Lipiec z Lucky Lukiem · Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – O aktorskich Lucky Lukach raz jeszcze

Dziesięć lat temu porównałam ze sobą wszystkie trzy aktorskie filmy o samotnym kowboju, generalnie dochodząc do wniosku, że każda z nich jest raczej średnia. W tym roku nie tylko obejrzałam je jeszcze raz; nie tylko miałam okazję zapoznać się z najnowszą, tym razem serialową wersją aktorskiego Lucky Luke’a, lecz także udało mi się odnaleźć po polsku oryginalny serial z Terence’m Hillem (do którego Dzielny szeryf Lucky Luke był pilotem).

I cóż, spojrzałam na te trzy adaptacje z 1991, 2004 i 2009 bardziej przychylnie. A przynajmniej spojrzałam na pewne rzeczy świeżym okiem. Pomyślałam więc, że tym razem zarówno filmy, jak i seriale będę porównywać bardziej pod kątem tego, jak podchodziły do niektórych postaci oraz co chciały powiedzieć.

Film kontra serial, czyli kwestia formatu

Po tym, jak odkryłam serial z 1992, zdałam sobie sprawę z tego, że ogląda mi się go o wiele lepiej niż Dzielnego szeryfa Lucky Luke’a. I żarty były jakby śmieszniejsze, i postaci jakby bardziej wyraziste, skoro dostały więcej czasu antenowego, i sam pomysł Lucky Luke’a osiadłego w Daisy Town w roli szeryfa i rozwiązującego problemy, które przybywają do miasta, miał w sobie pewien urok. I choć tegoroczny Lucky Luke ma ciągnący się wątek fabularny, to też poniekąd jest serią pojedynczych przygód, które spotykają głównego bohatera w każdym miejscu, do którego przybywa. Do pewnego stopnia wiele z tych odcinków czerpie z formuł, które pojawiają się w albumach o samotnym kowboju – od miasta terroryzowanego przez jednego człowieka, poprzez ludzi ogarniętych jakimś szaleństwem, a na historii o Daltonach lub jakiejś postaci historycznej (w tym wypadku Lincolna) skończywszy.

I widzicie, historie o Lucky Luke’u zwykle mają charakter bardzo epizodyczny. Czy to w przypadku albumów, czy Nowych przygód Lucky Luke’a, zwykle mamy do czynienia z zamkniętymi historiami i można je oglądać w dowolnej kolejności. Komiks mieści się na około 37-50 stronach, a odcinek ma tylko jakieś 22 minuty. Dlatego wydaje mi się, że oba aktorskie seriale mają tę przewagę, że nie męczą widza aż tak bardzo jak ponad godzinne filmy. Mogą poświęcić jeden cały odcinek Luke’owi mającemu wizje pod wpływem bliskiej śmierci, mogą mniej lub bardziej luźno zaadaptować jakiś album, i mogą opowiedzieć historię o duchach, cierpiących na amnezję Daltonach czy eliksirze miłości. Ponadto postaci nieraz mogą bardziej oddychać, kiedy mają poświęcony sobie odcinek.

Filmy jednak niosą ze sobą wymóg pewnej epickości. Muszą swoją fabułą usprawiedliwić dłuższy format. Tak więc w animacji mamy założenie, rozwój i upadek małego miasteczka (Daisy Town), dążenie do wypełnienia warunków testamentu bogatego krewnego (Ballada o Daltonach) i niebezpieczną podróż za obiecanym kawałkiem żyznej ziemi (Lucky Luke na Zachodzie). A o czym są aktorskie filmy o samotnym kowboju? No więc również o tym, jak zostaje założone pewne miasteczko (Dzielny szeryf Lucky Luke), ale też o drodze Daltonów do brawurowego skoku, który wreszcie uczyni z nich bandytów z prawdziwego zdarzenia (Lucky Luke z 2004) oraz mieście opanowanym przez najgorszych bandytów (Lucky Luke z 2009). Można tam mówić o jakimś rozwoju postaci, jeśli nie samego Luke’a (jak w filmie Jamesa Hutha, gdzie główny bohater stawia czoło swojej traumie i możliwości, że złamał swoją najważniejszą zasadę), to Daltonów albo postaci pobocznych (jak mieszkańcy Daisy Town, którzy robią głupotę i dają się porwać przemowom Joego, a potem zdają sobie sprawę z tego, dlaczego to był błąd).

To, co chcę powiedzieć, to to, że być może następny aktorski projekt o samotnym kowboju powinien być serialem (nie miałabym nawet nic przeciwko temu, aby to był drugi sezon serialu z Albanem Lenoirem, bo pewnych rzeczy tam mi było mało, np. Williama, Jacka i Averella, którzy po trzecim odcinku znikają bez większego wyjaśnienia).

Aktorskie Lucky Luki jako adaptacje

Pomimo tego, że komiksy kryją całą skarbnicę niesamowitych przygód samotnego kowboja, większość omawianych tu pozycji albo decyduje się na ich bardzo luźne adaptacje, albo opowiada własne historie, które może wrzucą jakieś nawiązanie tu i tam.

Przykładem tego pierwszego jest Dzielny szeryf Lucky Luke (który miesza ze sobą trochę Daisy Town i trochę Dwudziestego regimentu kawalerii, ale tylko w zakresie walki z Indianami i żartami związanymi z Ming Li Foo), ale też niektóre odcinki tegorocznego Lucky Luke’a. I o ile nie przeszkadza mi to, że Doug Dogson zastąpił Jossa Jamona, a trzeci odcinek teoretycznie wzorowany na albumie Daltonowie dostają szansę poprawy ma w sobie trochę z Daltonowie tracą pamięć i Daltonowie na kuracji; a Cesarz Smith w siódmym odcinku był miłą niespodzianką, to odcinek szósty (Marshal City) jako „luźna adaptacja” Sędziego nie wypaliła. Bo mimo wszystko jest to historia, która opiera się mocno na bardzo kolorowej postaci „Wieszającego Sędziego” Roya Beana, a tutaj został on po prostu pominięty i dostaliśmy tylko miasto nadgorliwców.

Z kolei przykładem kompletnie nowej historii są filmy z 2004 i 2009, ale też większość odcinków obu seriali. Aczkolwiek jak pamiętacie z poprzednich tekstów, James Huth nafaszerował swój film licznymi odniesieniami do komiksów i niedawno zdałam sobie sprawę, że fabuła trochę czerpie z albumu Lucky Luke kontra Pat Poker – i tu i tu mamy Pata Pokera przewodzącego całej zgrai bandytów, terroryzującego całe miasto, zabijającego poprzedników Luke’a, a nawet fingującego własną śmierć (tylko w komiksie Luke się kapnął, co się stało, a w filmie nie).

Jednakże mamy zaskakująco wierne adaptacje dwóch albumów w serialu z 1992 – Mamy Dalton i Narzeczonej Lucky Luke’a. Szczególnie Mama Dalton mnie bardzo cieszy, bo nie tylko sprawia to samo wrażenie przemiłej staruszki (która przy okazji jest bandytką), ale też uwzględniono tę scenę:

A musicie wiedzieć, że uważam ją za jedną z najważniejszych scen w historii Lucky Luke’a. Ona wiele mówi o roli Joego Daltona jako przywódcy i głowy rodziny (nie mówiąc już o tym, że to bardzo wzruszająca scena), i trochę było mi żal, że animowana adaptacja jej nie uwzględniła. Tak więc fajnie, że jest chociaż w wersji aktorskiej.

Przedstawienie poszczególnych postaci

Kiedy wyszedł w marcu serialowy Lucky Luke, zdałam sobie sprawę z tego, że wszystkie cztery aktorskie produkcje o samotnym kowboju skupiają się na konkretnym aspekcie jego postaci. Co więcej, po głębszym namyśle zrozumiałam, że to samo można powiedzieć o Joe Daltonie i jego matce (poza, oczywiście, filmem Hutha, gdzie się nie pojawiają). No i w trzech adaptacjach Luke miał love interesty, które reprezentowały sobą różne typy kobiecych postaci; a w dwóch pojawiają się czarne charaktery, które mają podobny modus operandi.

Joe Dalton

W tekście z przed dziesięciu lat wspominałam, że grający Averella Daltona Fritz Sperberg potrafił wyciągnąć na wierzch nie tylko głupotę, ale i dziecięcą niewinność swojego bohatera. W tym roku jednak odkryłam, że z kolei Ron Carey – choć daleko bardziej korpulentny od Joego Daltona – świetnie oddaje jego zdolności manipulatorskie – zarówno w Daisy Town, jak i z Indianami. Bo tak się składa, że Joe Dalton jest całkiem dobrym manipulatorem, który potrafi nie tylko zagrać zreformowanego przestępcę, ale i przekonać ludność do pewnych zachowań (np. wojny albo linczu na samotnym kowboju). Lucky Luke nigdy się nie nabierze na jego sztuczki, ale zwykli ludzie już tak, zarówno w Dzielnym szeryfie Lucky Luke’u, jak i w późniejszych odcinkach serialu. Jest cały jeden epizod, w którym Joe podaje się za bogatego przedstawiciela rządu i próbuje doprowadzić do wojny między kowbojami a osadnikami.

Z kolei w filmie z 2004 roku, który stawia dużo większy nacisk na komedię, Éric Judor gra Joe Daltona, który też jest całkiem bystry, zwłaszcza jeśli chodzi o plany ucieczki i plan skoku na bank… ale jest też furiatem, który ciągle krzyczy i wyżywa się na Averellu (trochę pomaga też to, że Averella Daltona gra partner sceniczny Judora, Ramzy Bedia). Zgodnie z ogólnym tonem filmu z 2004 ten konkretny Joe jest bardzo przerysowany.

Wreszcie w granym przez Jérôme’a Niela serialowym Joe Daltonie można zauważyć silny aspekt rywalizacji, ale też rodziny. Zwłaszcza że w pewnym momencie Joe zaczyna wierzyć, że może być ojcem Louise i jego wielka radość i otwartość na tę perspektywę jest przeciwstawiona Luke’owi, który wie, że jest ojcem Louise, ale przez wstyd i traumę nie jest w stanie jej tego wyznać. Obaj kochali jedną kobietę (Charlie, która uczyła Joego czytać i z którą Luke wiązał kiedyś przyszłość) i obaj poniekąd teraz rywalizują o jej względy i o to, aby być ojcem Louise. Jednocześnie za tą radością Joego z perspektywy ojcostwa kryje się pragnienie rodziny – Joe marzy o ustatkowaniu się, wzięciu żony, a nawet o własnych dzieciach, którym mógłby przekazać dumne tradycje Daltonów… ale kiedy ma możliwość wejścia w rolę ojca, widzimy jak próbuje wymusić na Louise swoją wolę i krzyczy na nią, kiedy mu się to nie udaje (i biorąc pod uwagę jego bardzo dominującą osobowość, prawdopodobnie takim właśnie byłby ojcem). Ostatecznie jego wątek kończy się na tym, że Joe dochodzi do wniosku, że już ma rodzinę – swoich braci.

Mama Dalton

Mama Dalton zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, bo z jednej strony to drobna, przemiła staruszka z kotem, która ma nawet całkiem spoko relacje z Lukiem, a z drugiej strony emerytowana bandytka, krótko trzymająca swoje dorosłe dzieci (jednocześnie podkreślając rolę Joego jako przywódcy). Najczęściej też, jak jest jakiś wewnętrzny problem w gangu (np. wszyscy czterej Daltonowie stracili pamięć albo się pokłócili), Lucky Luke idzie właśnie do niej, wiedząc, że ona zna swoich synów na tyle dobrze, aby coś poradzić.

Jak wspominałam wyżej, odcinek o Mamie Dalton w serialu z 1992 jest zaskakująco wierną adaptacją jej debiutanckiego albumu. Co więcej, Ruth Buzzi potrafiła wyciągnąć z tej postaci naturalną sympatię – ona naprawdę robi wrażenie niegroźnej staruszki, która, co prawda, okrada sklepikarzy, ale jest drobna i urocza. Pozostaje troskliwa wobec swoich siedzących w mamrze synów, ale też wobec Lucky Luke’a, który pomaga jej przejść przez ulicę, a nawet uczestniczy w zakupach. W pewnym momencie Mama Dalton dowiaduje się, że Luke nie ma rodziny, i postanawia go z miejsca przygarnąć. Przy czym nadal potrafi być ostra wobec swoich dzieci, jeśli jej pyskują.

To, co uważam za ciekawe, jeśli chodzi o Mamę Dalton w filmie z 2004 roku, to to, że ma ona koleżanki – matki Billy’ego Kida, Jessego Jamesa i (prawdopodobnie) Sundance Kida – z którymi dokonuje na początku filmu napadu, a potem rozmawiają o swoich pociechach. Szybko więc dowiadujemy się, że Daltonowie jeszcze nie dokonali żadnej brawurowej akcji i przez to Mama Dalton trochę się ich wstydzi, choć broni ich przed koleżankami. Tutaj mamy więc dumną bandytkę Mamę Dalton, która zabroni dzieciom powrotu do domu, dopóki nie obrabują banku, ale też przyniesie im zupę do jedzenia i nie powie Luke’owi gdzie są jej synowie.

Wreszcie w serialu z 2026 roku grana przez Marie-Christine Orry Mama Dalton pojawia się na bardzo krótko, prawie że pod koniec odcinka, ale w odpowiednim momencie – kiedy Joe ma zostać zlinczowany przez dziki tłum. Jeszcze w tym momencie Joe ma amnezję, a przez to jest miły, troskliwy i skruszony. Mama Dalton wprowadza więc terapię szokową – przygotowuje mu jako ostatni posiłek ulubione ciasto… z tym, że to nie jest ulubione ciasto Joego, tylko Averella, robione co roku na urodziny tego pierwszego. To wywołuje w Joe poczucie niesprawiedliwości, no bo nawet w obliczu śmierci nie może jeść tego, co chce. A co za tym idzie herszt Daltonów wścieka się i odzyskuje pamięć w pełni. Krótko mówiąc – ta Mama Dalton zna swoje dzieci na tyle, aby wiedzieć, jak im pomóc.

(Choć ta scena z ciastem też sprawiła, że spojrzałam nieco negatywnie na jej metody wychowawcze. Bo wychodzi trochę na to, że Joe musiał ciągle walczyć o swoje.)

Lotta Legs, Belle Starr i Charlie Willow

Przyjrzyjmy się teraz kobietom, które mają być wielkimi miłościami samotnego kowboja. Powiedziałabym, że o ile Lotta i Belle są do siebie trochę podobne (jako tancerki w saloonie), to Charlie odstaje od nich diametralnie.

Zacznijmy od Belle. Swego czasu miałam problem z tym, że narzuca się ona Luke’owi i jest dość kliszową tancerką o wielkich marzeniach, w dodatku kochającą się w głównym bohaterze od dzieciństwa. Potem dowiedziałam się, że w komiksach Belle Starr jest kobietą raczej w średnim wieku, nazywaną Królową Bandytów, zupełnie różną od postaci granej przez Alexandrę Lamy (do tego jest wzorowana na historycznej bandytce). Poniekąd z jednej strony to miała być taka femme fatale z głębią – z jednej strony epatująca seksapilem i wykorzystująca swoje wdzięki do tego, aby zdobyć to, czego chce, ale z drugiej strony zmuszona przez Pata Pokera do uczestniczenia w jego planie i pragnąca ustatkować się z Lukiem. Kiedy samotny kowboj zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła, natychmiast ją porzuca, aby ruszyć za Pokerem, a kiedy jest już po wszystkim i Luke zdążył już trochę ochłonąć, oboje życzą sobie szczęścia i idą w swoją stronę.

Lotta Legs – zarówno w Dzielnym szeryfie Lucky Luke’u, jak i w późniejszym serialu – choć nadal prowadzi saloon i w nim występuje, nie epatuje tak swoją seksualnością. Jej relacje z Lukiem w zasadzie sprowadzają się do tego, że ona chciałaby spędzić z nim romantycznie czas albo usłyszeć od niego, że ją kocha, ale ponieważ jest on szeryfem, do tego małomównym i trochę nieśmiałym, to wiecznie jest sfrustrowana. Jednocześnie wiele razy Lotta albo przemawia Luke’owi do rozumu, albo mu pomaga z bieżącym problemem, albo się z nim spiera o różne rzeczy (jest cały odcinek o tym, jak postanawiają zamienić się miejscami i jeden o tym, jak Lotta przesadza z żartami na Prima Aprilis). Powiedziałabym, że z jednej strony jest to bardzo zdroworozsądkowa postać, a z drugiej – że jej bardziej zabawowy charakter ma stanowić taką przeciwwagę dla schludnego i bardzo praworządnego Lucky Luke’a. I to sprawia, że się ją tak dobrze ogląda.

Wreszcie przy Charlie Willow widać, że twórcy chcieli bardziej, aby to była kobieta inteligentna i zaradna, polegająca raczej na wiedzy, niż na seksapilu. Z jednej strony nauczycielka wierząca w siłę edukacji i wiedzy (coś, co pojawia się również w retrospekcjach, kiedy Charlie i Luke są jeszcze młodzi), a z drugiej strony tajna agentka na tropie wielkiego spisku, chcąca uchronić córkę przed niebezpieczeństwami (sama Louise stwierdza, że jej matka była nadopiekuńcza, a potem wychodzi na jaw, że Charlie jeszcze ją okłamywała co do tego, czym się zajmuje). Poza tym ona i Luke mają bardzo skomplikowaną przeszłość i kiedy wreszcie mają czas spokojnie porozmawiać, ona ma mu za złe, że odszedł po ataku Le Błyska.

Generalnie po zestawieniu tych trzech postaci, Lotta Legs nadal wydaje mi się najbardziej sympatycznym love interestem dla Lucky Luke’a. Twórcy nie szarżują za bardzo z kliszami – nie ma czegoś takiego, że ona i Luke się ciągle żrą o głupie rzeczy, chociaż Lotta wielokrotnie próbuje różnymi sposobami odegrać się na nim albo coś z niego wydusić.

Maurice Cooper i Elizabeth Zee

Niby Cooper i Zee to podobni do siebie złoczyńcy – oboje to gubernatorowie, którzy tworzą wielki spisek z porwaniem prezydenta i są trochę rasistowscy w stosunku do rdzennych Amerykanów – ale jednak Cooper wychodzi w tym zestawieniu zdecydowanie lepiej.

Zacznijmy od tego, że w filmie Jamesa Hutha Maurice Cooper przez dłuższy czas jawi się jako taka postać pozytywna – stary przyjaciel rodziny Lucky Luke’a, prawie że jego wujek, który zna go od dziecka. Ich interakcje przed wielkim revealem są po prostu przeurocze, Cooper robi wrażenie kogoś, komu zależy na dobru syna jego zmarłego przyjaciela – „Nie musisz jechać do Daisy Town.”, „To, że zabiłeś Pata Pokera, to błogosławieństwo w ukryciu. To może być początek nowego życia.”, „Teraz, kiedy jesteś bez broni, jesteś łatwym celem. Proszę, oto bilety dla ciebie i dla Belle do Europy. Odwiedź ziemie swoich przodków.” Tak więc kiedy wychodzi na jaw, że nie tylko to on stoi za całym tym spiskiem i że dał Luke’owi wierzyć, że ten złamał swoją najważniejszą zasadę; lecz także że był jednym z bandytów, którzy zabili Luke’owi rodziców, nagle wiele rzeczy ma głębszy sens, ale i dociera do nas tragizm tej sytuacji. Zastanawiałam się nawet przed ponownym seansem filmu z 2009 czy czasem nienawiść Coopera do indiańskiej matki Lucky Luke’a nie zmieniła się trochę w nienawiść do samotnego kowboja – czy to nie jest tak, że dla Coopera Luke jest owocem „zdrady” jego dawnego przyjaciela, który ożenił się z rdzenną Amerykanką… ale nie. „Coop” zabił ojca Luke’a, bo ten chciał go wydać szeryfowi, a sam chłopak, teraz jako dorosły, też stanowi zagrożenie, które najlepiej zneutralizować za pomocą psychologii. Ponadto trochę jest tak zasygnalizowane, że Cooper chce zostać prezydentem, czyli z jednej strony jego plan zakłada pozbycie się konkurencji, a z drugiej – pogrzebanie swojej przestępczej przeszłości.

Wiemy co Cooper chce zrobić i wiemy dlaczego.

Teraz przyjrzyjmy się Elizabeth Zee. Przez większość sezonu przemyka się ona, widzimy, jak podąża za Charlie, tak samo jak Lucky Luke i Louise, od czasu do czasu rzuca jakimś złowrogim tekstem albo monologiem o tym, że kobiety muszą używać lusterka jako broni; lub torturuje dla informacji ludzi, których napotyka na swojej drodze. Daje nam się do zrozumienia, że to wpływowa gubernatorka, która po kryjomu pozbywa się niewygodnych dla siebie ludzi. Zarazem jednak nie wiemy, czego ona chce tak naprawdę. Nie wiemy, czemu odłączenie Nowego Meksyku ma służyć ani dlaczego uważa, że reformy Lincolna były błędem. Ona ma być groźna i sprytna, a wychodzi bardzo nijaka.

Lucky Luke

Teraz wreszcie gwóźdź programu – przyjrzymy się pokrótce jak przedstawiany jest sam samotny kowboj, a przy okazji wyjaśnię wam moją teorię, że ci czterej Luke’owie reprezentują cztery aspekty dobrze znanego nam stróża prawa. Przy czym warto zaznaczyć, że trzech z nich – w wersji z 1991, 2009 i 2026 – to samotni kowboje u schyłku swojej kariery, trochę zmęczeni już swoją legendą.

Tak więc Terence Hill to spokojny, zdroworozsądkowy i skromny Lucky Luke. To ten samotny kowboj, który jak widzi, że coś się dzieje, to wchodzi i robi swoje, ale czasami ma też dość ludzi, którzy dają się wodzić za nos bandytom, a potem jojczą, że wpadli w tarapaty. Ponadto nie daje się nabrać na podstępy Daltonów, a i sam potrafi być sprytny. Jednocześnie to Luke, który wreszcie osiadł w jednym miejscu, ma stałą pracę, jako szeryf i być może (gdyby osobista tragedia nie dotknęła Hilla) w następnych odcinkach by się ustatkował z Lottą i miał dzieci.

Z kolei Til Schweiger to Lucky Luke w całej swojej niesamowitości. On nie jest najważniejszy w filmie z 2004 roku – to Daltonowie są prawdziwymi protagonistami tej produkcji. Samotny kowboj jest takim podążającym za nimi nemezis, które próbuje ich powstrzymać i mu się to nawet dwa razy udaje. Przez cały film emanuje z niego aura niepokonanego, wspaniałego bohatera, który mówi mało, ale strzela szybciej niż jego własny cień, jest sprytny (co pokazuje scena z eliksirem prawdy) i przystojny, a do tego ciągle pozostaje niewzruszony.

Jean Dejurdin to Lucky Luke zmęczony przemocą i pragnący rozwiązywać problemy bezkrwawo. Rzecz o tyle istotna, że jako dziecko był świadkiem zabójstwa rodziców; i że nawet przed tym, jak wydaje się, że Luke zabił Pata Pokera, mamy terroryzowane przez całą zgraję bandytów rodzinne miasto głównego bohatera. W ogóle cała ta sekwencja „śmierci” Pata Pokera – reakcje ludzi, ale też wizje samego Luke’a – świetnie obrazuje, dlaczego Lucky Luke zabijający któregoś ze swoich przeciwników byłby czymś wstrząsającym.

Wreszcie Alban Lenoir to Lucky Luke samotny. Będę się jeszcze rozwodzić nad motywem samotności w tym serialu i samotności Luke’a w ogóle, ale nie da się ukryć, że samotny kowboj nie jest tutaj sam, bo odpowiada mu życie w siodle i potrzebuje do szczęścia tylko Jolly Jumpera. Trochę wydaje się, że serial chce zasugerować, że Luke jest samotny, bo jest „złamany” przez to, że dawno temu na skutek ataku Le Błyska ucierpieli jego najbliżsi, on przez trzy lata doskonalił swoją szybkość, a kiedy wrócił, zobaczył, że Charlie ma dziecko i jest z innym mężczyzną. Aż tu nagle pojawia się po latach nastolatka, która może być córką Luke’a i której matka jest w niebezpieczeństwie. Nagle Lucky Luke musi się skonfrontować ze swoim wstydem, swoją przeszłością i prawdopodobnie z rodziną, którą porzucił.

Generalnie zauważyłam powszechną opinię, że o ile Lucky Luke z 2026 jest całkiem dobrą produkcją, o tyle sam Luke w niej wypada najgorzej. I ja się z tym zgadzam, bo ten Lucky Luke nie dość, że z twarzy jest mało „lakilukowy”, to jeszcze nie ma w nim za bardzo tej lekkości, niesamowitości i prawości, która zwykle pojawia się przy tej postaci. Owszem, ma on pewne zachowania samotnego kowboja, ale trudno kupić to, że Lenoir to Lucky Luke.

Podsumowanie

Generalnie kiedy oglądałam po raz kolejny aktorskie Lucky Luki sprzed lat, wiecie co odkryłam? Odkryłam, że Daisy Town jako miasto rodzinne Lucky Luke’a mnie już nie razi i że Terence Hill jest nawet całkiem spoko Lukiem. Pięć lat temu też zdałam sobie sprawę z tego, że kreskówka o Daltonach jest „duchową następczynią” poświęconego im filmu – tam też jest o wiele więcej elementów nadnaturalnych i wszystko jest o wiele bardziej szalone.

Myślę, że czas, odkrycie serialu z 1992 oraz serial na Disney Plus pozwoliły mi docenić to, czym aktorskie Lucky Luki są i co próbują zrobić. Zaczynam na nie patrzeć nie w zestawieniu z animacją, ale jako samodzielne byty. I jako takie mają swoje mankamenty, ale mają też pewien urok.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 thoughts on “Lipiec z Lucky Lukiem – O aktorskich Lucky Lukach raz jeszcze

  1. Niestety nie trawię filmu z 2004 🙁
    Byłem na nim w kinie i co bolało, to że dwa lata wcześniej mieliśmy świetną „Misję Kleopatra” czyli wzorcowy przykład jak zrobić adaptacje komiksów Goscinengo by była zabawna i współczesna. Tu film w zwiastunach wyglądał jak komiks, obsada dobrana na pozór świetnie, ale humor… ogłupiony, miejscami zbyt wulgarny, miejscami zbyt infantylny, sporo scen, gdzie nie wiedziałem o co w sumie chodzi. I nie mam problemu by był film z Daltonami w roli głównej ale tu dynamika była drażniąca z improwizowanymi dialogami, które często ciągnęły się w nieskończoność. Magiczne sombrero ma się nijak do komiksu, podobnie jak cień Luke’a co żyje sobie własnym życiem jak Piotruś Pan. W komiksie nie wadzi jak w niektórych historiach Jack i William tylko robią za statystów w wersji aktorskiej, aż szkoda aktorów co w wielu scenach muszą stać z boku i milczeć. No i ta fabuła się kupy nie trzyma – nie wiem co było celem i co na końcu zostało osiągnięte.

    To produkcja do której ciężko się wraca, bo razi jaka to zmarnowana szansa. Bawi tylko Polski tytuł czyli „Lucky Luke’ tylko dla tego, że w kampanii reklamowej chcieli podkreślić Olafa Lubaszenko w tytułowej roli.

    P.S.
    Nowego serialu nie widziałem, w planach nadrobienie.

    1. Niestety, choć ja mam do tego filmu pewną słabość i lubię np. to jak wyszedł tam Luke (według mnie, Til Schweiger jest trochę niedoceniany w tej roli), to jednak była to klapa, w dodatku taka, że podobno przyczyniła się do rozpadu komediowego duo Judora i Bedy. Nie wiadomo też, kto jest targetem tego filmu, bo niby dla młodszych widzów, ale jest Meksykanin, który ciągle rzuca: „D*pa, d*pa, d*pa!”

Zostaw odpowiedź