brown prychnął śmiechem i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle bam! – miecz Saturnina spadł z hukiem na drewnianą podłogę, podczas gdy ostrze Adeliny płonęło ogniem tak silnym, że Emmett obawiał się przez moment, że płomienie dosięgną jej jasnej skóry. Chwilę potem Saturnin padł na kolana, oddychając ciężko. Adelina opuściła miecz, podeszła do swojego przeciwnika i stanęła jakiś metr przed nim.
– Wiesz jaki popełniłeś błąd, Saturninie? – spytała, a on podniósł wzrok. – Tym razem wybrałeś sobie nieodpowiednią ofiarę. Bo widzisz mój drogi, dzięki swojemu wynalazkowi Emmett Brown odkrył, że bieg wydarzeń może zostać zmieniony. Przekonał się, że jeden gest, jedno zdarzenie może poczynić ogromną różnicę w życiu wielu osób. Innymi słowy doktor Brown odkrył, że przeznaczenie nie istnieje. Jednakże – odwróciła się na moment do Emmetta i uśmiechnęła się do niego przyjacielsko – jest jedna rzecz, która istnieje poza czasem i przestrzenią. To banał, który na pewno słyszał pan miliony razy, ale pańskie życie jest dowodem na jego prawdziwość.
– Co to za rzecz? – zapytał zaintrygowany jej słowami doktor Brown.
Adelina uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
– Miłość – odpowiedziała.
Odwróciła się z powrotem do Saturnina i uklękła przed nim, opierając się o miecz, który – o dziwo! – nie zaprószał ognia na drewnianej podłodze.
– Miłość doktora Browna do Klary Clayton, jego przyjaźń z Marty’m McFly’em, fakt, że spłodził i wychował dwóch synów… I ty chciałeś to zniszczyć, Saturninie? Zniszczyć miłość, która pokonała przeznaczenie? Przyjaźń, która praktycznie zaczęła się od momentu, w którym doktor Brown naszkicował na kartce kompresor czasu? Nie masz takiej mocy, Saturninie.
Wstała na równe nogi, chwyciła oburącz miecz i uniosła go nad głową. Jak średniowieczny kat opuściła miecz na głowę Saturnina, który nie ruszył się nawet z miejsca, ale kiedy tylko ostrze dotknęło jego kapelusza, mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.
Adelina włożyła wciąż gorejący miecz do pochwy i odwróciła się do Emmetta. Po chwili uśmiechnęła się do niego, podeszła nieco bliżej i wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Chodźmy, doktorze Brown. Musi się pan przecież obudzić.
Emmett nieśmiało chwycił ją za rękę. Nagle Adelina rozbłysła oślepiająco jasnym światłem. Doktor Brown musiał na chwilę zamknąć oczy.
Kiedy je znów otworzył, wciąż było bardzo jasno, a do tego wszystko wydawało mu się zamazane. Po chwili doszło do niego, że leży w łóżku, ma maskę z tlenem na twarzy i ktoś trzyma go za rękę. Jakby z oddali doszedł do niego odgłos urządzenia rejestrującego jego rytmiczne bicie serca. Kilka sekund potem obraz w jego oczach się wyklarował i doktor Brown ujrzał siedzącą obok niego Klarę. To właśnie ona trzymała go za rękę. Za nią stał Marty, a po drugiej stronie łóżka Emmett zobaczył swoich synów. Wszyscy czworo patrzyli na niego z wyrazem najszczerszej radości.
Klara pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło.
 – Witamy ponownie, doktorze – powiedział Marty z uśmiechem. – Gdziekolwiek pan był, cieszymy się, że znów jest pan z nami.
– Ja… też – odparł powoli Emmett. – Miałem… bardzo osobliwy sen.
Tak to był sen. Bardzo pogmatwany, mroczny i dający do myślenia wytwór jego umysłu. Kiedy jednak Emmett Brown obudził się z tego dziwnego snu, czuł, że ze wszystkich stron jest otoczony miłością. To uczucie było jednym z najpiękniejszych jakie w życiu odczuł. Bo zaiste nic nie mogło się z nim równać.
Zapewne będzie musiał na siebie lepiej uważać – więcej się ruszać, zdrowiej się odżywiać i regularnie mierzyć ciśnienie – ale na razie nie było to ważne. Ważne było to, że jego żona, synowie i najlepszy przyjaciel są tutaj z nim, a on ma jeszcze kilka lat do przeżycia. Tę noc prawdopodobnie spędzi w szpitalu, ale potem będzie mógł przenieść się do domu i znów zająć tym, co kochał – nauką. Za jakiś czas na pewno wszystko powróci do normy, a on zapomni o tym przedziwnym koszmarze, który przeżył po zawale serca.
Udało mu się jeszcze zauważyć jak pielęgniarka o znajomych, rudych włosach opuszcza jego pokój.
Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 5

Advertisements

Wciąż głodna jest otchłań

Jules przyglądał się jeszcze przez chwilę swojemu nieprzytomnemu ojcu, czekając, aż znów coś powie, ale Emmett Brown był tak samo nieruchomy i milczący, co na początku. Chłopak zastanawiał się, co mógłby jeszcze odpowiedzieć, ale jego zmęczone kolana zaczęły dygotać na zimnej podłodze, aż w końcu poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. To Adelina stała przy nim i uśmiechała się do niego z góry.
– Muszę sprawdzić puls – powiedziała.
On tylko przytaknął powoli głową, podniósł się na równe nogi i podszedł znów do okna. Adelina pochyliła się nad pacjentem i zaczęła go w skupieniu badać. Chwyciła go za przegub i położyła kciuk na żyle. Znów zapadła cisza. A Jules nagle zdał sobie z czegoś dziwnego: Dlaczego wykwalifikowana pielęgniarka sprawdzała jego ojcu puls ręcznie, zamiast zerknąć na aparaturę?
Znużony Verne przetarł twarz ręką i zaczął masować zamknięte powieki. Tymczasem Marty przeniósł wzrok na wiszący nad drzwiami pokoju zegar, który wskazywał dziesiątą cztery.
Saturnin przestał opierać się o kominek i zrobił kilka kroków, wciąż jednak nie spuszczał oczu z portretów.
– Albert Einstein – zaczął powoli – Izaak Newton, Benjamin Franklin i Thomas Alva Edison. – Zatrzymał się i odwrócił w stronę Emmetta. – Nie przypadkowo spośród wszystkich naukowców, którzy zapisali się w historii ludzkości, ci czterej wiszą nad twoim kominkiem, doktorze.
– To byli wybitni uczeni, a Einstein i Franklin udzielali się nawet społecznie – odparł Emmett. – Chciałbym być w połowie tak genialny jak oni.
– Ach, tak? – zapytał Saturnin. – Zastanów się dobrze, doktorze. Naprawdę chcesz być taki jak oni? Chcesz być jak Einstein, który zdradzał żonę? Chcesz być jak Newton, który mieszał naukę z magią? Jak Franklin, który walczył z własnym synem z nieprawego łoża? A może jak Edison, który przywłaszczył sobie prace innych, nie mówiąc już o tym, że oszukał Teslę? Naprawdę tego chcesz?
Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co odpowiedzieć. Potem przeszło mu przez myśl, że Saturnin kłamie i chce go wytrącić z równowagi.
– O, ja nie kłamię, doktorze. – Podszedł do Emmetta i zaczął go okrążać. – To dość znane fakty, trzeba tylko wiedzieć w których książkach historycznych szukać. Albo jeszcze lepiej – szepnął mężczyźnie do ucha. – Można cofnąć się w czasie i samemu się przekonać, jacy naprawdę byli ci wielcy uczeni, o których mówisz.
– Nawet, jeśli mówisz prawdę, to… – zaczął spokojnie Emmett, ale Saturnin mu przerwał:
– To ty cenisz ich za ich pracę? Ależ to nie zmienia faktu, że Edison większość przypisywanych mu wynalazków wykradł swoim asystentom, a Einstein, ten rzekomy pacyfista, przyczynił się do stworzenia bomby atomowej.
Oddalił się i usiadł wygodnie w fotelu. Jego zimne oczy spoglądały na doktora, który wciąż stał.
– Wy, naukowcy, wierzycie w ten wasz wspaniały, nieposkromiony rozum. Myślicie, że wyższe wykształcenie, czy znajomość jakiejś konkretnej nauki od razu uczyni ludzi dobrymi, moralnie doskonałymi. Myślicie, że cokolwiek zbudujecie, wytworzycie, bądź odkryjecie, przyniesie ludzkości same korzyści. Tymczasem każdy nowy wynalazek przynosi ludziom same nieszczęścia, obojętnie czy jest to siejąca zniszczenie broń, czy maszyna, która wykonuje pracę kilkunastu robotników, przyczyniając się do ich bezrobocia. Ty, doktorze, wiesz o tym najlepiej. Ile razy powtarzałeś: „Muszę zniszczyć tę piekielną maszynę”? A przecież chciałeś nią zwiedzić przeszłość i przyszłość, a nawet poznać tajemnicę wszechświata. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Twój wehikuł czasu o mało nie doprowadził do licznych katastrof, łącznie z wymazaniem Hill Valley z mapy. Powiedz mi, doktorze, taką rzecz: Czy poświęcając swój rodzinny majątek i trzydzieści lat życia, brałeś pod uwagę konsekwencje swoich działań?
– Tak, byłem świadom ewentualnych zagrożeń. Zakładałem jednak, że…
– Że będziesz ostrożny i to wystarczy. Że ukryjesz swojego podrasowanego Deloreana przed ludzkim wzrokiem i będziesz mógł się nim bawić. Bo tym właściwie był dla ciebie wehikuł czasu. Zabawką.
– Nigdy nie traktowałem go jak zabawki! – wykrzyknął Emmett, ale zaraz dodał spokojniej: – Zawsze podchodziłem do podróży w czasie bardzo poważnie i nie wykorzystywałem ich dla własnej korzyści.
Saturnin zaśmiał się cicho pod nosem i nagle pojawił się znów tuż przy doktorze.
– Czyżby? – zasyczał. – A mnie się wydaje, że jednak nie. W końcu pierwsza twoja podróż w czasie podyktowana była dziecinnym kaprysem, aby zwiedzić przyszłość, której nie dożyjesz. Kiedy zaś utknąłeś w roku 1885, ucieszyłeś się tym, że trafiłeś w czasy Dzikiego Zachodu. – Położył rękę na jego ramieniu i przybliżył się bardziej do jego ucha. – W końcu zawsze chciałeś odwiedzić tę epokę. – Znów okrążył powoli Emmetta, ściągając rękę. – Nie mówiąc już o tym, że przeniosłeś się do 1931, bo chciałeś zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, kto spalił melinę Kida Tannena.
Po chwili znów siedział w fotelu i przyglądał się doktorowi.
– Muszę przyznać, że całkiem nieźle wyszedłeś na swoim małym wynalazku. Nie tylko odwiedziłeś wszystkie te miejsca i epoki, które chciałeś odwiedzić, ale również niejako stałeś się paradoksem. Istniejesz poza czasem. Możesz naprawić każdą pomyłkę, spotkać każdego ze swych idoli… – pochylił brodę o kilka cali, wciąż wpatrując się w rozmówcę, i powiedział nieco niższym głosem: – Przeżyć kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.
– Czyżbyś próbował mi wmówić, że uratowanie Klary było błędem?
– Miała zginąć na dnie wąwozu Clayton, tak jak ty miałeś umrzeć od kul Libijczyków – odparł Saturnin, podnosząc ręce. – Każda zmiana w pierwotnej linii zdarzeń może doprowadzić do nieodwracalnych szkód. Powtarzałeś to wiele razy Marty’emu McFly’owi i razem próbowaliście doprowadzić wszystko do dawnego porządku. A mimo to nie doprowadziłeś do tego, że Klara Clayton zginęła, tak jak jej było pisane od początku. Co więcej – podniósł się z fotela i ciągnął dalej: – byłeś w stanie powrócić ze swoją nową rodziną do dwudziestego wieku i żyć tak, jakby nic się nie stało. Wszyscy twoi znajomi byli tacy, jak ich zostawiłeś. Marty, Jennifer, Biff, a nawet Einstein, nie postarzeli się ani trochę, choć ty miałeś już osiemdziesiąt lat i dwóch synów w wieku szkolnym. Zmieniałeś linię czasową, niszcząc pierwotny bieg wypadków, i wciąż myślisz, że konsekwencje twoich poczynań cię nie dosięgną. Nie tylko nie powinieneś żyć, ale i nie powinieneś nawet mieć rodziny.
– Sądzisz więc – podjął doktor cichym, spokojnym głosem – że Klara i chłopcy są jedną wielką pomyłką, paradoksem, który zakłóca linię czasową. Chcesz, abym to przyznał, ale twoje rozumowanie ma jedną, małą lukę. – Zaczął iść w stronę Saturnina. – Od razu zakładasz, że wszystkie zmiany, które wynikły z naszych podróży w czasie, były złe, jednak ostatecznie nie tylko udawało nam się wszystko naprawić, ale i te nieliczne zmiany w linii czasowej, do których przypadkiem udało nam się doprowadzić, miały dobre skutki. – Zatrzymał się tuż przed mężczyzną w masce, który pozostał niewzruszony. Emmett spojrzał mu w oczy i, mimo że było w nich coś przerażającego, ze spokojem oświadczył: – Nigdy w życiu nie nazwałbym błędem tego, że George McFly postawił się Biffowi, a Marty Junior nie trafił do więzienia. – Zrobił krótką pauzę, po czym dodał wciąż tym samym, spokojnym tonem: – A już na pewno nie uważam za pomyłkę faktu, że uratowałem Klarę znad przepaści. I choćbyś nie wiem co mówił i co mi pokazywał, nigdy nie przyznam, że tak jest w istocie. Nie po niemal dwudziestu latach bycia mężem i ojcem.
Powieki Saturnina zwęziły się, zdradzając, że zmarszczył ukryte za maską brwi. Następnie mężczyzna cofnął się o dwa kroki i podniósł nieco brodę.
Stojąca z boku Adelina uśmiechnęła się lekko, poczuwszy znajome ciepło. Zaraz jednak spoważniała. Nikt tego jednak nie zauważył. Wszyscy za bardzo byli skupieni na leżącym w łóżku mężu, ojcu i przyjacielu; i na tym, aby go wyciągnąć ze stanu śpiączki.
Saturnin przemówił po raz kolejny swoim syczącym głosem:
– Twoje słowa potwierdzają tylko twoją arogancję, doktorze Brown. Myślałeś dotąd, że wszystkie twoje zbrodnie przeciwko pierwotnemu biegowi zdarzeń pozostaną bezkarne.
Doktor Brown już otworzył usta, aby zaprotestować, kiedy nagle…
– Zawsze powtarzałem, że jesteś niebezpiecznym szaleńcem, Brown.
Wicedyrektor Strickland siedział wygodnie w fotelu z rękoma  ułożonymi w piramidkę i przyglądał się doktorowi Brownowi z powagą. Po chwili przewrócił oczami i dodał w bardzo obcesowy sposób:
– Podejrzany typek, który demoralizuje młodzież. Nieobliczalny szaleniec, który siedzi całe dnie w tym swoim garażu i robi jakieś eksperymenty. Czarna owca całego Hill Valley, stanowiąca zagrożenie dla zdrowia i porządku publicznego. Nie do wiary, że przez ten cały czas nikt nie wtrącił cię do więzienia albo oddziału zamkniętego. Być może wtedy nie wymyśliłbyś tej swojej cholernej maszyny.
– Wszystko byłoby o wiele lepsze – odezwał się nagle znajomy doktorowi głos i po chwili ze schodów zszedł Erhardt Brown. Popatrzył na syna i odparł: – gdybyś został prawnikiem tak jak ja.
– Papa? – wyszeptał nieprzytomny doktor Brown.
Pierwszy zareagował Marty, choć nieznacznie. Zrobił tylko mimowolnie krok w tył. Doktorowi śnił się sędzia Brown? Młodzieniec nasłuchiwał, oczekując aż jego przyjaciel powie coś więcej. Pamiętał sędziego z ich podróży do 193 1 i w zależności od tego, jakie będą następnie słowa Emmetta, Marty wywnioskuje, czy sędzia Brown śni się swojemu synowi jako ktoś dobry, czy ktoś zły.
Serce Emmetta zaczęło mocniej bić, a oczy rozszerzyły się. Obawiał się tego, co może usłyszeć.
Sędzia Brown wszedł do salonu i oparł się o kominek.
– Zawsze mówiłem ci, że zajmowanie się nauką to kiepski pomysł. Nie dość, że zmarnowałeś prawie cały nasz majątek, to jeszcze zszargałeś moje nazwisko. Zniszczyłeś wszystko, na co tak ciężko pracowałem od momentu, w którym postawiłem stopę w tym kraju.
Doktor Brown starał się zachować spokój. Pamiętał przecież, że Erhardt ostatecznie zaakceptował wybraną przez syna drogę kariery. Poza tym kiedy Emmett był nastolatkiem, słyszał od ojca różne rzeczy.
Ale Erhardt Brown nigdy wcześniej nie mówił czegoś takiego.
Sędzia przeniósł na moment wzrok z syna na drwa w kominku. A potem nagle w jego dłoni pojawił się młoteczek, podobny do tych, którymi zwykle wymuszał porządek na sali sądowej. Przyglądał mu się, obracając dwa razy w dłoniach, a potem spojrzał na Emmetta.
– Szkoda, że nie miałem więcej dzieci. Może gdybym spłodził drugiego syna, oczyściłby on imię swojej rodziny z hańby, którą ściągnął na nią jego brat. – Wyprostował się i przestał opierać się o kominek. – A może po prostu powinienem spędzać z tobą więcej czasu i być bardziej stanowczym.
– To nie pańska wina, panie sędzio – zwrócił się do niego Strickland, a potem znów popatrzył na doktora. – Starał się pan jak mógł, ale on po prostu odrzucił wpojone mu zasady i wartości. Sam stał się arogancki i nieokrzesany.
– Prawda, prawda. Równie dobrze mógłbym w ogóle nie mieć syna. Nawet wyszedłbym z tym lepiej, bo moja ciężko zarobiona fortuna nie przepadłaby w tak głupi sposób, a Hill Valley nie musiałoby znosić swojej najgorszej zakały. Nie doszłoby też do tych wszystkich zbrodni przeciwko ustalonemu porządkowi świata. – Podniósł wzrok na Emmetta i pełnym pogardy tonem oświadczył: – Niech będzie przeklęty dzień, w którym się narodziłeś.
Doktor Brown zacisnął rękę na strzelbie i przygryzł dolną wargę, jednakże próbował nie reagować na słowa wypowiadane przez ojca. Wiedział, że to wszystko to sen; że prawdziwy Erhardt Brown tak o nim nie myślał. Ale jednak nie zmieniało to faktu, że mężczyzna naprzeciwko miał jego twarz i głos. Poza tym wiele razy Emmett zastanawiał się, czy jego ojciec byłby z niego dumny, widząc wszystko, czego dokonał jego syn. Czy ucieszyłby się, że Emmettowi udało się zbudować wehikuł czasu? Albo że założył rodzinę i spłodził dwóch inteligentnych i zaradnych chłopców? Teraz wyglądało na to, że nie tylko nie czuł dumy, ale wręcz nienawidził swojego jedynego syna.
Doktor Brown widział tę nienawiść w chłodnym spojrzeniu ojca, które zwykle wyrażało złość, oburzenie albo zawód, nigdy jednak tak ognistą nienawiść. Takim spojrzeniem obdarzało się tych, którym życzyło się śmierci w męczarniach. Świdrowało go do głębi i nie było przed nim ucieczki, albowiem nawet kiedy Emmett odwracał wzrok, czuł je na sobie. Wywoływało ono w nim z jednej strony uczucie strachu o to, co sędzia Brown mu powie lub zrobi, a z drugiej – wielki, przytłaczający smutek. Jego własny ojciec przeklął właśnie dzień jego narodzin i stwierdził, że wolałby nie mieć syna. Jakaś część jego świadomości spłodziła myśl, że być może to wszystko jednak było prawdą. Może rzeczywiście wszyscy – włącznie z Marty’m, Klarą i ojcem – go nienawidzili? Może rzeczywiście mówili wszystkie te straszne rzeczy szczerze?
Kiedy podniósł znów wzrok, w salonie stali również inni obywatele Hill Valley – McFly’owie, Stricklandowie, Tannenowie… Klara i chłopcy również tam byli. Wszyscy przyglądali mu się tym samym nienawistnym wzorkiem. Saturnin wystąpił naprzód, a potem pojawił się tuż za doktorem. Po chwili znaleźli się znów w starej chacie, w której zaczął się ten cały koszmar. Byli sami.
Saturnin zasyczał Emmettowi do ucha:
– Boisz się śmierci, prawda, doktorze? – Zaśmiał się cicho i dodał: – Każdy się jej boi. A ty uciekałeś jej tyle razy, że pewnie myślisz o niej częściej niż większość ludzi.
Wtedy doktor Brown poczuł nagłe ukłucie w piersi. A zaraz potem następne o wiele silniejsze, które sprawiło, że instynktownie złapał się za pierś.
Doktor Brown wciąż milczał, ale Marty i tak wiedział, że dzieje się coś złego. Głównie dlatego, że nieprzytomny doktor zmarszczył brwi i zacisnął mocniej pięści. Chłopak od razu pomyślał, że sen, który ma jego przyjaciel, musi dotyczyć jakiegoś zdarzenia z przeszłości. Być może był to sen o pracy w kancelarii pod czujnym okiem sędziego Browna. Zastanawiał się, czy powinien do niego przemówić, czy może pozwolić, aby doktor uporał się z tym samodzielnie. Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, aparat zarejestrował przyśpieszenie bicia serca. Najpierw powoli, miarowo, ale z każdym uderzeniem kreska była coraz wyższa i jakby głośniejsza.
Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 4

Advertisements

Minuty są to złoża kruszcu, rozrzutniku

Od razu, kiedy Klara zadzwoniła do niego ze szpitala i poinformowała łamiącym się głosem, że doktor Brown właśnie miał zawał, Marty wziął swój samochód i pojechał na miejsce. Przez całą drogę próbował zachować spokój. Doktor na pewno wyjdzie z tego, tylko będzie musiał na siebie bardziej uważać. Z drugiej strony Marty obawiał się, że ta historia może jednak skończyć się w o wiele bardziej tragiczny sposób; że jego długoletni przyjaciel może umrzeć.
Tak po prawdzie to wiadomość o jego zawale była dla Marty’ego sporym zaskoczeniem. Zaskoczeniem, które uświadomiło mu, że doktor Emmett Brown ma już swoje lata. Chłopak nigdy wcześniej nie myślał o tym, że ten energiczny mężczyzna, który podróżował w czasie, miał dwóch nastoletnich synów i zdobywał się na jakiś wysiłek fizyczny, jeśli wymagała tego sytuacja, jest już starcem. Po prostu doktor nigdy dotąd nie zdradzał oznak starości. Nie miał problemów z pamięcią, ze słuchem ani ze wzrokiem, nie łamało go w krzyżu, nie tracił włosów… Fakt, był siwy i pomarszczony, ale poza tym wydawał się być zawsze w pełni sił. Kiedy jednak Marty jechał wieczorową porą przez ulice Hill Valley i rozmyślał, w zasadzie wszystko zaczynało mieć dla niego sens. Doktor Brown często przesiadywał w garażu i raczej nie miał okazji, aby się poruszać. Miał również mnóstwo powodów do stresu, poczynając od spraw zwyczajnych (jak wychowanie dwóch nastolatków i rachunki), a na nadzwyczajnych (jak postaranie się, żeby nie zginąć z czyjejś ręki kilka dekad przed własnym narodzeniem) skończywszy. Poza tym kto wie, czy przez te dziesięć lat po ślubie z Klarą, nie żywił się głównie mięsem, nabawiając się wysokiego cholesterolu. Zawał był w zasadzie tylko kwestią czasu.
Kiedy Marty dotarł wreszcie na miejsce, okazało się, że na doktorze Brownie przeprowadzany jest właśnie jakiś zabieg (Jules wyjaśnił, że chodziło o angioplastykę wieńcową, która miała na celu udrożnienie i rozszerzenie żył) i wszyscy czworo spędzili więcej jak godzinę na korytarzu, martwiąc się o to, czy zabieg się uda. Potem Emmett został przetransportowany do pokoju szpitalnego, a lekarz poprosił Klarę na stronę.
Po jakimś czasie Marty wkroczył do pokoju szpitalnego, w którym leżał jego przyjaciel, i zobaczył, że był nienaturalnie, wręcz trupio blady. I mokry. Mokry od potu, który pojawił się na jego czole. W jego lewej ręce tkwił cewnik, prowadzący do jakiegoś urządzenia monitorującego. Na twarz Emmetta Browna założono maskę tlenową.
Nagle przekręcił głowę z boku na bok, zdradzając niespokojny sen. Po chwili przyszła Klara.
– Co z doktorem? – zapytał Marty, wchodząc do środka.
Kobieta popatrzyła na chłopka przez dłuższą chwilę, a potem przeniosła wzrok na męża. Usiadła przy doktorze i chwyciła go za rękę, tymczasem Verne oparł się o ścianę, a Jules stanął przy oknie. Wszyscy trzej czekali na jej odpowiedź.
– Lekarz powiedział, że stan Emmetta jest na razie stabilny – zaczęła wyjaśnienia. – Emmett podobno szeptał coś niewyraźnie podczas zabiegu.
– W drodze na izbę przyjęć ojciec uronił też kilka łez, ale nie odzyskał świadomości – wtrącił nagle Jules.
– Musiało mu się przyśnić coś niemiłego – stwierdził krótko Marty.
– Zapytałam, czy długo Emmett pozostanie nieprzytomny – ciągnęła dalej Klara i przeniosła wzrok na męża. – Lekarz twierdzi, że powinien się niedługo obudzić, aczkolwiek Emmett zapadł w bardzo głęboki sen. To niemal śpiączka.
– Śpiączka? – powiedział cicho Marty i popatrzył na doktora.
Wiedział, choćby z telewizji, że ludzie w śpiączce mogli się nie budzić przez miesiące, a nawet lata. Myśl o tym sprawiła, że poczuł jak robi mu się niedobrze. Doktor Brown – wynalazca i naukowiec, w którego głowie mieściły się niezliczone liczby, fakty, abstrakty i Bóg wie, co jeszcze – miałby zostać zredukowany do człowieka pogrążonego w śpiączce i być może przeżyć resztę życia w odcięciu od realnego świata? To nie mogło się tak skończyć. Nie jemu. Nie doktorowi.
Ale spokojnie. Lekarz powiedział, że to niemal śpiączka. Czy to „niemal” mogło oznaczać, że zagrożenie jest mniejsze? Że doktor Brown lada chwila się wybudzi?
Zaraz ponure przemyślenia Marty’ego przerwał głos drobnej, rudej pielęgniarki, która właśnie stanęła w drzwiach i oznajmiła:
– Przepraszam, przyszłam sprawdzić stan pacjenta.
Wkroczyła do środka, a Klara natychmiast wstała i zeszła na bok. Przez chwilę wszyscy czworo przyglądali się jak pielęgniarka najpierw sprawdza Emmettowi puls, a następnie zerka na monitor tajemniczego przyrządu. Miała jaspisowe oczy i jasną, okrągłą twarz. Marty zerknął przypadkiem na jej identyfikator, ale zamiast pełnego nazwiska, tkwiło tam tylko imię tajemniczej pielęgniarki – Adelina.
Nie przypominał sobie, aby widział ją kiedykolwiek wcześniej. Być może miał prawo nie znać wszystkich ludzi w Hill Valley, jednak mimo wszystko było w niej coś obcego. Niekoniecznie groźnego, po prostu… innego.
Cała procedura zabrała jej kilka sekund. Potem Adelina pochyliła się na moment nad pacjentem, a następnie przeniosła wzrok na wciąż stojącą obok Klarę, uśmiechając się delikatnie.
– Proszę się nie martwić, pani Brown. Technicznie rzecz biorąc, wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc pani mąż może się niebawem obudzić.
– Kiedy mniej więcej może to nastąpić? – spytał Marty.
Pielęgniarka nagle wyprostowała się i spojrzała na niego, poważniejąc.
– Trudno powiedzieć. Ale choćby nie wiem co, nie powinniście go opuszczać. Mówcie do niego, trzymajcie go za rękę, róbcie cokolwiek, byle byście przy nim czuwali. Musi czuć wasze wsparcie.
– Nigdzie się nie wybieramy – odparł Verne z poważną miną, zdradzającą determinację.
– Wiem. Właśnie dlatego jestem dobrej myśli. – Adelina znów się uśmiechnęła i skierowała w stronę drzwi. – Jeszcze tutaj zajrzę.
Wyszła, zostawiając ich samych. Wszyscy czworo przenieśli wzrok z drzwi na nieprzytomnego doktora Browna. Klara znów usiadła przy mężu i chwyciła go za rękę.
Emmett czuł jak strzelba zaczyna mu ciążyć, przyczyniając się do bólu ramion. Zaczął żałować, że zdecydował się na tak długą lufę. Tymczasem Saturnin przybliżył się do jego twarzy i szepnął do ucha:
– Są rodziny, których członków powinno się albo z miejsca zastrzelić, albo wykastrować. Pomyśl jak dobrze byłoby się pozbyć Tannenów raz na zawsze. Nie musieć użerać się z Kidem, Biffem, Griffem, czy kim tam jeszcze. Wystarczy, że pociągniesz za spust i załatwisz pierwszego Tannena w mieście, a Hill Valley uwolni się wreszcie od swojego największego wrzodu.
Doktor Brown stał nieruchomo, choć czuł przemożną potrzebę, aby coś zrobić. Zarówno Saturnin, jak i Buford oczekiwali od niego jakiegoś czynu. On zaś był sparaliżowany. Nie wiedział, co powinien zrobić. To znaczy – wiedział doskonale. Wiedział, że nie powinien strzelać. Gdyby teraz zabił Wściekłego Psa, prawdopodobnie George McFly nie miałby komu się przeciwstawić i nigdy nie zostałby dobrze prosperującym pisarzem.
Jesteś mi winien pieniądze, kowalu.
A to czemu?
Mój koń zgubił podkowę. Tyś go podkuł, czyli to twoja wina.
Nie zapłaciłeś mi, więc jesteśmy kwita.
Nie! Kiedy koń zgubił podkowę, upadłem na ziemię i stłukłem butelkę porządnej wódy z Kentucky. Należy mi się pięć dolców za whiskey i siedemdziesiąt pięć za konia…
Z drugiej strony zbyt dobrze pamiętał wszystko, co zrobił Buford Tannen. Poczynając od tego, że nie zapłacił jemu – Emmettowi – za podkucie konia, a na tym, że na jego oczach zastrzelił jego najlepszego przyjaciela, skończywszy. Poza tym wciąż pamiętał stwierdzenie Klary, że Buford jest lepszym mężczyzną od niego. I choć nie chciał wierzyć, że żona go zdradzała, jakaś część jego brała taką możliwość pod uwagę. Gdyby rzeczywiście tak było, czy pociągnąłby za spust jak jakiś oszalały z zazdrości mąż? Przez to wszystko nie wiedział, co powinien zrobić.
– Nie strzelisz, kowalu – powiedział nagle Buford Tannen, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Nigdy w życiu nie zastrzeliłeś człowieka.
To prawda. Nawet kiedy zadomowił się w roku 1885, nie strzelał do nikogo. Co najwyżej miał na muszce, jak w tej chwili, ale tylko po to, aby wymusić posłuch. Najgorsze było to, że gdyby Wściekły Pies był na jego miejscu, nie wahałby się zabić. Zabijał przed i po przybyciu Emmetta do 1885. Młodych, starych, kobiety, mężczyzn, być może nawet dzieci; białych, czarnych, żółtych, Indian… Nie miał szacunku dla ludzkiego życia. To była dla niego zabawa. Właśnie dlatego był gorszy od Biffa. Biff przynajmniej działał w granicach prawa.
Doktor Brown czuł jak wzbiera w nim złość. Może rzeczywiście lepiej było go z miejsca zastrzelić? To byłoby takie łatwe… Pociągnąć za spust i go zabić bez mrugnięcia okiem. Tak jak on zabijał. To byłaby dla niego idealna kara za całe cierpienie, które spowodował.
Zaraz się jednak otrząsnął. Nie, nie powinien tak myśleć. Był naukowcem. Powinien kierować się rozumem. Niezależnie od tego, co czuł wewnątrz, nie mógł być sędzią ani katem.
– Wynoś się stąd, Tannen – powiedział cichym, chłodnym tonem i opuścił strzelbę. – Znikaj mi z oczu.
Wściekły Pies prychnął śmiechem.
– Typowe. Nie masz jaj, kowalu, aby mnie wykończyć.
– Wynoś się stąd – powtórzył doktor.
– Hm… – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Saturnin. – Widzę, doktorze, że potrzebujesz odpowiedniej zachęty.
Pstryknął palcami. Przez chwilę trwała śmiertelna cisza, a potem…
– Ojcze! Ojcze, przyniosłem drwa na opał!
Emmett wytrzeszczył oczy. Ten głos… Brzmiał zupełnie jak… Ale skąd…?
Niebawem z lasu wyszedł nie kto inny, tylko jego starszy syn, Jules, niosący w rękach chrust. Na widok ojca i Wściekłego Psa, natychmiast się zatrzymał i mimowolnie upuścił chrust na ziemię. Bandyta uśmiechnął się i szybko wyciągnął z kabury rewolwer, celując prosto w chłopaka. Następnie przeniósł wzrok na doktora Browna.
– To zdaje się, twój bachor, co, kowalu?
– I co teraz, doktorze? – spytał Saturnin. – Nadal nie chcesz go zabić?
– Liczę do dziesięciu, kowalu. Potem albo ty zastrzelisz mnie, albo ja twojego syna. Tak więc raz…
Urządzenie rejestrujące pracę serca zaczęło nagle gwałtownie skakać. Wszyscy zgromadzeni w pokoju natychmiast drgnęli, a Klara nawet podniosła się z miejsca. Stojący najbliżej drzwi Verne wybiegł na korytarz i zawołał:
– Siostro, siostro! Z tatą coś się dzieje!
Przez moment nikogo nie było, ale potem jakiś lekarz pojawił się na końcu korytarza i przybiegł na wezwanie chłopca. Podszedł do łóżka doktora Browna i przez chwilę przyglądał się wszystkim urządzeniom, aby szybko ocenić sytuację. Kiedy w drzwiach stanęła znajoma im ruda pielęgniarka, kazał jej przygotować jakieś leki. Ona przytaknęła i wybiegła.
Emmett znowu odczuł wzbierający w nim paraliż. Z jednej strony jeśli zastrzeliłby Buforda Tannena, zagroziłby linii czasu i wpłynął ujemnie na przyszłe wydarzenia.
– Dwa…
Z drugiej strony jeśli nic nie zrobi, to Julesowi coś się stanie.
– Trzy…
Popatrzył na syna. Był przerażony i przyglądał mu się w napięciu, oczekując na to, co zrobi jego ojciec.
– Cztery…
Obowiązkiem Emmetta, jako rodzica, była ochrona swoich dzieci przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem, ale do jego obowiązków, jako naukowca, należało również dbanie o to, aby zapobiec wszelkim szkodom dla ciągłości zdarzeń, jakie wynikłyby z jego podróży w czasie.
– Pięć…
Nie był mordercą. Był naukowcem. Nie potrafił zabić człowieka z zimną krwią.
– Chwila… co jest po pięć? – zawahał się na moment Wściekły Pies.
– Sześć – podpowiedział mu Saturnin.
– Właśnie! Sześć…
Musiał być jakiś sposób na to, aby wyjść z tej sytuacji. Jakiś sposób, aby powstrzymać Buforda, nie zabijając go.
– Siedem…
– Ojcze… – jęknął Jules. Jego oczy zaszkliły się od łez, które spłynęły mu po policzkach.
– Osiem…
– Nie martw się, Jules. Wszystko będzie dobrze. – Emmett uśmiechnął się delikatnie do syna, chcąc go uspokoić.
– Dziewięć… – Twarz Buforda Tannena również rozpromienił uśmiech, ale był to uśmiech złośliwy.
Teraz już tylko sekundy dzieliły go od naciśnięcia spustu. Doktor Brown musiał szybko podjąć decyzję. Niewiele myśląc, znów wycelował lufę we Wściekłego Psa, zamknął oczy…
– Dziesięć!
…i strzelił. Najpierw usłyszał przeciągły wrzask, a potem powoli otworzył znów oczy. Buford Tannen trzymał się za krwawiące obficie ramię, w którym niedawno trzymał rewolwer, i przyglądał się z mieszanką niedowierzania i pogardy Emmettowi. Zrobił dwa chwiejne kroki w tył, a potem odwrócił się szybko i pobiegł w stronę lasu, pozostawiając czerwoną strugę na zielonej trawie.
Po chwili doktor Brown rozejrzał się dookoła. Byli tam tylko on i Jules, który kucnął i zaczął zbierać upuszczony wcześniej chrust. Emmett usiadł na pobliskim kamieniu, a strzelbę położył na kolanach. Nadal czuł przypływ adrenaliny po tym co się stało. Musiał się uspokoić. Pozbierać rozbiegane myśli.
Lekarz już miał zaaplikować leki, kiedy nagle zapis na aparacie się ustabilizował. Medyk i pielęgniarka przyglądali się temu w milczeniu. Dopiero po krótkiej chwili mężczyzna zdecydował się na przerwanie ciszy:
– Nie do wiary…
– Co się stało? – spytała Klara, a on spojrzał na nią.
– Wygląda na to, że pani mąż się tylko zdenerwował. To się czasem zdarza w trakcie snu. W każdym razie już się uspokoił i wszystko wróciło do normy. Siostro – zwrócił się do Adeliny. – Proszę zapisać wyniki i informować mnie o stanie pacjenta.
– Tak jest, doktorze.
Właśnie postrzelił człowieka. Z jednej strony wiedział, że ranienie go było w jego sytuacji idealnym kompromisem pomiędzy nierobieniem niczego (i pozwoleniem na to, aby Buford skrzywdził Julesa) a zabiciem go. Z drugiej strony czuł się winny – kto wie, czy Tannen znajdzie lekarza, który będzie chętny go opatrzyć. Emmett rozważał przez chwilę, czy za nim nie iść i nie udzielić mu pierwszej pomocy, ale pomyślał, że bandyta i tak jej nie przyjmie. Był zbyt dumny, poza tym mógł podejrzewać jakiś podstęp. Zresztą, zapewne nie raz strzelano do niego, więc być może miał już jakieś doświadczenie z ranami tego typu.
Działo się tutaj coś dziwnego, coś, czego Emmett Brown nie pojmował. Dlaczego obudził się w swojej starej chacie? Co się stało z Einsteinem? Dlaczego spotkał tego dziwnego człowieka, Saturnina? Dlaczego Marty i Klara byli dla niego tacy okrutni? W jaki sposób Saturnin przenosił go z jednego czasu i miejsca w drugie? W jaki sposób sprawiał, że działy się te wszystkie rzeczy? Kim on był?
Emmett nie był w stanie znaleźć innego wytłumaczenia tych wszystkich wydarzeń, jak tylko to, że był to sen. Bardzo długi, straszny sen. Tak naprawdę wiedział to od samego początku, tylko dał się zaczarować temu, co pokazywała mu jego świadomość. Ale dlaczego jego świadomość pokazywała mu te wszystkie rzeczy? Przecież nie wątpił w miłość Klary ani w przyjaźń Marty’ego. Nie wątpił również w to, że jest ojcem Julesa i Verne’a. Wszystko było dobrze w jego życiu, prawda? Może nie do końca różowo, ale nieźle. Więc dlaczego śniło mu się coś takiego? Przecież te wizje da się jakoś psychologicznie wyjaśnić.
Spojrzał na syna, który ani na moment nie przerwał pracy. On też prawdopodobnie był tylko złudzeniem. Prawdziwy Jules znajdował się teraz zupełnie gdzieindziej, to samo Verne, Klara, Marty i reszta Hill Valley. On – Emmett Brown – też był w innym miejscu. Leżał w jakimś łóżku, być może swoim własnym, być może szpitalnym. I musiał się obudzić. Im dłużej spał, tym dłuższy był ten koszmar. Ale jak mógł się obudzić? Jak mógł się zmusić do powrotu do rzeczywistości?
Zamknął oczy, dotknął skroni i zaczął je delikatnie masować.
– Skup się, Emmett. No dalej, obudź się…
– Ojcze, może pójdziemy już do domu? – Głos Julesa przerwał jego szepty do samego siebie.
Emmett postawił strzelbę pionowo, spojrzał na niego i zastanowił się przez chwilę. Miał iść do chaty? Kto wie, co go tam czeka… Ale równie dobrze coś złego mogło go spotkać również w lesie. W tym dziwnym śnie wszyscy go ranili. Istniała szansa, że jeśli pójdzie z Julesem, jego syn na pewno powie albo zrobi coś, co sprawi mu ból.
– Ojcze, matka czeka na nas z obiadem – odezwał się znów Jules, po czym włożył chrust pod pachę, złapał Emmetta za rękę i pociągnął.
Doktor Brown mimowolnie wstał na równe nogi. Jules zaczął go prowadzić w stronę chaty, ale Emmett zaraz stawił opór, nie ruszając się z miejsca. Jego syn natychmiast się zatrzymał i spojrzał na niego ze zdumieniem.
– Jules… – powiedział Emmett i popatrzył na Julesa ze smutkiem.
Kiedy tylko chłopak usłyszał swoje imię z ust nieprzytomnego ojca, odszedł od okna i ukląkł przy jego łóżku. Verne i Marty również podeszli bliżej, a Klara pochyliła się nad mężem. Jedynie pielęgniarka stała z boku i przyglądała się całej scenie. Wszyscy czworo oczekiwali na to, aż Emmett Brown powie coś jeszcze. I zaraz po pierwszym słowie, wyszeptał kolejne:
– Ja chcę się obudzić.
Jules uśmiechnął się lekko, ale zaraz poczuł jak łzy nabiegają mu do oczu. Natychmiast zamrugał, aby je odegnać i chwycił oburącz wolną rękę Emmetta.
– Ojcze…
– …my też tego chcemy – powiedział stojący przed doktorem Brownem Jules.
Ale mężczyzna miał wrażenie jakby Jules znajdował się gdzieś obok niego albo nad nim, i szeptał mu te słowa do ucha. Dlatego się zdziwił. Czyżby właśnie usłyszał dźwięki dochodzące ze świata realnego? Czy to oznaczało, że był już bliski wybudzenia? Uśmiechnął się do siebie. Jest nadzieja…
– Nie tak szybko, doktorze!
Krajobraz znów zaczął się zmieniać. Las zniknął, a wraz z nim chata i Jules. Tym razem doktor Brown stał w salonie swojego domu sprzed pożaru, a Saturnin opierał się o kominek i oglądał wiszące nad nim portrety.
Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 3

Advertisements

 

Mówi Teraz: „Oto jestem Przedtem…”

– Po co tu jesteśmy? – spytał doktor, spoglądając na Saturnina.
Emmett Brown z przeszłości zapukał właśnie do drzwi i oznajmił swoje przybycie:
– To ja, Emmett.
– Czemu mi to pokazujesz? – zapytał znów doktor Brown z przyszłości, tym razem przez zęby. Saturnin jednak nie zwracał na niego uwagi.
Po chwili Klara otworzyła drzwi i przywitała gościa szerokim uśmiechem. Stanęła z boku, otwierając drzwi w zapraszającym geście.
– Nie wejdziesz? – powiedziała, wciąż się uśmiechając. Stojący przed nią mężczyzna zaś pozostał poważny.
– Raczej nie – odparł cicho i wydał z siebie westchnienie.
Klara rzuciła krótkie spojrzenie na to, co było za nim, zapewne szukając Marty’ego, ale zaraz znów popatrzyła na ukochanego. Nawet patrząc na tę scenę z boku, Emmett czuł smutek na widok jej uśmiechu, kiedy spytała:
– Co się stało?
Stojący przed nią doktor Brown przez chwilę nic nie mówił, ale potem przemówił:
– Przyszedłem się pożegnać.
– Pożegnać? – zdziwiła się, jej wciąż promieniejąc, ale już nie tak bardzo. – Dokąd idziesz?
– Daleko. Obawiam się, że już się nie zobaczymy.
W tym momencie jej uśmiech zrzedł.
– Emmett…
Doktor Brown poczuł jak robi mu się słabo. Pamiętał aż nazbyt dobrze, co się stało potem.
– Klaro… – Jego odpowiednik z przeszłości zrobił krok do przodu. – Jesteś mi bardzo droga, ale moje miejsce jest gdzie indziej. Muszę tam wrócić.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Dokąd? – spytała po kilku sekundach milczenia.
– Tego nie mogę powiedzieć.
Kolejna chwila milczenia. Klara spuściła wzrok.
– Nieważne. – Znów na niego spojrzała. – Zabierz mnie ze sobą.
– Klaro, nie mogę. Żałuję, ale tak jest. Nigdy cię nie zapomnę. Kocham cię.
– Nie rozumiem, co to ma znaczyć.
– Nie mogłabyś tego pojąć.
– Powiedz. – Jej ton zrobił się nagle bardziej stanowczy. – Muszę znać prawdę. Kochasz mnie, więc powiedz prawdę.
Emmett widział jak jego młodszy odpowiednik dokonuje w ciągu kilku sekund operacji myślnej i podejmuje decyzję. Decyzję, która będzie go kosztować wiele bólu.
– Dobrze. – Wyprostował się. – Ja jestem z przyszłości.
Na razie Klara tylko podniosła brew i słuchała.
– Przybyłem tu w wehikule czasu, który wynalazłem, a jutro wracam do roku 1985.
Wyglądało na to, że miała trudności ze zrozumieniem – a co najważniejsze – z uwierzeniem w to, co przed chwilą usłyszała.
– Oczywiście – wyszeptała, a kąciki jej ust podniosły się nieznacznie. – Rozumiem.
Moment ciszy i znów się uśmiechnęła, ale nagle jej uśmiech zmienił się we wściekły grymas. Wyszła na zewnątrz, zmuszając Emmetta do cofnięcia się. Stojący z boku starszy doktor Brown wstrzymał oddech i zamknął oczy.
– Wiesz, że czytuję Verne’a i chciałeś mnie wykorzystać!
Usłyszał plasknięcie, kiedy wymierzyła mu policzek.
– Różne bajdy w życiu słyszałam, ale myśl, że miałabym uwierzyć w coś takiego jest czystą obelgą!
Otworzył oczy. Klara weszła z powrotem do chaty i stanęła w drzwiach.
– A wystarczyłoby powiedzieć – zaczęła ciszej – „Nie kocham cię i nie chcę cię więcej widzieć.” Przynajmniej okazałabyś mi szacunek!
Trzasnęła drzwiami. Emmett wciąż stał na ganku jak wryty. Dopiero po kilku sekundach przemówił:
– Ale to by było kłamstwo!
Powoli odwrócił się i przeszedł wzdłuż ganku. Wyjął z kieszeni fioletowe kwiatki, która Klara dała mu dzień po festynie, i położył je ostrożnie na pobliskim parapecie. Następnie skierował się w stronę miasta. Emmett-obserwator z bólem w sercu wodził wzrokiem za samym sobą. Niebawem zawędruje do baru, zamówi najmocniejszą whiskey i przez całą noc będzie rozmyślał o swojej straconej miłości, a potem w akcie apatii zacznie opowiadać siedzącym tam ludziom o przyszłości.
– Wiesz jak mówią, doktorze – odezwał się Saturnin. – „Szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli.” Powiedziałeś prawdę, ale uznana została za kłamstwo.
– Była… – doktor Brown odwrócił się w jego stronę – zbyt nieprawdopodobna, aby brzmiała jak prawda. Kto o zdrowych zmysłach uwierzyłby w podróże w czasie bez zapoznania się z dowodami?
– Powiedz szczerze, doktorze – zasyczał, zbliżywszy się do jego ucha. – Żałowałeś, że zbudowałeś tę maszynę. Nie z powodu Biffa Tannena, który zmienił przyszłość na swoją korzyść. Nie dlatego, że Marty o mało co nie doprowadził do tego, że jego rodzice się w sobie nie zakochali. – Prychnął śmiechem. – Nawet nie dlatego, że utknąłeś w 1885. Nie, ty żałowałeś, że uratowałeś tę niewdzięczną sukę przed upadkiem do wąwozu Clayton.
Doktor Brown natychmiast zareagował, chwytając Saturnina za kołnierz. Nagle przypomniał sobie, że wciąż trzyma w ręku strzelbę, więc wycelował jej lufę w twarz mężczyzny.
– Nigdy więcej nie nazywaj tak mojej żony – zagroził.
– Nie mów mi, że ta myśl nie przeszła ci wtedy przez głowę. Nie mów mi, że choć przez krótką chwilę, przez jedną, małą sekundę nie przeklinałeś jej za to, że złamała ci serce.
Doktor Brown milczał i spuścił wzrok, przypominając sobie zajście w saloonie. Czy przeklinał Klarę? Ubolewał nad tym, co się stało. Rozpaczał, że stracił bratnią duszę, kobietę, z którą nie tylko mógł rozmawiać o Vernie i o nauce, ale która również dawała mu szczęście. Co prawda, i tak miał ją opuścić – jego miejsce było w dwudziestym, a jej w dziewiętnastym wieku. Chociaż jego serce chciało pozostać w przeszłości, jego umysł kazał mu powrócić do przyszłości i zostawić Klarę za sobą. Jednak to, że rozstali się właśnie w taki sposób, sprawiło, że odjazd był jeszcze boleśniejszy.
Ale czy pomyślał źle o Klarze, kiedy stał z literatką whiskey w ręce?
– Przyznaj się, doktorze – odezwał się znów Saturnin. – Przyznaj się, że przynajmniej przez moment nienawidziłeś Klarę całym swoim sercem.
Emmett puścił kołnierz Saturnina, spuścił wzrok i zrobił dwa kroki w tył. Nie, nie nienawidził jej. A może? Był zdolny nienawidzić kobietę, którą kochał? Która odmieniła jego życie?
– Powiedz: jak ją nazwałeś? – zasyczał Saturnin. – Suka? Dziwka? A może zołza?
– Nijak jej nie nazwałem! – wykrzyknął doktor i popatrzył na niego z wyrazem zdeterminowania w oczach. – Nieważne, co wtedy myślałem. To, jak Klara zareagowała, kiedy wyjawiłem jej prawdę i to, że potem z tego powodu przesiedziałem całą noc w saloonie, jest nieważne. A wiesz dlaczego? – Zbliżył się do Saturnina, wskazał palcem dom Klary i odpowiedział ściszonym głosem: – Bo ta kobieta była gotowa wspiąć się dla mnie na pędzący pociąg, ryzykując złamanie karku. Jedna chwila nie przekreśla faktu, że ja i Klara tworzymy szczęśliwy związek małżeński.
– Dla kogo niby jest on szczęśliwy?
Doktor Brown zamarł na dźwięk głosu Klary. Powoli odwrócił się i ujrzał ją, stojącą w tej samej niebieskiej sukience, w której wcześniej przywitała jego młodszy odpowiednik. Nadal wyglądała na wściekłą. Pamiętając swoje wcześniejsze spotkanie z Marty’m, Emmett poczuł jak robi mu się ciężko na sercu. Klara podeszła do niego i chłodnym głosem powiedziała:
– Wiesz jak to jest zmarnować sobie życie z kimś takim jak ty? Kimś, kto spędza całe dnie w garażu i robi bezużyteczne wynalazki i nie raczy zwrócić uwagi na potrzeby swojej żony? Faktem jest, Emmetcie Lathorpie Brown, że kochasz naukę bardziej ode mnie.
– To nieprawda, przecież wiesz… – chciał się bronić Emmett.
– Zanim cię poznałam, byłam nauczycielką. Byłam wykształcona i coś znaczyłam. Teraz jestem żoną i kurą domową.
– Przecież pracujesz w szkole podstawowej Hill Valley – odparł Emmett. – Poza tym ja cię doceniam, kochanie…
– Wielka mi rzecz, że ty mnie doceniasz! – krzyknęła. – Co mi po tym, że ty mnie doceniasz, kiedy całe miasto się z nas śmieje? A do tego – zniżyła głos i spojrzała mężowi w oczy – dość kiepski z ciebie mężczyzna.
Wytrzeszczył oczy.
– Co masz na myśli? – zapytał.
– To, że nie potrafisz sprostać obowiązkowi małżeńskiemu.
– Ośmielę się nie zgodzić – oświadczył, wyprostowawszy się. – Spłodziłem dwóch synów.
– A skąd wiesz, że Jules i Verne to twoi synowie? – spytała, uśmiechając się złośliwie.
W pierwszej chwili oniemiał. Klara uśmiechnęła się jeszcze szerzej i ciągnęła dalej:
– Jak myślisz, co robiłam w mieście, kiedy ty siedziałeś w naszej chacie i tworzyłeś kolejne bezużyteczne wynalazki? Kupowałam marchewki? Wymieniałam się plotkami z miejscowymi przekupkami? Oglądałam sukienki u krawca? Ha! – Zaśmiała się szyderczo, po czym spojrzała znów poważnie na męża. – Musiałam poszukać sobie lepszego mężczyzny. Mężczyzny, który potrafiłby sprostać moim wymaganiom. A któż nadawałby się lepiej niż Buford Tannen?
Doktor Brown aż zachwiał się. Poczuł jak coś kłuje go w serce. To nie mogła być prawda. Klara by mu tego nie zrobiła. Zwłaszcza nie z Bufordem Tannenem. A może się mylił? Może rzeczywiście poświęcał jej zbyt mało czasu i nie znał jej tak dobrze jak mu się wydawało?
Zaraz jednak przypomniał sobie wyraz szczerej troski na twarzy Klary, kiedy miał zawał. Przypomniał sobie jak go pocieszała, jak mówiła, że wszystko będzie dobrze, jak go zrugała za to, że zaczął się z nimi żegnać. Gdyby rzeczywiście myślała o nim wszystkie te straszne rzeczy, czy robiłaby wszystko, aby mógł przetrzymać zawał? Poza tym – Jules i Verne mieli zbyt wiele jego cech, aby mogli nie być jego synami. Jules odziedziczył jego inteligencję i niektóre zachowania, a Verne – jasne włosy i oczy.
– Kobiety to wyśmienite aktorki – przemówił Saturnin. – Potrafią udać wszystko. Ból głowy, płacz, troskę, miłość
– Ale nie Klara – przerwał mu Emmett i przeniósł wzrok na kobietę stojącą przed nim: – Nie wiem kim jesteś, ale na pewno nie moją żoną.
Wydała z siebie głośny, szyderczy śmiech i, skierowawszy się do swojego domu, odparła:
– Śnij dalej! A ja przyprawię ci jeszcze większe rogi.
Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, Emmett znów znalazł się w innym miejscu. Tym razem stał samotnie w lesie, kilka metrów od chaty, w której się obudził. Nagle ktoś przytknął mu do gardła nóż, a drugą ręką założył mu na szyi chwyt. Zaraz potem doktor Brown poczuł na karku czyjś śmierdzący oddech.
– Och, jak ja długo czekałem na ten dzień… – szepnął mu do ucha Biff Tannen. – Rzuć broń, Brown.
Przez chwilę Emmett Brown stał oniemiały, nie wiedząc co powinien zrobić. Próbował przypomnieć sobie jakiś ruch, który umożliwiłby mu wyplątanie się z tej sytuacji, ale miał pustkę w głowie. Słyszał w uszach walenie swojego serca. Już kiedyś był w podobnej sytuacji. Nie pierwszy raz jakiś Tannen chciał go zabić.
– No dalej! – ponaglił go Biff, zbliżając ostrze jeszcze bardziej do jego skóry. – Rzucaj!
Bez słowa Emmett wykonał polecenie. Biff kopnął strzelbę odrzucając ją o jakiś metr.
– Czego chcesz, Biff? – spytał doktor, ledwie ukrywając jęk.
– Zniszczyłeś mi życie – odezwał się Biff. – Przez ciebie jestem przydupasem George’a McFly’a.
Skąd wiedział? Fakt, widział jak Delorean przeniósł się w przyszłość, a nawet próbował użyć go do własnych celów, ale skąd Biff dowiedział się, że podróż Marty’ego w czasie pośrednio wpłynęła na jego losy?
– Mogłem być kimś sławnym i bogatym. Kimś… ważnym. Ale nie – ciągnął dalej Biff. – Ty musiałeś wynaleźć tę swoją maszynkę i sprawić, że jestem nikim.
Emmett postanowił grać na zwłokę zanim nie wymyśli jakiegoś dobrego sposobu na ucieczkę. Musiał być tylko ostrożny. Tannenowie łatwo wpadali w złość.
– Nie byłbyś nikim ważnym, uwierz mi – odpowiedział po chwili. – Zajmowałbyś się jakąś papierkową robotą, którą i tak odwalałby za ciebie George McFly.
– Ale to i tak byłoby lepsze niż woskowanie temu mięczakowi wozu i bycie na usługi jego rozpieszczonej rodzinki. To ty mnie na to skazałeś. Ty i przeklęty gówniarz McFly’a. Co powiesz na to, doktorze?
Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że dłoń, w której Biff trzymał nóż, oddaliła się od jego szyi o kilka cali. Pomyślał, że najlepszym sposobem, aby się uwolnić będzie stara, dobra dywersja.
– Ale dziwny ptak jest na tamtej gałęzi – powiedział i wskazał wciąż drżącą ręką na drzewo przed sobą.
Zadziałało. Biff natychmiast podniósł wzrok, a Emmett skorzystał z okazji i wbił łokieć w jego brzuch. Zdezorientowany napastnik wypuścił go ze swojego uścisku. Doktor Brown szybko podbiegł do swojej strzelby i podniósł ją z ziemi, podczas gdy wściekły Biff chwycił nóż tak, aby ostrze skierowane było na dół i rzucił się z nim na doktora. Już z bronią w rękach, Emmett zrobił kilka kroków w tył i wystrzelił jedną kulę tuż obok ucha Tannena, który natychmiast oprzytomniał i zatrzymał się. Emmett wycelował długą lufę strzelby w jego mostek, a Biff od razu rzucił nóż na ziemię i podniósł ręce do góry.
Przez chwilę stali tak w milczeniu. Teraz to doktor Brown miał Biffa w garści.
– Pozwól, że ci coś wyjaśnię, Biff – odezwał się w końcu. – Tak naprawdę wkład Marty’ego w to, kim się stałeś, był niewielki. Racja, przeniósł się do 1955 i przypadkiem doprowadził do pewnych nieprzyjemnych sytuacji, ale ostatecznie to ty sam jesteś sobie winien.
– Że co niby?! – oburzył się Biff i już postawił krok do przodu, jakby chciał coś zrobić, ale zaraz przypomniał sobie o strzelbie i cofną się. Dodał tylko chłodno: – O co ci chodzi, Brown?
Przez moment Emmett zastanawiał się, czy robi dobrze, mówiąc mu te rzeczy, ale skoro wokoło nie było żadnego wehikułu czasu, którym Biff mógłby przenieść się do 1955, aby ostrzec samego siebie, doktor Brown doszedł do wniosku, że nie miał się czego obawiać. Z drugiej strony w tym dziwnym świecie wszystko mogło się zdarzyć, więc może lepiej było zachować ostrożność. Jednocześnie doktor Brown czuł nagle przemożną chęć powiedzenia Biffowi wszystkiego, co myślał o nim i o wszystkich Tannenach.
– Tak jak większość licealnych samców alfa wykorzystywałeś ludzi umysłowo zdolniejszych od siebie, aby wykonywali za ciebie pracę domową – powiedział w końcu. – Gdybyś włożył w naukę trochę pracy, być może nie potrzebowałbyś George’a McFly’a.
– Sugerujesz, że jestem głupi?
– Jesteś głupi i bezgranicznie samolubny, Biff. To choroba, która łączy ze sobą wszystkie pokolenia Tannenów. Wiem, co mówię. Spotkałem kilku z was, łącznie z twoim ojcem, Irvingiem „Kidem” i pierwszym członkiem twojej rodziny w Hill Valley, Bufordem „Wściekłym Psem” Tannenem. Każdy z nich brał co chciał i nie przejmował się innymi.
– Świat to dżungla, Brown – odparł Biff, uśmiechając się rubasznie. – Zjedz albo sam zostaniesz zjedzony. Trzeba dbać o swoje interesy.
Przed oczami Emmetta stanęło tamto Hill Valley, które stało się udziałem Biffa z 2015 roku. Mroczne, drapieżne i pogrążone w chaosie. Hill Valley, w którym ojciec Marty’ego został zabity, a matka zmuszona do poślubienia Biffa; szkołę spalono, ulice pełne były złodziejaszków i śmieci, a jego – Emmetta Browna – zamknięto w zakładzie dla obłąkanych. A Biff Tannen triumfował. Miał własne kasyno i muzeum, trząsł miastem i żył w luksusie. Doktor Brown poczuł jak wzbiera w nim złość.
– Wy, Tannenowie, uważacie, że wszystko wam się należy. Że wszyscy dookoła powinni wam się podporządkować. A kiedy zdarzy wam się wypadek drogowy, to ktoś inny jest zawsze winny. Otóż jesteście w błędzie. Nic wam się nie należy, Biff.
– A niby dlaczego nie? – prychnął śmiechem. – Wszystko zależy od tego, czy mam możliwość po to sięgnąć. I czy jestem dość silny i twardy, by to wyegzekwować. Oczywiście, prawo ogranicza znacznie działanie, ale hej! Przy odrobinie pomyślunku można je przeciągnąć na swoją stronę. I powiem ci jeszcze jedno, Brown: Lorriane powinna wyjść za mnie, a nie za McFly’a. Ja jestem prawdziwym mężczyzną.
– A mimo to McFly nieźle ci przyłożył na tamtej potańcówce i teraz jest twoim szefem. – Tym razem to Emmett się uśmiechnął.
Szybko jednak spoważniał. Przemknął mu przed oczami obraz Marty’ego klęczącego przed nagrobkiem ojca w alternatywnej rzeczywistości i krzyczącego: „Nie, to się nie dzieje naprawdę”. Przypomniał sobie jak bardzo chłopak był wzburzony tym, jak alternatywny Biff traktował swoją żonę. A potem przypomniał sobie jak podczas festynu Wściekły Pies praktycznie zmusił Klarę, aby z nim zatańczyła.
– Gdybyś poślubił Lorraine, nie byłbyś jej nawet wierny. Nie szanowałbyś jej.
– Kobieta nie jest po to, aby ją szanować, tylko, aby prała, sprzątała i cieszyła oko. Tylko idioci tacy, jak McFly i ty, dają sobie włazić na głowę głupim babom.
– Różnica między tobą a George’m McFly’iem jest taka – zaczął znów – że kiedy ty używałeś siły, aby dobrać się do majtek Lorraine, on użył swojej, aby obronić kobietę, którą kochał.
– Tak, cnotliwy George McFly uwierzył w siebie i pokonał mnie siłą miłości – ponownie zakpił Biff.
To było dziwne. Normalnie Biff nie przeciągałby struny. Nie, kiedy ktoś celował w jego głowę. Tannenowie może i byli samolubni i brutalni, ale posiadali również instynkt samozachowawczy i wycofywali się w momencie, kiedy wiedzieli, że są na straconej pozycji. Być może Biff potrzebował, aby ktoś przypomniał mu o tym, żeby nie obrażać człowieka, który ma go na muszce? Doktor Brown wycelował lufę prosto w twarz swojego więźnia. Biff od razu stracił wesołość i spojrzał szeroko otwartymi oczami na koniec strzelby. A potem przeniósł wzrok na Emmetta i uśmiechnął się do niego nerwowo.
– Nie denerwuj się tak, Brown. Możemy dojść do porozumienia.
– Sam powiedz, doktorze. – Saturnin nagle pojawił się, dosłownie zmaterializował się tuż przy Emmetcie. – Czy to nie wspaniałe uczucie być panem życia i śmierci? Skoro nasz przyjaciel uważa, że świat to dżungla, to czemu by nie wyręczyć selekcji naturalnej?
– Chyba mnie nie zabijesz, co? – spytał Biff, a w jego głosie łatwo było doszukać się paniki.
Doktor Brown milczał. Nie ruszył się ani o milimetr. Jego palec wciąż tkwił na spuście i chyba nawet Emmett odczuwał w nim pewne mrowienie. Właśnie celował w głowę Biffa ze strzelby, która potrafiła trafić w cel z pięciuset jardów. Nigdy wcześniej nie celował do niczego – i do nikogo – z tak bliska…
– Proszę, nie – jęknął Biff. – Zrobię wszystko, tylko nie rób mi krzywdy.
– Wiesz, doktorze, mam lepszy pomysł – zasyczał Saturnin i oddalił się od Emmetta o dwa kroki.
Po chwili przerażony Biff zmienił się w szeroko uśmiechniętego Wściekłego Psa Tannena.
Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 2

Advertisements

[Uwaga! Nawiązania do gry Back To The Future: The Game, zwłaszcza tej sceny.]

Ulotna zniknie rozkosz za horyzontami

Doktor Brown odwrócił się gwałtownie i zdziwił tym, co zobaczył. Jakiś metr od niego stał wysoki mężczyzna, ubrany w długą, czarną pelerynę. Na głowie nosił czarny kapelusz z szerokim rondem, a na twarzy – białą, beznamiętną maskę. Emmett powstał na równe nogi, podparłszy się strzelbą, i przyjrzał się tajemniczemu osobnikowi. Starał się zachować pokerową twarz, ale w tym dziwnym mężczyźnie było coś niepokojącego, wręcz przerażającego.
– Erazm z Rotterdamu napisał w swojej Pochwale Głupoty, że psy to dowód na to, że pochlebstwo i przywiązanie mogą iść w parze – odezwał się znów nieznajomy. Miał syczący, przyprawiający o dreszcze głos.
Przez chwilę Emmett zastanawiał się, czy ten dziwny człowiek wiedział, co się stało z Klarą i dziećmi, ale jego obecność w lesie była tak dziwna, tak nienaturalna, że doktor Brown doszedł do wniosku, że śni jakiś dziwny sen.
– To nie sen, doktorze Brown – oświadczył nieznajomy. – To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić. – Zrobił dwa kroki do przodu i zaczął powoli okrążać Emmetta, szepcząc: – To dość żałosne, że jedynym kompanem, który cię nigdy nie zdradził, jest ta bezrozumna kupa sierści. Tymczasem człowiek, którego uważasz za najlepszego przyjaciela, Marty McFly, porzucił twoje martwe ciało z nie do końca szlachetnych pobudek.
– Nie znasz Marty’ego, więc nie opowiadaj o nim kłamstw – odpowiedział chłodno doktor Brown. – Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz tak o nim mówić?
– Nazywają mnie Saturnin. A ty myślisz, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. – Zrobił krok w tył, podniósł głowę i spojrzał na doktora. – Tak się składa, że ja również potrafię przenosić się w czasie. Pozwól, że zabiorę cię w podróż, doktorze Brown. Odkryję przed tobą prawdę.
Pstryknął palcami i nagle las zniknął. Obaj znaleźli się przed Centrum Samotnej Sosny. Emmett nie wierzył własnym oczom. Oto był w stanie ujrzeć samego siebie i Marty’ego, ubranych w stroje ochronne. Marty nagrywał kamerą swojego pracodawcę, który właśnie oparł się o Deloreana i zaczął coś mówić.
– Czy to jest…? – Emmett odwrócił się w stronę Saturnina.
– Tak, doktorze – odparł jego rozmówca, nawet na niego nie spoglądając. – 26 października 1985 roku. Ale przyjrzyj się dobrze. Ujrzysz teraz prawdziwe oblicze tego, którego nazywasz przyjacielem.
– Co ja mam w głowie? – powiedział nagle doktor Brown z 1985, łapiąc się za czoło. – Nie wziąłem zapasu plutonu. Nie mógłbym wrócić, każdy skok w czasie to jeden ładunek.
Siedzący w ciężarówce Einstein zaczął nagle szczekać. Obserwujący z boku Emmett od razu poczuł przypływ niepokoju, zrozumiawszy, co zaraz miało nastąpić.
– Co jest, Einie? – zapytał doktor z przeszłości.
– Głupcze, uciekaj stamtąd… – szepnął jego odpowiednik z przyszłości.
Saturnin zbliżył się do jego ucha i zasyczał:
– Nie myślałeś, że cię znajdą. Myślałeś w swej naiwności, że odejdą wraz z fałszywą bombą i zostawią cię w spokoju. Ale oni postanowili ukarać cię za to, że śmiałeś ich oszukać.
Opierający się o Deloreana Emmett Brown spojrzał przed siebie. Nagle w stronę centrum handlowego wyjechał mały autokar. Emmett odszedł od samochodu, zbliżając się mimowolnie do obiektywu kamery Marty’ego.
– Boże, znaleźli mnie. Jakim cudem? – powiedział i zaraz ruszył do swojej ciężarówki, wołając: – Uciekaj, Marty!
– Kto to? – spytał młodzieniec.
Kładąc rękę na drzwiach pojazdu, doktor Brown odpowiedział:
– Jak to kto? Libijczycy!
Wskazał palcem nadjeżdżający autokar. Jeden z Arabów prowadził, drugi wychynął przez otwarty dach, trzymając w rękach karabin.
– O, cholera! – zaklął Marty i natychmiast pochylił głowę.
Schował się za Deloreanem. Terrorysta z karabinem ostrzelał serią ciężarówkę, ale nie udało mu się trafić w cel. Doktor Brown powiedział, że ściągnie ogień na siebie i wyjął z torby na narzędzia pistolet. Wycelował i próbował strzelić, ale pistolet nie odpalił. Uderzył dwa razy w magazynek i po chwili zdał sobie sprawę, że jest nienabity. Szybko salwował się ucieczką. Pochylił głowę i szedł wzdłuż ciężarówki. Terroryści się zatrzymali, a on stanął i podniósł wzrok akurat w momencie, kiedy znajdowali się na wprost niego. Libijczyk z karabinem powiedział coś w swoim ojczystym języku. Doktor bezradnie podniósł ręce do góry, a po kilku sekundach odrzucił pistolet, w nadziei, że zostanie oszczędzony. Chwilę potem kolejna seria z karabinu została wystrzelona prosto w jego tułów i Emmett z przeszłości padł na ziemie martwy.
Emmett z przyszłości zamknął oczy.
– Co jest, doktorze? – zasyczał mu znów do ucha Saturnin. – Teraz właśnie będzie najlepsze.
Emmett usłyszał jak Marty wydał z siebie przeciągłe, rozpaczliwe „nie”. Dopiero wtedy znów otworzył oczy. Marty podniósł się na równe nogi i krzyknął do terrorysty:
– Łajdak!
Kiedy tylko morderca jego pracodawcy skierował broń w jego stronę, Marty od razu schował się za przodem ciężarówki. Kolejna seria z karabinu. Przeładowując, Libijczyk powiedział coś do kolegi, a ten ruszył dalej. Marty opuścił kryjówkę, ale  autokar wyjechał mu na spotkanie. Chłopak zamknął oczy i oczekiwał na śmierć, ale choć Libijczyk celował w niego i nacisnął spust, strzał nie padł. Kiedy mężczyzna próbował doprowadzić swoją broń do użyteczności, młodzieniec skorzystał z okazji i wskoczył do Deloreana. Libijczyk kazał kierowcy jechać, ale autokar również odmawiał im posłuszeństwa.
– Popatrz jak ucieka – powiedział z jakąś dziwną satysfakcją w głosie Saturnin do oglądającego całą scenę Emmetta.
Marty już miał zamknąć drzwi do samochodu, ale zatrzymał się na moment i spojrzał na martwe ciało doktora Browna. Kiedy jednak autokar znów ruszył z miejsca, chłopak natychmiast zamknął drzwi i ruszył.
– Popatrz jak chce za wszelką cenę ocalić własną skórę – odezwał się znów Saturnin.
– Obejrzał się – odparł szybko doktor Brown. – Wahał się.
Delorean pojechał nieporadnie po parkingu, ścigany przez Libijczyków, którzy co chwila strzelali w jego stronę, a mimo to wciąż chybiali.
– Ale prawda jest taka, że nie chciał odwrócić tego, co raz poszło źle – oświadczył Saturnin.
Delorean zrobił kolejne okrążenie, po czym wyjechał na drogę, wciąż mając na ogonie Libijczyków.
– Nie chciał cofnąć się w czasie i ostrzec cię przed tym, co miało cię spotkać. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd.
Doktor Brown przyglądał się całej scenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony chciał, aby Marty’emu się udało, żeby chłopak wyszedł z tego cało. Z drugiej strony, kiedy tylko jego wzrok padał na leżące opodal ciężarówki ciało jego samego, czuł do Marty’ego pewien żal. To jednak nie znaczyło, że nie potrafił go zrozumieć.
Samochód powrócił do centrum handlowego i zrobił kilka okrążeń wokół rabatki. Po chwili Libijczyk wyciągnął małą wyrzutnię rakiet. Marty zrobił jeszcze jedno okrążenie, po czym dodał gazu i pojechał przed siebie, z każdą sekundą nabierając szybkości. Aż w końcu pojawiło się białe światło i zniknął. Autokar Libijczyków zaś uderzył w pobliski kiosk.
– Zostawił cię, aby ratować swoją żałosną osobę. Zabawne, że zawsze denerwuje się, kiedy ktoś nazwie go tchórzem, i potrafi robić głupie rzeczy, żeby udowodnić swoją odwagę, a w tamtym momencie myślał tylko o ucieczce. Cofnięcie się do 1955 było skutkiem ubocznym. Poszedł do ciebie tylko po to, abyś pomógł mu powrócić do jego czasów.
– Ale potem próbował mnie ostrzec – odrzekł Emmett i spojrzał na Saturnina. – Najpierw napisał do mnie list, a kiedy go podarłem, próbował powiedzieć mi to od razu podczas burzy. – Odwrócił się całym ciałem do swojego rozmówcy i powiedział: – Nie winię go za to, że instynkt samozachowawczy kazał mu mnie zostawić. Nie chciałbym, aby zginął z powodu błędu, jakim było niedocenienie przeze mnie Libijczyków. Poza tym – dodał z lekkim uśmiechem – Marty ratował mi życie wiele razy, narażając się na niebezpieczeństwo.
– A gdybym ci powiedział, że raz o mało cię nie zabił? – zapytał pewnym siebie tonem Saturnin. – Co więcej: że zrobił to celowo?
– Uznałbym, że albo jesteś szalony, albo kłamiesz.
– W takim razie przekonaj się sam, doktorze.
Znów zmieniła się sceneria. Tym razem znaleźli się w Liceum Hill Valley w 1931, gdzie odbywało się właśnie Naukowe Expo. Tuż przed nimi znajdował się pawilon z wielkim zbiornikiem wodnym, w którym zanurzony był batyskaf, a koło aparatury stał mężczyzna w skafandrze nurka. Na platformie prowadzącej do zbiornika znajdował się ubrany w brązowy garnitur Marty. Właśnie położył nogę na wężu, który dostarczał tlen do batyskafu. Nurek nagle podniósł głowę i doktor Brown usłyszał swój własny, ściszony głos:
– Odsuń się. Blokujesz węża.
Marty jednakże jeszcze nie cofał nogi. Spojrzał na nurka i powiedział:
– Co to ma do rzeczy? Przecież nie ma nikogo w batyskafie.
– To bardzo delikatny sprzęt – odparł mężczyzna w skafandrze.
– Oh, przepraszam – oznajmił Marty, ale brzmiał nieszczerze.
Nurek zachwiał się, jakby kręciło mu się w głowie.
– Pozwól, że naświetlę ci sytuację, doktorze – zasyczał Saturnin. – Siedemnastoletni ty siedzisz teraz w batyskafie, tymczasem ty z 1986 jesteś człowiekiem w skafandrze. A Marty McFly chce cię zabić.
W pierwszej chwili nie chciał w to uwierzyć. Pamiętał, że przed prezentacją swojego wynalazku na Expo stracił przytomność i obudził się kilka minut potem w batyskafie. Pamiętał, że w pewnym momencie nagle zrobiło mu się duszno, ale myślał, że to napad klaustrofobii. Po kilku długich sekundach znów mógł oddychać, batyskaf podniósł się do góry i Marty wyciągnął go na zewnątrz.
– Hej! – Marty odezwał się znów. – Emmett nigdzie się nie ruszy, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Nurek ponownie podniósł głowę i ochrypłym głosem zapytał:
– Co za Emmett?
– Ty, Emmett – odrzekł chłopak.
– Nie sądzisz, że to dość nieetyczne, doktorze? – spytał Saturnin. – Narażać życie najlepszego przyjaciela tylko po to, aby wyciągnąć go z batyskafu? Byłeś tam przecież bezpieczny.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się całej scenie, próbując pojąć, co się właściwie dzieje.
Wciąż trzymając nogę na wężu, Marty powiedział stanowczym tonem:
– Gotowy, aby teraz ściągnąć maskę? Jacques’u Douteux, znany też jako Carl Sigan, znany też jako…
– Nie! – przerwał mu mężczyzna w skafandrze.
Złapał się za głowę. Emmett przypomniał sobie ciasne wnętrze batyskafu, oświetlane jedynie małą żarówką na górze. Przypomniał sobie to okropne uczucie duszności, połączone z zawrotami głowy i wrażeniem, że pozostanie na dnie zbiornika już na zawsze. To było jedno z najgorszych wspomnień jakie pamiętał. Teraz wyglądało na to, że było ono udziałem Marty’ego.
– Po prostu przycisnę mocniej, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Było jakieś okrucieństwo w jego stanowczości. Okrucieństwo, którego Emmett nigdy wcześnie u Marty’ego nie widział.
– Wolałbym… żebyś tego nie robił. – Głos mężczyzny w skafandrze był coraz słabszy.
– Dlaczego nie? Nie ma nikogo w batyskafie, prawda? – Nagle spoważniał. – Wiesz, co się stanie, kiedy skończy się powietrze. Co stanie się wam obu.
Nurek coś powiedział, ale Emmett nie zrozumiał jego mamrotań. Mężczyzna złapał się za hełm i znów się zachwiał. Po chwili krzyknął słabym głosem:
– Rozkazuję ci odblokować tego węża!
– Zabawne. Pomyślałby kto, że to tobie kończy się powietrze, a nie osobie w batyskafie.
Gdyby nie znał chłopaka lepiej, pomyślałby, że Marty czerpie z tego… satysfakcję.
– Nie wiem o kim… o czym… mówisz.
– Zupełnie jakbyście obaj byli ze sobą jakoś połączeni.
Uśmiechał się i był pewny siebie. Nie przypominał tego sympatycznego młodzieńca, którego doktor znał od wielu lat. To było przerażające. Marty posunąłby się aż tak daleko, aby wymusić na kimś posłuszeństwo?
– Przestań… przydeptywać… tego węża!
– Podnieś batyskaf, doktorze.
– Nie… zrobię… tego…
Jego krzyk zaczął już przypominać przerażony, agonalny jęk.
– W takim razie ja też nie ustąpię – oświadczył Marty.
Ale jednak to zrobił. Ściągnął nogę z węża i obserwował. Nurek przez chwilę jeszcze łapał oddech, a zaraz potem podszedł do aparatury i podniósł wreszcie batyskaf. Marty wydobył nastoletniego Emmetta, który zakaszlał dwa razy i stwierdził, że nie zostanie oceanografem. Tymczasem człowiek w skafandrze uciekł i dwaj mężczyźni pognali za nim.
– Gdyby przytrzymał nogę kilka sekund dłużej, byłbyś martwy, doktorze – zasyczał Saturnin.
– Tak, wiem – odparł cicho Emmett.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze samemu sobie z 1931. Właśnie skierowali się wraz z Marty’m w stronę przydzielonego im pawilonu. Rozmawiali jakby nigdy nic. Marty znów zachowywał się jak Marty. Emmett przypomniał sobie, że tego dnia chłopak pomógł mu pogodzić się z ojcem i dał mu kawałek gazety, który miał zobaczyć dopiero po tym jak wręczone mu zostaną klucze do miasta. Fakt, że kilka minut wcześniej Marty próbował go zabić, wydawał się doktorowi nie tylko niezgodny z charakterem chłopaka, ale również niezgodny z logiką. Gdyby Marty przyczynił się do śmierci Emmetta, nie tylko straciłby przyjaciela, ale także możliwość powrotu do swoich czasów. Poza tym…
Doktor Brown odwrócił się do Saturnina.
– Masz rację. Gdyby jego noga pozostała na wężu odrobinę dłużej, zabiłby mnie. Ale cofnął ją, mimo że mój odpowiednik z 1986 nie powiedział, że ulegnie jego groźbom. Wniosek: Marty doskonale wiedział, co robi. I musiał mieć powód. Nie pamiętam, abym udawał Jacquesa Douteux i więził samego siebie w batyskafie. Wniosek: to musiała być jakaś alternatywna wersja mnie, która z jakiegoś powodu nie chciała, abym dokonał pokazu swojego wynalazku. A ten pokaz był jednym z momentów zwrotnych w moim życiu, tak więc Marty miał na celu moje dobro.
– A więc twierdzisz, że o mało cię nie zabił dla twojego dobra? – zapytał Saturnin i zaśmiał się pod nosem. – Zdajesz sobie sprawę z tego jak głupie jest to stwierdzenie?
– Być może jest głupie, ale poparte faktami i zdrowym rozsądkiem. Zbyt dobrze znam Marty’ego i zbyt wiele razem przeżyliśmy, aby jedno wydarzenie zmieniło moje zdanie o nim.
– A więc myślisz, że mnie znasz, doktorze – odezwał się za nimi znajomy głos.
Doktor Brown odwrócił się i ujrzał Marty’ego ubranego w ten sam brązowy garnitur. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech i chłopak skierował się w stronę Emmetta.
– Już dawno chciałem ci to powiedzieć. – Zatrzymał się tuż przed Emmettem i oświadczył: – Zawsze byłeś dla mnie żałosnym, starym nieudacznikiem. Siedziałeś w tym swoim małym garażu i bezskutecznie próbowałeś zbudować cokolwiek, co mogłoby działać. Mój ojciec przynajmniej nie miał złudzeń co do swojego położenia. Ty zmarnowałeś rodzinną fortunę i całe życie na głupie, bezużyteczne urządzenia. Dobrze płaciłeś, to ci muszę przyznać – dodał podnosząc palec, ale potem spoważniał. – Tylko dlatego zadawałem się z takim życiowym nieudacznikiem jak ty. Jak na ironię, jedyny wynalazek, który nie był do kitu, potwierdził tylko moje zdanie na twój temat.
Uśmiechnął się znów tym demonicznym uśmieszkiem, zrobił krok do przodu i, stojąc tuż przed Emmettem zniżył głos:
– Zacznijmy może od tamtego idioty, dobrze? – Wskazał palcem nastoletniego Emmetta, który stał na platformie i majstrował coś przy swoim wynalazku. – Żałosny kujon, który nie miał dość jaj, aby przeciwstawić się swojemu ojcu i bawił się w małego chemika za jego plecami. Nie miał dziewczyny, nie miał kolegów, nie miał nawet psa. Do tego frajer wierzył we wszystko, co mu się wmówiło. Pozwolił, aby osobnik, który podawał się za pracownika biura patentowego, zrobił z niego pośmiewisko.
Emmett poczuł jak robi mu się słabo. Przyglądał się chłopakowi, oniemiały, nie wierząc własnym uszom. Marty uśmiechnął się jeszcze szerzej, zrobił krok w tył i, podniósłszy ręce w pół drogi, powiedział:
– Dwadzieścia cztery lata później ten żałosny kujon nadal mieszka w rodzinnym domu, za jedynego kompana mając małego kundelka o imieniu Kopernik. Wciąż nie wynalazł niczego użytecznego. Nie wynalazł niczego, co by działało. Wciąż nie miał żony ani nawet dziewczyny. No, bo która kobieta zechciałaby zainteresować się człowiekiem, który jest tak żałosny?
Czy to był ten sam Marty, którego znał Emmett? Wątpił w to jeszcze bardziej, niż przedtem, kiedy chłopak przynajmniej nie zwracał się bezpośrednio do niego. Wtedy zdawało mu się, że miał chociaż na celu jego dobro. Teraz zachowywał się jak nastolatek, który wyrzuca kubeł pomyj na mniej popularnego kolegę z klasy i czerpie przyjemność ze swojej brutalnej szczerości. Czy naprawdę myślał o nim te wszystkie rzeczy? Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata tylko udawał jego przyjaciela?
– Oj, chyba się teraz nie rozpłaczesz? – zakpił Marty i spojrzał na doktora z obrzydzeniem. – Jeszcze by tego brakowało, żebyś okazał się beksą. No, nic. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do niego plecami. – Pora się pożegnać. – Spojrzał za siebie i dodał z kolejnym uśmieszkiem: – Idę naprawić twoje żałosne życie.
Zaczął się oddalać w stronę pawilonu. Emmett wodził za nim wzrokiem. Chciał mu coś odpowiedzieć, ale nie wiedział co. Miał się na niego wydrzeć? Zrobić mu listę swoich osiągnięć? Skonfrontować z faktem, że gdyby nie on, George McFly nigdy nie osiągnąłby sukcesu? Trzymana wciąż w rękach strzelba kusiła go, aby strzelić chłopakowi w plecy. Ale nie. Doktor Brown wiedział, że nie będzie w stanie strzelić do Marty’ego.
– Nastolatki… Zawsze takie pyskate i niewdzięczne, nie sądzisz? – Saturnin pokręcił głową.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się Marty’emu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pamiętał doskonale wszystkie te razy, kiedy Marty pokazał mu swoje przywiązanie. Z drugiej strony – jego okrutne słowa nachodziły na te wspomnienia i podważały ich prawdziwość. Nienawidził się za to, że tak myślał, ale nie potrafił odeprzeć od siebie bolesnego wyznania, które miało miejsce zaledwie minutę wcześniej.
Przyjaźń z Marty’m była dotąd jedną z najpewniejszych rzeczy w życiu Emmetta Browna. Zawsze mógł na niego liczyć, obojętnie czy chodziło o eksperyment wykonywany późną nocą, czy też o cofnięcie się w czasie, aby zapobiec śmierci Emmetta od któregoś z przodków Biffa Tannena. Ale teraz powiedział mu prosto w twarz, że uważał go za żałosnego osobnika i tylko udawał przyjaźń z nim. Co więc było prawdą?
A może ten Marty…
– Nie tylko on jest kimś innym niż ci się wydawało. – Saturnin przerwał nagle jego rozmyślania. – Chodźmy, doktorze Brown. Musisz zobaczyć jeszcze inne rzeczy.
Znowu przenieśli się w czasie i miejscu. Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że stoi tuż przed chatą, w której mieszkała Klara jeszcze w czasach, kiedy nie byli małżeństwem. Emmett zobaczył samego siebie, idącego niepewnie w stronę jej drzwi, i od razu jego serce stało się cięższe, kiedy przypomniał sobie tamtą noc. Jedną z najgorszych nocy w jego życiu.