Podręcznik fanfikowca cz. 20 – Patchwork fanfiction

 

Powszechnie wiadomo, że adaptacje pewnej fabuły z jednego medium na drugie niosą ze sobą kilka większych lub mniejszych zmian. Zdarza się również, że dzieło macierzyste adaptowane jest wielokrotnie i w jednym fandomie funkcjonuje kilka oficjalnych kanonów. A już szczególnie pogmatwane jest to w komiksach, gdzie różne rebooty i alternatywne rzeczywistości sprawiają, że jedna postać może mieć kilka równorzędnie kanonicznych, choć nieraz sprzecznych ze sobą wersji. Rzecz w tym, że czasem fanfikowiec, pisząc fika do jednego uniwersum, chciałby zawrzeć elementy z innych uniwersów, zwłaszcza tych związanych z postaciami.

Panie i panowie, dzisiaj zajmiemy się zjawiskiem patchwork fanfiction.

Patchwork fanfiction jest fanfikiem, w którym postać kanoniczna ma w sobie cechy różnych swoich wersji. Zjawisko to może przejawiać się na różne sposoby, ale zawsze dotyczy fików do wszelkiego rodzaju adaptacji i retellingów.

Można wyróżnić kilka motywów patchwork fanfiction:

1.      Zapożyczenie cech postaci. Powiedzmy, że obejrzeliśmy któryś z filmów osadzonych w Marvel Cinematic Universe i postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś na temat jednej z postaci. Czytając o niej na stronie poświęconej filmowemu i komiksowemu uniwersum, odkrywamy kilka interesujących rzeczy, których nie uwzględniono w filmie, a które są kanonem w komiksach. O ile nie kłóci się to znacznie z tym, co zostało powiedziane o danej postaci w uniwersum, do którego piszemy, wprowadzenie w ramach headcanonu cech z innego uniwersum może być bardzo interesujące. (Będąc od dawna w fandomie Strażników Galaktyki, jestem bardzo za uwzględnieniem w fanfikach zdolności łowieckich komiksowego Yondu Udonty. Jak dotąd najlepszym fikiem z tym motywem okazało się Death by Terran.)

2.      Zapożyczenie przeszłości postaci. Działa na podobnej zasadzie, co punkt pierwszy – dowiadujemy się czegoś interesującego na temat danej postaci w jednym uniwersum i o ile nie jest to sprzeczne z tym, co zostało powiedziane o jej innej wersji, wprowadzamy to do fanfika. A że akurat przeszłość nie każdego bohatera jest odkrywana, zapożyczenie jakichś elementów z dzieciństwa czy origin story jest wypełnieniem luki. (Już kiedyś przytaczałam wam wspaniały przykład de-agingfika, w którym Avengersi odkrywają smutne szczegóły z dzieciństwa Bruce’a Bannera. W filmach – no może poza dziełem Anga Lee, ale ono nie jest częścią MCU – nie ma nic o Brianie Bannerze ani o tym, jak Bruce był traktowany przez ojca, ale w wielu komiksach przeszłość doktora Bannera miała istotny wpływ na niego samego.)

3.      Pseudo-OC. Chodzi tutaj o wprowadzenie bohatera, który istnieje w większości wersji pewnego dzieła, ale w fandomie, do którego piszemy, jeszcze się nie pojawił. Dlatego do fanfika wprowadzany jest jego odpowiednik, czasem z pewnymi wariacjami na temat jego osobowości lub umiejętności. Dotyczy to zwłaszcza retellingów różnych legend i mitów. (Sama w kilku fanfikach do Przygód Merlinawprowadziłam lady Elaine, z którą – według legend arturiańskich – Lancelot miał syna, Galahada.) Pseudo-OC są szczególnie ważne, jeśli są to członkowie rodziny jednej z postaci kanonicznych (spotkałam się z kilkoma fikami do Strażników Galaktyki, w których Star-Lord odnajduje swojego ojca, J’Sona), przyszli sojusznicy (na przykład Peter Parker pod opieką Avengersów), następcy (detektyw Blake z Mroczny Rycerz powstaje stający się Robinem/Skrzydłem.) albo wrogowie.

4.      Zapożyczenie elementów świata przedstawionego. Może niekoniecznie związane z postaciami, ale niejako wpływające na nie w ten, czy inny sposób. Czasem ma to charakter crossoverowy. (W tym fanfiku atak Chituari odbił się echem wśród mutantów.)

5.      Zapożyczenie fabuł. Dotyczy głównie retellingów i adaptacji. Wiadomo, że w dziele macierzystym miało miejsce pewne wydarzenie. Może to było coś mało istotnego (jak zaklęty we wierzbie Merlin) albo jakaś wielka bitwa (jak, na przykład, Bitwa Pięciu Armii w Hobbicie). Możemy zarówno opisać samo wydarzenie, jak i jego skutki (wiele fików do Hobbita traktuje o tym, co przeżywa Bilbo po wyżej wspomnianej bitwie.)

Jak widzicie, patchwork fanfiction oferuje fanfikowcom kilka interesujących możliwości. Polecam takie zapożyczanie, bo mogą z tego wyjść genialne rzeczy. Pamiętajmy jednak, aby zachować przy tym spójność postaci i nie sprawić, aby była ona OOC.

Podręcznik fanfikowca cz. 19 – Reakcja na krytykę

 

Postanowiłam poruszyć dzisiejszy temat, bo coraz częściej słyszę o tym, jak niedojrzałe potrafią być reakcje pisarzy (nie tylko fanfikowców) wobec krytyki. To jednak bardzo złożony problem, bo owa dojrzałość często nie występuje w pewnym okresie ludzkiego życia. Sama pamiętam dobrze, co pisałam w gimnazjum i liceum i że wtedy te wszystkie bezsensowne i kulejące na różnych poziomach opowiadania wydawały mi się arcydziełami, a większość krytyki pojmowałam jako ataki na moją osobę. I często zdarzało się, że miałam z tego powodu doła. Do dzisiaj jeszcze mi się zdarza popadanie w depresję, kiedy ktoś mnie za bardzo krytykuje.
Dlatego na Polskiej Bazie Fanfiction mogę przewrócić oczami, jeśli ktoś opublikuje coś z literówkami i dziwaczną fabułą, świadczące o braku doświadczenia, ale jak już wezmę się za czytanie i komentowanie tego czegoś (zakładając, oczywiście, że tekst się do tej pory ostanie), staram się raczej spokojnie i kulturalnie powiedzieć, co jest źle i coś doradzić (choć nie zawsze… kilku fanfikowców dostało ode mnie burę, jak choćby autor fika do Powrotu do przyszłości). Oczywiście zdarza się, że nie otrzymuję w ogóle żadnego odzewu ze strony autora. Potrafię też zrozumieć, jeśli rzeczywiście tu i tam trafiały się wywody ad personam i autor na nie odpowiada. Jednakże niedoświadczenie i niedojrzałość czasów gimnazjalnych to jedno, a reakcje publikujących już od lat fanfikowców (i nie tylko) na krytykę, to co innego. (Że nie wspomnę o Katarzynie Michalak i jej ekscesach.) To, co teraz przeczytacie to właściwie apel do wszystkich początkujących pisarzy.

Przede wszystkim odradzam publikowanie czegokolwiek, kiedy jesteście w przedziale tej grupy wiekowej, o której wyżej wspomniałam (tak mniej więcej w gimnazjum). Możecie pokazywać rodzinie i znajomym swoje rzeczy, ale pamiętajcie, że myślicie pewnymi schematami związanymi z psychologią i fabułą. Wynieśliście je (być może) z filmów, które oglądaliście, książek, które czytaliście, gier, w które graliście… Jednak na razie jeszcze niecałkiem możecie rozumieć czym jest psychologia i zdarza wam się anachronizm tu i tam. Dlatego uważacie na przykład, że zazdrość jest taka romantyczna i nie zauważacie, że bicie potencjalnego rywala ociera się o patologię i świadczy raczej źle o równowadze emocjonalnej waszego bohatera (nie mówiąc już o tym, że angst waszych postaci może nie być dobrze wyważony i w rezultacie wychodzi wam beksa, a nie bohater).
Jest to też czas, w którym wasz warsztat pisarski dopiero się rozwija. Dopiero uczycie się jak działa fabuła, jak działa kreacja postaci i świata przedstawionego, jak działają opisy itd. To zrozumiałe, że może wam wyjść coś niezbyt dobrego i ludzie natychmiast to wychwycą. Dlatego jeśli już bardzo wam zależy na publikowaniu swoich tekstów, lepiej zrobić to późno, np. w klasie maturalnej. Wtedy najczęściej warsztat jest jakoś ukształtowany a stosunek do krytyki (rzecz jasna tej konstruktywnej) bardziej spokojny.
Dalej – krytyka ma wiele odcieni. Jest (i nie łudźmy się, że nie) dość subiektywna krytyka, która nic nie wnosi, tylko nazywa autora tekstu idiotą albo jeszcze gorszym epitetem, ale nie tłumaczy, co jest źle ani jak to naprawić, tylko od razu spisuje autora na straty. Można takich krytyków zapytać, co im się nie podobało, a jeśli nie podadzą powodów i/lub zaczną rzucać w nas mięsem, należy albo blokować, albo kasować ich komentarze.
Ale jest także krytyka konstruktywna (choć i ona może mieć różne podgrupy w zależności od osobowości krytyka, bo są ludzie spokojni i całkiem mili, a są też tacy, którzy nie szczędzą złośliwości, ale zawsze uzasadniają swoje obiekcje). Jej przedstawiciele charakteryzują się tym, że wyciągają na wierzch i omawiają, co jest złe w tekście i dlaczego. Mogą nawet proponować jakieś rozwiązania danego problemu, np. „Tutaj napisz tak a tak.”, „Tutaj poświęć trochę więcej czasu temu a temu.”, albo „To wywal, jest niepotrzebne.” Mogą również pochwalić to, co zostało dobrze zrobione. Takich ludzi warto słuchać, chociażby dlatego, że mnóstwo rzeczy w życiu przeczytali i jeżeli ktoś wyraża chęć doskonalenia się, jest to dla nich forma pomocy takim początkującym pisarzom.
Teraz, kiedy już padły słowa krytyki, niekoniecznie dla was pochlebnej, wasza reakcja na nią będzie świadczyć o was i o waszej dojrzałości. Na pewno napisaliście gdzieś, że chętnie poznacie opinie waszych czytelników. Tym samym zgadzacie się nie tylko na ludzi, którzy uważają, że piszecie ciekawie, ale też na tych, którzy wychwycą w waszych fanfikach czy opowiadaniach nieścisłości. Możecie się oburzać, możecie skasować ich wypowiedź, możecie opowiadać, że czujecie się zaatakowani tym, że ktoś wytknął wam błędy. Ale możecie też próbować spokojnie dowodzić swoich racji i wytłumaczyć, dlaczego coś jest tak a nie inaczej; możecie podziękować za sugestie (jeśli są) i wziąć je sobie do serca, dzięki czemu się czegoś nauczycie i być może nie popełnicie więcej podobnych błędów w przyszłości – innymi słowy możecie okazać, że nie jesteście rozwydrzonymi, przeświadczonymi o własnej wspaniałości dzieciakami, tylko poważnymi ludźmi, którzy potrafią przyznać się do błędu. To zależy od was i tylko od was.
Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w dwudziestej już części Podręcznika fanfikowca. Będę musiała wymyśleć coś naprawdę specjalnego na tę okazję, dlatego muszę przemyśleć temat, którym się zajmę.

Podręcznik fanfikowca cz. 18 – Najczęstsze błędy w fanfikach

Jak może zauważyliście przy poprzedniej części Podręcznika fanfikowca, nie byłam do końca pewna o czym ma być dzisiejsza jego odsłona. Jakiś czas później na Polskiej Bazie Fanfiction zaproponowano mi, abym omówiła temat najczęściej popełnianych błędów w fanfikach. Z jednej strony uważałam to za dobry pomysł, z drugiej – miałam wobec niego pewne opory. A to dlatego, że wiele błędów proponowanych przez moich kolegów i koleżanki z Bazy można by potraktować jako osobiste preferencje – coś, co irytuje tylko pewną grupkę, ale dla innej uznawane jest za normę. Niemniej jednak postanowiłam jednak podjąć się tego tematu, choćby dlatego, że nie da się od niego uciec.

Niektóre z najczęstszych błędów w fanfików zostały już kiedyś przez nas omówione. W podstawach mieliśmy więc nieznajomość fandomu, brak szacunku do dzieła macierzystego, bezsensowne OOC, znikoma wprawa pisarska i pominięcie istotnych oznaczeń. W części poświęconej angstowi zwróciłam wam uwagę na to, że rapefiki trzeba pisać ostrożnie i z uwzględnieniem wielu czynników, aby nie okazały się śmieszne ani obraźliwe dla ofiar gwałtów. Przy temacie OC wspomniałam o tym jak łatwo jest stworzyć Mary Sue albo sztampowego czarnego charaktera. W temacie o pairinigach wspomniałam o „Gejlandii”, braku spójności psychologicznej i nieumiejętnym operowaniu na schematach.
Co nam więc pozostało? A no zobaczmy:

1.      Ogólnie złe pisanie. Pod ten punkt podpada szeroka gama błędów – ortograficznych i merytorycznych. Większość z tych błędów można zobaczyć również w opowiadaniach autorskich. Ortografię może poprawić szybko za pomocą kilku kliknięć na myszce i klawiaturze. O wiele większy problem stanowią błędy merytoryczne – związane z psychologią, realiami epokowymi albo kulturowymi, geografią, historią itd. (dodajmy przy tym ogólne reguły uniwersum i cechy postaci). Tutaj trzeba by wywalić pewne fragmenty tekstu lub dorzucić nowe. A że większość fików to w zasadzie „powieści w odcinkach”, raczej wszelkiego rodzaju zmiany fabularne w już opublikowanym tekście nie wchodzą w grę. Są na to dwa sposoby. Po pierwsze – przygotować się gruntownie do pisania. Dowiedzieć się czegoś o miejscu, czasie, typowych zachowaniach ludzi w danym przypadku… W skrócie – doczytać co trzeba o tym, co chcemy napisać. Dzięki temu wiele błędów merytorycznych zostanie wyeliminowane już na samym początku. Po drugie – kiedy już tekst z błędem został opublikowany, należy zastosować tak zwany retcon. To słowo to skrót od retrospective continuity i oznacza zabieg polegający na naprawieniu wszelkich nieścisłości fabularnych poprzez późniejsze wydarzenia. (Przykładem jest chociażby ten fanfik do Artemisa Fowla. Ci, co czytali serię Eoina Colfera, wiedzą, że Butler został ochroniarzem głównego bohatera w chwili jego narodzin i był nawet przy nich obecny. Tymczasem fik zaczyna się w ośrodku, w którym Butler jest szkolony i z którego zostaje sprowadzony właśnie po to, aby ochraniać Artemisa. Autorka retconowała fika, pisząc w następnym rozdziale, że, co prawda, Butler był w szpitalu podczas przyjścia Artemisa na świat, ale został wysłany na dodatkowe szkolenie dopóki chłopiec nie osiągnął pewnego wieku.)

2.      Tak zwane makaronizmy, czyli używanie słów z obcego języka, kiedy nie jest to absolutnie konieczne. Dotyczy to tendencji fanów mangi i anime do wprowadzania do wypowiedzi nie-Japończyków japonizmów (sztandarowy przykład: Włochy w Hetaliimówiący do Niemiec „Doitsu”), a także fanfikowców, którzy nadają fikom angielskie tytuły, podczas gdy fanfik jest po polsku. O ile nie jest to songfik albo obcojęzyczny tytuł nie jest odniesieniem do czegoś (np. sentencji, imienia, czegoś nieprzetłumaczalnego na polski…), to nie ma sensu, aby tytuł nie był po polsku.

3.      Uwzięcie się na postać. Dotyczy to wszelkiego rodzaju OOC związanego z osobistą niechęcią fanfikowca do pewnej postaci. Nie chodzi nawet o to, że fanfikowiec nie wie nic (albo wie mało) o danej postaci, ale po prostu ignoruje pewne fakty z nią związane na rzecz swojej dość wąskiej i często niepochlebnej interpretacji. Wynika to z jego niechęci do pewnego bohatera. (Wstyd się przyznać, ale ja też kiedyś takiego fika popełniłam. Idąc za daleko był bardzo niesprawiedliwy względem hetaliowego Francji.)

W zasadzie większość z wymienionych teraz i dawniej błędów wynika z nastawienia fanfikowca. Niechlujny fanfik najeżony błędami jest spowodowany przez niecierpliwość i lenistwo autora, ale jednocześnie udowadnia, że nie ma on szacunku do czytelnika. Postaci zachowujące się OOC i porażająca niezgodność z kanonem (a fanfik nie jest osadzony w AU) mają związek z niedostateczną znajomością fandomu przez autora, ale mogą świadczyć też o tym, że ów autor traktuje fandom bardzo umownie. Dobry pisarz stara się dowiedzieć o czym pisze i szanuje swoich czytelników, a jeśli pisze już w cudzym uniwersum to je także traktuje z szacunkiem i troską. O tym zawsze należy pamiętać.

I znów nie mam pomysłów na to, co powinno być następne. Może więc moi czytelnicy mają do mnie jakieś sugestie? Możecie użyć do tego komentarzy albo maila. Za wszystko z góry jestem wdzięczna (chyba, że mnie olejecie, to wtedy będzie mi smutno).

Podręcznik fanfikowca cz. 17 – Pairingi

Temat, którym dzisiaj się zajmiemy, jest dość grząski. Przynajmniej raz każdy fan kiedyś „shippował” jakąś parę bohaterów (obojętnie czy była to para złożona z dwóch różnych płci, czy z jednej) i uważał, że to prawdziwa miłość, broniąc tej pary jak lew. Zupełnie inną sprawą jest to, że wiele pairingów jest albo dziwnych, albo niesie ze sobą pewne niefortunne implikacje. Zacznijmy od tego, że dość często działa tutaj trzydziesta czwarta zasada Internetu, głosząca, że jeśli coś istnieje, jest do tego pornografia, a co za tym idzie – można połączyć w parę postaci, które: są wrogami, są rodzeństwem, są przyjaciółmi, występują raz w jednym kadrze, nie występują razem w ogóle, są mentorem i uczniem… możliwości jest naprawdę dużo. Dlatego nie zawsze trafi się coś strawnego.

Temat pairingów jest szczególnie trudny do omówienia dla mnie, ponieważ w ciągu tych kilku lat bycia w przeróżnych fandomach zdążyłam znienawidzić yaoi i slash, czyli tego typu twórczość fanowską, która opiewa miłość między dwoma mężczyznami. Aczkolwiek – jak już wspominałam w pierwszej części Podręcznika fanfikowca – jeżeli fabuła fanfika jest ciekawa, mogę przymknąć oko na wszelkiego rodzaju sceny z homoerotycznym podtekstem, a nawet się nimi cieszyć, bo zostały poprowadzone sensownie. Właściwie to znam kilku autorów fanfików i opowiadań autorskich, o których wiem, że wątek homoseksualny (ale nie tylko, bo wszystkie inne kontrowersyjne wątki też) będzie oddany z należytym realizmem.

Tak czy inaczej, wiele podniesionych tutaj problemów, dotyczy właśnie wątków homoseksualnych, choć nie tylko i dlatego będę się starać opisać wszystko w taki sposób, aby odnosiło się do pairingów jako takich (choć niczego nie obiecuję).

Podstawowe błędy, jakie popełnia fanfikowiec, wprowadzając wątek romansowy, to:

1.      Tak zwana „Gejlandia”, czyli pokazanie świata przedstawionego jako takiego, gdzie każda postać jest homoseksualistą (nieraz z podziałem na seme i uke), homofobia nie istnieje, a kobiet prawie nie ma. Nawet wiele moich znajomych, które uwielbiają yaoi i slash, uważa, że to oznaka złego pisarstwa. Dlatego każdy fanfikowiec powinien wystrzegać się tworzenia „Gejlandii” i zawsze brać pod uwagę takie rzeczy, jak stosunek społeczeństwa do homoseksualizmu (zwłaszcza, kiedy dzieło macierzyste osadzone jest w czasach albo środowisku, w którym homoseksualizm jest uważany za dewiację albo oznakę zniewieścienia); charaktery postaci (a więc nie robić z jednej z nich kompletnej ciapy, pełniącej typowo kobiece role) i stosunki jakie łączyły postacie męskie z żeńskimi (innymi słowy – kanoniczne pairingi i co się z nimi stało, że już nie są faktem).

2.      Brak spójności psychologicznej i jest to właściwie problem bardzo złożony. Po pierwsze fanfikowcy zapominają o psychologii, kiedy piszą o dość kontrowersyjnych sytuacjach, jak kazirodztwo (zwłaszcza, pojmowane jako romans między rodzeństwem) albo związek, w którym panuje duża różnica wieku, a jedna postać widziała jak druga dorastała. Nie można podchodzić do tego, jak do czegoś, co obie strony od razu przyjęły z zachwytem. Trzeba (zwłaszcza w przypadku kazirodztwa, gdzie dużą rolę gra rodzina) wziąć pod uwagę sytuacje, w jakich dochodzi do takich zachowań, nie mówiąc już o tym, że przynajmniej jedna ze stron ma opory przed swoimi uczuciami i wątpliwymi etycznie pragnieniami. (Vampircia napisała kiedyś do One Piece erotyczną jednoczęściówkę, w której Shanks spogląda na dorosłego Luffy’ego z pożądaniem. To, że z miejsca nie znienawidziłam tego fika, wynika stąd, że Vampi poświęciła dużo czasu opisowi tego, jak Shanks bił się z myślami i walczył sam ze sobą; i stąd, że do samego aktu doszło, ponieważ Luffy się na niego zgodził.) Po drugie, fanfikowcy mają tendencję do zapominania pewnych cech charakteru postaci, aby bardziej pasowała do sytuacji w fanfiku. Dotyczy to wspomnianego wyżej podziału na seme i uke, gdzie jeden z partnerów jest bardziej pasywny i kobiecy, ale równie dobrze odnosi się do nagle empatycznych psychopatów, czy ludzi aseksualnych, przejawiających zainteresowanie jakąś postacią. (Był, na przykład, pewien fanfik, w którym Sheldon próbował pocieszyć Amy pocałunkiem. Niestety nie mogłam go znaleźć.) Po trzecie wreszcie sam proces zakochiwania się i relacje w związku kuleją psychologicznie. Czasami nawet fanfikowiec (a także pisarz w ogóle) nieświadomie przedstawi toksyczny związek albo seks między nieletnim a dorosłym jako coś niesłychanie romantycznego. (Do dzisiaj nie mogę się otrząsnąć po hetaliowej wersji Dziewczynki z zapałkami, gdzie Kanada, jako Chłopiec z zapałkami, zostaje wzięty pod opiekę przez obcego mężczyznę, Prusy, a kiedy już się obaj ogrzali i najedli, Prusy zaczął uprawiać seks z Kanadą.)

3.      Nieumiejętne operowanie na schematachto coś, co spotyka się również w zwykłych, nie-fanfikowych romansach. W zasadzie wiele zależy od wykonania i od gustów czytelników. Są pewne historie, które pewni ludzie lubią czytać/oglądać i niewątpliwie istnieją fani konkretnych opowieści romantycznych. Wielokrotnie też znajdowałam bardzo ciekawe fanfiki z wątkiem romansu, które miały interesującą i obiecującą fabułę. Jednakże niektóre schematy są stosowane do bólu i sprawiają, że fanfik wydaje się co najmniej banalny, jeśli nie po prostu męczący. Żeby tych schematów uniknąć, należy znaleźć dobre fanfiki i dobre romanse albo nawet zapoznać się z analizami wszelkich romansowych grafomanii, aby zorientować się, co to za schematy.

Jakiś czas temu Vampircia powiedziała, że każdy pairing da się przedstawić jako sensowny. Jest w tym sporo prawdy, bo choć niektóre pary do dzisiaj mnie przyprawiają o mdłości, o tyle wiem, że jeśli tylko weźmie się pod uwagę kwestię psychologii i stosunków społecznych, a same relacje między parą zakochanych zostaną właściwie poprowadzone, to może z tego wyjść naprawdę dobra historia.

Jeszcze nie wiem, czym zajmiemy się w następnej części Podręcznika fanfikowca, ale podejrzewam, że będzie to coś związanego z memami w fanfikach.

Podręcznik fanfikowca cz. 16 – Kanon, fanon i headcanon

Zmieniamy tak nagle temat nie dlatego, że wyczerpałam wszystko, co związane z formami literackimi fanfików, ale  po prostu dlatego, że na razie moja wiedza sprawia, iż nie mogę powiedzieć nic więcej, na przykład o takich drabble’ach. Postanowiłam też zająć się tematyką związaną z fandomem jako społecznością fanów i tym, jak to, co się w niej dzieje, wpływa na pisane fanfiki.

A zaczynamy od kanonu, fanonu i headcanonu, bo jest to w zasadzie bardzo istotna część każdego fandomu i wyraża się właśnie w twórczości fanowskiej.

Kanon (canon) to – mówiąc krótko – wszystko, co zostało zawarte w dziele macierzystym, i to, co powiedział na temat tego dzieła autor. Wszystkie nazwiska, relacje między postaciami, prawa rządzące światem przedstawionym, polityka, geografia… Jednym słowem – kanon jest tak jakby bazą, z której wyrastają fanon i headcanon.

W zasadzie stosunek do kanonu może iść w dwie strony. Pierwsza to trzymanie się ściśle kanonu i tylko budowanie na jego podstawie pewnych interpretacji; a druga to odrzucenie niektórych elementów (jak na przykład pairingi) albo nawet całego kanonu na rzecz własnej wizji dzieła (co widać zwłaszcza w AU, choć i AU trzyma się pewnych założeń z kanonu, chociażby jeśli chodzi o postacie i ich charaktery). Czasami – kiedy dzieło macierzyste zostało przeniesione na jeszcze jakieś medium (jak choćby manga, na podstawie której powstało anime) – niektóre szczegóły w kanonie się ze sobą kłócą. W takim wypadku fanfikowiec koncentruje się tylko na jednej wersji danego szczegółu albo tworzy fanowską teorię, która ma spoić obie wersje w jedną.

Fanon (zbitka słów „fan” i „kanon”) to zbiór teorii i założeń, które zostały przyjęte przez społeczność fanów i dotyczą głównie niedomówień w kanonie. Sztandarowy przykład: imiona bądź nazwiska postaci, których imię lub nazwisko nie jest podane w kanonie. Chociaż fanon może też dotyczyć, tego, co nie jest powiedziane wprost, ale co łatwo można zinterpretować. (Niewątpliwie kopalnią fanonową jest fandom Axis Powers Hetalia. Nie tylko mamy tutaj ludzkie imiona i nazwiska dla krajów, którym Hiramuya poskąpił ludzkich imion i nazwisk, ale też mamy, na przykład, teorię jakoby Prusy po swoim upadku stał się NRD; a także kilka innych, mniej znanych teorii). Fanon jest bardzo użyteczny dla fanfikowca, już choćby przez to, że umożliwia wypełnienie luk, które normalnie pozostałyby bez wypełnienia. Zdarza się nawet, że jakiś element fanonu tak się spodoba twórcom dzieła macierzystego, że zostanie on podniesiony do rangi kanonu. (Tak było chociażby z imieniem porucznik Uhury. Przez lata fani zastanawiali się jak ono brzmi i znaleźli kilka możliwości, a J.J. Abrams w końcu wykorzystał jedną z bardziej popularnych i postanowił, że pani porucznik będzie się nazywać Nyota Uhura.)

W końcu headcanon (kanon „z głowy”) to założenie, które przyjmuje jeden fan albo jakaś mała grupka fanów. Co więcej – ten fan ani grupka fanów nie wymaga, aby wszyscy przyjęli headcanon i podnieśli go do rangi fanonu (choć niewątpliwie może zostać uznany przez fanów za dość ciekawy, aby stał się oficjalną teorią). Najczęściej spotykam się z headcanonem, który dotyczy przeszłości bohaterów, zwłaszcza ich dzieciństwa, i – o dziwo – nie jest tylko domeną fanów, ale także aktorów, odtwarzających role owych bohaterów, co jest w sumie zrozumiałe, bo aktorzy muszą nadać swoim postaciom jakiś wyraz i nieraz sami je interpretują. (Renee Russo i Tom Hiddleston, którzy grali w obu ThorachFrigg i Lokiego przyjęli headcanon, że Frigg uczyła Lokiego magii i sposobu walki.)

I to tyle jeśli chodzi o kanon, fanon i headcanon. Temat następnej części Podręcznika fanfikowcado pewnego stopnia będzie wiązać się z tym, co dzisiaj omawialiśmy, bo będzie dotyczył pairingów.