[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara – część 1

[Pamiętajcie o słowie wstępnym!]

Pełne przerażenia serce

 

Emmett Brown wiedział, że choć wynalazł wehikuł czasu, to i tak nie był w stanie istnieć całkowicie poza czasem. Mógł przenieść się w określoną epokę i spędzić w niej kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat, a potem powrócić do dnia, w którym wyjechał, i spotkać się ze starymi znajomymi, którzy pozostali tacy sami – ale mimo wszystko starzał się. Na szczęście jeszcze nie zniedołężniał, nie miał demencji, a jego zmysły jeszcze się nie przytępiły. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś odczuje swoją starość.
To „kiedyś” przyszło pewnego ciepłego wieczora, kiedy doktor Brown jadł wraz z żoną i dwoma nastoletnimi synami kolację. Niebo za oknem było bezchmurne, wręcz idealne do wspólnego oglądania gwiazd. Pieczeń z ziemniakami miło łechtała kubki smakowe doktora, jeszcze raz udowadniając, że Klara wspaniale gotowała. Jules z wielkim entuzjazmem opowiadał o swoich dzisiejszych dokonaniach naukowych, a Verne dokuczał mu, od czasu do czasu rzucając jakieś zgryźliwe uwagi. Po kolacji chłopcy pójdą do swojego pokoju, każdy zajmie się swoimi sprawami. Jules prawdopodobnie przeprowadzi jakieś doświadczenie albo poczyta książkę, a Verne będzie mu przeszkadzać, grając w grę wideo albo słuchając bardzo głośnej muzyki. Kiedy już Emmett i Klara ich spacyfikują, wyjdą na dwór i tak jak za starych, dobrych czasów będą oglądać gwiazdy przez teleskop. Doktor Brown nie mógł się już doczekać.
Przeżuł i przełknął ostatni kawałek pieczeni i podniósł się z krzesła, aby odstawić naczynia do kuchni, kiedy nagle poczuł kłujący ból w piersi. Aż się zachwiał i musiał oprzeć rękami o blat stołu. Na ten widok przerażona Klara wyskoczyła z miejsca, to samo chłopcy. Ból zaczął się wzmagać, do tego Emmettowi zrobiło się gorąco i miał problemy z oddychaniem. Usiadł z powrotem na miejsce.
– Emmett? – Klara położyła rękę na jego ramieniu. – Emmett, co się dzieje?

– Ojcze, jak się czujesz? – spytał Jules.
W pierwszej chwili doktor Brown popatrzył na dłoń i przyjrzał się jej uważnie, a kiedy zobaczył, że nie robi się przeźroczysta, lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– Dzięki Bogu – szepnął do siebie. – To tylko zawał.
– Zawał?! – wykrzyknęła Klara, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się determinacja. Zwróciła się do synów: – Jules, zadzwoń po karetkę.
– Tak, matko. – Jules od razu pobiegł do telefonu i wystukał numer pogotowia.
– Verne, pomóż mi przenieść ojca na kanapę.
Chłopak przytaknął głową, ale doktor Brown zatrzymał ich oboje ręką i powiedział:
– Poradzę sobie. Tak myślę – dodał niepewnie.
Powoli podniósł się z krzesła, cały czas czując ból w piersi, który nasilił się jeszcze bardziej. Jego serce nie tylko go bolało, ale również zaczęło bić jak szalone. Wciąż trzymając się za pierś, doktor Brown skierował się w stronę salonu. Klara szła tuż obok niego, wyraźnie zmartwiona tym, co się działo z jej mężem, a jednocześnie gotowa w każdej chwili przyjść mu z pomocą. Nie była tylko pewna czy była w stanie mu pomóc. Pierwszy raz w życiu była świadkiem czyjegoś zawału.
Kiedy usiadł wreszcie na kanapie, oparłszy plecy o poduszkę, miał wrażenie jakby właśnie przebiegł maraton. Serce waliło mu jak młot, było mu duszno i gorąco. Próbował sobie przypomnieć, co się robi w takich sytuacjach. Położyć się w pozycji półsiedzącej. To już zrobił, ale wciąż nie czuł się najlepiej. Co dalej? Wezwać pomoc. Jules właśnie odłożył słuchawkę, odwrócił się do reszty rodziny i oświadczył:
– Karetka przyjedzie za jakieś pięć minut, ojcze.
– Dobrze się spisałeś, Jules – pochwalił go Emmett, po czym dodał: – Co teraz?
– Trzeba sprawdzić tętno – odpowiedział Jules i szybko podbiegł do ojca.
– Tak, prawda. – Doktor Brown uśmiechnął się. – I oddech. I trzeba podać doustnie kwas acetylosalicylowy.
Jules chwycił przegub ojca, podwinął rękaw i zbadał mu tętno. Tymczasem Verne stał w drzwiach, wyraźnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Klara to zauważyła i natychmiast kazała mu przynieść aspirynę. Przytaknął i szybko ruszył na górę, do łazienki.
– Nitrogliceryny raczej nie mamy – prychnął śmiechem chory. – Przynajmniej nie w takiej formie, abym mógł ją włożyć pod język.
– Twoje tętno, ojcze, pulsuje jak szalone – oznajmił Jules i przeniósł wzrok na jego twarz.
Przez chwilę przyglądał się ojcu z wyrazem jakiegoś smutku i zmartwienia. Ten sam wyraz twarzy miała Klara, która chwyciła męża za rękę i ścisnęła ją. Emmett wiedział, że musiał teraz wyglądać na bardzo chorego. Na pewno był strasznie blady i spocony. Wręcz czuł jak jego czoło oblewa lepki pot, ale trudno było mu określić, czy jest on ciepły, czy zimny. Tymczasem ból zaczął się rozprzestrzeniać po całej klatce piersiowej, dotarł do mostka, obojczyka i gardła, a nawet do żuchwy i ramion. Emmettowi coraz trudniej było oddychać.
Kiedy pojawił się wreszcie Verne ze szklanką wody i aspiryną, doktor odczuł wzbierającą w nim nadzieję. Włożył sobie do ust jedną tabletkę i popił wodą. Drżącą ręką odstawił szklankę na stolik do kawy i od razu zakręciło mu się w głowie. Ból nie ustąpił. Nie było widać efektów.
I wtedy przez głowę przeszła mu pewna myśl, która przyprawiła go o dreszcze. Być może właśnie nadszedł jego czas… W końcu dawno już przekroczył dziewięćdziesiątkę. Zabawne jak człowiek zapomina o swojej śmiertelności, kiedy ma kochającą rodzinę i zajmuje się małymi, codziennymi (jak również tymi niecodziennymi) problemami. No, a teraz wyglądało na to, że umrze na zawał jak wielu dziewięćdziesięciolatków. W tej sytuacji było coś ironicznego. Tyle razy tracił życie albo był bliski jego utraty w bardziej dramatycznych okolicznościach, a teraz miał zejść z tego świata jak zwykły dziadyga.
Łzy zakręciły się w kącikach oczu, ale jeszcze nie spływały po policzku. Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze. Medycyna była na o wiele lepszym poziomie, niż – dajmy na to – w 1885. Na pewno lekarzom uda się go uratować i pociągnie jeszcze trochę. Z drugiej strony wciąż nawiedzała go myśl, że właśnie wybijają jego ostatnie godziny.
Ścisnął dłoń Klary.
– Nie chcę umierać – wyszeptał, spoglądając na swoją żonę szklistym wzrokiem. – Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia. Tyle miejsc do odwiedzenia, tyle urządzeń do wynalezienia…
Przez chwilę ani ona nie wiedziała, co powiedzieć, ani wciąż obecni w pokoju Jules i Verne. Potem jednak uśmiechnęła się do męża i odparła:
– Nie umrzesz, Emmett. Zobaczysz, aspiryna zaraz zacznie działać i poczujesz się lepiej.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Klary i chłopców samych swojemu losowi. Klara, co prawda, miała pracę, ale czy poradziłaby sobie z samotnym wychowaniem Julesa i Verne’a? Poza tym chciał jeszcze trochę z nimi pobyć. Przynajmniej do momentu, w którym jego synowie nie osiągną wieku męskiego.
Jeżeli to miały być jego ostatnie chwile, powinien się właściwie pożegnać.
– Wybacz mi, Klaro – zaczął. – Powinienem wynaleźć kompresor czasu, kiedy byłem w wieku produkcyjnym.
– Nonsens! – powiedziała z tym samym smutnym uśmiechem, ale i z pewną determinacją w głosie. – Co by się wtedy stało z Marty’m?
– Właśnie, Marty… – szepnął, czy też raczej wydyszał, słabym głosem. – Nie jest nawet świadom tego, co się dzieje. Będzie mu żal.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Marty’ego, nie będąc pewnym, że życie chłopaka ułoży się pomyślnie. Udało im się zapobiec wypadkowi, ale czy to była gwarancja tego, że jego przyszłość nie będzie taka, jak doktor Brown ją widział w roku 2015?
– Mogę do niego zadzwonić, tato – zaproponował Verne, po czym dodał szybko: – Chociaż wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
– Właśnie, ojcze – wtrącił Jules. – Spędzisz trochę czasu w szpitalu i szybko wrócisz do pełnego zdrowia.
– 35% zawałów mięśnia sercowego kończy się zgonem – odparł krótko jego ojciec.
– Racja, ale pozostałe 65%…
– Jules, jestem dziewięćdziesięciopięcioletnim starcem. To cud, że dożyłem siedemnastych urodzin Verne’a, nie mówiąc już o twoich.
– Ale tato… – zaczął Verne, jednak Emmett od razu przerwał mu z uśmiechem:
– Jestem pewien, że jakąkolwiek drogę wybierzecie w swoich życiu, będę z was dumny. Jesteście już tacy duzi, chłopcy… – Znowu poczuł jak zbiera mu się na płacz.
Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać za sobą rodziny i przyjaciela. Obojętnie, jak cudowny był Tamten Świat (i czy jakikolwiek był), on nie chciał tam iść. Nie, kiedy ci, których kochał, zostawali na Ziemi. Nie był gotów ich zostawić. Nie był gotów na śmierć.
– Emmetcie Brown, nie wasz mi się mówić w taki sposób! – zrugała go Klara. – Nie umrzesz dzisiaj na zawał.
Gdyby to było takie proste…
Ale musiał się trzymać. Przecież jego serce nie mogło być aż tak obciążone, aby ten zawał skończył się zgonem, prawda? Po co od razu być na zapas pesymistą?
Znowu zakręciło mu się w głowie. Nie był pewien, czy coś takiego ma zwykle miejsce w czasie zawału, ale miał wrażenie, że lada chwila straci przytomność. Głowa ciążyła mu jak ołów, oczy zamykały się co chwila, a on walczył jak mógł z tą dziwną sennością, która dopadła go w tak niespodziewanym momencie. Czuł się coraz słabszy i coraz bardziej bezsilny wobec bólu, który ogarnął cały jego tułów. Być może utrata przytomności nie była taka zła. Przynajmniej nic by nie czuł. Było coś kuszącego w perspektywie snu w tym miejscu i w tym czasie. Jednocześnie obawiał się, że jeśli zamknie oczy, nigdy się już nie obudzi; że w tym stanie do jego mózgu nie dotrze odpowiednia ilość tlenu, a to spowoduje nieodwracalne szkody. Ale przecież zdarzało się, że podczas zawało traciło się przytomność.
Z drugiej strony to mogło również oznaczać wstrząs kardiogenny. Pot, biała cera, niskie ciśnienie i zaburzenia świadomości – to właśnie były objawy wstrząsu kardiogennego. Wyglądało na to, że jego serce było w o wiele gorszym stanie, niż myślał.
Verne nagle pobiegł do przedpokoju otworzyć drzwi i wpuścić do domu sanitariuszy. Twarz Klary rozpromienił uśmiech nadziei i natychmiast powiedziała do męża:
– Widzisz, Emmett? Wszystko już dobrze. Zaraz pojedziesz do szpitala.
Słyszał ją jakby przez mgłę, z oddali. Widział jak sanitariusze wchodzą i wiedział, że coś mówią, ale dźwięki ledwo docierały do jego uszu. Sanitariusze weszli do salonu z łóżkiem na kółkach. Doktor Brown czuł jak jego ciało jest przenoszone na wózek i przetransportowywane do karetki. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeden z sanitariuszy wkłada mu maskę tlenową. Po chwili obraz zaczął się zamazywać i doktor Brown poczuł, że dłużej już nie mógł się opierać. Zamknął oczy i pozwolił, aby ogarnęła go błoga ciemność. Na razie nie widział żadnego jasnego światła w długim tunelu, więc najpewniej będzie żył.
Otwierając oczy, spodziewał się, że będzie leżał w szpitalnym łóżku, z wiszącą na suficie jarzeniówką i siedzącą wokół niego rodziną. Pierwsze, co go uderzyło, to fakt, że w pomieszczeniu panował półmrok. Kiedy usiadł i rozejrzał się po pokoju, nagle zdał sobie sprawę z tego, że znajdował się w sypialni chaty, w której spędził wraz z Klarą pierwsze lata małżeństwa. Tak, wszędzie poznałby te grube, sosnowe belki, które tworzyły ściany domostwa; to niewygodne łóżko, w którym przeleżał niezliczone bezsenne i obolałe noce; ten zapach drewna i spalenizny; tę wielką szafę, w której walały się nie tylko ubrania, ale również mniejsze wynalazki; oraz dębowe drzwi, za którymi krył się salon, kuchnia i bawialnia w jednym. W tej chwili zza tych drzwi dochodziło mętne światło.
Doktor Brown wyciągnął z szuflady w nocnym stoliku zapałki i zapalił stojącą na nim lampę oliwną. Dopiero, kiedy pomieszczenie zajaśniało, zdał sobie sprawę z tego, że ubrany był szarawą koszulę, spodnie na szelkach i kamizelkę – ten sam strój, który zwykł nosić jako kowal w 1885. Jego długi, skórzany płaszcz wisiał na krześle, a kapelusz – na belce łóżka.
Co się stało? W jaki sposób znalazł się tutaj? Przecież jeszcze przed chwilą leżał w karetce, która wiozła go do szpitala. Czyżby zawał serca był tylko snem? Skoro tak to bardzo intensywnym. No i fakt, że obudził się w tym konkretnym miejscu, mógłby zasugerować, że całe jego życie po przybyciu znów do dwudziestego wieku, również było jednym, wielkim snem. A może przespał cały pobyt w szpitalu i Klara – z jakiegoś powodu – doszła do wniosku, że powinien odpocząć na łonie natury? W końcu ograniczenie stresu było jedną z form zapobiegania kolejnym zawałom. Ale odesłaliby go do domu nieprzytomnego? To było cokolwiek dziwne.
Wstał i włożył płaszcz i kapelusz, bo w sypialni panował przeciąg. Podszedł do drzwi. Położył rękę na klamce, nacisnął ją i pchnął drzwi. Ujrzał znajome pomieszczenie z kominkiem po prawej, wielką, białą płachtą rozłożoną po prawej i piecykiem na środku. Żółte firanki, zielona komoda, dziecięce łóżeczko, fotel bujany tuż koło kominka, maszyna do maglowania i rozwieszania prania – wszystko tak za dawnym czasów.
Tylko nikogo nie było. Dom był pusty. Emmett szybko wybiegł na dwór, aby sprawdzić, czy Klara rąbie drewno, ale na zewnątrz zastał jedynie wysokie drzewa i wzgórza. I ciszę. Przerażającą ciszę, nie zmąconą nawet odgłosami dochodzącymi z lasu.
– Klaro! – zawołał.
Milczenie. Doktor Brown nie zamierzał się jednak poddawać. Zrobił kilka kroków do przodu i zaczął znów nawoływać:
– Jules! Verne!
Gdzie oni się podziali? Dlaczego zostawili go samego? Z każdą chwilą czuł się jeszcze bardziej zakłopotany. Z każdą chwilą miał coraz gorsze przeczucia, a propos tego, co mogło się stać z jego rodziną. Był sam w swoim starym domu. Nie wiedział jak się tam dostał i dlaczego właśnie tu. Co więcej, nie widział nigdzie Deloreana ani pociągu. Nie było więc możliwości, aby powrócić do przyszłości.
Wrócił z powrotem do chaty i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok mimowolnie padł na opartą o kominek strzelbę. Tę samą strzelbę, z której przestrzelił linę Marty’ego, kiedy Wściekły Pies Tannen próbował go powiesić. Doktor Brown podszedł do niej szybkim krokiem i natychmiast chwycił ją oburącz. Sprawdził magazynek. Pełen. Ale na wszelki wypadek poszedł do komody i zaczął szukać w środkowej szufladzie jakichś naboi. Zanim znalazł to czego szukał, musiał przekopać się przez narzędzia, śrubki, gwoździe i inne graty, które zawsze tam trzymał.
Włożył naboje do kieszeni płaszcza i natychmiast wyszedł na zewnątrz. Gdziekolwiek byli teraz Klara i chłopcy, możliwe, że potrzebowali pomocy. Skierował się w stronę lasu.
– Klaro! Jules! Verne!
Odpowiedziało mu tylko echo. Ale szedł dalej przed siebie, zapuszczając się głębiej w las. Rozglądał się naokoło. Nasłuchiwał uważnie. Kora schodziła z drzew, na usianej trawą, krzakami leśnych owoców, grzybami i kwiatami ziemi walały się kamienie, opadłe liście i gałęzie. Nozdrza doktora Browna od razu wyczuły znajomy zapach świerku. Jego kroki odbijały się echem po lesie. Ptaki latały nad jego głową i siadały co chwila w zawieszonych wysoko gniazdach. Niebo było bardzo spokojne. Mimo wszystko miał przeczucie nadchodzącej katastrofy. Coś złego się zaraz wydarzy.
– Klaro!
Nic.
– Jules!
Żadnej odpowiedzi.
– Verne!
Cisza.
Być może poszli tylko do miasta, aby zrobić zakupy. Być może martwił się na zapas i powinien teraz wrócić do domu. Ale w takim razie dlaczego poszli wszyscy troje? Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że jego życie po powrocie do dwudziestego wieku było tylko snem. Jego synowie byli już nastolatkami, a w związku z tym mogli zostawać w domu bez opieki. Wręcz wskazane byłoby, aby jeden z nich trwał na posterunku, kiedy ich ojciec był nieprzytomny. No, chyba że Klara chciała im kupić jakieś ubrania.
Nagle napotkał na swojej drodze widok, który kazał mu się zatrzymać. Tuż przed nim leżał w kałuży krwi ranny pies. Przyglądał się człowiekowi smutnymi oczami, z których powoli uciekało życie. Emmett od razu poznał te oczy. Od razu poznał tego psa. Poznałby go wszędzie. Poczuł jak jego nogi załamują się i po chwili pada na kolana tuż przy zwierzęciu.
– Einie – wyszeptał drżącym głosem do swojego starego kompana. – Co ci się stało?
Przyjrzał się jego ranom. Wyglądało na to, że zaatakowało go jakieś zwierze. Na nogach znajdowały się ślady zębów, a na boku – pazurów, które mogły należeć do niedźwiedzia. Einiemu brakowało też prawego ucha. Musiał stoczyć jakąś walkę.
Doktor Brown rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie, co powinien zrobić w takich sytuacjach. Chciał zatamować krwotok, ale nie wiedział czym. Najpierw rozważał pocięcie płaszcza albo kamizelki na kawałki, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnego ostrza, a robienie tego ręcznie byłoby bezowocne i zabrało zbyt wiele czasu. A czas uciekał. Mógł jeszcze zabrać go do domu i sprawdzić czy tam nie da się niczego zrobić, ale czy zdoła go tam donieść na czas?
– Nie martw się, piesku – powiedział, głaszcząc go po głowie. – Wszystko będzie dobrze.
Ale zdawał sobie sprawę z tego, że już za późno. Widział jak życie Einsteina uchodziło z jego ciała wraz z każdą kroplą krwi. Pies zaskamlał smutno i przyglądał się swojemu panu paciorkowatymi oczami. Po chwili w ciele psa zamarł wszelki ruch, a jego oczy wyrażały już tylko pustkę. Emmett przycisnął do piersi to martwe truchło, które kilka sekund temu było jego przyjacielem i poczuł jak łzy zbierają mu się w oczach, a potem przebiegają po jego policzkach, tworząc dwa strumienie. W mgnieniu oka przypomniał sobie jak zobaczył go po raz pierwszy w schronisku i postanowił zabrać do domu. Przypomniał sobie wszystkie eksperymenty jakie na nim przeprowadził, łącznie z tym w Centrum Handlowym Samotna Sosna, kiedy to Einstein został pierwszym podróżnikiem w czasie. Einie był jego przyjacielem na długo przed tym jak pojawił się Marty. Nigdy się nie skarżył na niedogodności związane z byciem pilotem doświadczalnym, a przy tym był bardzo inteligentny i oddany.
A teraz nie żył. Trzeba było go pochować. Ale doktor Brown nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Z jednej strony wyszedł szukać swojej rodziny. Istniało prawdopodobieństwo, że znajdowali się w niebezpieczeństwie, być może nawet byli ranni. Liczyła się więc każda chwila. Einsteina nie mógł już uratować, a Klarę i chłopców tak. Z drugiej strony nie chciał zostawiać Einiego na pastwę padlinożerców.
Nagle rozległ się chichot, który natychmiast echo poniosło po całym lesie. A potem ten sam głos powiedział:
– Chłopiec i jego pies! Jakież to wzruszające!

[FF: Powrót do przyszłości] Podręcznik dobrego brata

[Pisane z punktu widzenia jedenastoletniego Julesa Browna. Odwołania do odcinka Cudowne drzewko]

Leżałem w pozycji półsiedzącej na szpitalnym łóżku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i prawą nogą wiszącą na temblaku. Za oknem mogłem dostrzec kilka kwiatów i ziół, których nie było jeszcze w moim zielniku, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej sfrustrowany swoją sytuacją. Z każdą chwilą znajdowałem na zewnątrz coraz to nowe rzeczy, które mógłbym zbadać, skatalogować, obejrzeć; nad którymi być może mógłbym się nawet zachwycić przy bliższym ich poznaniu, gdyby tylko moja noga była zdrowa.
Ale nie – byłem unieruchomiony, i to z powodu głupoty Verne’a. W drodze na pogotowie i przy zakładaniu gipsu przeżyłem już pełne spektrum uczuć – od lęku i porzucenia, poprzez smutek i samotność, aż do goryczy i wściekłości. Starałem się nie myśleć o Vernie ani o tym, co zaszło, ale ilekroć mój wzrok padał na złamaną nogę, wszystko mi się przypominało i po raz kolejny przeklinałem w myślach mojego brata.

Zresztą Verne nawet nie raczył się pojawić. Dopuszczałem dwie możliwości – albo bał się spojrzeć mnie – swojemu starszemu bratu – w oczy po tym, co zaszło, albo (co wydawało mi się jakoś bardziej prawdopodobne) nic go to nie obchodziło. Przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy wstydziłem się za to, że poszedłem o krok za daleko i sprowadziłem na Verne’a kłopoty. Nadal uważałem, że był to wstyd jak najbardziej zasłużony, ale teraz nie miałem wątpliwości, że role się odwróciły. Teraz to Verne powinien się wstydzić. Chciałem, żeby on tutaj przyszedł i prosił mnie o przebaczenie. Niekoniecznie kajał się przed moim łóżkiem na kolanach (choć ta wizja była cokolwiek przyjemna), ale stanął w tym pokoju z pewną dozą pokory. Chciałem, aby Verne uznał swój błąd. Czy to tak wiele?
Ale wiedziałem, że jest to za wiele. Verne nie posiadał pokory. Może względem rodziców albo nauczycieli, ale nie względem mnie, swojego starszego brata. Przygryzłem wargi i siłą woli wygnałem ze swoich oczu łzy.
Popatrzyłem w stronę otwartych drzwi. Na korytarzu ojciec i matka rozmawiali z lekarzem. Pytali o to, jak długo będę musiał zostać w szpitalu. Lekarz powiedział im, że obrażenia nie są poważne, chociaż można po nich wywnioskować, że upadek mógł skończyć się o wiele gorzej, gdybym rzeczywiście spadł na ziemię, a nie na stół. Przypomniałem sobie widok podłoża tuż przed wypadkiem – trawnik z długą, kamienną ścieżką, prowadzącą do domu. Pamiętałem, że mój umysł natychmiast wykonał kilka obliczeń związanych z odległością i siłą ciążenia, a potem przed oczami przemknęło mi kilka nieprzyjemnych obrazów mojej czaszki odbijającej się od tej brukowanej dróżki.
W końcu lekarz skończył tłumaczyć wszystko rodzicom i odszedł. Wkroczyli do pokoju uśmiechając się do mnie. Chcieli mnie przekonać, że koszmar już się skończył. Matka usiadła na skraju łóżka, a ojciec na pobliskim krześle.
– Pan doktor powiedział, że zostaniesz tu na obserwacji – powiedziała matka. – Aczkolwiek to nie potrwa długo i już za kilka dni będziemy mogli cię zabrać do domu.
– Mam nadzieję, że nie długo. Jest kilka rzeczy, którymi muszę się zająć w domu – odparłem.
Przez chwilę trwała cisza, a potem ojciec nagle spoważniał i odchrząknął.
– Jules – zaczął i spojrzał na mnie – może lepiej opowiedz nam dokładnie co się stało. Wcześniej nie byłeś zbyt szczegółowy.
Poczułem, że się pocę.
– To już nieważne, ojcze – powiedziałem szybko z nerwowym uśmiechem. – To było jakieś głupstwo. Nie warto o tym wspominać.
Przeniosłem wzrok na podłogę w nadziei, że porzucą ten temat, ale sam wiedziałem, że nie ma na to szans.
– To nie jest głupstwo, Jules – odezwała się znów matka. – Spadłeś z jabłoni w ogrodzie wicedyrektora Stricklanda i złamałeś nogę. Mogło ci się stać coś gorszego. Dlaczego w ogóle wszedłeś na to drzewo, kochanie?
Mogłem powiedzieć im prawdę. Tak między nami, to chciałem ją wykrzyczeć, przy okazji uwalniając się od wszystkich uczuć, które się we mnie kłębiły i groziły rozsadzeniem od środka. Ale coś mnie powstrzymywało. Być może obawiałem się, że reakcja rodziców na tę prostą prawdę nie będzie taka, jaka chciałem, by była. Być może bałem się, że zamiast skarcić Verne’a, będą oskarżać mnie o to, że nie przypilnowałem go należycie.
– To ważne, Jules – przerwał moje rozmyślania ojciec. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
Nadal milczałem. Matka pogłaskała mnie po policzku.
– Nie bój się – rozpromieniła się. – Wiemy, że nie chciałeś nic ukraść. Przecież nie lubisz papierówek.
– To koledzy cię na to namówili, prawda? – spytał ojciec. – Chciałeś się im przypodobać, więc wymyślili próbę ze wspinaczką na jabłoń wicedyrektora.
Czułem jak robi mi się gorąco. Powiedzenie im prawdy wydawało się być jednocześnie bardzo łatwe i potwornie trudne. Słowa układały mi się w zdania, ale ja miałem opory przed tym, aby je wypowiedzieć. Poza tym rodzice ciągle mi się przyglądali, oczekując odpowiedzi. Chciałem jak najszybciej zmienić temat, ale musiałem zrobić to umiejętnie, w taki sposób, aby obecny został natychmiast porzucony.
– Gdzie jest Verne? – Tylko to przyszło mi do głowy, choć nie ukrywałem przed sobą, że byłem tego ciekaw.
Teraz to oni spojrzeli po sobie, zaskoczeni nagłą zmianą tematu. A potem ojciec odchrząknął i odpowiedział na zadane pytanie:
– Vernie poszedł wraz z Marty’m kupić ci jakiś upominek w szpitalnym sklepie.
– Oh… – zdziwiłem się.
To coś nowego. Ale zapewne Verne wróci tutaj z wielkim, różowym misiem, który będzie miał napisane na brzuchu: „Wracaj do zdrowia, Marysiu!”, a do łapy będzie miał doczepiony balon w kształcie serca. A nawet jeśli Verne zdecyduje się kupić coś do jedzenia, będzie to coś, czego nie lubię, na przykład guma balonowa o smaku szpinaku (prawdopodobnie takowa nie istnieje, ale szpital w Hill Valley znany jest z tego, że można tam łatwo natrafić na coś obrzydliwego). Możliwości do głupich pomysłów ograniczone były jedyne wysokością kieszonkowego brata i Martina.
– Ale nadal nie odpowiedziałeś na pytanie, Jules – przerwała moje rozmyślania matka. – Dlaczego wszedłeś na to drzewo?
– Właśnie, ja też chciałbym się tego dowiedzieć.
Do pokoju wkroczył wicedyrektor Strickland. Stanął jakiś metr od łóżka. Rodzice przenieśli na niego wzrok, a ja przeraziłem się jeszcze bardziej. Sytuacja stawała się gorsza z sekundy na sekundę.
– O, pan Strickland – przywitał go z uprzejmym uśmiechem ojciec. – W sumie nie miałem jeszcze przyjemności podziękować za to, że wezwał pan karetkę.
Wtem zauważyłem na korytarzu Martina i Verne’a, którzy natychmiast schowali się za ścianą i widać było tylko ich wystające zza otwartych drzwi głowy, kiedy zaczęli obserwować całą scenę.
Tymczasem wicedyrektor podszedł do ojca i spojrzał mu prosto w oczy.
– Zapamiętaj sobie na następny raz, Brown  – zaczął przyciszonym głosem. – Trzymaj swoje dzieciaki z dala od mojego domu. Omal nie zniszczyli mi mojego drzewka.
– Zaraz, zaraz, zaraz – przerwał mu nagle ojciec. – Chce pan powiedzieć, panie Strickland, że Vernie też tam był?
– Ależ oczywiście. On i jeszcze dwóch innych chuliganów. Sam widziałem jak wchodził na najwyższą gałąź i wyciągał rękę, jakby chciał coś złapać, a jego koledzy stali na dole i mu kibicowali. Skoro nie chcieli nic ukraść, to co tam robili?
Niepochlebna opinia Stricklanda o moim ojcu była szeroko znana, zwłaszcza przez Martina, Verne’a i mnie. Incydent z jabłonią był jeszcze jednym pretekstem do roztrząsania błędów wychowawczych mojego ojca. Lada chwila miał zacząć tę swoją tyradę, kiedy nagle do pokoju wparował Martin, a po jego minie widać było, że zamierzał bronić mojego rodziciela.
– Niech pan posłucha, panie Strickland – odezwał się i nawet podniósł palec. – Jules i Verne to dobre chłopaki, a pan osądza ich, nie wysłuchawszy nawet ich wersji wydarzeń.
– Ach tak, panie McFly? – Strickland założył ręce na ramionach i odwrócił się nagle w moją stronę. – W takim razie jak brzmi owa wersja?
Spojrzałem znów w stronę Verne’a, który wciąż przyglądał się wszystkiemu z ukrycia i najwyraźniej nie zamierzał opuścić swojej kryjówki. No tak. Tchórzył. Bał się Stricklanda i rodziców. Bał się konsekwencji. Nawet jeśli miałem jakąś litość dla niego, to teraz straciłem już jej resztki. Nie zamierzałem go kryć. Musiałem sam wszystko wyjaśnić, skoro mój młodszy brat nie miał dość odwagi.
Wyprostowałem się i zacząłem swoją opowieść:
– A więc to było tak: szukałem Verne’a za pomocą mojego najnowszego wynalazku naprowadzającego, bo matka kazała mi go znaleźć i powiadomić o tym, że nadeszła pora obiadu. Ku mojemu zdziwieniu urządzenie zaprowadziło mnie do domostwa pana wicedyrektora. W pierwszej chwili nic nie rozumiałem, ale po chwili usłyszałem szepty mojego brata, Johnsona i Biffa Juniora. Wyglądało na to, że chodziło o jakiś prymitywny rytuał, który miał na celu wprowadzenie Verne’a do jakiegoś elitarnego (kwestia gustu) stowarzyszenia.
Nagle do pokoju wbiegł Verne i z wyrazem wściekłości wskazał na mnie palcem, mówiąc:
– Do Klubu Wielkiego Mięśniaka, kujonie! I to była próba odwagi!
– Odwagi? – zakpiłem. – Raczej głupoty. Jak zwykle uległeś presji rówieśników, bracie.
– Ja chociaż mam rówieśników – odpowiedział Verne i wystawił język.
– Twój argument nie ma sensu, bracie. „Rówieśnik” to rzeczownik, który w tym kontekście oznacza kogoś w mojej grupie wiekowej. Nie zaś przyjaciela.
– Być może gdybyś nie używał tak trudnych słów, ludzie by cię lubili.
– Możecie wreszcie przejść do rzeczy?! – przerwał naszą kłótnię zniecierpliwiony Martin.
Na moment zamilkliśmy. Potem odchrząknąłem, ale to Verne ciągnął dalej opowieść:
– Johnson powiedział, że jeśli nie ściągnę z jabłoni Stricklanda swojej czapki, to nie przyjmie mnie do klubu. Tak więc wspiął się na drzewo i zawiesił ją na najwyższej gałęzi. Szkoda, żeście go nie widzieli. Schodził normalnie jak Spiderman!
– Raczej jak Człowiek-Leniwiec – skomentowałem, a Verne natychmiast rzucił mi chłodne spojrzenie.
– O, weź ty się przymknij! W każdym razie – powrócił do tematu – zacząłem się wspinać. Byłem już w połowie drogi, kiedy pojawił się ten idiota – wskazał mnie znów palcem.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Wziąłem głęboki oddech i (mimo że wewnątrz czułem, że lada chwila stracę cierpliwość) z opanowaniem przeszedłem do tłumaczeń:
– Po oszacowaniu odległości pomiędzy gałęzią a podłożem, zdecydowałem się zainterweniować i przekonać mojego nierozsądnego brata, aby zszedł z drzewa. Tak więc wszedłem przez płot na posesję pana wicedyrektora…
– „Wszedłeś”? – prychnął śmiechem Verne. – Przez dwie minuty próbowałeś się wgramolić na ten płot, aż w końcu dałeś sobie spokój i przeszedłeś przez bramkę. W tym czasie ja zdążyłem już wejść na gałąź i zacząłem powoli kierować się w stronę swojej czapki.
– Ale spojrzałeś na dół, bracie, i się przestraszyłeś – odparłem i uśmiechnąłem się złośliwie.
– Wcale się nie przestraszyłem! Ja niczego się nie boję!
– Nie, niczego się nie boisz. A właśnie, jak tam twój irracjonalny lęk przed potworami w szafie?
– Zamknij się!
– Verne, nie mów tak do brata. A ty Jules, nie śmiej się z niego – skarciła nas matka.
– Tak jest, matko – odrzekłem.
– Tak, mamo – powiedział ze skruchą Verne, po czym odchrząknął i spytał: – Na czym to stanąłem? Aha… No więc jestem już na gałęzi, kiedy nagle patrzę, a Jules staje pod drzewem i każe mi zejść. Ja jednak byłem za daleko, aby zrezygnować.
Przypomniałem sobie twarz przerażonego Verne’a trzymającego się kurczowo gałęzi; jego pełne lęku oczy, które zamknął, aby nie patrzeć w dół. W tamtym momencie było mi go żal. W tamtym momencie czułem wewnętrzną potrzebę, aby mu pomoc.
– Skorzystałem z moich latających trampek – oświadczyłem beznamiętnie – i wzniosłem się na wysokość oczu brata. Ściągnąłem z gałęzi jego nakrycie głowy i udzieliłem moralnego wsparcia. Trochę to trwało, ale udało mu się powoli zejść z drzewa…
Verne powoli, ostrożnie robił każdy krok, cały czas próbując nie patrzeć w dół. Kpiny Johnsona i Biffa Juniora na temat tchórzostwa i niezdolności zrobienia czegokolwiek bez starszego brata nie ułatwiały mu drogi na dół. Widziałem wręcz ten rumieniec wstydu na jego twarzy. Nawet kilka razy Verne rzucił mi chłodne spojrzenie. Kiedy zaś był prawie na dole…
– Nagle w moich butach zaszła jakaś awaria i przestały działać. Na szczęście, udało mi się złapać pobliskiej gałęzi. Potem pojawił się pan wicedyrektor i…
Chciałem kontynuować, ale poczułem znów jak chce mi się płakać. Zamknąłem oczy i zacząłem masować powieki, tymczasem moja pamięć przywołała obraz Verne’a i reszty chłopaków uciekających przez główną bramę przed wicedyrektorem Stricklandem, zostawiających mnie zwisającego na gałęzi. Wszystkie uczucia, które wtedy czułem, powróciły ze zdwojoną siłą, ale bardzo starałem się zachować spokój i ich nie okazywać. Nie chciałem się rozklejać na oczach tylu ludzi – rodziców, wicedyrektora, Martina, a zwłaszcza Verne’a. Już i tak wszyscy uważali mnie za mięczaka.
– I…? – dopytywał się ojciec. – Co się potem stało, Jules?
Już miałem odpowiedzieć, kiedy nagle wtrącił się wicedyrektor Strickland:
– Może ja opowiem. – Odwrócił się twarzą do rodziców. – Biff Junior, Johnson i Verne uciekli przede mną gdzie pieprz rośnie. Chciałem za nimi pobiec, ale Jules zawołał mnie i wtedy odkryłem, że wisi na moim drzewie. Zanim jednak zdążyłem go złapać, puścił się. Na szczęście wcześniej się rozhuśtał i spadł na stół. Nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby spadł na drogę.
Spojrzałem znów na swojego brata. Verne spuścił na moment wzrok na podłogę, zaraz go jednak nieśmiało podniósł.
– Mały złapał się za nogę i zaczął płakać – kontynuował opowieść Strickland – więc ostrożnie przeniosłem go na moją kanapę i zadzwoniłem po karetkę.
W tamtym momencie zdziwiłem się bardzo troską jaką okazał mi wicedyrektor Strickland. Spodziewałem się, że będzie wściekły za wkroczenie na jego posesję i będzie na mnie krzyczał. Tymczasem on wziął mnie na ręce i w milczeniu przeniósł do środka, posadził na kanapie i unieruchomił moją obolałą nogę. Kiedy zaś odłożył słuchawkę, może nie był szczególnie rozmowny, ale starał się zachować spokój i nawet zapewnił mnie kilka razy, że wszystko będzie dobrze.
– Jeszcze raz bardzo dziękuję, panie wicedyrektorze – powiedziałem szybko.
– Tak, jesteśmy panu bardzo wdzięczni za uzyskaną pomoc – dodał z uprzejmym uśmiechem ojciec.
Wicedyrektor Strickland wyprostował się i niespodziewanie wyciągnął z kieszeni małą książeczkę z kremową okładką. Od razu ją rozpoznałem. Podał mi ją i powiedział:
– Znalazłem to w ogrodzie. Musiało ci wypaść podczas upadku.
Odebrałem książeczkę i szybko schowałem ją pod kołdrą, aby nikt nie mógł przeczytać tytułu. Zaraz jak to zrobiłem, wicedyrektor Strickland, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, odwrócił się w stronę drzwi i oznajmił:
– Liczę, że nie potraktujesz tego incydentu jako pretekst do wakacji, młody człowieku, i poświęcisz ten czas wolny na naukę.
– Tak jest, panie wicedyrektorze – odparłem.
– Tak więc wracaj do zdrowia i widzimy się za jakiś czas w szkole – powiedział jeszcze na odchodnym.
Ojciec spojrzał na Verne’a ze zdziwieniem, wręcz z oburzeniem. Matka również nie wyglądała na zadowoloną z tego, co usłyszała, Martin z kolei najwidoczniej nie wiedział, co myśleć, bo jego wzrok przeskakiwał z jednej twarzy na drugą. Sam Verne wydawał się zdenerwowany tym, że rodzice spoglądają na niego karcąco. Pomyślałem, że dobrze mu tak – wreszcie ma za swoje i odpowie za to, co zrobił. Przez chwilę trwała niezręczna cisza. Czekałem na to, co powiedzą rodzice. Czekałem na kazanie, które wygłoszą mojemu bratu, i na karę, którą na niego nałożą.
– Dlaczego zostawiłeś Julesa samego? – odezwał się wreszcie ojciec. Jego głos był cichy, ale słychać było w nim nutę oburzenia. – Zapomniałeś o nim?
Verne milczał. Twarz ojca przybrała bardziej surowy wyraz.
– Słucham. Co masz na swoją obronę? Powiedz mi: dlaczego zostawiłeś swojego brata i uciekłeś?
Verne wyprostował się. W końcu – cichym tonem, unikając kontaktu wzrokowego z ojcem – odpowiedział:
– Nikt nie kazał mu przychodzić i robić mi wstyd na oczach kolegów. Przez niego wyszedłem na mięczaka.
Tego już było za wiele. Moja wściekłość i pogarda dla brata osiągnęły poziom, po którym nie mogłem już nad sobą panować. I tak oto, zanim rodzice czy Martin zdążyli w jakikolwiek sposób zrugać Verne’a, wrzasnąłem:
– Ach, tak?! Tyle masz mi do powiedzenia po tym, co się stało?! Tyle masz do powiedzenia, po tym jak pomogłem ci zejść, a ty zostawiłeś mnie samego w ogródku wicedyrektora Stricklanda?!
– Klaro, Marty – zwrócił się do nich szeptem ojciec. – Może lepiej zostawmy ich samych, aby załatwili swoje sprawy.
Tak więc wszyscy dorośli wyszli z pokoju. Kiedy zostaliśmy sami, Verne próbował się bronić:
– To była moja próba odwagi, a ty się wtrąciłeś!
– To w takim razie szkoda, że nie zostawiłem cię na tamtym drzewie! – krzyknąłem. Po policzkach pociekły mi łzy, ale to mnie już nie obchodziło. Zamierzałem mu wszystko wykrzyczeć w twarz. – Naprawdę żałuję, że tego nie zrobiłem! Przynajmniej wtedy byłbyś na moim miejscu!
Verne już miał coś powiedzieć, ale po usłyszeniu ostatniego zdania oniemiał. Ja zaś kontynuowałem:
– Żałuję, że mam brata! Brata, który jest lekkomyślny, głupi i niewdzięczny! Brata, który nie ma za grosz przyzwoitości! Brata, który mnie nie szanuje!
Wciąż milczał. Najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć.
– Nie wiesz jak to jest być mną! – ciągnąłem dalej drżącym głosem, a z każdą chwilą moje policzki zalewały kolejne łzy. – W szkole traktują mnie jak kogoś gorszego! Biff Junior stosuje na mnie przemoc, a Johnson się ze mnie naśmiewa! To cud, że jeszcze nie nabawiłem się jakichś nerwic albo depresji! W dodatku ty co chwila przychodzisz i psujesz mi moją pracę albo robisz coś głupiego i muszę ci pomóc posprzątać!
– To nieprawda! Zawsze sprzątam sam, a ty jeszcze zrzucasz na mnie swoje obowiązki!
– To metafora, bracie – odparłem. – Chodziło mi o to, że jak zrobisz coś złego, to zawsze pomagam ci to odkręcić. Ale oczywiście ten fakt umknął twojej uwadze. Już samo to, że mnie dzisiaj zostawiłeś i że nie czujesz wstydu z tego powodu, świadczy dobitnie o tym, jakie są twoje priorytety. Skoro tak, to trzymaj się odtąd z daleka ode mnie. Nie jesteś już moim bratem.
– A żebyś wiedział! – krzyknął Verne i skrzyżował ręce na ramionach, po czym wymamrotał: – Cholerna primadonna.
Następnie obrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z pokoju. Jeszcze przez dłuższy czas byłem wzburzony po swoim rozstaniu z Verne’m, toteż kiedy ojciec i Martin weszli z powrotem do pokoju, w pierwszej chwili nie zwróciłem na nich uwagi, tylko przyglądałem się sufitowi. Martin stanął z boku, a ojciec usiadł na krześle. Przyjął przy tym zgarbioną postawę i popatrzył na mnie zmartwionym wzrokiem. A potem chwycił schowaną pod kołdrą książkę i wyciągnąwszy ją, przyjrzał się okładce.
Podręcznik dobrego brata – przeczytał po chwili na głos i przeniósł wzrok na mnie. – Hm… Dawno nie widziałem tej książki.
Przeczytałem ją pewnego razu, z czystej ciekawości. Fabuła była bardzo prosta – kilkunastoletni chłopak musi zająć się swoim licznym młodszym rodzeństwem pod nieobecność rodziców. Ponieważ jest już duży i ponieważ to książka dla młodzieży, spędza kilka dni dbając o to, aby jego siostrom i braciom niczego nie zabrakło; bawi się z nimi, a nawet ratuje jednego ze swoich młodszych braci przed utonięciem w rzece podczas wyprawy na ryby. Niby nic, ale kiedy przeczytałem tę książkę, zapragnąłem być właśnie takim dobrym bratem w stosunku do Verne’a. Dlatego tym bardziej nią gardziłem teraz, kiedy moje własne rodzeństwo mnie zdradziło.
Martin podniósł brwi ze zdumienia, ale milczał. Ja zaś spojrzałem w bok i powiedziałem cichym głosem:
– Możesz to wyrzucić, ojcze. Albo jeszcze lepiej: cofnij się do czasów Hiszpańskiej Inkwizycji i powiedz Thomasowi de Torquemadzie, że to książka heretycka. Przynajmniej będzie miał satysfakcję z tego, że ją spalił.
Ojciec uśmiechnął się.
– Być może to nie byłby tak zły pomysł, gdyby nie to, że po hiszpańsku potrafię powiedzieć tylko: „Tak, proszę pana, jestem z Ameryki i lubię szynkę”.
– Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem Martin. – Myślałem, że zna pan kilka języków.
– A czy kiedykolwiek twierdziłem, że jest wśród nich hiszpański? I że znam go w stopniu umożliwiającym rozmowę z siedemnastowiecznym Hiszpanem, który najprawdopodobniej skończył teologię, prawo kanoniczne i filozofię?
– Podróże w czasie byłyby takie proste, gdyby wszyscy znali angielski – stwierdził Martin i westchnął ciężko. Ojciec zaś nagle spoważniał i odwrócił się znów do mnie.
– Jules, rozumiem, że jesteś wściekły na Verne’a i masz do tego pełne prawo… – zaczął, ale natychmiast mu przerwałem:
– Chciałbym, aby Verne się nigdy nie narodził. – Przeniosłem wzrok na ojca, który, wbrew moim oczekiwaniom, nawet się nie wzdrygnął. Po krótkiej pauzie ciągnąłem dalej: – Wiem, że nie powinienem mówić takich rzeczy. Powinienem go kochać bez względu na to jaki jest. Powinienem się o niego troszczyć i pilnować, aby nie wpadł w kłopoty. Powinienem być dla niego wzorem do naśladowania. Próbowałem być takim bratem, naprawdę próbowałem. – Mój głos znowu zadrżał, a oczy zaszkliły mi się od łez, ale szybko je wytarłem i z trudem kontynuowałem: – Niech znajdzie sobie innego starszego brata, który będzie na niego uważał. Ja już nie mogę.
Ostatnie słowa wypowiedziałem szeptem. Czułem się zmęczony. Zmęczony wściekłością, bólem i odpowiedzialnością. Zmęczony Verne’m. Kiedy więc ojciec zaczął głaskać mnie po głowie i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, poczułem się odrobinę lepiej.
– Wiesz, Jules – odezwał się nagle Martin i usiadł na skraju łóżka. – Rzadko się zdarza, aby bracia się ze sobą dogadywali. W zasadzie najczęściej podkładają sobie nawzajem świnię, a w najlepszym razie schodzą sobie z drogi. Chociażby ja i David. Widziałeś kiedyś, żebyśmy robili coś razem?
– Nie – przyznałem. – Ale wywnioskowałem, że to dlatego, iż on całe dnie pracuje w firmie, a ty większość czasu spędzasz u nas.
– To też prawda, ale nawet kiedy on był jeszcze w szkole, nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych zainteresowań. Trzymaliśmy się swoich znajomych i swoich spraw, więc spotykaliśmy się głównie podczas rodzinnych posiłków, wakacji albo świąt, a w innych okolicznościach raczej się unikaliśmy.
– Pragnę ci przypomnieć, Martinie – przerwałem mu – że problem nie leży w tym, że Verne mnie unika, ale w tym, że zostawił mnie samego, kiedy potrzebowałem pomocy, przyczyniając się przy tym do mojego złamania dolnej kończyny. Jakiekolwiek byłyby twoje stosunki z Davidem, na pewno nigdy nie zrobił ci czegoś podobnego.
– O, nie. On zrobił coś gorszego – odparł Marty. – Widzisz, kiedy byliśmy mniej więcej w twoim i Verne’a wieku, David schował moją deskorolkę i przekonał mnie, że to Strickland mi ją ukradł i że trzyma ją u siebie w domu.
– To nonsens. Po co była wicedyrektorowi twoja deskorolka?
– David twierdził, że Strickland napali nią w kominku, a potem prześle mi jej prochy z dopiskiem: „Z najlepszymi życzeniami, Gerald Strickland.” Ponieważ moja wyobraźnia była wtedy… dość wybujała, a Strickland jest, jak dobrze wiesz bardzo…
– Surowy?
– Chciałem powiedzieć: „czepialski”, ale twoje słowo też pasuje. No więc dlatego właśnie uwierzyłem wtedy Davidowi i, wiedziony chęcią odzyskania tego, co moje, wkradłem się do domu Stricklanda. Jak ninja, przeskoczyłem przez płot, a potem przemknąłem się przez jego ogródek wprost do salonu i zacząłem rozglądać się za moją deską. Zbliżyłem się powoli do kominka, kiedy nagle… – zrobił pauzę dla podbudowania napięcia, a kiedy przytrzymał swoich słuchaczy dość długo w niepewności, w końcu dokończył nieco monotonnym głosem: – potknąłem się i upadłem jak długi, przy okazji rozbijając wazon. Strickland mnie zobaczył i zbeształ. Rodzice i David przyjechali na miejsce i była niezła draka. Strickland groził, że nas pozwie i że zabiorą mnie do poprawczaka, ale rodzicom udało się go udobruchać. Próbowałem się bronić, mówiłem, że przyszedłem po moją skradzioną deskę, ale rodzice powiedzieli, że moja deska jest w garażu, bo ją widzieli i że to nieładnie bezpodstawnie oskarżać kogoś o kradzież. – Nagle jego twarz przybrała bardziej poważny wyraz. –David, oczywiście, zaparł się wszystkiego i powiedział, że chciał mnie powstrzymać. Wyszło więc, że na upartego wkradłem się do domu Stricklanda, nie słuchając co mój mądry brat do mnie mówił. W rezultacie musiałem zapłacić za wazon ze swojego kieszonkowego i przez tydzień nie wychodziłem z domu. Byłem wściekły na Davida, tak jak ty teraz na Verne’a. Już wcześniej robił mi różne świństwa, ale to przechodziło ludzkie pojęcie.
Milczałem przez dłuższy czas. Nie za bardzo wiedziałem, co miałem o tym powiedzieć i co o tym myśleć. Kto z nas miał gorzej? Co prawda, ja miałem złamaną nogę, ale z drugiej strony Martin został niewinnie ukarany. W zasadzie obaj zostaliśmy wpakowani w kłopoty, a potem porzuceni przez swoich braci.
Zaraz jednak Martin się uśmiechnął i zaczął znów:
– Ale gdzieś tak po dwóch-trzech dniach mój szlaban został anulowany.
– Hem…? – zdziwiłem się.
– David przyznał się, że mnie wkręcił. Oddał mi nawet pieniądze za wazon i przeprosił za wszystko, co zrobił. Kiedy spytałem go dlaczego stał się nagle taki miły, odpowiedział, że poczuł wyrzuty sumienia z mojego powodu. To miał być tylko głupi żart, a o mało nie trafiłem przez niego do poprawczaka.
– Nie sądzę, Marty, aby z prawnego punktu widzenia to było takie łatwe – wtrącił ojciec, ale Marty nie zwrócił na niego uwagi.
– Oczywiście mój brat na początku tak nie myślał, ale usłyszał jak rodzice o tym rozmawiają. – Zniżył się nieco ku mnie i powiedział ciszej: – Poza tym po jakimś czasie zaczęło mu mnie brakować, ale ciii – położył palec na ustach – jakby co nie słyszałeś tego ode mnie. – Wyprostował się i mówił dalej normalnie: – Musiał przemyśleć sobie wszystko i doszedł do wniosku, że jednak zrobił źle. Zobaczysz – poklepał mnie delikatnie po ramieniu. – Vernie również wszystko sobie przemyśli, przyjdzie tutaj i cię przeprosi.
Martin mógł mieć rację. Przecież również ma brata, posiada więc empiryczne doświadczenie w tej kwestii.
– Dziękuję, Martinie – odpowiedziałem z uśmiechem.
Obaj z ojcem wstali.
– Postaramy się przemówić Verne’owi do rozsądku – odparł mój rodzic. – Ty tymczasem odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Czy jest coś co chciałbyś, abyśmy ci przynieśli z domu?
Zastanowiłem się przez chwilę. W swoim pokoju miałem mnóstwo niedokończonych projektów, ale one mogły poczekać. Były za duże i zbyt kłopotliwe do przeprowadzenia w moim obecnym stanie. Żadnych książek obecnie nie czytałem, w zasadzie Podręcznik dobrego brata był ostatnią książką, którą przeczytałem. Co mogłem chcieć z domu? Przecież nie mogłem zostać zupełnie sam w pokoju. Siedzenie w tym miejscu byłoby bardzo monotonne.
Zaraz jednak do pomieszczenia zerknęła nieśmiało Franny. Uśmiechnąłem się. Już nie musiałem się martwić o rozrywkę.
– Nie, ojcze. Na razie niczego mi nie potrzeba – oznajmiłem.
Ojciec spojrzał za siebie, zauważył Franny i również się rozpromienił.
– Rozumiem. Chodźmy, Marty – powiedział i wraz z Martinem opuścili pokój.
Ja i Franny spędziliśmy całe popołudnie grając w różne gry. Począwszy od zwykłych kart (zgodnie z moimi wyliczeniami Franny ograła mnie wtedy w pokera już pięćdziesiąty piąty raz), poprzez warcaby (próbowałem ją zainteresować szachami, ale zasypiała, kiedy kończyłem tłumaczyć jej właściwości poszczególnych figur… nie to że była głupia, po prostu jej to nie interesowało), aż po gry planszowe, które przyniosła ze sklepu swojego ojca. Nawet podpisała mi się na gipsie, chociaż to serduszko z naszymi inicjałami było cokolwiek… kłopotliwe. W każdym razie spędziliśmy miło czas na wartościowych interakcjach międzyludzkich.
W między czasie odwiedził mnie Johnson wraz ze swoimi rodzicami, którzy kazali mu mnie przeprosić, co zrobił od razu z wyraźnym niesmakiem. Biff Junior się nie pojawił, ale to mnie nie dziwiło. Tannenowie prędzej zjedliby swoje własne mydło, niż zdecydowali się kogokolwiek przeprosić.
Ogólnie bawiłem się bardzo dobrze i nawet przez chwilę nie pomyślałem o Vernie. Farnny zawsze (no cóż… od momentu, w którym przestała strzelać do mnie kulkami z papieru) była całkiem miłym towarzystwem, w porównaniu z innymi moimi rówieśnikami. W końcu jednak przyszła jej matka i Franny musiała iść do domu, bo robiło się późno.
– Jutro też przyjdę! – powiedziała na odchodnym, machając do mnie.
– W takim razie będę czekał – zawołałem do niej, również machając ręką w geście pożegnalnym.
Kiedy opuściły pokój, spojrzałem na widok za oknem. Niebo przybierało właśnie barwę potocznie nazywaną różem, co oznaczało, że niebawem zapadnie zmrok. Oparłem plecy na poduszce i westchnąłem. Czułem się już trochę senny. W pomieszczeniu panowała cisza, a ja miałem nadzieję, że niebawem zostanę wypisany i znajdę się w znajomym otoczeniu.
Nagle odgłos kroków zbudził mnie z mojego odrętwienia. Spojrzałem w stronę drzwi. Verne nieśmiało wkroczył do środka. Cały mój gniew powrócił, więc szybko odwróciłem wzrok. Przeszło mi przez myśl, że mógł tu przyjść, aby się ze mną pogodzić, ale pamięć jego słów sprzed kilku godzin była zbyt świeża, abym mógł na niego spojrzeć. Z drugiej strony czekałem na to, co miał do powiedzenia.
Stanął w nogach mojego łóżka i popatrzył na mnie przez jego ramy. Nagle jego wzrok padł na podłogę i Verne wreszcie przemówił:
– Wiesz, kiedyś uratowałem ci życie.
Podniosłem brew. Nie pamiętałem, aby takie zdarzenie miało miejsce. Inna sprawa, że w naszej rodzinie działo się tyle rzeczy, że mogło mi to umknąć.
Verne stanął na palcach i ciągnął dalej:
– Byłeś wtedy taki mały. – Pokazał rękoma wysokość, która na moje oko odpowiadała długości kilkumiesięcznego niemowlaka. – Gdy mnie i Marty’emu nie udało się namówić Juliusza Verne’a na zmianę nazwiska, postanowiłem udać się do czasów przed moimi narodzinami i dopilnować, aby rodzice nadali mi jakieś fajne imię. Zapukałem do tej… tej chaty… Wiesz której, prawda, Jules?
– Tak, wiem – odpowiedziałem.
Chodziło mu o nasz dom sprzed podróży do dwudziestego wieku. Znajdowała się w lesie, kilka kilometrów od miasta. Ja i Verne urodziliśmy się w tej chacie i spędziliśmy tam jakieś dziesięć lat wraz z rodzicami.
– No więc zapukałem wtedy do drzwi, a tata je otworzył. I wtedy zobaczyłem jak maszyna, która stała nad twoją kołyską, chwyta cię za kołnierz – podniósł do góry rękę i zademonstrował chwyt szczypcowy – i wyrzuca na zewnątrz – zamachnął się jakby rzucał ubranie do kosza na bieliznę, po czym mówił dalej: – Przeleciałeś nad moją głową przez drzwi i znalazłeś się na zewnątrz. Jak tylko to zobaczyłem, szybko pobiegłem i złapałem cię w locie. Przeturlałem się po śniegu, trzymając cię mocno w ramionach, a kiedy wreszcie się zatrzymałem, ty się do mnie uśmiechnąłeś.
– I co w związku z tym? – spytałem chłodno.
– Wtedy… wiesz kiedy trzymałem cię na rękach… Miałem wtedy wrażenie, że to ja jestem twoim starszym bratem. Byłeś taki malutki, taki delikatny…
Nie wiedziałem co o tym myśleć. Verne wyglądał na autentycznie smutnego i pogrążonego w zadumie. To musiało być dla niego dziwne, a jednocześnie bardzo głębokie doświadczenie.
– Ale potem mnie obśliniłeś i to było obrzydliwe – dodał nagle, psując chwilę, a na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
Westchnąłem. Czy on naprawdę musiał być takim prostakiem?
– Typowe niedogodności spotykania krewnych w wieku niemowlęcym – odparłem. – Nie słyszałeś, co zrobił pradziadek Martina, kiedy ten przeniósł się do 1885?
– W każdym razie – ciągnął dalej, tym razem znów poważnie – w tamtym momencie przyszli rodzice i mama powiedziała, że mnie lubisz.
– To też naturalne przy podróżach w czasie. Krewni w wieku niemowlęcym rozpoznają swoich przyszłych potomków jako członków rodziny i są wobec nich ufni.
– Poszedłem z rodzicami do domu i kiedy wyjaśniłem im, że mogę u nich zostać, jeśli oni nie mają nic przeciwko, zaproponowali mi, żeby im pomógł w zajmowaniu się tobą. Nigdy nie zapomnę tego, jak siedziałeś w śpioszkach na podłodze i układałeś z klocków Wieżę Eiffla.
– I co w związku z tym? – spytałem z irytacją. Czy on naprawdę musiał tak wszystko przedłużać?
Podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się smutno. Zaraz jednak ten uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Jules – zaczął cicho. – Czasem jesteś naprawdę wkurzający z tą swoją inteligencją, kazaniami i wywyższaniem się…
– Ja się nie wywyższam – zaprotestowałem.
– O tak, wywyższasz. Tylko jesteś zbyt zadufany w sobie, żeby to zauważyć – odparł z lekkim uśmiechem. Zaraz potem jednak spoważniał. – Ale wtedy, w chacie rodziców, nie przypominałeś siebie z przyszłości. Byłeś uroczym, małym niemowlakiem.
– I po to tu przyszedłeś? – zapytałem z jeszcze większym rozdrażnieniem niż wcześniej. – Verne, myślałem, że…
– Przepraszam cię, Jules – wyrzucił z siebie drżącym głosem.
Spojrzał na mnie, a jedna łza poleciała mu po policzku. Zacisnął pięści na rurach łóżka i, patrząc na mnie, kontynuował:
– Myślałem, że sobie poradzisz. Że się podciągniesz i zejdziesz, że twoje trampki zaczną znów działać albo że chociaż Strickland cię stamtąd ściągnie. Nie myślałem, że tak to się skończy.
Przypomniałem sobie słowa Martina. David też nie myślał, że jego żart skończy się w sposób, w jaki się skończył. Wciąż jednak pozostało kilka rzeczy niejasnych.
– Skoro tak, to dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej, tylko mówiłeś mi takie przykre rzeczy?
Wytarł rękawem policzki, po czym dodał:
– Bo wtedy wciąż byłem na ciebie zły. Nawet jeśli chciałeś mi pomóc, to i tak Biff Junior i Johnson widzieli, że potrzebuję twojej pomocy, aby zejść z głupiego drzewa. Przez całą drogę, kiedy uciekaliśmy jak najdalej od Stricklanda, nabijali się ze mnie, za to co wtedy się stało. A potem dowiedziałem się, że złamałeś nogę, ale nic poza tym ci się nie stało, więc doszedłem do wniosku, że nie jest źle.
– Ciekawe, co powinno się wydarzyć, bracie, żebyś uznał, że jest źle? – spytałem. – Naprawdę nie czułeś wstydu, że złamałem nogę?
– Trochę czułem, ale raz, że złamanie nogi nie jest tak poważne jak śmierć, a dwa, że mogłeś przez jakiś czas siedzieć w domu zamiast chodzić do szkoły i się nudzić.
– Z całym szacunkiem, Verne, widziałeś kiedykolwiek, abym się nudził w instytucji edukacyjnej?
– No to inaczej: odpocząłbyś sobie od szkolnych łobuzów.
– To już lepszy argument – stwierdziłem i uśmiechnąłem się.
– Poza tym masz fajny gips. Wszystkie dzieciaki będą chciał ci go podpisać. Widzę – dodał ze znajomym mi złośliwym uśmieszkiem – że już ktoś to zrobił.
– Nawet się nie odzywaj – powiedziałem tonem, którym chciałem powstrzymać go od wszelkich złośliwych komentarzy.
Odchrząknął i spoważniał.
– Chciałem powiedzieć, że masz rację. Masz całkowitą rację.
– Mów dalej – zaciekawiłem się.
– Mimo że jesteś czasem… nieco wkurzający, wszystko co powiedziałeś mi popołudniu było prawdą. – Popatrzył mi w oczy. – To prawda, że jestem lekkomyślny, głupi i niewdzięczny. To prawda, że nie wiem jak to jest być tobą. No i to prawda, że zawsze musisz po mnie sprzątać. – Zaśmiał się pod nosem, ale zaraz posmutniał. – Zachowałem się paskudnie. Zostawiłem cię samego, jak jakiś tchórz, chociaż ty pomogłeś mi zejść. Mimo że czasem mam cię serdecznie dość, jesteś dobrym bratem. A ja zostawiłem cię samego.
Był pokorny. Wstydził się tego, co zrobił. Nie miałem wątpliwości, że jego skrucha i wstyd były szczere. Właśnie o to mi chodziło, prawda? Chciałem zobaczyć, że żałuje swojego zachowania. Nie wiem jak ojciec i Martin to zrobili… Być może nawet nie zrobili nic i Verne sam doszedł do wniosku, że postąpił źle. W każdym razie cała moja wściekłość ulotniła się jak woda pod wpływem procesu parowania.
– Wiesz – uśmiechnąłem się do niego – ty też nie jesteś taki zły.
Rozpromienił się. Ucieszył się, że uzyskał przebaczenie.
Nagle obszedł łóżko, a wtedy zauważyłem w kieszeni jego spodni znajomą różową okładkę. Verne usiadł na krześle, na którym wcześniej siedział nasz ojciec, ja zaś zastanowiłem się, czy Podręcznik dobrego brata miał coś wspólnego z tą nagłą zmianą.
– Bracie, skąd masz tę książkę? – spytałem.
– Oh, tę? – Wyciągnął ją z kieszeni. – Tata i Marty mi ją pokazali. Przejrzałem ją i muszę przyznać, że jest strasznie głupia. Którzy starsi bracia spędzają z młodszym rodzeństwem całe dnie, robiąc te wszystkie durne rzeczy, i mają z tego frajdę?
– Tak, to prawda – odparłem z uśmiechem. – To wyjątkowo głupia książka.

[FF:Powrót do przyszłości] Jego dziedzictwo

Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Emmett Brown miał dość przeciętny głos. Trochę fałszował, jeśli zaczął śpiewać zbyt głośno, ale jeśli tylko zachował odpowiedni ton, dało się go słuchać i to jeszcze z pewnego rodzaju przyjemnością. Klara lubiła sposób w jaki jej mąż śpiewał ich chłopcom kołysankę i często stała w korytarzu albo siedziała w fotelu, niby to zajęta swoimi sprawami, ale jednak wsłuchana w te dziwne niemieckie słowa wyśpiewywane pod melodię kołysanki Brahmsa.

Co prawda, nie rozumiała zbyt dobrze tych słów (co najwyżej domyślała się znaczenia co poniektórych), ale brzmiały całkiem ładnie. Być może połowa sukcesu polegała na tym, że próbując uśpić Julesa i Verne’a, Emmett śpiewał cicho i delikatnie. Jednocześnie była w jego głosie jakaś dziwna melancholia.

Guten Abend, gut' Nacht
Von Englein bewacht
Die zeigen im Traum
Dir Christkindleins Baum
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies
Czasami Klara zastanawiała się, dlaczego śpiewał tę piosenkę akurat po niemiecku. Kiedyś nawet zapytała o to Emmetta, a on odpowiedział jej, że to jedyna wersja jaką zna. Wspominał też, że ma jakieś niemieckie korzenie, ale nie powiedział nic poza tym. Jakby się czegoś wstydził i nie chciał o tym mówić. Klara nie naciskała. Wydawało jej się, że to nie było nic wielkiego. Przecież nie mówił z mocnym, niemieckim akcentem ani nie zdradzał upodobań do piwa i golonki, nie mówiąc już o tym, że miał najbardziej anglosaskie nazwisko, jakie mogła sobie wyobrazić – Brown. W zasadzie jedynymi rzeczami, które świadczyły o pochodzeniu doktora Browna, była owa niemiecka kołysanka i jego drugie imię, zwykle ukryte za inicjałem „L” – Lathorp.
Właśnie dlatego dochodziła zawsze do wniosku, że „niemieckie korzenie” oznaczają jakąś małą, nic nieznaczącą gałązkę, jakiegoś przodka po kądzieli, który wżenił się w rodzinę i przepadł gdzieś w drugiej linii. Zresztą nie obchodziło jej to. Była szczęśliwa z Emmettem, takim jaki był, a cała reszta nie miała znaczenia.
Ale pewnego wieczora to się zmieniło i musiała spojrzeć na rodzinę męża w zupełnie inny sposób.

Tego wieczora Marty przyszedł do rodziny Brownów, aby pomóc doktorowi w pracy nad jakimś ważnym eksperymentem, wymagającym nocnego oświetlenia. Wyrwana z zasłuchania, Klara natychmiast otworzyła mu drzwi i wpuściła do środka, kładąc palec na ustach. Emmett tymczasem kończył śpiewać chłopcom kołysankę. Panująca w domu cisza sprzyjała temu, aby i Marty mógł usłyszeć słowa ostatniej zwrotki:

Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt.
– Łał, nie wiedziałem, że doktor umie śpiewać – szepnął do Klary chłopak. – Co prawda, nie rozumiem ani słowa, ale on zapewne wie o czym śpiewa.
Zaraz jednak posmutniał i dodał:
– Ale z drugiej strony, pierwsza wojna światowa i te sprawy… Być może nie chce o tym myśleć.
Klara spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
– O czym ty mówisz, Marty?
Podniósł brwi.
– Chyba ci o tym opowiadał, prawda? Jego ojciec przyjechał z Niemiec do Ameryki w 1905. Jego prawdziwe nazwisko rodowe to von Braun.
– Prawda – zaczęła niepewnie – mówił, że ma niemieckie korzenie, ale nic poza tym. Myślałam, że to tylko jakaś mała część jego rodziny.
– Zapewne sam bym się nie domyślił, gdyby w 1955 mi o tym nie wspomniał. Wiesz, wtedy jak znalazłem jego nagrobek i szukałem jakichś informacji o nim w 1885 roku. A potem spotkałem wujka Olivera w trakcie podróży w przeszłość. Nie miało się wątpliwości, że niemiecki jest jego pierwszym językiem, bo mówił z wyraźnym akcentem. Nawet nosił tradycyjne bawarskie portki – dodał z uśmiechem.
– A więc jego ojciec był Niemcem? – zdumiała się Klara. – Chcesz powiedzieć, że Emmett jest potomkiem imigrantów?
– Jest coś złego w byciu potomkiem imigrantów? Moja rodzina pochodzi z Irlandii. – powiedział nieco ostrzej Marty, ale wciąż cicho, aby czasem nie obudzić chłopców.
– Nie o to mi chodziło – próbowała się bronić Klara. – Po prostu… – urwała i spuściła na moment wzrok, aby po chwili namysłu dodać: – Po prostu nigdy nie mówił za wiele o swoich niemieckich przodkach, więc uznałam, że to dalecy przodkowie. – Popatrzyła mu w oczy. – Ale dlaczego jego ojciec zmienił nazwisko?
Marty wziął głęboki oddech i przeniósł wzrok na przestrzeń przed sobą. Potem znów popatrzył na Klarę i z niepewną miną powiedział:
– Powiedzmy, że Ameryka nie była zbyt miła dla Niemców, Węgrów i Austriaków podczas pierwszej wojny światowej.
– O, już jesteś, Marty. To dobrze – zdradził swoją obecność doktor Brown.
Klara i Marty nie wiedzieli, czy usłyszał cokolwiek z ich rozmowy, ale podejrzewali, że stał na piętrze jakiś czas po opuszczeniu pokoju Julesa i Verne’a. Zaczął schodzić po schodach, ciągnąc dalej:

 

– Wszystko gotowe do eksperymentu. Musimy tylko założyć gogle i stroje ochronne. Spokojnie – dodał z uśmiechem, widząc zmieszanie chłopaka. – Tym razem nie ma żadnego plutonu skradzionego libijskim terrorystom. – Zwrócił się do Klary: – Będziemy na parkingu Centrum Handlowego Samotna Sosna. W razie czego dzwoń. Myślę, że wrócimy za jakąś godzinę.
Życzyła im powodzenia. Pożegnali się i wyszli na dwór, zostawiając Klarę samą z jej myślami.
W tamtym momencie zdała sobie sprawę z tego, że Emmett ukrywał przed nią więcej, niż jej się zdawało. Owe „niemieckie korzenie” nagle okazały się być czymś większym. Dlaczego nie chciał o tym mówić? Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to o jego rodzinie wiedziała strasznie mało. Wiedziała tylko, że jego ojciec był sędzią i że w wakacje Emmett mieszkał z wujkiem Oliverem, który był… nieco zwariowany. Drugiego z nich odwiedzili ostatnio Marty, Jules i Verne. Teraz Klara żałowała, że nie uczestniczyła w tej podróży.
Pomyślała, że dobrze byłoby się już przespać. Weszła na górę, do sypialni, aby się przygotować. Kiedy już miała przebrać się w koszulę nocną, jej wzrok padł na półkę, na której oboje z Emmettem trzymali różne książki. Były tam między innymi pierwsze dzieła Juliusza Verne’a, które oboje dostali albo kupili, jak również stare podręczniki i encyklopedie. Był też tam stary, poszarpany i osmolony na rogach album ze zdjęciami.
Emmett twierdził, że większość jego rodzinnych zdjęć spaliła się w tym pożarze w 1962. Udało mu się ocalić tylko ten jeden album.
Klara wyciągnęła rękę po album, a potem usiadła na łóżku i otworzyła książkę. Już na pierwszej stronie zobaczyła rodzinną fotografię, zrobioną zapewne w jakimś zakładzie, który teraz już nie istniał. Ubrani bardzo elegancko, ustawieni w dystyngowany sposób, trochę spłowiali przez czerń i biel fotografii oraz czas, który minął od momentu wykonania zdjęcia. Teść – według Emmetta miał na imię Erhardt – wydał się Klarze bardzo poważnym, surowym mężczyzną o chłodnych oczach, skrytych za okularami oraz ciemnych, przylizanych włosach i szczupłej sylwetce. Teściowa – Sara – wyglądała na sympatyczną i pełną czułości panią domu – jasne włosy upięte w kok, prosta sukienka z kołnierzem i delikatny uśmiech na okrągłej twarzy… Była bardzo ładna. Wuj Oliver zdawał się być dość osobliwym człowiekiem w średnim wieku. Gęste wąsiska i okulary grube jak denka od butelek nadawały mu wygląd ekscentryka.
A pośrodku zdjęcia, na rękach matki znajdowało się dziecko. Najwyżej trzyletnie maleństwo w krótkich spodenkach, białej koszuli i szelkach. Klara mimowolnie uśmiechnęła się i położyła dwa palce do twarzy niemowlęcia, które teraz było jej mężem. Napis na dole głosił: „Hill Valley, 12 maja, 1917”.
Posmutniała. Naraz zaczęły się kłębić w jej głowie przeróżne pytania. Jak wyglądała codzienność w domu Brownów (czy też raczej – von Braunów)? Mówili przy obiedzie po niemiecku? Praktykowali jakieś niemieckie tradycje? Czytali w oryginale Goethego, Hegla, Kanta i Schillera?
Jakie dzieciństwo miał Emmett? Czy jego ojciec zachowywał się jak pruski dowódca? I jak zareagował na to, co działo się w Europie, kiedy wybuchła druga wojna światowa? Ta słynna wojna, w której Niemcy pokazali, jakie okrucieństwo może wywołać w narodzie jeden człowiek…
A może to właśnie dlatego Emmett nie chciał mówić o swojej rodzinie. Bo wstydził się tego, co robili jego rodacy w tamtym okresie.
Zaczęła przeglądać inne zdjęcia. Do lat trzydziestych były to głównie fotografie robione w zakładzie na różne okazje – konfirmację Emmetta, śluby, na których członkowie rodziny Brownów byli świadkami; chrzciny dalekich krewnych, przyjęcia urodzinowe… Cicha kronika życia rodzinnego, której jedynymi komentarzami były daty i krótkie opisy, pozbawione głębszych wyjaśnień. Klara oglądała każdą fotografię bardzo dokładnie, próbując oszacować kto jest kim, ale kiedy na zdjęciu pojawiała się nie tylko znajoma jej czwórka, w zasadzie zalewała ją fala obcych twarzy, o których nic nie wiedziała.
Zamknęła album, ale jeszcze nie odkładała go na półkę, tylko trzymała go na kolanach i rozmyślała o wszystkim, czego się dowiedziała w ciągu tych kilku minut. Marty powiedział, że w okresie pierwszej wojny światowej imigranci z Węgier, Austrii i Niemiec nie byli dobrze traktowani w Ameryce. Klara, oczywiście, zapoznała się z historią dwudziestego wieku, ale pierwsza wojna światowa kojarzyła jej się tylko z manewrami wojsk podzielonych na dwa obozy i późnym przystąpieniem Ameryki do działań zbrojnych. Rozdział o doli imigrantów jakoś jej umknął.
Podniosła się na równe nogi, odłożyła album na półkę i wzięła podręcznik do historii. Od razu znalazła rozdział poświęcony pierwszej wojnie światowej i zaczęła szukać jakichś wieści dotyczących sytuacji Ameryki przed przystąpieniem do wojny, ale kilka kartek było powyrywanych, a te, które pozostały, dotyczyły przede wszystkich działań zbrojnych na frontach Europy. Klara westchnęła i wyciągnęła encyklopedię. Znalazła hasło: „pierwsza wojna światowa”, ale tam również nie było nic o imigrantach, tylko ogólnikowo o samym konflikcie. Pomyślała, że mogłaby jeszcze sprawdzić „migrację” w nadziei, że znajdzie tam jakieś dane na temat historii zjawiska w Ameryce, ale doszła do wniosku, że to nic nie da.
Nagle zaświtał jej w głowie pewien pomysł. Skoro źródła historyczne nie chciały jej pomóc, sama musiała dowiedzieć się prawdy. Postanowiła wziąć Deloreana i wybrać się do dnia, w którym zrobiono jedną rodzinnych fotografii Brownów. I już wiedziała którą. Kilka minut później, ubrana w strój z epoki – prostą, białą koszulę, szeroką, granatową spódnicę i mały kapelusik na głowie – Klara, zamknęła dom na klucz (podejrzewała, że i tak pewnie wróci kilka sekund po wyjeździe, więc nie musiała martwić się o dzieci), weszła do samochodu i ustawiła datę 12 maja 1917.
Była trochę podenerwowana tym, co miała za chwilę zrobić. Nie chodziło o to, że sama wybierała się w podróż w czasie, bo robiła to tyle razy, że wiedziała jak postępować, aby nie narobić bałaganu. Specjalnie wybrała rok, w którym Emmett już był na świecie, aby czasem nie sprawić, że się w ogóle nie narodzi.
Denerwowała się z zupełnie innego powodu. Miała spotkać się z rodziną swojego męża. Oczywiście, nie powie im kim jest. Zapewne w ogóle nie  pokaże im się na oczy, tylko rozejrzy po okolicy. Z drugiej strony bardzo chciała znaleźć się w ich domu i zobaczyć jak tam jest…
No nic. Zobaczy się. Najważniejsza była dyskrecja i ostrożność. Klara nacisnęła pedał gazu, nabrała prędkości i wyruszyła do Hill Valley w roku 1917.
Zaparkowała w starej stodole, która miała w przyszłości należeć do Peabody’ch, ale teraz stała pusta. Następnie Klara wyszła na zewnątrz i zaczęła iść ścieżką w stronę miasta. Było południe, słońce świeciło na niebie. Czuła jak wiał lekki zefirek, unosząc w powietrzu woń kwiatów i ziół. Po kilku minutach podróży piechotą na drodze pojawił się jakiś mężczyzna, siedzący na wozie z napisem: „Dostawy handlowe Hill Valley”.
– Przepraszam, że przeszkadzam – zapytał, jadąc tuż obok Klary. – Zobaczyłem panią, idącą tą drogą, i pomyślałem, że zmierza pani do miasta.
Klara rozpoznała w nim Williama McFly’a. Wyglądał zupełnie jak Marty, tylko ubrany w koszulę i szelki. Uśmiechnęła się i odpowiedziała:
– Tak, ma pan rację. Muszę coś załatwić w Hill Valley.
– Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale również jadę w tę stronę i tak się zastanawiam, czy nie zechciałaby pani, aby ją podwieźć.
Znów się uśmiechnęła. Zapewne, gdyby to był jakiś inny mężczyzna, miałaby wątpliwości, czy przyjąć jego propozycję, ale miała przed sobą McFly’a. Mogła się spodziewać słabego charakteru, jak u George’a McFly’a albo wybuchowego temperamentu Marty’ego, jednak żaden McFly, którego spotkała albo o którym jej opowiadali Emmett i jego młody przyjaciel, nigdy nie zachowywał się nieprzystojnie wobec kobiety.
Tak więc przystała na propozycję Williama i z jego pomocą zajęła miejsce obok niego na wozie. Przez chwilę siedzieli tak w milczeniu. A potem mężczyzna najwyraźniej zapragnął przerwać niezręczną ciszę i zacząć jakąś miłą konwersację, bo nagle ją zagadnął:
– Mam nadzieję, że ta wojna w Europie się szybko skończy. Wszyscy mamy jej już serdecznie dość.
– Nie liczyłabym na to – odparła Klara, uśmiechając się nerwowo. – Wydaje mi się, że potrwa jeszcze parę ładnych lat.
– Zapewne ma pani rację, ale pomarzyć zawsze można. – Zmienił temat: – Cóż takiego wzywa panią do miasta, że idzie tam pani piechotą i do tego sama?
Klara zawahała się przed odpowiedzią. Miała mu opowiedzieć o tym, że szuka von Braunów? To mogłoby być ryzykowne. Z drugiej strony, mógł coś o nich wiedzieć. Ale co, jeśli w ogóle ich nie znał? Chwileczkę…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Spojrzała na Williama McFly’a i oświadczyła:
– Szukam porady prawnej. Zna pan może jakiegoś dobrego prawnika, który mógłby mi jej udzielić za przystępną cenę?
– Przykro mi. Nie znam nikogo takiego. Jest kancelaria adwokacka, ale oni biorą bardzo duże pieniądze.
– A jak tam z waszym sędzią? Dobrze się sprawuje? Pewnie nawet w taki piękny dzień ma pełne ręce roboty.
– Nie wiem, co stary Strickland robi w wolnym czasie, ale zapewne to samo, co w pracy: oskarża wszystkich o moralną zgniliznę.
Brwi Klary podniosły się nieznacznie.
– A pozostali sędziowie?
– Zobaczymy jak jakiegoś przyślą. Niełatwo się pracuje ze Stricklandem. Współczuję jego asystentowi. Biedny Erhardt Brown…
Klara popatrzyła na swojego rozmówcę.
– Robi całą tę szaloną robotę dla sędziego, a ten daje mu wolne tylko raz na dwa miesiące, nie licząc świąt. Jeszcze biedak mówi w taki dziwny sposób… Mam nadzieję, że Strickland nie uzna go za niemieckiego szpiega.
Szpiega? – chciała zapytać Klara, ale nie zdążyła, bo William mówił dalej:
– To ciężko pracujący, młody człowiek, oraz odpowiedzialny mąż i ojciec, ale wyraźnie nie-Amerykanin. Wciąż się uczy angielskiego, jednak choć wiele rozumie i mówi całkiem nieźle, ciągle słychać ten jego akcent.
– Widzę, że bardzo dobrze pan go zna – zapytała ostrożnie jego pasażerka.
– To małe miasteczko. Wszyscy się znają, mniej lub bardziej. – Odwrócił się do niej i uśmiechnął.
Wjechali na plac miejski. William pomógł Klarze zejść z wozu, pożegnał się i pojechał w swoją stronę. Plac wyglądał zupełnie inaczej, niż Klara go zapamiętała z 1985 czy nawet z 1885. Zamiast asfaltu, jezdnie i drogi wybrukowane były szarymi kamieniami. Nie było kina, myjni samochodowej ani baru Lou (jak również stojącego w jego miejscu saloonu), za to był bank, sklep z ubraniami, lodziarnia i zakład fryzjerski. No i budynek sądu, który górował nad placem od 1885 ze swoim słynnym zegarem. Na zielonym trawniku pośrodku placu stało stoisko werbunkowe do armii, a kilka metrów dalej znajdowała się budka Czerwonego Krzyża, gdzie jakieś dwie kobiety zbierały pieniądze i rozdawały ulotki.
W pierwszej chwili Klara nie wiedziała, co robić. Usiadła na ławce i zaczęła się zastanawiać na tym, gdzie mogłaby poszukać Brownów. Potrzebowała jakiegoś punktu zaczepienia. W zasadzie nie wiedziała zbyt wiele o zdarzeniach tego dnia. Wiedziała tylko, że zrobili sobie zdjęcie. Ale gdzie? Może powinna spytać kogoś o zakład fotograficzny.
Ludzie, którzy ją mijali, sprawiali, że czuła się jakby była znów w dziewiętnastym wieku. Było coś kojącego i swojskiego w długich sukienkach kobiet i eleganckich garniturach mężczyzn, oraz w tym, że nie było tam żadnych samochodów i dziwacznych budynków. Czasami, żyjąc w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, Klara czuła tęsknotę za światem, który znała i który opuściła. Mimo że technika czyniła wszystko prostsze, Klara miała wiele razy ochotę przenieść się znów do dziewiętnastego wieku. Rok 1917 był pod pewnymi względami podobny do jej czasów, nie mówiąc już o tym, że Hill Valley było o wiele bardziej cywilizowane, niż w 1885, kiedy była w tym miejscu tylko garstka budynków, piach i kurz. Poza tym był bardzo ładny dzień – słońce świeciło, było ciepło i miło.
Jej wzrok padł na lodziarnię. Pomyślała, że skoro już tu jest, to mogłaby kupić sobie lody, a przy okazji wypytać o zakład fotograficzny. Podniosła się z ławki i skierowała w tamta stronę. Przeszła przez ulicę i weszła do środka. Lodziarnia wydawała się przestronna – zmieściło się tam z sześć stolików. Ściany pokryte były drewnianymi panelami. Zdobiły je pejzaże, karykatury i plakaty reklamowe. Za ladą z metalowymi pojemnikami stała kobieta w białym fartuchu i czepku, która właśnie podawała jakiejś parze puchary z – wnosząc po zielonym kolorze – pistacjowymi gałkami lodów.
Klara podeszła do lady i przyjrzała się oferowanym smakom, ale jej wzrok padł na wiszący koło drzwi plakat przedstawiający mężczyznę w szarym mundurze i charakterystycznym hełmie ze szpicem. Mężczyzna nachylał się nad bezkresnym morzem, jakby się przyczajał. Bagnet trzymanego w prawej ręce karabinu był zakrwawiony, tak samo jak place lewej ręki. Napis pod spodem głosił: „Odeprzyj Huna obligacjami wojennymi”. Klara prychnęła śmiechem. To miał być Hun? Kiedy ona myślała o Hunach, stawał jej przed oczami niski Azjata, a nie niemiecki żołnierz.
Po chwili jednak spoważniała. Ten Niemiec na plakacie wyglądał jak demon. To zrozumiałe. Ameryka toczyła wojnę z Niemcami. Trzeba było przekonać obywateli do tego, aby wspierali wysiłek wojenny. Z drugiej strony wiedza, że rodzina Emmetta pochodzi z Niemiec, sprawiała, że na widok tego plakatu Klarę przeszły ciarki.
Przeniosła wzrok na lody, chcąc wybrać smak, a wtedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Mimowolnie spojrzała za siebie i nagle oniemiała. Nie mogła uwierzyć własnym oczom i własnemu głupiemu szczęściu.
Stali tam, wyjęci jak ze zdjęcia. Tylko tym razem mogła przekonać się, że przyszły sędzia Brown miał kasztanowe włosy i ubrany był w granatowy garnitur. Jego żona była blondynką, ubraną w jasnoniebieską sukienkę. Trzymała za rękę ubranego w czarne spodenki synka. Wujek Oliver prezentował się bardzo jaskrawo na ich tle. Nie tylko był ognistym rudzielcem, ale także nosił zielony garnitur.
Klara szybko zdała sobie sprawę z tego, że się gapi, więc przeniosła wzrok na ścianę.
– Witam, państwo Brown – powiedziała sklepikarka, a oni przytaknęli głowami. Tylko wujek Oliver pomachał do niej z uśmiechem.
Gute… Au! – zaczął, ale ojciec Emmetta szybko stanął mu na stopie.
Następnie złapał go za ramię i z nerwowym uśmiechem powiedział do żony:
– Kochanie, ty i Emmett zastanówcie się jakie chcecie lody, a ja i Oli wyjdziemy się przewietrzyć.
Klara musiała przyznać, że rzeczywiście słychać było jego mocny, niemiecki akcent.
Pani Brown przytaknęła na propozycję męża i natychmiast podeszła wraz z synem do lady. Tymczasem pan Brown wyprowadził krewnego za drzwi i skręcił w bok. Klara wodziła za nimi wzrokiem i postanowiła zobaczyć o co chodzi.
– Przepraszam – zwróciła się do sklepikarki. – Zaraz wracam. Chyba zobaczyłam znajomego. Może pani zająć moje miejsce – dodała na prędce do Sary.
Wyszła szybkim krokiem z lodziarni. W mgnieniu oka zobaczyła zaułek pomiędzy sklepem a jakimś innym budynkiem i usłyszała dochodzące z niego szepty. Ostrożnie podeszła bliżej (ale tylko dwa kroki, na wypadek gdyby Sara Brown ją obserwowała) i wsłuchała się w niemiecki dialog.
Du bist ein idiot, Oli[1] – powiedział Erhart Brown.
Was? Es ein Fehler gewesen[2]tłumaczył się wuj Oliver.
Wir können nicht Deutsch sprechen. Nicht öffentlich, enzig im der Haus[3] – ganił go krewny.
Przez kilka sekund trwała cisza, a potem wujek Oliver odparł:
Ja, du recht behaltest. Entschuldigung dich. Ich umsichtig werde.[4]
Klara żałowała, że nie miała tych tłumaczących słuchawek, które jej mąż zabrał ze sobą do starożytnego Rzymu. Musiała zdać się na własną intuicję. A intuicja podpowiadała jej, że awantura dotyczyła tego, co wujek Oliver miał powiedzieć do sklepikarki. Słowo „können” brzmiało zupełnie jak angielskie „móc”, a „Haus” przywodziło Klarze na myśl wyraz „dom”. Czy mogło chodzić o to, że mogli mówić po niemiecku tylko w domu, a nie na ulicy?
Przeczuwając, że zaraz będą wracać do lodziarni, Klara szybko weszła pierwsza i stanęła za Sarą Brown. Wkrótce panowie przekroczyli próg lodziarni i dołączyli do Sary i Emmetta. Chłopiec właśnie przyglądał się kolorowym lodom, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować. Był podekscytowany, wręcz podskakiwał z rękoma opartymi na oddzielającej go od lodów szybie. Zamiast jednak wołać na całe gardło: „Mamo, mamo, ja chcę te!”, pociągnął matkę za rękę, a ona zniżyła się do jego poziomu i wysłuchała, co miał jej do powiedzenia na ucho. Po chwili pokręciła głową i też coś do niego szeptała.
– Czy już się zdecydował? – spytał wujek Oliver, uśmiechając się.
– Nie – odparła Sara, również z uśmiechem, i wyprostowała się. – Nadal nie wie, czy chce lody orzechowe z waniliowymi, czy też raczej truskawkowe ze śmietankowymi.
Dziwna rzecz: kiedy Erhardt mówił po angielsku, jego akcent nadawał mu powagi i surowości. Kiedy zaś odzywała się Sara, nawet z akcentem wydawała się osobą miłą i łagodną.
– Pospiesz się, bo wybiorę ci najgorszy smak jaki miałeś w ustach – powiedział do syna Erhardt i wyszczerzył zęby w złośliwym uśmieszku.
Emmett w końcu się zdecydował i powiedział matce na ucho. Niebawem nie tylko on, ale także cała reszta rodziny wzięła swoje lody i usiadła w głębi lodziarni. Mały zaczął jeść w ciszy lody, a jego ojciec, matka i wuj – rozmawiać cicho na jakiś temat. Po ich żywej mimice twarzy Klara domyśliła się, że konwersacja, którą toczą, musi mieć bardzo zajmujący temat.
– A co dla pani? – wyrwała ją z zapatrzenia sklepikarka, w której głosie słychać było już irytację.
– Oh… wanilia i truskawka – powiedziała szybko Klara.
Podczas gdy kobieta realizowała jej zamówienie, ona znów spojrzała na Brownów. Mały Emmett właśnie nabrał sobie bardzo duży kawałek lodów, który w połowie drogi do jego ust spadł na jego białą koszulę. Wuj Oliver się zaśmiał, Erhardt spojrzał na syna surowym wzrokiem, a Sara wzięła serwetkę i zaczęła wycierać plamę na ubranku chłopca. Ot, normalna scena z życia rodzinnego. Jules i Verne też się często brudzili przy jedzeniu lodów, z tym że Emmett zawsze wyciągał z kieszeni jakiś odplamiający wynalazek.
– Pani lody – powiedziała sklepikarka.
Klara zapłaciła, wzięła puchar z deserem i rozejrzała się za jakimś miejscem. W zasadzie chętnie przysiadłaby się do Brownów i spróbowała z nimi porozmawiać, ale raz, że byłoby to niegrzeczne z jej strony, dwa – mogłaby niechcący zrobić albo powiedzieć coś, co zakłóciłoby ciągłość wydarzeń; i trzy – wszystkie krzesła przy ich stoliku były już zajęte i gdyby się teraz wprosiła, zrobiłoby się ciasno. Ale za nimi był wolny stolik. Nie za daleko od nich i nie za blisko. Toteż Klara zaczęła iść w tamtą stronę.

 

Zaraz jednak drzwi się otworzyły i usłyszała za sobą głos Williama McFly’a:
– O, to pani!
Odwróciła się, a pradziadek Marty’ego podszedł do niej. Ludzie w lodziarni, którzy na jego widok przerwali swoje sprawy, teraz do nich powrócili.
– I jak? Znalazła pani to, czego szukała? – spytał. Nagle jego wzrok padł na Brownów. – Ma pani szczęście. Erhardt tu jest. Może pani go zapytać o radę.
– Nie sądzę, aby… – zaczęła, ale on szybko przedarł się do stolika Brownów.
– Hej, Erhardt – odezwał się do niego. Erhardt podniósł na McFly’a wzrok, zdradzający jego niechęć do rozmowy. William się jednak nie przejął. – Ta pani przyjechała do miasta po poradę prawną.
– Jest kancelaria adwokacka. Ja mam dzisiaj wolne – odparł stanowczo Erhardt.
– Racja, panie McFly – wtrąciła Klara. – Pan Brown pewnie chciałby spędzić ten dzień ze swoją rodziną.
William podniósł brwi, zdradzając lekkie zdziwienie. Klara zdała sobie sprawę, że popełniła błąd, wymieniając jego nazwisko. Przecież jej go nie zdradził. Teraz mogła mieć tylko nadzieję, że William McFly dojdzie do wniosku, że jednak to zrobił, tylko zapomniał.
– W każdym razie – próbowała ratować się dywersją – ta sprawa, z którą przyszłam, okazała się nie być aż tak ważna.
– Ależ pani przeszła taki szmat drogi… – powiedział William.
– Pomyślałam, że skoro już jestem w mieście, mogę skorzystać z tutejszych atrakcji. – Uśmiechnęła się nerwowo. – W każdym razie nie chcę przeszkadzać państwu Brown. Proszę nie zwracać na mnie uwagi.
Jej wzrok padł na Emmetta. Chłopiec nie zwracał uwagi na dziwną panią, bo zajęty był dokańczaniem swoich lodów, ale Klara bała się tego, że ją zapamięta. To mogłoby zaowocować w przyszłości różnymi niemiłymi konsekwencjami.
Bez słowa usiadła w miejscu, które sobie wcześniej upatrzyła. Ręce prawie już skostniały jej od ciągłego trzymania pucharu z lodami, toteż poczuła ulgę, kiedy tylko postawiła go na stoliku. William McFly stał przez chwilę, najwyraźniej nie wiedząc co ze sobą zrobić, kiedy nagle do lodziarni wkroczył jakiś młokos i zawołał w jego stronę:
– Hej, McFly!
Klara od razu rozpoznała w nim rysy Tannenów. Wyglądał na jakieś piętnaście-szesnaście lat, pod nosem rósł mu – na razie mizerny – wąs. Jego głos przechodził właśnie mutację, a ubranie było znoszone i brudne.
William odwrócił się w jego stronę i beznamiętnym tonem powiedział:
– Dla ciebie „pan McFly”, Irving. Nie nauczono cię szacunku dla starszych?
Irving Tannen? Czy to nie było prawdziwe nazwisko Kida Tannena? Tego, który terroryzował Hill Valley w 1931? Teraz zapewne był tylko początkującym gangsterem, być może drobnym złodziejaszkiem. W każdym razie nie można było się po nim spodziewać niczego dobrego. Nagle w lodziarni zrobiło się tłoczno.
Klara obserwowała jak Kid podchodzi do Williama i z bezczelnym uśmieszkiem mówi:
– O przepraszam, panieMcFly. Zapomniałem, że chłopak na posyłki jest bardzo szlachetną i godną szacunku profesją.
– Sam jesteś leniem, więc nie masz prawa oceniać innych, chłopcze – odezwał się Erhardt Brown. – Nie dajesz pożytku społeczeństwu, więc trzymaj język za zębami.
– Ach tak? – Irving oparł ręce na stoliku Brownów i pochylił się nad Erhardtem. Jego twarz przybrała bardziej poważny wyraz. Zaczął mówić cichym, przerażającym tonem: – Myślisz, że jak zmieniłeś nazwisko, to już jesteś Amerykaninem. Otóż nie, von Braun. Zawsze pozostaniesz szkopem. – Odszedł o dwa kroki i powiedział nieco głośniej: – Skąd mamy wiedzieć, że nie działasz na dwa fronty i nie sprzedajesz naszych tajemnic przyjaciołom za oceanem?
– Bo mieszka tutaj od 1905 i ciężko pracuje dla dobra naszego miasta – bronił Erhardta William. – Pomaga naszemu sędziemu i służy darmową poradą prawną. To uczciwy człowiek i jeśli jeszcze raz go znieważysz, dostaniesz w pysk.
Jedząc lody i przyglądając się tej scenie, Klara czuła wielki smutek. Brownowie przyszli tutaj, aby spędzić miły, rodzinny dzień, a Irving wszedł i ich obrażał. Dlaczego wszyscy Tannenowie musieli psuć ludziom zabawę? Dlaczego raz nie mogli zostawić porządnych obywateli w spokoju?
– Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, McFly, toczymy wojnę z Niemcami. Po czyjej jesteś stronie? Naszej czy ich?
– Po tej właściwej. Wynoś się stąd.
Spojrzała na Brownów. Oliver spuścił wzrok na podłogę, Sara tuliła do siebie Emmetta, który wyglądał na skołowanego całą sytuacją, a Erhardt tylko patrzył beznamiętnie na scenę przed sobą. Klara zastanawiała się, co też musiał teraz myśleć. Czy żałował, że wyszedł z domu? Czy żałował tego, że przyszedł do tej lodziarni? Czy żałował przyjazdu do Ameryki?
Klara popatrzyła na Emmetta. Chłopiec wtulił się mocniej w matkę, a na jego twarzy malowało się przerażenie. To był jej przyszły mąż. Małe, kruche dziecko, które było światkiem tego, jak mieszano jego ojca z błotem. Za osiem lat przeczyta dzieła Juliusza Verne’a i postanowi zostać naukowcem. Za kilkanaście następnych lat wpadnie na pomysł kompresora czasu, aby w wieku sześćdziesięciu lat skonstruować Deloreana i przenieść się w czasie. Trafi do roku 1885, uratuje jej – Klarze – życie, zakochają się w sobie i będą mieli dwóch wspaniałych synów. Ale teraz wydawał się jej taki bezbronny, taki przerażony…
Nagle Erhardt podniósł się z krzesła. Jego twarz wciąż była poważna, ale Klara miała wrażenie, że walczył ze sobą, aby nie wybuchnąć. Tannen i William spojrzeli na niego ze zdziwieniem, to samo jego rodzina.
– Saro, Olivierze, chodźmy stąd – powiedział krótko.
Wszyscy troje wstali i ruszyli za głową rodziny w stronę wyjścia.
– Uciekasz, von Braun?! – zawołał za nim Irving.
– Erhardt, zaczekaj! – dodał William.
Pan Brown nawet się do nich nie odwrócił. Po prostu wyszedł wraz z rodziną i skierował się przed siebie. Przez chwilę korciło Klarę, aby za nimi pobiec i jakoś ich pocieszyć, ale postanowiła tego nie robić. Nie wiedziałaby, czy to, co by powiedziała, nie zmieniłoby historii.
Poza tym nie musiała za nimi biec, bo William McFly sam to zrobił. Obserwowała jak za oknem zatrzymuje ich i coś im mówi, oni uśmiechają się przyjaźnie, ale potem uśmiech Erhardta przybiera bardziej gorzki wyraz. Ściska jego rękę i coś odpowiada. Prawdopodobnie dziękuje mu za dobre słowo. A potem odchodzi wraz z Sarą, Emmettem i Oliverem w swoją stronę.
Irving także opuścił lodziarnie, najwyraźniej nie mając tam nic do roboty. Klara postanowiła wracać do domu. Wyszła na zewnątrz i od razu odnalazła Williama.
– Może mnie pan podwieźć do domu, panie McFly? – spytała, kiedy tylko do niej podszedł.
Zgodził się i natychmiast zaprowadził ją do swojego wozu. Pomógł jej wejść i ruszyli w drogę. Przez jakiś czas milczeli, ale kiedy tylko opuścili teren miasta, William wreszcie się odezwał:
– Wie pani. On to zrobił, aby chronić swoją rodzinę.
Rzuciła mu pytające spojrzenie. Nawet się do niej nie odwrócił.
– Erhardt. Zmienił nazwisko na „Brown”, aby chronić rodzinę. Nie chciał, aby byli prześladowani za to, że są Niemcami. Zrobił to zwłaszcza dla syna. Malec ma tylko trzy lata i nie rozumie, dlaczego nie może mówić po niemiecku poza domem ani dlaczego czasem ktoś spogląda na nich krzywo. Erhardt musiał pokazać, że jest Amerykaninem, a nie Niemcem. Wie, pani – spojrzał na nią, a potem znów na drogę – ja jestem z pochodzenia Irlandczykiem. Nie wiem, czy byłbym w stanie wyprzeć się własnych korzeni, gdyby zaszła taka potrzeba.
Klara wciąż miała przed oczami scenę z Irvingiem Tannenem i przerażoną twarz Emmetta; karykaturalne przedstawienie niemieckiego żołnierza na plakacie propagandowym, a także Erhardta i wujka Olivera mówiących szeptem w ojczystym języku. Przybyła tutaj dowiedzieć się czegoś o rodzinie Emmetta i dlaczego zmienili nazwisko. Teraz już wiedziała. I ta wiedza sprawiała, że chciało jej się płakać.
William odstawił ją tam, gdzie chciała, a kiedy tylko zniknął na horyzoncie, weszła do Deloreana i powróciła do domu dokładnie o tej samej godzinie, o której wyruszyła. Weszła do środka, a potem po schodach, kierując się do sypialni. Zanim jednak zdążyła tam wejść, zamek w drzwiach frontowych zazgrzytał i do domu wszedł Emmett. Najwyraźniej Marty powrócił już do siebie, bo doktor Brown nie żegnał się z nim, tylko zamknął za sobą drzwi. Kiedy podniósł wzrok i zobaczył swoją żonę, na jego twarzy pojawiło się zdziwienie.
– Nie śpisz, kochanie? – spytał.
– Nie, nie mogłam zasnąć – odparła z lekkim uśmiechem. – Jak poszedł eksperyment?
– Pozostawiliśmy wielką dziurę na środku parkingu, ale eksperyment chyba się udał – odrzekł i również się rozpromienił. A potem ziewnął i dodał: – Czas chyba się położyć.
– Tak, czas się położyć – powiedziała Klara.
Wszedł na schody i zaraz znów spojrzał na żonę ze zdziwieniem.
– Zmieniłaś strój? Przysiągłbym, że kiedy wychodziłem, byłaś w innej sukience.
– Chciałam sprawdzić, czy ta jeszcze dobrze na mnie leży – skłamała, a on rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.
– Nieważne. Chodźmy spać – powiedział tylko.
Wspiął się na szczyt schodów i skierował się do sypialni. Klara poszła za nim. W milczeniu przebrali się do snu i weszli do łóżka. Emmett zgasił światło i zamknął oczy, ale Klarze jeszcze nie chciało się spać. Jasne, była zmęczona tą całą podróżą w przeszłość, ale z drugiej strony wewnętrzny tumult nie pozwalał jej zasnąć. Położyła się na boku i popatrzyła na swojego męża. Emmett otworzył jedno oko, potem drugie i oparł się na łokciach.
– Coś nie tak? – zapytał. – Nie możesz spać?
Zawahała się na moment. Nie chciała mu mówić o tym, że właśnie wróciła z roku 1917 i że była świadkiem nieprzyjemnego incydentu w lodziarni. Przynajmniej nie dzisiaj. Dzisiaj miała zbyt wielki mętlik w głowie, aby przeprowadzać z nim tę rozmowę.
– Chodź tu do mnie – powiedział nagle i się uśmiechnął.
Nie mówiąc ani słowa położyła się bliżej niego. Objął ją jednym ramieniem i przycisnął do siebie, ona również go objęła. Kiedy tak leżeli sobie we dwoje w małżeńskim łożu, Klara usłyszała dźwięk, który przyprawił ją o ból serca.
Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck'
Oczy zaszkliły się w ciemnościach, ale jej mąż tego nie zauważył. Śpiewał dalej, jakby śpiewał swoim synom, a Klara wyobraziła sobie Sarę Brown nucącą tę samą kołysankę trzyletniemu Emmettowi. Zapewne robiła to w taki sam, delikatny, melancholijny i pełen miłości sposób.
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt
Morgen früh, wenn Gott will
Wirst du wieder geweckt.
Słowa kołysanki wymieszały się ze wspomnieniami z niedawnej przygody Klary. Poczuła jak łzy spływają jej po policzku.
Jeszcze biedak mówi w taki dziwny sposób… Mam nadzieję, że Strickland nie uzna go za niemieckiego szpiega…
Guten Abend, gut' Nacht
Von Englein bewacht…
„Odeprzyj Huna obligacjami wojennymi.”
Die zeigen im Traum
Dir Christkindleins Baum…
Myślisz, że jak zmieniłeś nazwisko, to już jesteś Amerykaninem. Otóż nie, von Braun. Zawsze pozostaniesz szkopem…
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies,
Schlaf nun selig und süß
Schau im Traum 's Paradies…
Zmienił nazwisko na „Brown”, aby chronić rodzinę. Nie chciał, aby byli prześladowani za to, że są Niemcami. Zrobił to zwłaszcza dla syna…
 Guten Abend, gut' Nacht
Mit Rosen bedacht
Mit Näglein besteckt
Schlüpf unter die Deck’…
Wie, pani, ja jestem z pochodzenia Irlandczykiem. Nie wiem, czy byłbym w stanie wyprzeć się własnych korzeni, gdyby zaszła taka potrzeba.
Teraz, kiedy o tym myślała, współczuła mu. Ta piosenka była jedyną rzeczą przypominającą o jego niemieckim dziedzictwie. Historia zmusiła Erhardta von Brauna do wyrzeczenia się własnej narodowości i do przyjęcia obcego nazwiska. Zapewne wiele razy, kiedy jemu albo komuś z jego rodziny wymsknęło się coś po niemiecku, bał się, że ktoś ich usłyszy i zrobi im coś złego. Nie był na tyle silny i odważny, aby otwarcie się temu przeciwstawić. Nie był w stanie powiedzieć nieufnym sąsiadom: „Tak, jestem Niemcem. Jestem z tego dumny.”
Nagle Emmett przerwał śpiew i spojrzał na żonę.
– Klaro, czy ty płaczesz?
Przetarła szybko oczy i podniosła na niego wzrok. Uśmiechnęła się.
– Nie, skąd – odparła, po czym dodała szybko: – Ładna ta kołysanka. Powiesz mi kiedyś, co znaczą jej słowa?
– Wiem, że „Guten Abend” znaczy „dobry wieczór”, a „Gute Nacht” to „dobranoc”, ale nic poza tym. Chcesz, to się jutro dowiem. Teraz nie mam siły.
– Masz rację. – Klara nagle odczuła ogrom swojego zmęczenia. – Dzisiaj jest już za późno.
Pocałowała go w policzek i zamknęła oczy.
Gute Nacht– szepnęła.
———————————————
[1]„Jesteś idiotą, Oli.” (to było proste)
[2]”Co? To była tylko pomyłka.”
[3]”Nie możemy mówić po niemiecku. Nie publicznie, tylko w domu.”
[4]”Tak, masz rację. Przepraszam, będę ostrożniejszy.”

[FF: Powrót do przyszłości] Z krwi i kości

[Scena pochodzi z odcinka Puszczanie latawca]

Doktor Brown biegł przez filadelfijskie ulice w roku 1752. Właśnie pozostawił za sobą kompletny bałagan w domu jednego ze swoich największych idoli, Beniamina Franklina; gdzieś tam Marty i Einstein musieli uciekać przed angielskim gwardzistą, a jakieś dwieście lat w przyszłości Hill Valley nie miało prądu. Ale w tym momencie te problemy schodziły na dalszy plan. W tym konkretnym momencie najważniejsze było dla doktora Browna dogonienie swojego synka, Verne’a, i wyjaśnienie pewnego nieporozumienia.

Widział jego postać, mimo że był wieczór. Ogon jego czapki ze sztucznego szopa kołysał się w powietrzu, a pomarańczowa bluza wyróżniała się w ciemności tak jak jego włosy koloru żyta. Włosy, które odziedziczył po nim, Emmetcie Brownie.
– Vernie! – zawołał doktor. Chłopiec nadal biegł, ale odwrócił się do niego.
– Nazywam się Ben Junior! – odpowiedział, po czym dodał z uśmiechem: – Możesz mówić na mnie Benny… stary!
– Ja jestem twoim prawdziwym ojcem! A nie Ben Franklin!
Nagle na ich drodze pojawiło się dwóch mężczyzn niosących dzwon na dwóch deskach.
– Ale ja nie jestem do ciebie podobny!
W tej chwili Verne popatrzył przed siebie i zauważył dzwon. Zatrzymał się i zdążył prześlizgnąć pod nim, podczas gdy jego ojciec nie był w stanie wyhamować i uderzył głową prosto w przeszkodę. Kiedy doktor po chwili odzyskał przytomność, zauważył, że pozostawił na nim pęknięcie podobne do tego na Dzwonie Wolności.
Szybko podniósł się na równe nogi i zlokalizował Verne’a, który znów się od niego oddalał. Doktor Brown ruszył, co sił. Serce biło mu jak szalone od wysiłku, ale biegł dalej. Musiał mu to wytłumaczyć. Musiał go przekonać, że się myli. Wprawdzie doktor nie bardzo wiedział jak Verne doszedł do wniosku, że jego ojcem jest Beniamin Franklin, ale liczył, że po krótkiej rozmowie ze smykiem się tego dowie.
Dobiegł do miejsca, gdzie stał budynek z jeszcze niedokończoną wieżą zegarową, a na jej szczycie, zamiast dachu, znajdowało się rusztowanie ze stertą cegieł i paroma innymi, nie widocznymi z góry przedmiotami. Emmett zatrzymał się i rozpoznał budynek jako przyszły Pałac Niepodległości. Verne powinien gdzieś tu być, doktor widział jak jego syn biegnie w tę stronę.
– Na wielkiego Houdiniego, Vernie rozpłynął się w powietrzu! – zawołał doktor, rozglądając się dookoła.
Nagle usłyszał za sobą trzask i przerażający krzyk swojego syna. Odwrócił się szybko. Na ziemi walały się cegły, jakieś bloczki i koło. Sterta dość duża, aby pod nią znajdował się mały chłopiec.
– Vernie! – wykrzyknął doktor.
Zaczął szybko odkładać na bok cegły, obawiając się o to, co może znaleźć.
– Verne! Vernie, gdzie jesteś?! – wołał, oczekując, że być może dziecko się odezwie.
Gdzieś w tym gruzowisku leżał jego malec. Biorąc pod uwagę wysokość budynku i ciężar cegieł, Verne albo miał połamane nogi i ręce, albo… Mimo wszystko, póki nie zobaczy go martwego, nie powinien tracić nadziei, że mały Vernie żyje. Doktor Brown wręcz modlił się, aby z jego synkiem było wszystko dobrze. Nie wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby było inaczej. Nie wiedział czy byłby w stanie przekazać żonie wieści o śmierci ich synka. Nie miał pojęcia jak ich życie wyglądałoby po czymś takim.
Tymczasem widok obcego człowieka zajętego przeszukiwaniem stosu cegieł i gratów zwrócił uwagę dwóch mężczyzn. Doktor Brown, nie przerywając pracy, natychmiast się do nich odezwał:
– Na pomoc. Mój syn spadł z dachu Pałacu Niepodległości.
– Jaki Pałac Niepodległości – powiedział jeden z mężczyzn. – Przecież to stary budynek rządowy.
– Choć przyznam, że „niepodległość” to ładnie brzmiące słowo – dodał drugi.
– Nie rozumiecie. Mówiłem o moim małym chłopczyku, o moim synku z krwi i kości. Przecież mógł zginąć!
Z każdą sekundą jego serce stawało się coraz cięższe. Doktor Brown przeklinał samego siebie za to, że od razu nie rozwiał wątpliwości Verne’a i nie pokazał mu jego zdjęć z okresu niemowlęctwa. Wtedy pocałowaliby się, poszli na obiad i więcej nie wspominali o tej bzdurze. A teraz wyglądało na to, że przez tą bzdurę mały Vernie zginął w sto lat przed narodzeniem swojej matki i dwieście lat przed narodzeniem ojca. Czy to możliwe, że jego maleństwo zginęło myśląc o nim jako o kimś obcym? Czy to możliwe, że ostatnimi słowami, jakie powiedział do swojego ojca, miały być: „Ale ja nie jestem do ciebie podobny”?
Och, Vernie, mój mały Vernie… – myślał wciąż przeszukując gruzowisko. – Jesteś do mnie podobny. Masz moje oczy, moje włosy i moją tendencję do pakowania w kłopoty siebie i innych. Proszę, nie rób mi tego. Nie umieraj…
Pamiętał narodziny Verne’a i jak bardzo się cieszył, że ma kolejnego syna. Pamiętał jak śpiewał swoim chłopcom kołysanki, jak czytał im opowieści Juliusza Verne’a, jak ich przewijał, jak się z nimi bawił… Spędził dziesięć wspaniałych lat jako ojciec. Kochał swoich malców, mimo że czasem dawali mu nieźle popalić. To on ich spłodził – byli ciałem z jego ciała i krwią z jego krwi.
Kochani rodzice… a może lepiej drodzy państwo Brown… Nie możecie już dłużej ukrywać prawdy. Wiem już, kto jest moim prawdziwym ojcem. A więc żegnajcie, kłamczuchy, i powiedzcie swojemu prawdziwemu synowi, Julesowi, że może odtąd sam wynosić śmieci…
I właśnie dlatego stwierdzenie Verne’a go tak bolało. Fakt, czasem dzieci mówią swoim rodzicom takie okrutne rzeczy, gdy są na nich obrażone albo coś źle zrozumieją… Ale to wyparcie się własnego syna sprawiło, że doktor Brown poczuł się tak jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Wściekły Pies Tannen i jego rodzinka nie mogliby go zranić bardziej, niż Verne.
– Tato! Tatku, jestem tutaj! – dobiegło nagle z góry.
To zawołanie dotarło do świadomości doktora Browna dopiero po chwili, ale kiedy tylko pojął, że jego dziecko nie spadło z dachu, spojrzał w górę i się rozpromienił.
– Vernie!
Jego mały chłopczyk był cały i zdrowy! Machał do niego na szczycie wieży.
Zaraz jednak doktor przekonał się, że jego radość była przedwczesna, bo Verne nagle się poślizgnął i tylko dzięki temu, że w porę złapał się krawędzi szczytu wieży, nie rozbił się na kamiennej drodze.
– Vernie, nie spadnij znowu!
– Tato, ratunku!
Doktor wiedział, co musiał zrobić.
– Trzymaj się, Vernie! – zawołał i natychmiast wkroczył do budynku.
W mgnieniu oka wbiegł po schodach prowadzących na wieżę, a potem wspiął się na opartą o rusztowanie drabinę.
– Nie martw się, synu, jestem tutaj.
Vernie trzymał się tylko trzema palcami.
– Wszystko będzie jak się patrzy – zapewnił go ojciec i wyciągnął do niego dłoń.
Vernie nie wytrzymał i się puścił, ale doktor złapał go za rękę. Niestety, przechylił się za bardzo do przodu i mały pociągnął go ku dołowi. Tylko dzięki temu, że ogon surduta doktora zaczepił się o wskazówkę zegara, obaj nie roztrzaskali się o ziemię. Emmett Brown przytulił mocno do siebie syna, Vernie również oplótł ojca ramionami.
Na dole zobaczyli Einsteina, Marty’ego i goniącego ich gwardzistę. Wszyscy trzej zatrzymali się na widok dyndających na wskazówce mężczyzny i kilkuletniego chłopca. Teraz cała nadzieja była w tym, że ktoś ich stamtąd ściągnie.
– Natychmiast sprowadźcie pomoc! – zawołał doktor.
Proszę cię, Marty, zrób coś…
– Przykro mi, że cię w to wpakowałem – odezwał się nagle Verne. – Ale bardzo się cieszę, że mnie lubisz i że nie jestem adoptowany.
Mimo że materiał, na którym się obaj trzymali, oberwał się jeszcze bardziej, słowa Verne’a wywołały uśmiech na twarzy jego ojca.
– Vernie, obojętnie w jakie tarapaty byś mnie wpakował, i tak cię kocham.
I objął chłopca jeszcze bardziej.
Szybko jednak zostali przywróceni do rzeczywistości, kiedy ogon surduta oberwał się jeszcze bardziej i obaj zdali sobie sprawę z tego, że materiał nie wytrzyma zbyt długo. Tymczasem pod wieżą zaczął się zbierać spory tłum.
– Niech ktoś wezwie straż pożarną! – krzyknął do nich doktor Brown.
Ale wszyscy spoglądali na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc o czym mówi. Gwardzista nazwał doktora i Verne’a rebeliantami i zagroził im karą za powieszenie się na zegarze. Marty i Einie tymczasem porozumieli się między sobą i opuścili tłum, zapewne szykując jakiś sposób, aby ich stamtąd ściągnąć. Tak więc była nadzieja. Jedyne co doktor Brown i Verne mogli zrobić, to zaczekać na ratunek i modlić się, że nie spadną, zanim ów ratunek nie nadejdzie.
Tymczasem zawieszeni między życiem i śmiercią mogli załatwić jeszcze kilka spraw między sobą. Vernie wiele razy ubolewał nad tym, że w przeciwieństwie do Julesa i Marty’ego nie ma deskolotki. Mówił, że to niesprawiedliwe, że jest dość duży i że czuje się wykluczony. Doktor szykował dla niego niespodziankę, ale skoro ta deska była dla małego tak ważna i skoro okoliczności były tak osobliwe, równie dobrze mógł tę niespodziankę wyjawić.
– Vernie, jeśli tylko wyjdziemy stąd żywi, chciałbym żebyś wiedział: mam zamiar zrobić ci twoją własną deskę powietrzną.
Verne jeszcze mocniej objął ojca i odpowiedział:
– Och, tatku, ale super! Dzięki!
Wskazówka wygięła się bardziej pod ich ciężarem, a Marty nadal się nie pojawiał.
– Szkoda, że nie mamy jej teraz – stwierdził doktor.
Trzymając Verniego przy sobie, coraz mniej wierzył w to, że wszystko będzie dobrze. W końcu stało się – materiał puścił całkowicie i obaj spadali ku brukowanej ulicy. Doktor czuł jak jego serce po raz trzeci tego dnia próbuje wyrwać się z klatki piersiowej. Czuł, że to samo chce zrobić serce jego syna. Niebawem uderzą o kamień. Roztrzaskają sobie czaszki albo połamią kręgosłupy. Było wiele rzeczy, które doktor Emmett Brown pragnął powiedzieć przed śmiercią, ale w tamtym momencie przychodziła mu do głowy tylko jedna:
– Kocham cię, Vernie!
Ludzie na dole zakryli oczy rękoma, aby nie patrzeć na to jak ojciec i syn uderzają o ziemię. Jednak w połowie drogi do pewnej śmierci, koło wieży zegarowej przeleciał pociąg i w porę złapał ich obu. Znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Niebezpieczeństwo minęło. Marty pomógł doktorowi wstać, a ten powiedział:
– Nigdy się tak nie cieszyłem, kiedy mój pociąg zjawił się na czas. – Położył rękę na ramieniu Verne’a i oświadczył: – Marty, Einie, chcę wam przedstawić mojego syna. – Odwrócił się twarzą do chłopca i dodał z dumą: – Vernie Newton Brown.
– Witamy cię, zbiegu – oznajmił Marty i pomachał nawet Verniemu. Einstein wydał z siebie radosne szczęknięcie, jakby chciał przytaknąć.
Przy użyciu dostępnej na pokładzie technologii udało im się wywołać sztuczną burzę i doprowadzić do tego, że Ben Franklin odkrył elektryczność. Wrócili do domu na ciasto, które przygotowała Klara.
Okazało się, że to Jules wmówił bratu, że jest adoptowany. To było typowe droczenie się braci, zdarza się w każdej rodzinie z więcej niż jednym dzieckiem. Mimo wszystko przez to droczenie się, o mało nie doszło do tragedii. Doktor Brown, widząc skruchę i autentyczną troskę Julesa o brata, postanowił go jednak nie karać. Najważniejsze było to, że wszystko dobrze się skończyło.

[FF: Powrót do przyszłości] Jak Marty poznał Browna

Pamiętam, że moi rodzice byli przez dłuższy czas nieufni wobec doktora Browna. I w zasadzie im się nie dziwię. Większość ludzi na naszej ulicy uważała go za dziwaka, który nic, tylko siedzi w swoim garażu i robi tam jakieś podejrzane eksperymenty. Dla kogoś, kto nie znał go zbyt dobrze, mówiący stricte naukowym językiem, prawie nigdy nie opuszczający swojego domu Emmett Brown był jednym z tych sąsiadów, którego powinno się unikać, chociażby po to, aby nie szargać swojej reputacji i samemu nie zostać uznanym za dziwaka. Niektórzy się z niego śmiali, innych przyprawiał o dreszcze, a innym był całkowicie obojętny.
Jak ja go wtedy postrzegałem? Powiedzmy, że przez całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania doktor był dla mnie zagadką. Zagadką, której nie chciałem odkryć, pamiętając wszystkie opowieści, które rozpowiadały o nim po całym podwórku dzieciaki (chyba z tysiąc razy słyszałem tę historyjkę jakoby doktor porywał domowe zwierzątka z ogródków sąsiadów, aby potem robić na nich eksperymenty). Ale jednocześnie jakaś mała część mnie była bardzo ciekawa, co kryje się w tym brudnym domku, ogrodzonym drucianym płotem jak jakaś Strefa 51.

Moja rodzina (przed moim, rzecz jasna, wypadem w przeszłość) nie była najciekawszą z rodzin. Mój ojciec był popychadłem Biffa Tannena, matka wydawała się wypalona i znudzona; siostra i brat przeciętni, zajęci własnymi sprawami. Ja sam przez większą część swego dzieciństwa zachowywałem się jak każdy normalny dzieciak – bawiłem się z kolegami, grałem w gry wideo, czytałem komiksy, jeździłem na desce, z przerwami na spanie, jedzenie i szkołę. A im starszy byłem, tym mniej chętnie wracałem do domu, gdzie nie było nic ciekawego i gdzie niepodzielnie panowała apatia i pesymizm. A im mniej byłem zachwycony swoim domem, tym bardziej fascynował mnie dom doktora Browna.
Aż w końcu, kiedy miałem gdzieś tak piętnaście lat, doktor zaczął coraz częściej gościć w moich myślach. Naraz zastanawiałem się kim jest, skąd się wziął, czy ma rodzinę albo jakichś przyjaciół, jaki jest naprawdę. Bardzo chciałem się tego dowiedzieć. Chciałem oddzielić plotki od prawdy. Chciałem wiedzieć o nim cokolwiek. Gdzie jednak miałem szukać tych informacji?
Pomyślałem sobie, że rodzice mogą coś wiedzieć. W końcu doktor Brown miał już swoje lata i mieszkał na tym samym osiedlu, co tata (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało; nie wiedziałem jeszcze o starym domu doktora), więc istniało jako takie prawdopodobieństwo, że moi starzy go znali. Dlatego też pewnego popołudnia, przy obiedzie odchrząknąłem i odezwałem się:
– Hej, tato. Mogę o coś spytać?
Tata odwrócił wzrok od lecącego w telewizji jakiegoś starego sitcomu i spojrzał na mnie, uśmiechając się uprzejmie. Raczej nie spodziewał się, że chcę go zapytać o coś związanego z okresem dojrzewania. Po prostu cieszył się, że może być dla mnie autorytetem w jakiejś sprawie.
– Tak, synu? O co chodzi? – spytał.
– Wiesz coś może… – zacząłem trochę niepewnie, ale zaraz odchrząknąłem, wyprostowałem się i przeszedłem wreszcie do sedna sprawy: – Wiesz coś może o doktorze Brownie?
Nagle uśmiech mojego ojca zastąpiło zmieszanie. Oboje z mamą spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, Linda i David też oniemieli. Następnie rodzice znów popatrzyli na mnie z zatroskaniem, jakbym był chory.
– Czy coś się stało, Marty? – zapytała mama.
– Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć – wtrącił tata.
– Nie, nie, wszystko dobrze – zapewniłem ich. Po krótkiej pauzie dodałem: – Pytałem tylko, czy wiecie coś może o doktorze Brownie. Wiadomo coś o nim?
– Tak. Że jest stuknięty – odparł David, prychając śmiechem.
– Nie mów tak, kochanie – skarciła go mama, po czym spojrzała znów na mnie. – Wiesz, Marty, ani ja, ani twój ojciec nie interesowaliśmy się poczynaniami pana Browna. Byliśmy zbyt zajęci myśleniem o naszej przyszłości.
– Jestem pewien, że Emmett Brown jest bardzo miłym człowiekiem – oświadczył tata – ale na wszelki wypadek trzymaj się z dala od jego domu. Niektórzy bywają bardzo drażliwi, jeśli przekroczy się próg ich posesji, szczególnie, gdy są to ludzie o, powiedzmy, „nietypowym” usposobieniu.
Już chciałem coś powiedzieć, kiedy pomyślałem sobie, że zabrałem się do tego w zły sposób. Powinienem od razu zacząć od jakichś starszych źródeł. Najlepiej było poszukać kogoś, kto był mniej więcej w tym samym wieku, co sam doktor, albo i wyżej. Od razu pomyślałem o Stricklandzie.
Następnego dnia, od razu po przekroczeniu progu szkoły, zacząłem rozglądać się za nim. I tak oto, idąc niespiesznie po szkolnym korytarzu, czekałem aż na horyzoncie pojawi się mój znajomy wicedyrektor. Nie musiałem czekać długo, bowiem po zrobieniu kilku kroków, od razu natknąłem się na łysą czachę Stricklanda.
– O, właśnie pana szukałem! – odparłem i zaśmiałem się  nerwowo. – Mam pewien problem i pomyślałem, że pan pomoże mi go rozwiązać.
– Masz problem, chłopcze. I to bardzo poważny – odrzekł ponuro, a mój wzrok powędrował na podłogę. – Brakuje ci dyscypliny.
– To też – stwierdziłem, po czym spojrzałem na Stricklamda. – Pan zna się na ludziach, prawda?
– Tak – powiedział krótko.
– I na pewno może pan powiedzieć całkiem dużo o niejednym obywatelu Hill Valley – ciągnąłem dalej. Kiedy znów przytaknął, przeszedłem do sedna sprawy: – A taki doktor Brown? Co pan mi może powiedzieć o nim?
W pierwszej chwili wytrzeszczył na mnie oczy, ale zaraz potem wyprostował się i znów przybrał ten swój poważny wyraz twarzy.
– Z całą pewnością nie ma doktoratu, więc nie nazywaj go doktorem. Podejrzewam, że nawet nie skończył studiów.
W tonie jego głosu dało się wyczuć jakąś mieszankę pogardy i szyderstwa. Przez chwilę jego usta uformowały się w lekki uśmieszek, potwierdzając prawdziwość moich obserwacji.
– Nie zbliżaj się do niego, bo jeszcze coś ci się stanie, McFly. Jego szalone eksperymenty stanowią zagrożenie dla całego osiedla. Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie zamknął tego człowieka w zakładzie psychiatrycznym.
Wtem zadzwonił dzwonek na lekcję i musiałem ruszyć w stronę klasy. Usiadłem w ławce i starałem się skupić na lekcji. Nie potrafiłem jednakże przestać myśleć o doktorze Brownie. Strickland miał tendencję do wyolbrzymiania pewnych swoich obserwacji, jeśli chodzi o ocenianie ludzi. Wielu uczniów nazywał obibokami tylko dlatego, że spóźnili się do szkoły o minutę albo grali na gitarze. Wielu całkiem porządnych gości było w jego mniemaniu chuliganami, bo śmieli przyjść do szkoły ubrani, jak to on określał, „w niestosowne stroje” albo słuchali „tej wstrętnej, rockowej muzyki”. Tak więc było duże prawdopodobieństwo, że i w tym przypadku trochę przesadzał. Nie dowiedziałem się zbyt wiele. W zasadzie rozmowa ze Stricklandem potwierdziła tylko to, co wiedziałem już wcześniej – że doktor Brown jest naukowcem i że uważa się go za stukniętego.
Po szkole pytałem o doktora jeszcze kilka innych osób, ale wszyscy mówili mi to samo, co rodzice i Strickland. Poszedłem nawet do biblioteki, aby sprawdzić, czy nie znajdę czegoś w kronice miasta albo starych gazetach, jednak po przebrnięciu przez niewiarygodną ilość nic nieznaczących artykułów, zasnąłem nad kroniką i obudziła mnie dopiero bibliotekarka.
Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że jest tylko jeden sposób, aby ostatecznie przekonać się o tym, kim jest Emmett Brown. Musiałem przedostać się do jego domu i na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tym niebezpiecznym szaleńcem, za którego wszyscy go mieli. Nikomu o tym nie mówiłem (gdybym komuś powiedział, ten ktoś zapewne doniósłby o mnie rodzicom, a oni by mnie uziemili) i nikt w zasadzie nie miał pojęcia, co szykuję, bo zachowywałem się w miarę normalnie.
Tylko przez trzy weekendy z rzędu obserwowałem dom doktora Browna. Patrzyłem jak wychodzi po zakupy i wyrzuca śmieci. Widziałem jak wyprowadza swojego psa. Przyglądałem się również samemu budynkowi, który w zasadzie był dużym, burym garażem z małymi, drewnianymi drzwiczkami z lewej strony. To właśnie przez te drzwiczki doktor zwykle wychodził załatwić coś na mieście. Brama garażu nigdy się nie otwierała i nie znajdowałem żadnego tylnego wyjścia. Wyglądało więc na to, że drzwi frontowe były moją jedyną szansą na przedostanie się do środka.
Kiedy wreszcie nadeszła sobota, którą wyznaczyłem sobie na mój heroiczny wyczyn, byłem podekscytowany. Próbowałem udawać, że wszystko jest normalnie; że właśnie wychodzę na miasto zabawić się z kumplami. I chyba mi się udało, bo moi rodzice i rodzeństwo nie zauważyli nic niepokojącego w moim zachowaniu. Wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem na spotkanie z przeznaczeniem.
Zdecydowałem się na porę wczesno-poranną, bo wtedy na ulicach nie ma prawie nikogo. Dotarłszy na miejsce, rozejrzałem się dookoła, a kiedy przekonałem się, że wszyscy siedzą w domach, przeszedłem do dzieła. Zbliżyłem się do drucianego płotu i zacząłem się po nim wspinać. Kilka sekund później byłem na samym szczycie, przełożyłem lewą nogę na drugą stronę, a potem ułożyłem się twarzą do ulicy i przeniosłem prawą nogę, a następnie ostrożnie zszedłem na dół. Będąc jakieś pół metra nad ziemią, zeskoczyłem.
Usłyszałem jak serce zaczyna mi mocniej bić. Gdyby Jennifer poszła ze mną, zapewne w tym momencie powiedziałaby: „Marty, wciąż możesz zawrócić. Przejdź na drugą stronę i zapomnijmy o tym szaleństwie.” Ale ja nie chciałem wracać. Nie, kiedy byłem tak blisko. Nie, kiedy stałem na podjeździe Emmetta Browna i mogłem się dowiedzieć, co było w jego domu.
Nagle usłyszałem jak zamek od drzwi frontowych zaskrzypiał. Szybko podbiegłem do nich i schowałem się za ścianą, zanim drzwi się otworzyły. Po chwili doktor wyszedł na dwór z workiem śmieci w rękach i skierował się w stronę kubłów, zostawiając wejście otwarte na oścież. Doktor był do mnie odwrócony tyłem. Po raz pierwszy widziałem go z bliska i nie mogłem się nadziwić jaką dziwaczną ma fryzurę. Nie chodziło tylko o samo ułożenie, ale i o kolor. Nigdy w życiu nie widziałem tak białych włosów. Miałem wrażenie, że patrzę na jakiegoś sobowtóra Einsteina… Sobowtóra Einsteina w dżinsach i hawajskiej koszuli.
Ale zaraz ocknąłem się z mojego otępienia i wślizgnąłem do środka, tak jak planowałem na samym początku. Tam od razu zacząłem rozglądać się za jakąś kryjówką, ale zaraz zapomniałem o tym i zająłem się podziwianiem wnętrza. To był zaiste dziwny dom. Z kuchenką, lodówką, łóżkiem, telewizorem i tym podobnymi artykułami codziennego użytku. Ale na ścianach, półkach i stołach znajdowały się przeróżne zegary – od stylowych antyków po budziki-koty. Na kuchennym stole walały się dziwne urządzenia, a koło drzwi stała najprawdziwsza szafa grająca. Moje zdziwienie spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy ujrzałem naprzeciw siebie ogromny wzmacniacz. Wyobraziłem sobie przez chwilę, jak fajnie byłoby podłączyć do niego moją gitarę i sprawdzić ile to cudeńko daje czadu.
Sam nie wiedziałem co o tym myśleć. Z jednej strony te zegary mogłyby się co poniektórym wydać tak dziwne, że aż przerażające, ale z drugiej… z drugiej strony było w tym małym domku coś swojskiego, coś przyjaznego. Żaden z walających się po kątach wynalazków nie wydawał mi się jakimś narzędziem masowej zagłady, która mogłaby komukolwiek zrobić krzywdę. W dodatku zgromadzone przez doktora rupiecie były mieszanką nowoczesności i staromodności.
Szczekanie psa przywołało mnie na ziemię. Niebawem wielki owczarek szetlandzki (albo jakaś mieszanka owczarka szetlandzkiego) wybiegł mi naprzeciw, zatrzymał się tuż przede mną i zaczął na mnie warczeć.
– Spokojnie, piesku, nie chcę was okraść – powiedziałem do niego.
Poczułem jak robi mi się gorąco, ale to jeszcze nie był koniec.
– Wielki Szkocie! Kim ty jesteś?! – wykrzyknął ktoś za moimi plecami.
Po chwili usłyszałem za sobą skrzypnięcie zamykanych drzwi. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem przyglądającego mi się z wyrazem zmieszania (a nawet lekkiego szoku) doktora Browna. Mogłem się tylko domyślać, co sobie o mnie myślał. Złodziej. Włamywacz. Chuligan. Czekałem, aż nazwie mnie którymś z tych imion.
– Przepraszam, panie Brown – zacząłem z nerwowym uśmieszkiem na twarzy. – Zapewniam, że nie mam żadnych złych zamiarów. Ja tylko… No cóż… – Spuściłem wzrok. Co miałem mu powiedzieć? Że chciałem się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda jego mieszkanie?
Nagle jego twarz przybrała bardziej opanowany wyraz. Doktor Brown przeniósł wzrok na swojego psa.
– Einstein, siad.
Pies usłuchał, ale wciąż wpatrywał się we mnie z niechęcią. Oczy doktora znów przeniosły się na mnie:
– Wystaw przed nim rękę.
Stałem jak wmurowany. Czy on chciał, abym sam dał się ugryźć Einsteinowi?
– No, wystaw rękę – ponaglił mnie doktor. – Niech cię obwącha. Dzięki temu następnym razem nie będzie na ciebie szczekał.
Nie chciał, aby jego pies szczekał na włamywacza? To było dość osobliwe. Z drugiej strony może Einstein miał zwyczaj cichego zagryzania swoich ofiar.
Ale postanowiłem zaryzykować. Niespiesznie, z lekkim wahaniem wyciągnąłem drżącą dłoń w stronę pupilka doktora Browna. Einstein przytknął do niej nos i obwąchał ją ze wszystkich stron. Po chwili niepewnie położyłem dłoń na jego głowię i pogłaskałem go. Po czym jego ogon podniósł się i zamerdał z boku na bok. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że już nie jestem dla niego obcy. Spojrzałem jednak z niepokojem na jego pana. Wydawał się zmieszany, ale próbował to zmieszanie ukryć. Poczułem potrzebę, aby się wytłumaczyć.
– Panie Brown, ja… ja… Przysięgam, nie chciałem nic ukraść ani nic z tych rzeczy.
– Wiem, chłopcze – powiedział spokojnym tonem. – Włamywacze nie są aż tak głupi, aby wchodzić do czyjegoś domu wcześnie rano. Nie masz też żadnej puszki z farbą ani kija, więc nie przyszedłeś tutaj, aby coś zniszczyć – dodał i podszedł do mnie. – Pozostaje tylko pytanie… – Spoważniał. – Po co właściwie tutaj przyszedłeś?
– Ja… ja…
Znowu nie wiedziałem co powiedzieć. A doktor czekał. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę i czułem się jakbym miał osiem lat i został przyłapany na kradzieży ciastek z kredensu. Chyba już wtedy przeczuwałem, że to w gruncie rzeczy miły człowiek. Wyglądał na miłego człowieka i z całą pewnością nie należał do tych zgryźliwych staruszków, którzy szczują psy na dzieciaki sąsiadów i wyganiają intruzów, kiedy tylko ci wkroczą na ich posesję. Zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłem mu tę prawdę dać. Wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:
– Ja chciałem się czegoś o panu dowiedzieć.
– Hę? – Spojrzał na mnie, podnosząc wysoko brwi.
– Ludzie mówią o panu różne rzeczy, a ja chciałem się przekonać, czy to prawda.
Wciąż patrzył na mnie ze zdziwieniem. A ja dodałem:
– Chciałem pana poznać, doktorze Brown.
Przez krótki moment wpatrywał się we mnie z wyrazem konsternacji na twarzy, ale potem uśmiechnął się przyjaźnie.
– W takim razie zacznijmy od nowa – oświadczył i wyciągnął do mnie rękę. – Doktor Emmett Lathorp Brown, do usług.
Niepewnie chwyciłem jego dłoń i uścisnąłem ją. Jego silny uścisk mnie zdziwił. W zasadzie doktor Brown, mimo białych włosów i kilku zmarszczek na twarzy, nie wyglądał na specjalnie wiekowego staruszka.
Po chwili przedstawiłem się:
– Marty McFly.
– Miło mi cię poznać, Marty – powiedział cicho doktor i przerwał uścisk.
Nagle jego uśmiech zrzedł, a oczy znów się rozszerzyły, jakby doktor przypomniał sobie o czymś ważnym.
– Wielki Szkocie! – zawołał. – Wybacz, Marty. Gdzie moje maniery? Rozgość się, zaraz cię czymś ugoszczę.
I szybko pobiegł do kuchni.
Tymczasem Einstein, który nadal spoglądał na mnie, machając ogonem, zaczął koło mnie radośnie skakać. Kucnąłem przed nim i znów go pogłaskałem. Przez chwilę żałowałem, że nie jesteśmy na powietrzu, bo mógłbym się z nim pobawić w aport.
– Chcesz się czegoś napić, Marty? – doszedł mnie nagle głos doktora. – Kawy? Herbaty?
– Erm… może pepsi?
– Raczej nie mam. Dałbym ci zbożowy napój alkoholowy, ale jesteś niepełnoletni.
Dopiero po krótkiej chwili namysłu zdałem sobie sprawę, że chodziło mu o piwo.
Zgodziliśmy się na herbatę. Podczas, gdy doktor zajmował się jej przygotowywaniem, ja zacząłem się znów rozglądać po pomieszczeniu. Zapadła cisza, która była poniekąd niezręczna, choć w zasadzie taka być nie powinna.
– Fajne zegary – powiedziałem, aby ją przerwać.
– Wiem, że to wygląda trochę dziwnie, ale to taki eksperyment z czasem – wyjaśnił, stawiając czajnik na kuchence. – A mówiąc o czasie – odezwał się znów i spojrzał na swój podręczny zegarek. – Chyba czas nakarmić Einiego.
Tak oto dowiedziałem się jak zdrabnia się imię Einsteina.
A po chwili zobaczyłem jak Einie podchodzi do jednego ze stołów, na którym stało pochylone ku dołowi koryto. Na tym korycie znajdowały się trzy puszki z psim żarciem, które przed ześlizgnięciem się na dół blokowało coś metalowego. W pewnym momencie to metalowe coś puściło, zanim jednak puszka opadła na dół, została złapana przez stojący koło koryta chwytak, nad nim zaś znajdował się otwieracz. Chwytak zaczął okręcać puszkę o 360 stopni, przyczyniając się do jej otwarcia. Następnie przeniósł ją nad leżącą pod stołem miskę dla psa i wsypał do niej karmę. Czekający niecierpliwie na ukończenie tej całej procedury Einstein wreszcie mógł się najeść.
Ja z kolei byłem pod wrażeniem i chciałem zobaczyć inne wynalazki doktora w akcji.
Gwizd czajnika oznajmił, że woda się zagotowała. Doktor zalał herbatę mnie i sobie, po czym zaprosił mnie do starego fotela, sam zaś usiadł na łóżku (a w zasadzie była to posłana kanapa). Wtedy zobaczyłem, że na ścianie przy łóżku wisiały portrety Newtona, Einsteina (naukowca, nie psa), Franklina i chyba Edisona, jak również dwa wycinki z gazety oprawiony w ramkę. Nagłówki głosiły: „Rezydencja Browna spłonęła” i „Ziemię sprzedano pod zabudowę”. Doktor od razu zauważył, że patrzę w tamtą stronę i cichym, spokojnym tonem odezwał się:
– Pewnie się dziwisz, po co ktoś miałby trzymać na widoku wycinek z gazety informujący o tym, że spłonął jego dom.
Nie odpowiedziałem, ale tak właśnie myślałem.
Odłożył herbatę na nocny stolik, podniósł się z miejsca i zaczął opowiadać z pasją o tym jak pracował nad bardzo ważnym eksperymentem. Nie pamiętam już dokładnych szczegółów – ani tego, czego dotyczył ten eksperyment, ani tego jak przebiegł (zresztą i tak zapewne połowy z tego nie rozumiałem). Pamiętam z tej opowieści tylko to, że doktor zostawił w piekarniku lasagnię i tak był zajęty swoim doświadczeniem, że zapomniał o niej, przynajmniej do momentu, w którym nagle nie poczuł przypływu ciepła i zapachu dymu. Wszystkie próby samodzielnego zgaszenia pożaru spełzły na niczym, więc w końcu doktor zadzwonił po straż pożarną i zajął się wyciąganiem na zewnątrz wszystkiego, co się dało. Ostatecznie jednak po ugaszeniu pożaru dom nie nadawał się do zamieszkania.
– Może to i dobrze? – powiedział doktor, uśmiechając się smutno. – Nie potrzebowałem tak dużego domu. A ze sprzedaży ziemi dostałem dość pieniędzy, aby zostało mi jeszcze na potrzebny sprzęt. No i…  – Nagle jego uśmiech przybrał bardziej radosny wyraz i doktor wyciągnął spod łóżka gaśnicę. – No i nauczyłem się, że zawsze trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.
Wskazał oczami na górę. Skierowałem wzrok na sufit i zobaczyłem czujnik dymu.
Chciałem opowiedzieć doktorowi o tym, jak w wieku ośmiu lat podpaliłem dywan w salonie, ale nasza rozmowa zeszła na muzykę i doktor wyciągnął pudło ze swoją kolekcją płyt. Przeważały tam kawałki jazzowe, ale doszukałem się tam też klasyków rocka i rock’n’rolla. Byłem pod wrażeniem tego, jak wiele unikalnych albumów znajdowało się w tej kolekcji, mimo że wiele z nich nie należało do moich ulubionych kawałków.
Powiedziałem mu, że gram na gitarze, że mam zespół garażowy, że chciałbym kiedyś wystąpić przed większą widownią, ale czasem mam wrażenie, że nigdy do tego nie dojdzie.
– Dlaczego, chłopcze? – spytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– No, cóż… Rodzina McFly’ów nie jest zbyt ambitna. Mój ojciec jest pomiatany przez swojego szefa, mój brat pracuje w fastfoodzie, a siostra ciągle siedzi w domu. I żadne z nich nie chce tego zmienić. Czasami wydaje mi się, że ciąży na nas jakaś klątwa i nigdy żadnemu z nas nie uda się nic osiągnąć.
– Ale ty chcesz coś osiągnąć – powiedział doktor i po raz kolejny się do mnie uśmiechnął. Następnie przechylił się bardziej w moją stronę i oświadczył nieco teatralnym szeptem: – Dla chcącego nie ma nic trudnego, Marty.
To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem to zdanie z jego ust, a miałem je usłyszeć jeszcze wiele razy w ciągu naszej wspólnej znajomości (przynajmniej odnośnie mojej kariery muzycznej).
Oparł się o ścianę z tym samym wyrazem twarzy i oznajmił:
– Jesteś jeszcze młody. Wystarczy, że się doskonalisz i że się nie poddajesz. Jest duże prawdopodobieństwo, że ci się uda. Wyliczyłbym ci to, ale kalkulator gdzieś mi się zapodział.
Prychnąłem śmiechem.
Nie był szalony. Może i mówił banalne rzeczy, ale nie był szalony jak wszystkim się wydawało. Każdy rozsądny człowiek mógłby powiedzieć mi to, co on. W zasadzie moja dziewczyna często mi powtarzała, że nasz zespół ma szansę do czegoś dojść, a daleko jej było do szaleństwa.
Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach. Zdarzało się, że doktor Brown podnosił się z miejsca i w bardzo energiczny sposób opowiadał mi o czymś, kiedy indziej mówił cicho, w skupieniu. Kochał naukę we wszystkich jej przejawach. Potrafił na okrągło o niej mówić tak jak dziecko mówi o ulubionej kreskówce. I choć nie wszystko do mnie docierało (w zasadzie więcej niż połowa mi umykała), to słuchałem jego wywodów z dużym zainteresowaniem. Dla kogoś takiego jak ja – wychowanego w domu, gdzie wszystko było nijakie i apatyczne – był to powiew świeżości. A przy tym Emmett Brown wydawał się być rozsądny i optymistyczny. Sto razy wolałem w tamtej chwili siedzieć w jego zagraconym domu, niż wracać do siebie.
Od czasu do czasu do mnie albo doktora zbliżał się Einstein, a my, nie przerywając rozmowy, zajmowaliśmy się nim. Raz nawet Einie podszedł do mnie, oparł przednie łapy na moich kolanach i zaczął mnie lizać. Zachichotałem i pogłaskałem go po głowie, ale ni stąd ni zowąd mój wzrok padł na jeden z wiszących na ścianie zegarów i zdałem sobie sprawę z tego, że jest już późne popołudnie.
– Bardzo przepraszam, ale muszę już iść – oznajmiłem i wstałem na równe nogi. – Zaraz będzie obiad i rodzice mnie zabiją, jeśli się nie pojawię.
– Rozumiem. – Oparł ręce na kolanach, po czym postawił je na materacu i podniósł się z łóżka. – Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdziesz?
Poczułem się trochę nieswojo, ale przytaknąłem.
– Co ci o mnie opowiadali?
Odchrząknąłem i spuściłem wzrok. Naprawdę chciał wiedzieć? W zasadzie po tym jak go bliżej poznałem, nie chciałem mu robić przykrości. Ale zapytał mnie. Miałem skłamać?
– Mniejsza o to – odparłem po chwili uśmiechając się nerwowo. – Ludzie czasem nie mają o niczym pojęcia, a myślą, że wszystko o wszystkich wiedzą.
– Mówili, że jestem szalony? – spytał domyślnie.
Przez chwilę milczałem, ale potem odparłem:
– Niektórzy. Strickland twierdzi, że jest pan niebezpieczny. Ale on jest idiotą i paranoikiem, więc niech się pan nie przejmuje – dodałem szybko. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem: – Ja myślę, że jest pan zarąbisty.
– To dobrze? – zapytał, ale zaraz się rozpromienił, więc pewnie domyślił się, że tak.
W pewnym momencie doktor Brown spoważniał i popatrzył na mnie w dziwny sposób, jakby mnie badał. Wyszedł na środek swojego mieszkania i odwrócił się do mnie tyłem z wyrazem głębokiego zamyślenia na twarzy i ręką przytkniętą do brody. Najwyraźniej myślał nad czymś intensywnie. Nagle spojrzał na mnie.
– Marty, tak sobie myślę, że może… – zwrócił się do mnie niepewnie, ale zaraz machnął ręką i odparł: – Nie, to głupie. Zapomnij o tym. Chociaż… – ponownie się zamyślił.
Czułem, że czas mnie nagli, że powinienem już iść. Ale chciałem się dowiedzieć, co chodziło mu po głowie. Albo wmawiałem sobie, że chcę się tego dowiedzieć, a tak naprawdę chciałem opóźnić swój powrót do domu.
– Niech pan to wreszcie powie, doktorze.
Jego brwi podniosły się, a potem zapytał:
– Marty, czy ty gdzieś pracujesz?
– Nie, ale tak po prawdzie nigdy jeszcze o tym nie myślałem.
– A byłbyś zainteresowany posadą na pół etatu jako mój asystent? Prowadziłbyś filmową dokumentację, pomagał przy eksperymentach, czasem zajął Einsteinem. Za, powiedzmy… pięćdziesiąt dolarów tygodniowo? O ile, oczywiście, twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko – dodał pospiesznie. – Co ty na to, chłopcze?
Widziałem po jego minie, że oczekuje z niepokojem na moją odpowiedź. Teraz z kolei to ja się zastanawiałem, ale namysł nad jego propozycją nie zabrał mi zbyt wiele czasu. Nawet, gdyby doktor oferował mi dolara tygodniowo, praca z nim zapowiadała się na bardziej ekscytującą, niż w fastfoodzie, w którym pracował mój starszy brat; czy nawet etat mojego ojca. Poza tym po bliższym poznaniu doktora Browna zdążyłem go polubić.
Odpowiedź była jasna jak słońce. Dlatego wyciągnąłem rękę w jego stronę. Uścisnęliśmy sobie dłonie, pieczętując umowę, i uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem.
Tak oto narodziła się ta dziwna przyjaźń. Przyjaźń między dwoma facetami, których dzieliła różnica wieku, wykształcenie i upodobania, a mimo to dogadywali się wyśmienicie. Przyjaźń, która spowodowała wiele zakłóceń w czasoprzestrzeni, a jednocześnie pozwoliła je naprawić i to z jeszcze lepszym skutkiem. Przyjaźń, która zawiodła nas w przeszłość, przyszłość i z powrotem. Dla nas obu była to jedna z najwspanialszych rzeczy, które nas spotkały. Od tamtego ranka moje życie nie było już takie samo i wiedziałem, że doktor sądzi podobnie.
Ostatecznie nie mogliśmy się lepiej dobrać.