Krótka notka

Krótka notka o „Megamind Rules!”

Megamind Rules! - plakat

Omawiając niedawny film Megamind v.s The Doom Syndicate wspominałam, że zamierzam sprawdzić również serial o Megamocnym. Tak jak w przypadku filmu, miałam wobec Megamind Rules! pewne nadzieje i obawy. I tak jak w przypadku filmu, podchodziłam do kreskówki z pozycji fanki, która czekała na cokolwiek nowego związanego z Megamocnym od ponad dziesięciu lat.

Czy któreś z tych obaw i nadziei się spełniły? Zaraz się przekonacie.

Megamind Rules! – na co liczyłam

Generalnie zamysł na Megamind Rules! jest taki: nasz niebieski kosmita dopiero zaczyna swoją karierę superbohatera i z niektórymi rzeczami ma jeszcze problemy. Jednocześnie po wydarzeniach z filmu trochę się pozmieniało: z jednej strony Megamocny ma asystentkę od social mediów, Keiko Moritę, a Roxanne Ritchi przebranżowiła się z reporterki na panią burmistrz; a z drugiej strony nadal gdzieś pęta się Syndykat Zagłady, któremu przewodzi tajemniczy mózg w słoiku, mający zatarg z Megamocnym i zamierzający wywrzeć na nim swoją zemstę.

Według mnie Machiavillain był jednym z najlepszych elementów Megamind Rules!

Film ustanowił kilka wątków fabularnych, które sprawiły, że chciałam sprawdzić serial. Były to między innymi relacje Megamocnego z młodą protegowaną i Roxanne na stanowisku burmistrza. Najistotniejszym z nich był jednak wątek Syndykatu Zagłady – jakby nie patrzeć mieli oni ciekawe projekty postaci, supermoce, osobowości i motywy. Miałam nadzieję, że przez te osiem odcinków pierwszego sezonu dowiemy się o poszczególnych członkach Syndykatu czegoś więcej i że powoli będziemy dochodzić do tego, jaki plan ma mózg w słoiku (którym jest, oczywiście, zły mentor Megamocnego, Machiavillain). Liczyłam na to, że Megamocny i jego drużyna będą się w każdym odcinku zmagać przynajmniej z jednym z członków Syndykatu.

Niestety, pierwsze pięć odcinków można potraktować jako fillery, a Syndykat pojawia się tylko w dwóch z nich. Ich fabuła może się wydać sztampowa… ale nie powiedziałabym, żeby to było do końca źle.

Prawda, Dude Monkey, który jest po trochę taką parodią Youtubera-influencera, irytuje, i wiadomo, że ego Megamocnego w reakcji na pewne sytuacje sprawi, że zrobi on jakieś naprawdę głupie rzeczy, jednakże istnieją pewne sprawdzone tropy, które nadają się do kreskówek. Jak na przykład, dwoje przyjaciół, którzy nie mogą dojść do zgody, ale sytuacja wymaga od nich myślenia zespołowego; albo bohaterowie, którzy mają wymagające profesje, ale myślą, że ten drugi ma łatwą fuchę, i nagle oboje zamieniają się miejscami. Mieliśmy nawet jeden odcinek o tym, jak Megamocny przezwycięża swój strach (i dla mnie ten wątek jest o tyle ciekawy, że choć na początku ów strach może wydawać się dość sztampowy, to szybko daje się nam do zrozumienia, że kryje się za tym jakaś głębsza trauma). Tego typu fabuły są dość przewidywalne, ale to nie znaczy, że są złe. Na przykład, zamiana miejsc ma pokazać perspektywę drugiej osoby, co jest całkiem niezłym morałem, a także pozwala na ciekawe studium postaci.

Kiedy pewnych rzeczy jest za mało

Natomiast nie ukrywam, że pierwsze cztery odcinki oglądało mi się dość topornie. Dopiero jak w piątym Megamocny i Roxanne zaczęli dzielić się wspomnieniami z czasów, kiedy on był superzłoczyńcą, a ona damą w opałach; a następnie Roxanne dowiedziała się, że nauczyciel Keiko to jej stary kolega z obozu, ożywiłam się bardziej. No bo było to w sumie coś na temat przeszłości naszych bohaterów i pozwoliło spojrzeć na ich relację w trochę inny sposób. Następne trzy odcinki ruszyły bardziej z wątkiem Syndykatu Zagłady, a już epizody siódmy i ósmy wgłębiają się w historię Megamocnego i Machiavillaina.

I tu od razu przychodzi mi do głowy inny serial będący kontynuacją animacji Dreamworks – Potwory kontra Obcy. W porównaniu do, dajmy na to, Pingwinów z Madagaskaru, Kung Fu Pandy: Legendy o Niezwykłości czy Jeźdźców smoków, Potwory kontra Obcy nie robiły zbyt wiele z bohaterami, a i humor bywał nietrafiony. Co więcej – tytułowe potwory, które fani zdążyli pokochać w filmie i specialach, w serialu wychodziły dość miernie i wrednie na tle kosmitów, którzy zamieszkali w Strefie 52. I tak jak w przypadku Megamind Rules!, serialowe Potwory kontra Obcy korzystały ze sprawdzonych schematów, co dawało mieszany efekt.

Ale tamten serial – jak również pozostałe seriale na podstawie animacji Dreamworks – ma jedną przewagę nad Megamind Rules!, a mianowicie: był dłuższy. Jeden sezon Potworów kontra Obcych ma dwadzieścia sześć odcinków, gdy tymczasem jeden sezon kreskówki o Megamocnym tylko osiem. Nawet jeśli Potwory… nie mają ciągnącego się przez pierwszą serię arku, to jednak dwadzieścia sześć epizodów pozwala bardziej rozwinąć zarówno stare, jak i nowe postaci. Zresztą w serialach Dreamworksu, gdzie takie sagi występują (wspomniani Kung Fu Panda i Jeźdźcy smoków, ale też Przygody Kota w Butach i Dzieciak Rządzi: Znowu w grze), jest wystarczająco dużo odcinków pchających fabułę do przodu, aby fillery nie wydawały się stratą czasu.

I wiecie, już od jakiegoś czasu pojawiają się głosy krytyki na to, że dzisiejsze seriale są po prostu za krótkie, przez co cierpi na tym fabuła. Nieraz krótszy sezon podyktowany jest tym, że nowa produkcja na platformie streamingowej jest dzielona na dwie części. Kilkuodcinkowe sezony same w sobie nie muszą być źle zrobione (Mandalorian pokazał nam, że taki format może działać), ale jeśli pierwotnie sezon był dłuższy, a producenci go sztucznie skrócili, historia nie będzie tak dobra, jak mogłaby być.

To, co chcę powiedzieć, to to, że dłuższy sezon na pewno pomógłby historii. Można by było wtedy poświęcić kilka odcinków Syndykatowi Zagłady, kilka Megamocnemu, Roxanne Ritchi i Minionowi/Old Chumowi, a kilka Keiko i jej relacjom z jej idolem. Można by wtedy też rozwinąć świat przedstawiony, w którym żyją bohaterowie – opowiedzieć coś więcej o innych superbohaterach i superzłoczyńcach, i jak ich istnienie wpływa na życie ludzi w Metro City. A tak serial jest za krótki i zapewne nie doczeka się kontynuacji.

Keiko Morita i influencer Megamocny

Ciągnącym się wątkiem przez ten sezon jest Megamocny próbujący promować się w mediach społecznościowych z pomocą Keiko Mority. Sam w sobie ten pomysł może wydawać się głupi i od razu wystawia serial na szybkie zestarzenie się… jednakże biorąc pod uwagę to, że Megamocny zawsze miał w sobie coś z showmana (o czym może świadczyć najsłynniejsza scena z filmu), mogę sobie wyobrazić, że dość szybko założyłby sobie kanał na YouTubie.

Poza tym samo streamingowanie działalności Megamocnego ma bardziej pragmatyczny cel, niż tylko łechtanie ego niebieskiego kosmity. Megamocny chce być dobrym superbohaterem, chce inspirować obywateli Metro City tak, jak robił to Metro Man, zwłaszcza że ma tendencję do nieumyślnego niszczenia własności publicznej. Niektóre rzeczy, które serial robi z tym wątkiem, są całkiem niezłe (jak to, że w porównaniu ze streamingowanym, ukartowanym bohaterstwem Dude Mankey’a, filmy, na których Megamocny popełnia błędy, są widziane jako bardziej ludzkie i łatwiejsze do utożsamienia się), ale nietrudno się nim zmęczyć.

Przejdźmy teraz do Keiko Mority. W Megamind vs. the Doom Syndicate dowiedzieliśmy się, że stała się ona fanką Megamocnego, bo sama często wpadała w kłopoty i przejście superzłoczyńcy na jasną stronę dało jej nadzieję. Liczyłam na to, że serial trochę bardziej rozwinie tę relację i poniekąd to zrobił. Keiko spędza dużo czasu w bazie Megamocnego, teoretycznie będąc asystentką do spraw social mediów, ale biorąc czynny udział w pomocy superbohaterowi.

Jednak jej najlepsze momenty są w dwóch ostatnich odcinkach, kiedy to chce udowodnić swojemu idolowi, że jest gotowa zostać superbohaterką. Jednocześnie sam Megamocny boi się ją uczyć, bo ma przeświadczenie (związane z tym, jak uczył go Machiavillain), że pod sam koniec nauki uczeń powinien walczyć ze swoim mentorem. I ten wątek mi się podobał, bo z jednej strony był zgodny z charakterem Megamocnego (któremu dzieciństwo w więzieniu spaczyło wyobrażenie tego, co jest normalne, a co nie), a z drugiej strony rozwija jakoś jego postać.

Podsumowując…

Megamind Rules!, jako kontynuacja filmu, robi wiele rzeczy nieźle i ma potencjał w przyszłości być czymś interesującym. W chwili, kiedy piszę ten tekst, pierwszy sezon ma ocenę ledwie 53% na Rotten Tomatoes, a na YouTubie opinie na jego temat są raczej mieszane.

Osobiście bardzo bym chciała, aby powstał drugi sezon, chociażby dlatego, że ostatnie dwa odcinki pierwszego są bardzo dobre, a cliffhanger sprawia, że chce się oglądać dalej… ale podejrzewam, że będzie tak jak z serialowymi Potworami kontra Obcymi. Dodatkowo Megamind Rules! pojawia się w bardzo trudnym momencie dla wielkich franczyz – nie tylko seriale są sztucznie skracane, ale też Hollywood wypuszcza taśmowo remaki, sequele i spin-offy, żerując na nostalgii.

Tak więc trochę mi żal, że wyszło jak wyszło i mam nadzieję, że to nie koniec, chociaż reakcje internetu nie napawają mnie optymizmem.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź