
Toporna komedia czy świąteczny klasyk? A dlaczego nie i to, i to?
Miałam pewne opory przed tym, czy wstawić tutaj Elfa, zważywszy na to, że to typ komedii, który polega na tym, że jakaś postać zachowuje się głupkowato i widz co chwila czuje zażenowanie. Bardzo szybko można się takim humorem zmęczyć.
Niemniej jednak Elf ma genialny początek na Biegunie Północnym, który czerpie bardzo dużo z klasycznych filmów Rankin/Bassa (i pełno tam praktycznych efektów, zarówno jeśli chodzi o animację lalkową, jak i o wymuszoną perspektywę, dzięki której Buddy wydaje się większy). W zasadzie jest to jeden z powodów, dla których jednak chciałam ten film w Fandomowym Kalendarzu Adwentowym (zwłaszcza że Polacy kojarzą głównie Renifera Rudolfa… z jakiejś trzeciej ręki). Elf ma też genialne zakończenie, w którym wszyscy ludzie, których Buddy poznał w Nowym Jorku, zaczynają śpiewać kolędy i pomagają saniom Mikołaja wzbić się w górę, dzięki duchowi świąt. Wszystko pomiędzy jest… różnej jakości.
Aczkolwiek był to chyba pierwszy film z Willem Farrelem, który oglądałam, i przekonałam później, że jako aktor komediowy, potrafi być świetny. W tej roli trudno mu nie współczuć, bo większości rzeczy po prostu nie rozumie ze względu na swoje wychowanie. W pewnym momencie przyrodni brat Buddy’ego stwierdza, że Buddy chce wszystkich uszczęśliwić i w sumie trudno się z tym nie zgodzić.
Zoey Deschanel, James Caan, Bob Newhart… całkiem niezła ta obsada. I raz Deschanel nie obsadzili w roli Manic Pixie Dreamgirl, tylko zrobili z niej bardziej stąpającą po ziemi postać. Niemniej jednak im dłużej się ogląda Caana w roli Waltera, tym bardziej się podziela jego frustrację.
Ale hej, uważam, że w święta jest miejsce i dla takiej komedii. A mogło być przecież gorzej, nie?
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
