Krótka notka

Krótka notka o pierwszym sezonie „Best Medicine”

Już nieraz opowiadałam o brytyjskim serialu Doktor Martin. Tak się jednak zdarzyło, że w tym roku premierę miała amerykańska wersja Doktora Martina o wdzięcznym tytule Best Medicine.

Śledziłam ten serial od stycznia i mam kilka przemyśleń na jego temat. Uważam, że pod wieloma względami jest to ciekawy twór, który trochę frustruje, ale trochę też oferuje coś własnego.

Ale po kolei.

Tak jak jego brytyjski pierwowzór, Best Medicine opowiada o wielkomiejskim chirurgu, Martinie Beście, który nabawia się lęku przed krwią i przenosi do małego, nadmorskiego miasteczka Port Wenn, aby praktykować medycynę jako internista. Z powodu swojej skupionej na pracy natury i niechęci do ludzi, od razu zraża do siebie nauczycielkę Louisę, która zasiada w radzie miasta i poważnie traktuje potrzeby lokalnej społeczności. W Port Wenn mieszka też starsza ciotka doktora Besta, Sarah, z którą ma on w miarę ciepłe relacje. Martin szybko też przekonuje się, że w jego gabinecie pracuje skupiona na budowaniu swojej internetowej fanbazy Elaine, prowadzący restaurację „Słona Bryza” Greg i George trzymają w kuchni świnkę, Louisa niedawno zerwała zaręczyny z szeryfem Markiem Mylow, a mieszkańcy miasteczka przekraczają granice i mają wiele dziwnych tradycji.

To nie jest pierwszy zagraniczny remake Doktora Martina. Swoją wersję doktora Martina Ellinghama mają Czesi, Francuzi, Niemcy i Hiszpanie. To wręcz zaskakujące, że Best Medicine pojawiło się tak późno, biorąc pod uwagę tendencję Amerykanów do przenoszenia w swoje realia serii ze Zjednoczonego Królestwa. Najważniejsze jest jednak to, że przy takich adaptacjach najlepiej jest nie trzymać się kurczowo formatu, tylko pokazać kulturową specyfikę miejsca akcji, o czym mogą zaświadczyć The Office oraz Duchy.

Best Medicine czerpie imiona bohaterów i nazwy z Doktora Martina – mamy nie tylko Louisę, Berta i Ala Large’ów (czyli duet ojca i syna prowadzących biznes naprawczy); jedynego policjanta w mieście Marka Mylowa oraz małego Petera Cronka, lecz także sama nazwa miejscowości – Port Wenn – brzmi tak samo jak w wersji brytyjskiej, tylko jest pisana osobno. Tylko że zamiast kornwalijskiego, nadmorskiego miasteczka, Port Wenn jest osadzone w stanie Maine; ciotka głównego bohatera nie zajmuje się hodowlą warzyw organicznych, tylko łapie i sprzedaje kraby; farmaceutka Sally Tishell stała się matką szeryfa, Sally Mylow (a przez to jej niechęć do Louisy nie jest spowodowana przez zazdrość o względy Martina, tylko przez to, że Louisa złamała serce jej synkowi), a wśród irytujących nastolatków, które zawsze rzucają jakieś komentarze w stronę głównego bohatera, jest jeden chłopiec.

Zacznijmy od głównego bohatera. Martin Ellingham był człowiekiem zamkniętym w sobie, trochę mizantropem i pracoholikiem, który w co drugiej interakcji albo natychmiast przechodził do badania swojego rozmówcy, albo kazał ludziom się zamykać (aby w spokoju owe badania przeprowadzać). Nie przepadał za imprezami towarzyskimi i tłumami, ciągle opędzał się od bezpańskich psów, które z jakiegoś powodu do niego lgnęły, i nieraz męczyła go głupota mieszkańców Portwenn, którzy ignorowali jego zalecenia albo narażali siebie i innych na uszczerbek na zdrowiu. Zarazem potrafił okazywać jakąś czułość, najpierw wobec ciotek, a potem wobec Louisy i swoich dzieci (w ogóle był bardzo kochającym i zaangażowanym ojcem), a kiedy poznaliśmy jego rodziców, od razu zdawaliśmy sobie sprawę z tego, dlaczego jest tak emocjonalnie zamknięty w sobie.

Martin Best również wydaje się nie za bardzo lubić ludzi, bronić się rękami i nogami przed wszelkimi imprezami, wiecznie psioczyć na głupotę wszystkich dookoła, ale przy okazji ma o wiele większą tendencję do rzucania sarkastycznych uwag. Jednocześnie już od pierwszego odcinka daje nam się do zrozumienia, że ten konkretny doktor Martin jako dziecko był uczestnikiem wypadku, w którym zginęła jego starsza siostra i jest to wielka trauma, która nie została odpowiednio przepracowana i nawet stała się po latach katalizatorem jego lęku przed krwią.

Tak po prawdzie to tutaj widać jakby bardziej wyraźnie, że to historia o zamkniętym w sobie człowieku, który dzięki lokalnej społeczności zaczyna się otwierać na innych. Bo też tam gdzie doktor Ellingham był postrzegany przez niektóre postaci jako najlepszy przyjaciel, choć były mu w najlepszym razie obojętne, tam doktor Best po jakimś czasie rzeczywiście zaczął je postrzegać również jako przyjaciół.

Abigail Spencer jako Louisa Gavin.

Już sama relacja Martina Besta z Louisą jest o wiele bardziej przyjemna, bo co druga interakcja doktora Ellinghama z jego ukochaną kończyła się kłótnią, zazwyczaj dlatego, że nie rozumiejący społecznych sygnałów Martin powiedział coś nie tak (co było na dłuższą metę męczące). Louisa nadal jest tą bardziej społecznie przystosowaną w tym pairingu, i bardziej zaangażowaną w lokalne sprawy i tradycje, ale jednocześnie jej niedawne zerwanie z szeryfem Mylow sprawia, że jest na ustach wszystkich, a przez to przez dłuższy czas woli unikać tłumów tak jak doktor Best. Poza tym pomaga w rozwoju tych relacji to, że obie Louisy są nieraz obecne (a nawet pomagają) przy tym, jak panowie doktorzy ratują komuś życie. Niestety też inne postaci komentują to, że widać tę rodzącą się miłość między doktorem Bestem a Louisą, co może się czasem stać trochę irytujące.

Josh Segarra jako szeryf Mark Mylow.

Ale na przykład, brytyjski Mark Mylow (i jego późniejszy następca Joe Penhale) w pewnym momencie zaczął traktować doktora Ellighama jako swojego najlepszego kumpla i partnera, podczas gdy sam lekarz tak ich relacji nie postrzegał. Podobnie jest na początku Best Medicine, ale stopniowo, im częściej chłopaki razem zajmują się różnymi kryzysami spadającymi na społeczność, tym częściej widać tę rodzącą się przyjaźń (a już odcinek Bogfather to istny majstersztyk… ale do niego niedługo wrócę). Pomaga też to, że szeryf próbuje się pozbierać po zerwaniu, wciąż coś czuje do Louisy i w zasadzie przez większość sezonu pierwszego uczy się jak wchodzić z nią w nowe relacje. Poniekąd więc ta przyjaźń między Martinem a Markiem jest czymś, czego obaj potrzebują.

Podobnie mały Peter Cronk, który w brytyjskim oryginale pojawił się w finale pierwszego sezonu, był porównywany w swoim nieprzystosowaniu społecznym do doktora Ellinghama i nawet wrócił później z nową fascynacją medycyną, tutaj też jest ważniejszą postacią i kolejną osobą, z którą doktor Best się zaprzyjaźnia. I w sumie mnie to cieszy, bo w Doktorze Martinie chciałam, aby Peter miał te cieplejsze relacje z głównym bohaterem, ale nigdy do tego nie doszło. Tutaj zaś w zasadzie wszystkie te rozmowy między doktorem Bestem a chłopcem sprawiają, że ma się wrażenie, że staje się on kimś w rodzaju takiego małomiasteczkowego lekarza, który zna małych pacjentów na tyle dobrze, aby im też dawać życiowe rady (pomaga też to, że Peter Cronk ma nieraz jedne z najlepszych kwestii).

Cree Cicchino.

Ciekawym przypadkiem jest tutaj rejestratorka medyczna, Elaine Denton, bo jej brytyjski odpowiednik był naprawdę wkurzający, pusty i bezużyteczny (grająca ją Lucy Punch ma zresztą wprawę z graniu tego typu postaci), do tego stopnia, że w drugim sezonie zostaje zastąpiona przez o wiele bardziej kompetentną Pauline Lamb. Amerykańska Elaine na początku wydaje się być takim pustakiem nastawionym bardziej na rozwój swojego kanału w social mediach, niż na to, aby dobrze wykonywać swoją pracę, ale szybko pokazuje pewną głębię. To jedna z pierwszych osób, które dowiadują się o dolegliwości doktora Besta, i nie tylko nikomu o tym nie mówi, ale też pomaga mu przy pobieraniu krwi (a nawet próbuje go chronić, kiedy organizowane jest wydarzenie z mnóstwem sztucznej krwi). Zresztą jak przez dłuższy czas nie znosiłam większości Port Wenn, tak Elaine wydawała mi się na ich tle o wiele ciekawszą i zabawniejszą postacią, zwłaszcza że widzieliśmy jak radzi sobie z nadchodzącym ślubem swojej matki, a w pewnym momencie przeżywa kryzys tożsamości i decyduje się na nową ścieżkę kariery.

Małżeństwo Greg i George, mają trochę taką manierę stereotypowych campowych gejów, ale szybko daje się do tego przyzwyczaić. Zwłaszcza że ich wątki zwykle kręcą się wokół ich restauracji, w której zawsze dużo się dzieje. W zasadzie oni zajęli miejsce Berta i Ala Large’ów, którzy w oryginale pojawiali się w każdym odcinku i mieli swoje własne perypetie związane z kolejnymi planami na biznes, a tutaj przez większość czasu siedzą z boku (choć Al nadal kocha się w rejestratorce).

Wreszcie pozostaje ciotka Sarah…. z którą przez pierwsze kilka odcinków miałam pewien problem. Bo widzicie, w brytyjskiej wersji ciotka Joan była jedną z niewielu postaci, do których doktor Ellingham mógł się wybrać po radę. To była ta krewna, do której mały Martin przyjeżdżał na wakacje; która była o wiele bardziej emocjonalnie ogarnięta i rozumiała go o wiele lepiej; którą doktor Ellingham traktował prawie jak matkę. Annie Potts gra ciotkę Sarę jako wyszczekaną kobietę po przejściach, która każdego zgasi, co przywodzi trochę na myśl jej wcześniejsze role (większość ludzi zna ją teraz jako babcię z Młodego Sheldona, ale ja ją znam z serialu Dzień jak dzień). I niestety po pierwszym i drugim odcinku, gdzie wypadła całkiem fajnie, ciotka Sarah dołączała się do dzikiego tłumu, który miał za złe doktorowi Bestowi, że dba o zdrowie publiczne kosztem ich ukochanych tradycji (zaraz do tego wrócę). Dopiero odcinek o Jagodowym Festiwalu sprawił, że stała się ona o wiele bardziej sympatyczna, bo to trochę też odcinek o tym, że ciotka Sarah chciałabym nadrobić stracony czas z bratankiem, a on rozmawia z nią jak lekarz, nie jak krewny.

I tutaj pojawia się mój największy problem z tym serialem – samo Port Wenn. Bo choć Louisa, Mark, Elaine czy nawet Greg i George szybko dają się polubić, o tyle miasteczko jako takie pełne jest postaci, które w najlepszym razie frustrują, w najgorszym – doprowadzają do białej gorączki. I nie chodzi tylko o to, że nie stosują się do zaleceń lekarskich, bo i to się zdarzało w brytyjskim oryginale i do pewnego stopnia można było zrozumieć, jakie życiowe czynniki sprawiają, że nie można, na przykład, nie posłać dziecka do szkoły albo odpocząć przez kilka dni. O nie, już w pierwszym odcinku Best Medicine kobieta, która została przyłapana na zdradzie, policzkuje doktora Besta, bo myśli, że to przez niego; i w zasadzie przez resztę sezonu nawet nie przeprasza za to. W pierwszym sezonie jest też od groma odcinków, w których fabuła kręci się wokół jakiegoś wielkiego wydarzenia, na które całe Port Wenn się zapatruje i najpierw mieszkańcy próbują swojego nowego lekarza wrobić w to, aby pełnił tam jakąś funkcję, a potem, jak odkrywa on jakieś dziwne objawy i wprowadza środki zaradcze, przez które to wielkie wydarzenie może zostać odwołane, nagle zaczynają się protesty, bojkoty, fochy i ogólne okazywanie pogardy jedynemu lekarzowi za to, że robi swoją robotę.

I z jednej strony to na pewno sprawia, że współczujemy doktorowi Bestowi i czujemy jego frustrację na głębszym poziomie, bo ci ludzie nie dość, że są szaleni i krótkowzroczni, to jeszcze zdarza im się przekraczać granice. Z drugiej strony jednak pewnie też chodziło o to, aby oddać klimat takich małych miasteczek ze swoimi tradycjami, które czynią te małe miasteczka bardziej urokliwymi… tylko że po jakimś czasie te odcinki stają się też trochę wtórne.

Szeryf i doktor badają zwłoki.

I tutaj wkracza Bogfather – odcinek pod wieloma względami przełomowy i udowadniający, że Best Medicine może jeszcze czymś zaszkodzić. Odcinek, w którym zamiast kolejnego durnego festiwalu czy kolacji, mamy działających razem szeryfa Mylow i doktora Besta, którzy próbują odkryć tożsamość tajemniczego trupa znalezionego w bagnie. Odcinek, w którym główny bohater nagle staje się bardziej ożywiony, bo autopsja ciała przypomina mu pracę chirurga, a i sam „pacjent” jest o wiele mniej irytujący niż żywi pacjenci, którzy się kłócą i ignorują lekarskie zalecenia. A potem, kiedy wreszcie tożsamość człowieka z bagien zostaje odkryta, to jest jak cios prosto w serce, który zmusza doktora Besta do refleksji nad własnym życiem.

I wiecie, w zasadzie od trzeciego odcinka czekałam na jedną szczególną fabułę – na to, aż pojawią się rodzice doktora Besta. A to dlatego, że w samym Doktorze Martinie odcinek, w którym do Portwenn przybyli państwo Ellingham, był odcinkiem przełomowym, dramatycznym, a nawet wstrząsającym. Oboje byli ludźmi nikczemnymi, a tyrada Margaret Ellingham o tym, jak narodzenie jej syna zniszczyło jej życie seksualne i małżeństwo, to moment, w którym jest nam głównego bohatera autentycznie żal. W zasadzie to trudno powiedzieć, który rodzic jest gorszy – czy jawnie okazująca pogardę matka, czy kryjący się za fałszywą jowialnością, ale knujący wbicie siostrze nóż w plecy ojciec.

Judith Ivey i Martin Clunes jako Vanessa i Robert Bestowie.

Tak czy inaczej, czekałam na odcinek z rodzicami, zwłaszcza że tego typu epizody to idealny pretekst do studium postaci. A jeszcze dwa tygodnie wcześniej dowiedzieliśmy się, że Martin Clunes zagra ojca doktora Besta, Roberta, więc było z czego się cieszyć. I cóż, powiem tak: w porównaniu z Ellinghamami państwo Best zostali nieco bardziej ugrzecznieni – nadal to okropni, skoncentrowani na sobie ludzie, ale matka Martina, Vanessa jest tylko kryjącą się za brutalną szczerością wredotą, a ojciec jest nałogowym hazardzistą. Ale wątek wypadku i związanej z nim traumy został świetnie rozegrany. (I w sumie chciałabym zobaczyć jakąś analizę obu par rodziców i na ile różnice między nimi związane są brytyjskim i amerykańskim społeczeństwem.)

W zasadzie od ósmego i dziewiątego odcinka jakość tego sezonu podskoczyła, a wielki finał z Norwegami i „siostrzanym” miastem miał odpowiedni ciężar fabularny (dużo się tam działo i wiele ciągnących wątków zostało rozwiązanych). Nawet cllifhanger był czymś w stylu finałów Doktora Martina – niby wszystko dobrze się skończyło, ale pojwił się problem, z którym będzie trzeba sobie poradzić w następnym sezonie. Z tego, co wiem, Best Medicine już zostało przedłużone o drugi sezon, więc zobaczymy jak sobie poradzą. Na razie jednak mam nadzieję, że niedługo serial będzie dostępny również po polsku.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź