American Horror Story · Artykuły popkulturowe

Artykuł: Moje wielkie pożegnanie z American Horror Story

W 2014 roku odkryłam American Horror Story i tak bardzo mnie ten serial wciągnął, że napisałam artykuł omawiający motywy przewodnie w pierwszych trzech sezonach.

Od tamtego czasu co roku pisałam artykuł na temat kolejnych sezonów – o Freak Show, Hotelu, Roanoke, Apokalipsie, Kulcie, o sezonie slasherowym, czy wreszcie o sezonie podwójnym. To była taka moja tradycja i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ją przerwać. Jednakże kiedy obchodziłam dziesięciolecie bloga, byłam gotowa na to, aby wziąć się za jedenasty sezon, ale coś się stało. Jako że na polską wersję American Horror Story: NYC musiałam czekać bardzo długo, a i Ryan Murphy stracił po latach trochę w moich oczach za sprawą innych projektów, postanowiłam, że omówię ostatnie trzy sezony tak samo, jak omówiłam trzy pierwsze: razem.

Tak więc w tym artykule omówię: NYC, Delicate i 13.

Ofiary, ich obwinianie i widmo nadchodzącej śmierci, czyli American Horror Story: NYC

Russell Tovey jako detektyw Patrick Read.

To prawdopodobnie najpoważniejszy, najbardziej osadzony w rzeczywistości (bo prawie pozbawiony elementów nadnaturalnych) sezon American Horror Story. A to dlatego, że NYC podejmuje temat homofobii i epidemii AIDS.

Nowy Jork, rok 1981. Nad rzeką Hudson zostaje odkryte ciało bez głowy. Policja ustala, że ofiara wybierała się do klubu dla gejów, więc traktuje tę sprawę bardzo lekko. Co więcej – jest to już trzecia tego typu ofiara. Tak się składa, że detektyw prowadzący śledztwo, Patrick Read, jest w sekretnym związku z dziennikarzem Gino Barellim, którego frustruje opieszałość policji w poszukiwaniu mordercy. Wkrótce znika współlokator młodego Adama Carpentera, a Adam w noc zaginięcia widział dziwnego mężczyznę w czarnej, skórzanej masce. Tak więc trzech mężczyzn – Patrick, Gino i Adam – próbuje dociec prawdy na temat tego, kim jest morderca, którego w społeczności gejów nazywają Wielkim Tatusiem. Tymczasem na Fire Island doktor Hannah Wells odkrywa nowego, nieznanego wirusa, który dziesiątkuje populacje jeleni.

American Horror Story wątki LGBTQA nie są obce, ba – nawet często zdarzało się, że geje i lesbijki byli głównymi bohaterami niektórych sezonów (jak Ally Mayfair-Richards z Kultu), a istotnymi postaciami wspierającymi były osoby transpłciowe i poliamoryczne (Liz Taylor i Hrabina w Hotelu). NYC jednak w całości poświęcone jest społeczności gejów w Nowym Jorku, jej nocnemu życiu, scenie artystycznej, ale też temu, że jest ona narażona na wiele niebezpieczeństw, które są ignorowane.

I osadzenie miejsca akcji w Nowym Jorku jest o tyle istotne, że nie tylko jest tam wiele miejsc związanych ze społecznością gejowską; nie tylko wielu słynnych nowojorskich artystów było tej właśnie orientacji, lecz także dwa utwory, z których jedenasty sezon czerpie inspirację – Zadanie specjalne (thriller, w którym policjant infiltruje społeczność gejów w poszukiwaniu seryjnego mordercy) oraz Normalne serce (sztuka Larry’ego Kramera o epidemii AIDS) są osadzone w Nowym Jorku właśnie. Co więcej, na nowojorskiej Christopher Street w 1969 roku doszło do nalotu policji na pub dla gejów Stonewall Inn, który to nalot potem skutkował protestami społeczność LGBTQA. Stonewall do dzisiaj uważane jest za ważne wydarzenie w walce o prawa mniejszości seksualnych.

Głównym motywem przewodnim tego sezonu są ofiary, to jak są postrzegane, jak nie mogą liczyć na obronę, a nawet jak do pewnego stopnia postrzega się ich jako samych sobie winnych swoich nieszczęść.

Ukrywający swoją tożsamość przed kolegami Patrick Read słyszy homofobiczne żarty kolegów na temat ofiar morderstw, a jednocześnie wydaje się jedynym, który traktuje sprawę seryjnego mordercy dybiącego na homoseksualistów poważnie (ba – jego komendant twierdzi, że są to przypadkowe zabójstwa i nie trzeba wygłaszać oświadczeń). Generalnie policja jest przedstawiana jako instytucja, która w najlepszym razie nie traktuje poważnie zgłoszeń o przestępstwach dokonywanych na mniejszościach seksualnych, a w najgorszym nie tylko zamiata je pod dywan, ale też posuwa się do brutalności, aby uciszyć tych, którzy ich krytykują. W pewnym momencie Adam zostaje zatrzymany i pobity, aż w końcu jego czarnoskóry przyjaciel Maurice odbiera go z aresztu. Adam stwierdza: „Policja jest taka sama jak bandyci.”, na co jego towarzysz odpowiada: „Zawsze tak było, ale byłeś zbyt biały, aby to dostrzec.”

Prowadzący gazetę poświęconą sprawom LGBT, Gino z jednej strony wścieka się na to, że policja ani system w ogóle nie robią nic, aby chronić ich społeczność przed seryjnym mordercą, z drugiej jednak strony w pierwszym odcinku pojawiają się lesbijki (w tym niejaka Fran), które zarzucają mu, że ignoruje on ich problemy, jak opóźnienia we wprowadzeniu poprawki równych praw, która chroniłaby je przed dyskryminacją w pracy i w szpitalu. Gino jest gejem i zajmuje się głównie problemami gejów, toteż uważa, że priorytetem jest ostrzeżenie ich przed zagrażającym im mordercą. Zarazem odsuwa na bok albo w ogóle nie mówi o rzeczach, które dotykają innych członków społeczności (i to jest też zarzut, który pojawia się wśród LGBTQA również dzisiaj; że o problemach, na przykład, osób aseksualnych nie mówiło się albo że osoby biseksualne były przez lata wykluczane, bo mogły „uchodzić” za heteroseksualistów). Ostatecznie Gino dochodzi do wniosku, że po prostu da Fran i jej przyjaciółkom biurko i niech piszą o problemach lesbijek i nie zawracają mu gitary.

Żona Patricka, Barbara, jest demonizowana przez Gino, który twierdzi, że zniszczyła ona życie jego ukochanemu, ale małżonkowie są w bardzo przyjaznych stosunkach. Patrick ma jednak wyrzuty sumienia, że okłamywał przez lata żonę i ją unieszczęśliwiał, udając kogoś, kim nie jest, i dlatego kiedy spotyka się, aby omówić z nią sprawy rozwodowe, widać w nim też taką troskę o jej dobro i szczęście. Sama Barbara w pewnym momencie ostrzega Gino o tym, że Patrick może przed nim coś ukrywać.

Mający upodobania w BDSM Sam wykorzystuje młodych ludzi do swoich zabaw, więżąc ich w klatkach lub znęcając się nad nimi. Od samego początku jest przedstawiany jako seksualny drapieżnik, który żeruje na naiwnych i pełnych ambicji młodzieńcach. Sam w ogóle nie ustanawia hasła bezpieczeństwa ani nie wypuszcza kochanka, kiedy ten mówi, że ma już dość i chce iść do domu; zdarzało mu się nawet odurzać ofiary, tak więc oni nie mieli jak wyrazić zgody na cokolwiek, co z nimi robiono. Sam zawsze usprawiedliwia to tym, że oni „sami tego chcą”. Zgodzili się na bycie ofiarami, tak więc nie mogą teraz narzekać na to, co ich spotyka, a on przecież tyle dla nich robi – finansuje ich, pozwala im zaistnieć, sprzedając ich erotyczne zdjęcia elitom, nawet daje im rozkosz, więc o co chodzi?

Widzimy przeważnie młodych, atrakcyjnych mężczyzn, którzy bawią się w nocnych klubach, pozują do erotycznych zdjęć Theo Gravesa albo biorą narkotyki i całują się w łaźni. Wielu z nich szuka zabawy, ale też chce rozpocząć karierę jako aktorzy albo artyści… Jednak kończą źle. Albo zostają wykorzystani przez Sama, który obiecuje im noc pełną erotycznych wrażeń i pomoc w zdobyciu sławy; albo zabici i pocięci na kawałki przez Mordercę Mai Tai; albo dopada ich Wielki Tatuś.

No właśnie – mamy dwóch morderców. Jednego bardziej „ludzkiego”, a drugiego cichego, prawie slasherowego.

Morderca Mai Tai (nazywany tak, bo najpierw stawia swoim ofiarom właśnie tego drinka, a znany jest w cywilu jako pan Whitely) jest weteranem wojny w Wietnamie. Po odbyciu służby wykorzystywał swoje sadystyczne skłonności jako „sprzątacz” na zlecenie mafii, pozbywający się ciał gangsterów. Pewnego dnia jednak Sam i Patrick (który nie był jeszcze w związku z Gino) podczas upojnej nocy na Fire Island doprowadzają do śmierci młodego chłopaka, Billy’ego, i Sam nalega na to, aby nie zgłaszać tej śmierci, tylko pozbyć się ciała. Wtedy przybywa Henry – będący na usługach mafii specjalista od mokrej roboty – który sprowadza właśnie Whitely’a aby poćwiartował i pozbył się ciała Billy’ego. Dotąd Whitely „sprząta” tylko bandytów, a teraz miał zająć się młodą ofiarą, której ciało było niewygodnym dowodem zbrodni. To doświadczenie sprawiło, że w Whitely’u coś pękło i postanowił, że zbuduje „Strażnika”, który będzie bronił społeczności gejów. Tyle że w tym celu odurzał, torturował i zabijał członków tejże społeczności, aby potem brać od nich części ciała dla swojego „Strażnika”, a resztę porzucał policji. Zależało mu bowiem, aby z jednej strony nadać cierpieniu swoich ofiar większy cel (przy czym jest tak trochę zasugerowane, że Whitely czerpie przyjemność z zadawania bólu), a z drugiej strony, aby wysłać policji wiadomość. Ostatecznie nawet on sam miał być częścią „Strażnika”, bo to właśnie jego krew miała ożywić jego potwora Frankensteina. I choć Morderca Mai Tai zostaje wreszcie odnaleziony i nawet zastrzelony, to nie oznacza, że niebezpieczeństwo minęło.

I tutaj powraca temat wirusa z Fire Island. Powoli, przez cały sezon widzimy, jak on się rozprzestrzenia, jak Hannah Wells odkrywa, że dotyka on zwłaszcza gejów i że objawia się on obniżoną odpornością. Widzimy też jak poszczególne postaci – Gino, Patrick, Sam, ale też Adam i kilka bohaterów pobocznych – zapada na różne choroby, ma niegojące się rany i ciemne plamy, aż w końcu słabnie i umiera, nieraz samotnie lub w potwornych okolicznościach. Przez dłuższy czas ten wirus nie jest nazwany wprost, ale łatwo się domyślić, że to ma być HIV/AIDS. Można jednak zauważyć pewne uproszczenia i nieścisłości związane z tym, jak wirus jest przedstawiany, a jak działał naprawdę. W pewnym momencie da się wyczuć pewne fatum wiszące nad społecznością: Adam ciągle słyszy (od wariatki w metrze, od jednego z artystów w łaźni), że „coś nadciąga”, a Fran, która przyjęła dodatkową fuchę, jak tarocistka, cały czas wyciąga przed klientami te same karty: Osąd, Diabła i Śmierć. Wreszcie okazuje się, że ostatecznie Wielki Tatuś jest tak naprawdę uosobieniem wirusa, który w brutalny sposób zabija swoje ofiary.

I tutaj wracamy do motywu przewodniego ofiar. No bo HIV/AIDS było przez bardzo długi czas związane z takim stereotypem, że zapadają na niego tylko narkomani i geje. Widziano w nim konsekwencje złych wyborów, mówiło się wręcz o tym, że to kara za grzechy. Jednym słowem – obwiniano ofiary za to, że złapały wirusa.

I też NYC kończy się właściwie dwuczęściowym odcinkiem, gdzie widzimy, jak Sam, Patrick i Gino stają w obliczu śmierci, nawiedzani przez wizje. Sam jest konfrontowany ze swoją przeszłością i ofiarami, Patrick godzi się z własnymi błędami i z tym, co sprawiło, że kłamał, raniąc innych, a Gino żył długo, powoli umierając i widząc, jak AIDS niszczy wszystkich wokół niego. Ostatecznie jedynym bohaterem, który pozostaje na samym końcu (choć również jest zarażony) jest Adam.

Krew, ciąża i histeria, czyli American Horror Story: Delicate

Plakat z Emmą Roberts jako Anna Victoria Alcott.

Nie ukrywam, wobec tego sezonu miałam pewne obawy. Przede wszystkim dlatego, że występowała w nim Kim Kardashian. Ponadto był podzielony na dwie części (pierwsza składała się z pięciu odcinków emitowanych we wrześniu i październiku, a druga – z czterech odcinków emitowanych w kwietniu) i adaptował powieść Delicate Condition autorstwa Danielle Valentine. Nawet rozważałam, czy nie przeczytać tej książki przed obejrzeniem Delicate, ale że jest dostępna tylko po angielsku (a przeto jest bardzo droga), wolałam ograniczyć się tylko do serialu. Jednakże oglądając ten sezon, miałam wrażenie, że ma on zupełnie inny vibe, niż reszta AHS, chociaż trudno mi określić tak dokładnie dlaczego.

Aktorka Anna Victoria Alcott niedawno wybiła się na filmie The Auteur, a także od dłuższego czasu wraz z mężem, prowadzącym galerię Dexem Hardingiem, starają się o dziecko. Dotychczasowe próby skończyły się niepowodzeniem, toteż Dex i Anna korzystają z usług najlepszej kliniki in vitro w Nowym Jorku, prowadzonej przez niejakiego doktora Hilla. Nad kampanią PRową Anny czuwa Sioban Corbyn, która również miała różne przejścia z ciążą. Stres związany z terapią hormonalną, nowo zdobytą sławą, a także ciągłym porównywaniem przez innych do zmarłej żony Dexa, Adeline, sprawia, że Anna czuje się przytłoczona i wydaje się mieć zaniki pamięci. W dodatku wydają się prześladować ją dwie ubrane na czarno kobiety, w tym – niejaka Mavis Preecher, którą Anna spotkała w klinice.

Nie pierwszy raz AHS bierze się za horror związany z ciążą. Już w Murder House było zasugerowane, że nienarodzone dziecko Vivien Harmon może nie być człowiekiem, a w Double Feature mieliśmy i poddawaną gaslightingowi Doris Gardner, i porywanych i zapładnianych przez kosmitów ludzi. Ba, nawet w American Horror Stories trafił się odcinek o tym, jak ciężarna kobieta obawia się, że jej dziecku zagrażają demony. Delicate jednak bierze na warsztat ciążę i związane z nią lęki, a także to, jak są one traktowane.

Przez większość czasu mamy więc Annę Victorię Alcott, która bardzo pragnie zajść w ciążę, a kiedy wreszcie jej się to udaje, lęki i obawy nie znikają. O ile dziwne zaniki pamięci można jeszcze zrzucić na leki i „ciążowy mózg”, to już prześladowcy, zostawiający napisy na lustrach, dziwne wiadomości i lalki z jej starego serialu w różnych miejscach, wydają się o wiele bardziej realni. Zwłaszcza Mavis Preecher pojawiająca się w klinice doktora Hilla i postująca na Instagramie o satanistach i „prawdzie o Krwawej Mary” (o tym zaraz); a także Ivy podająca się za pielęgniarkę wydają się dybać na Annę i jej dziecko z niewiadomego powodu. W zasadzie od samego początku Delicate bardzo łatwo dojść do wniosku, że wszyscy są przeciwko Annie – przyjaciele jej męża przy niej roztkliwiają się nad tym, jak wspaniała była jego zmarła żona, Adeline; ludzie w internecie zalewają każdy post o Alcott hejtem; podczas gali aktorka natyka się na aż nazbyt natrętną fankę, która w pewnym momencie dotyka jej brzucha; i nawet Dex w pewnym momencie odsuwa na bok Annę i nie zabiera jej na otwarcie uroczyste wystawy (niby dlatego, że nie chce jej dodawać stresu, ale w pewnym momencie wspomina też, że „to miał być jego wieczór”).

Jednocześnie mamy też wiele kwestii ściśle związanych z tym, jak ciąża wpływa na ciało. Nie tylko poranne wymioty czy wpływające na mózg zaburzenia hormonalne, ale też komplikacje, które mogą się pojawić (dowiadujemy się z jednej z retrospekcji, że jakiś czas po porodzie matka Anny zmarła z powodu zakrzepu krwi), ryzyka poronienia (w pewnym momencie wygląda na to, że za sprawą stresu i sabotażu Ivy Anna straciła dziecko, ale potem okazało się, że miała bliźnięta i jedno z nich przetrwało), czy krwi.

Bo też wielokrotnie przez sezon przewija się motyw krwawienia, które z jednej strony je traktowane jak coś naturalne dla kobiet (krew miesięczna, której artystka Sonia użyła, aby namalować obraz; krwawiące dziąsła Anny, które są objawem ciąży), ale też z drugiej strony budzą niepokój, że coś jest z dzieckiem albo matką nie tak. Mamy Annę, która nagle zaczyna krwawić podczas jazdy, potem po poronieniu, widzimy, jak siedzi w zakrwawionej tunice na sedesie. Ale mamy też liczne sceny przedstawiające rodzące kobiety, z których wylewają się hektolitry krwi. Krew występuje też w Delicate w bardziej symbolicznej postaci – czerwonej szminki, która plami Annie ręce; czerwonych kwiatach, przyniesionych przez zarządczynię budynku, czerwonych strojach pielęgniarek w klinice doktora Hilla, czy w czerwonych ścianach niektórych pomieszczeń.

Wreszcie mamy cały stosunek otoczenia do Anny i jej obaw. Doktor Hill w zasadzie woli omawiać sprawy związane z ciążą z Dexem, a nie przyszłą matką; sam Dex stara się być wspierającym i kochającym mężem, ale często słowa żony brzmią dla niego niedorzecznie (a i wiele z jego wypowiedzi brzmi jakby miał Annie za złe, że zajmuje się karierą, zamiast skupić się na dziecku) i wiele rzeczy przed nią ukrywa. To lekceważące traktowanie kobiet i ich obaw zresztą przenosi się też na inne sytuacje. Dex nie traktuje poważnie stwierdzeń swojej matki, że udało jej się przypomnieć sobie, że ojciec Dexa odurzał ją i wykorzystywał do satanistycznych rytuałów (sam Dex myśli, że to fałszywe wspomnienia zaszczepione przez psycholożkę, która pomogła je „wydobyć”). Z kolei ojciec Anny przez dłuższy czas nie zajmuje się w ogóle córeczką, a kiedy jego żona zaczyna się trząść w łóżku, mówi jej tylko, aby się nie wierciła i zaczyna się niepokoić, kiedy już jest za późno. Wreszcie mamy scenę, w której Roman Polański każe Mii Forrow przejść przez ruchliwą jezdnię dla ujęcia oszołomionej Rosemary, a na obawy aktorki, że może coś jej się stać, odpowiada: „Nikt nie przejdzie ciężarnej.”

I jest w tym wszystkim coś z histerii. Ale histerii rozumianej jako przypadłość typowo kobieca, a przez to sprowadzająca wszystkie te lęki, obawy i dolegliwości do zaburzeń nerwicowych. Oczywiście wokół histerii powstało mnóstwo teorii i rewolucyjnych metod leczenia, które na dłuższą metę okazywały się szkodliwe. Niemniej jednak reakcja Dexa na to, co mówią jego żona i matka, ociera się trochę o posądzanie o histerię (zwłaszcza że jego ojciec również mówi o swojej żonie, że jest szalona; na obronę Dexa, po tamtej konwersacji stara się być lepszym mężem).

No i oczywiście wszystkie te kwestie związane z ciążą i tym, co ciężarne kobiety przechodzą, jest bardzo na rękę sabatowi czarownic, które chcą wykorzystać Annę i jej dziecko. O wiele łatwiej jest ukryć się, kiedy wszyscy myślą, że Anna „histeryzuje” z powodu hormonów, które w niej buzują. O wiele łatwiej jest wciągnąć ją w fałszywe poczucie oparcia, wykorzystując feministyczne frazesy o siostrzeństwie. O wiele łatwiej jest przekonać ją, aby oddała swoje dziecko w zamian za Oscara, kiedy grają na jej kompleksach (zwłaszcza kiedy pojawia się młodsza rywalka) i pomagają jej zdobyć to, czego chce. Anna nie jest pierwszą kobietą, która została wykorzystana przez czarownice, bo widzimy, jak w 1555 odbierają dziecko królowej „Krwawej” Marii Stuart, co jest nawiązaniem do historycznej „fałszywej” ciąży królowej Szkotów, która odbiła się echem po całym królestwie (tutaj jednak Maria po prostu oddaje dziecko w zamian za lata pomyślnych rządów). Później mamy sytuację z Mavis Preecher, która za młodu zaszła w ciążę i weszła w układ z doktorem Hillem, ale szybko odkryła jego powiązania z sabatem; a także Mię Forrow, która, co prawda, w ciąży nie była, kiedy spotkała czarownice, ale prace nad Dzieckiem Rosemary wpłynęły na jej stan psychiczny (nie zapominajmy też, że w scenie z samochodami obecna była również Sharon Tate, która została zamordowana, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, więc mamy również takie powiązanie). Sabat oferuje władzę i wieczną młodość, ale w zamian za to chce dzieci, które po urodzeniu zamieniają się w demony. Jedna z nich – córka Ivy, siostra bliźniaczka Sonii i pierwsza żona Dexa – próbowała się wyrwać z sabatu, żyć normalnym życiem i wykorzystywać wiedzę do dobrych celów. Ostatecznie jednak zostaje ukarana za swoją zdradę i ginie, a kilka lat później Dex spotyka jej „zastępstwo” – Annę właśnie. A dziecko Anny ma być wyjątkowe, bo jego ojciec, Dex, sam był synem czarownicy, Sioban, który urodził się „normalny” w przeciwieństwie do jego „kuzynów” (sama Sioban tak ich nazywa). Tak więc jego potomstwo mogłoby okazać się potężne.

Generalnie, jak Delicate przez większość odcinków jakoś sobie radziło i budowało nawet całkiem interesujący klimat i intrygę, tak poległo przy wielkim rozwiązaniu. Nie tylko plan Sioban, aby zbudować matriarchat poprzez zrodzenie wielu dzieci Dexa i wymordowanie większości mężczyzn wydał się naprawdę mało imponujący (zwłaszcza w porównaniu z innymi wielkimi planami złoczyńców w AHS), lecz także sposób, w jaki Anna ją pokonuje, ociera się o Deus Ex Machinę. Tak po prostu do karmiącej piersią dziecko Anny przybywa duch Adeline i recytuje z nią jakieś zaklęcie, które ma rozproszyć mrok i to wystarczy, aby Sioban obróciła się w proch i dziecko stało się normalne.

Demoniczna trzynastka, czyli American Horror Story: 13

A tutaj Paul Anthony Kelly jako młody pan Nas.

Oj, długo musieliśmy czekać na ten ostatni zapowiadany sezon! Nie dość, że Delicate było podzielone na dwie części, które miały premierę w roku 2023 i 2024, to jeszcze w 2025 nie dostaliśmy (jakby się mogło wydawać) kolejnego AHS. Za to Ryan Murphy promował swój nowy serial Groteska i był mieszany z błotem za kolejne sezony Potwora na Netfliksie. W końcu w lipcu 2026 roku Murphy wreszcie przerwał milczenie i w wywiadzie dla Entertainment Weekly wyjawił, że ciągnącym się motywem najnowszego sezonu American Horror Story będzie liczba 13; że będzie miał on trzynaście odcinków i że pojawią się tam postaci ze wszystkich dotychczasowych sezonów, choć dominować będą czarownice z Coven. Do obsady wracali po dużej przerwie ulubieńcy Murphy’ego, Evan Peters i Sara Paulson. Ale i tak największą furorę zrobiła wieść, że do AHS wraca Jessica Lange, która po Freak Show twierdziła, że już nie interesuje ją ta franczyza i zagrała tylko Constance Langdon w jednym z odcinków American Horror Story: Apokalipsy.

Pracujący jako opiekun w hospicjum Ben DeSoto ma problem – cierpi na lęk przed liczbą trzynaście (triskaidekafobię), a jego dziewczyna Kira wręcz przeciwnie, uwielbia tę liczbę. Zaplanowała nawet na swoje urodziny (wypadające na piątek trzynastego) wielką wycieczkę po trzynastu wyspach wraz z trzynastoma koleżankami. W ostatniej chwili Ben przezwycięża strach, aby polecieć wraz z nią samolotem, ale lot natrafia na turbulencje i mężczyzna jest jedną z dwóch osób, które przeżyły katastrofę. Miesiąc później Benowi przydzielona jest nocna zmiana u pana Nasa – osiemdziesięcioletniego bogacza, który mieszka na trzynastym piętrze pięknego hotelu Appolyon. Na miejscu o wszystkim instruuje Bena opiekunka ze zmiany dziennej, Constance Langdon.

Śledzimy właściwie trzy wątki, które w jedenastym odcinku się ze sobą łączą.

Pierwszym wątkiem jest Ben DeSoto odkrywający, że u pana Nasa dzieje się coś niepokojącego. Dom Nasa jest pełen biblijnej sztuki i dziwnych bibelotów, odwiedzający go lekarz, pan Phibes, ciągle pobiera mu krew do trzynastu fiolek, a sam staruszek wygląda, jakby miał rogi. Ben przybywa też do mieszkania Nasa akurat jak Constance obchodzi niemieckie święto Rauhnacht przypadające na trzynaście dni po Bożym Narodzeniu, zostaje o odurzony ajerkoniakiem i ma halucynacje, że Nas poi go jakąś czarną cieszą. Niebawem Ben odkrywa, że ma na plecach wypaloną liczbę 616 (zaraz do tego wrócimy).

Sam Ben jest bardzo pechowym człowiekiem. W przeciągu sezonu dowiadujemy się, że wcześnie stracił rodziców w wypadku, potem przechodził z jednej rodziny zastępczej do innej, kobieta, która była dla niego najbardziej jak matka, zmarła w jego trzynaste urodziny po długiej chorobie, a jego lęk przed liczbą 13 doprowadza go nieraz do ataków paniki. Kiedy wreszcie wydaje się, że przemógł ten lęk, aby móc spędzić wakacje z dziewczyną doszło do tego, że w katastrofie lotniczej przeżył tylko on i jedna z jej przyjaciółek. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że to bardzo empatyczny człowiek, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi, którzy są bliscy śmierci (jego praca w hospicjum) albo doświadczyli niedawno śmierci bliskich (obdzwonił rodziny wszystkich zmarłych koleżanek Kiry, aby sprawdzić, jak się mają).

Drugim wątkiem jest sam pan Nas i to, co się z nim dzieje. Od pierwszych trzech odcinków właściwie daje się widowni do zrozumienia, że to jest sam diabeł, który z jakiegoś powodu przywraca do życia bohaterów z poprzednich sezonów (dzieci Constance, ale też Kaia i Winter Andersonów z Kultu, Jamesa Patricka Marcha z Hotelu, czy Elsę Mars z Freak Show). Mamy różne rytualne mordy robione w imię diabła, czy to podczas nocy Jezebel, kiedy wrzucane do piekła zostają fikcyjne i historyczne grzesznice (jak caryca Katarzyna II, Ayn Rand, Margaret Thatcher, Mamie Eisenhauer i sama biblijna Jezebel), czy to podczas ataków seryjnych morderców, jak Twisty czy Pig Man. I zawsze ofiar jest trzynaście. Z jakiegoś powodu też owe ofiary sprawiają, że pan Nas staje się coraz starszy i z jakiegoś powodu zależy mu na tym, aby dobić setki.

W końcu trzeci wątek dotyczy czarownic z Sabatu, które odkrywają, że dzieje się coś niepokojącego: nagle młode czarownice zyskują moce, które normalnie pojawiają się bardzo rzadko, a ponadto pełniąca rolę Najwyższej, Cordelia Good, straciła zdolność widzenia przyszłości i obawia się o to, co nadejdzie, bo wygląda na to, że magia „je zbroi”. Czując, że sama sobie nie poradzi, Cordelia (za pomocą zapomnianej magii wymagającej połączenia mocy trzynastu czarownic) sprowadza z Piekła swoją wyrachowaną matkę, Fionę. Ponadto wkrótce przybywa ożywiony James Patrick March wraz z trójką swoich byłych uczniów – Jeffreyem Dahmerem, Richardem Ramirezem i Zodiakiem – aby uczynić z czarownic kolejne ofiary dla Nasa. Udaje się ostatecznie odeprzeć ten atak, również dzięki powrocie Fiony z zaświatów. Z chwilą, kiedy staje się jasne, że wszystko to sprawka diabła, czarownice przygotowują się do walki, wchodząc w układ z Papą Legbą, że na jakiś czas jedna z nich zajmie miejsce Marie Laveau w Piekle (decyduje się na to Queenie, chociaż Fiona jest też na to gotowa, ale sabat jej potrzebuje).

Do pewnego stopnia jest to powtórka z Apokalipsy – po raz kolejny czarownice muszą walczyć z czcicielami diabła, a nawet z Antychrystem, aby ocalić ludzkość. Tylko że tym razem nie ma wątku zagłady nuklearnej tylko zakładu między diabłem a Bogiem podczas drugiej wojny światowej: jeśli diabeł przeżyje całe sto lat jako człowiek, dostanie władzę nad Piekłem, Ziemią a Niebem. Papież Pius wiedział o tym zakładzie i uznał, że Adolf Hitler jest wcieleniem diabła na Ziemi i próbował go zdalnie egzorcyzmować. Hitler jednak był tylko jednym z dzieci diabła, a nie nim samym, więc egzorcyzm się nie udał.

Przejdźmy jeszcze na chwilę do motywów przewodnich tego sezonu.

Pierwszy motyw, który przewija się przez American Horror Story: 13, to oczywiście tytułowy numer. Numer od zawsze kojarzony z pechem i przesądami, ale tutaj nabierający dodatkowego, demonicznego charakteru ze względu na to, że diabeł go sobie bardzo upodobał. Kiedy Constance obchodzi wraz z dziećmi Reihnacht, wygląda to jak satanistyczna wersja Bożego Narodzenia. W salonie pana Nasa wisi Ostatnia wieczerza Leonarda da Vinci, gdzie Judasz jest trzynastą osobą przy stole. Potrzeba trzynastu ofiar, aby przyspieszać starzenie się ludzkiej powłoki diabła, więc Twisty zabija trzynaście adeptów szkoły dla klaunów, Pig Man – trzynastu gości na weselu, a James Patrick March i jego uczniowie przymierzają się zabić trzynaście czarownic. Jak zwraca uwagę pan Phibes, trzynastka ma taką opinię pechowej liczby, bo zaburza porządek dwunastki – liczby uważanej za idealną, bo odpowiadającą liczbie miesięcy w roku, liczbie znaków zodiaku, czy liczbie apostołów.

O wiele rzadziej (bo tylko raz) pojawia się w trzynastym sezonie słynna liczba Bestii… z tym, że to nie jest 666, tylko nieco mniej znane 616, które pojawia się w pewnym momencie nad pośladkami Bena. Istotne też wydaje się to, że diabeł musi przeżyć akurat sto lat jako człowiek – teraz dożycie takiego wieku jest nie lada wyczynem i jest powodem do dumy, chociaż starość nadal daje się we znaki. Stąd pan Nas występuje w dwóch wersjach – jawi się jako zwykły, niedołężny staruszek, którego zdrowie ciągle trzeba monitorować i którego trzeba wyręczać przy najprostszych nawet czynnościach; i jako przystojny i pełen sił młodzieniec, który wchodzi w interakcje ze śmiertelnikami.

Co ciekawe, innym motywem przewodnim w tym sezonie jest rodzicielstwo. Dowiadujemy się bowiem, że Michael Langdon nie był pierwszym dzieckiem diabła w uniwersum AHS. Nie tylko w pewnym momencie Cordelia i Mallory stwierdzają, że było już w historii dwunastu Antychrystów (w tym Hun Atylla, Hitler, Stalin, Mussolini, Tomas de Torquemada, Napoleon Bonaparte, Kserkses Wielki i Leopold II), lecz także doczekał się przynajmniej dwóch córek (do których zaraz wrócimy), a Ben jest trzynastym Antychrystem. Przy czym diabeł jest ojcem nieobecnym, pojawiającym się w życiu swoich dzieci dopiero, kiedy one mogą mu się przydać w jego planach. Bycie dzieckiem diabła narzuca fatalistyczne założenie, że jest się z natury złym. I to, być może, sprawdza się w przypadku poprzednich Antychrystów i obu córek diabła, ale współczujący i altruistyczny Ben DeSoto zadaje kłam temu założeniu, bo nie tylko pozostaje raczej po stronie dobra, lecz także wykorzystuje nowo nabyte moce przeciwko ojcu (zwłaszcza że ten wszystko tak zaaranżował, aby życie Bena było pasmem nieszczęść).

Wróćmy teraz do córek diabła. Najpierw on sam broni się przed flirtem Constance, wyjawiając podczas ich wspólnego tańca, że jest jej ojcem. Nieco później, już w przedostatnim odcinku przyprowadzona przez Bena z Piekła Myrtle Snow informuje Fionę, że jest ona córką diabła i siostry Jude z Asylum; i że ma siostrę bliźniaczkę Constance. Choć Constance czuła się wielokrotnie bezbronna i rzucana na pastwę losu, a Fiona zyskała wielką moc, to obie robiły wiele złych rzeczy – od bycia złymi rodzicami po morderstwa. Niemniej jednak obie też w tym trzynastym sezonie żałują tego, że nie były dobrymi matkami. Constance sprzedaje duszę i pomaga diabłu w jego planie po to, aby jej dzieci – Tate i Addie – wróciły do życia i żeby miała drugą szansę przy ich wychowaniu. Fiona z kolei po długim pobycie w Piekle miała czas rozważać swoje życiowe błędy i ich żałować, kiedy więc wraca na Ziemię jest o wiele bardziej troskliwa wobec Cordelii, przygotowuje ją do nadchodzącej wojny i wspomaga w walce. Gdy zaś odkrywa, że ma siostrę, a ta żali się, że całe życie nie miała mocy, Fiona proponuje, że pomoże jej wyciągnąć je na wierzch.

Ostatnim motywem przewodnim, który przemyka się przez cały sezon, jest pokusa. Oczywiście najwięcej wodzenia na pokuszenie robi sam diabeł. I chodzi tu zarówno o jego sługi (Constance i pana Phibesa, któremu zależy na zrobieniu własnej wersji kontrowersyjnego filmu Scorpio Rising), jak i członków rodziny. Kusi Bena mocami i władzą nad całą Ziemią (przy zaznaczaniu, że raz na jakiś czas Ben Antychryst będzie musiał doprowadzić do jakiejś wojny czy katastrofy), kusi siedzącą w psychiatryku Briarcliff siostrę Jude bliskością i poczuciem piękna, a nawet w momencie, kiedy czarownice pochłonęłyby jego siły życiowe, aby za pomocą białej magii z Salem i czarnej magii voodoo zmienić diabła w wieczne niemowlę, byłyby kuszone, aby zatrzymać tę moc. Jako że ten plan bierze w łeb i Cordelia ginie (no bo diabeł nie jest idiotą i zapewne przewidział, że syn go zdradzi), pan Nas kusi jeszcze będącą w Piekle Cordelię perspektywą uwolnienia, jeśli ta odda mu pokłon.

Zarazem Ben – po upojnej nocy z Maddison i zbliżeniu się do niej – porównuje swoje położenie do kuszenia Chrystusa na pustyni przez diabła. Tak jak wtedy Syn Boży był kuszony, aby odwrócić się od Ojca, tak teraz Ben wydaje się kuszony perspektywą nowego, szczęśliwego życia z Maddison przez Boga, aby odwrócił się od pana Nasa, Zresztą to kuszenie Bena nowym życiem powraca w ostatnim odcinku.

Bo oto wydaje się, że diabeł wygrał – udało mu się zabić swoją wnuczkę Cordelię i zapobiec zaklęciu, które mogłoby go uwięzić w ciele dziecka. Pan Phibes sprowadza trzynaście ofiar do mieszkania Nasa i doprowadza do tego, że umierają z przedawkowania. Tylko że sam diabeł ratuje ostatnią ofiarę i daje jej odejść, a następnie zabija swoją śmiertelną powłokę, niwecząc wszystkie swoje dotychczasowe wysiłki wygrania zakładu. Doszedł bowiem do wniosku, że władanie całymi miliardami ludzi będzie męczące i nudne, a kuszenie i sprowadzanie na złą drogę będzie o wiele ciekawsze, zwłaszcza że nowo wskrzeszona Cordelia ciągle mająca się na baczności przed jego zakusami byłaby źródłem świetnej zabawy. Tak więc status quo pozostaje niezmienione, a diabeł się nadal panoszy.

Do czasu. Bo oto Mallory, która cofnęła się w czasie, aby poszukać rozwiązania w innych epokach, powróciła i przyniosła z Salem niezawodne zaklęcie. Tylko, że aby je z powodzeniem wykonać, Antychryst musi przestać istnieć, a Ben właśnie doczekał się córeczki i był gotów na normalne życie wraz z Maddison. Przez chwilę waha się, stwierdza jak bardzo to nie fair, że musi umrzeć akurat, jak życie zaczęło mu się układać. Ostatecznie jednak podejmuje się tej ofiary, właśnie ze względu na córkę, dla której chce lepszego świata – przebija się sztyletem, a diabeł zajmuje na Ostatniej wieczerzy miejsce Judasza.

Podsumowanie

Patrzę na te trzy ostatnie sezony i dochodzę do wniosku, że są nierówne. To, za co uwielbiałam przez całe lata American Horror Story to fakt, że nie tylko obejmowały one konkretne gatunki horroru (nieraz mocno wbitego w szeroko pojętą, amerykańską kulturę), lecz także potrafiłam w nich doszukać się jakichś głębszych znaczeń. I to udało mi się znaleźć w NYC i w Delicate, ale już przy 13 (pomimo wszechobecności tytułowej liczby) wiedziałam, że chodziło bardziej o fanserwis.

I to nie jest tak, że czarownice z Sabatu mnie nie cieszyły, niemniej jednak była to powtórka z Apokalipsy. Być może trochę też liczyłam na to, że trzynasty sezon będzie rzeczywiście tym wielkim crossoverem poprzednich sezonów, którym AHS zakończy wreszcie swój bieg. Tak się jednak nie stało, albowiem szybko doszły nas słuchy, że American Horror Story właśnie dostało zielone światło na czternasty sezon.

AHS przez prawie dekadę było częścią tego bloga i nadal mam do niego pewien sentyment. Niektóre sezony oceniam lepiej, inne gorzej, niemniej jednak wolę zapamiętać je jako serial, który lubiłam analizować i przy okazji dowiadywałam się różnych rzeczy na temat kina, historii czy literatury USA. Dlatego nie planuję zajmować się kolejnymi sezonami. Niech ten artykuł będzie moim wielkim pożegnaniem z American Horror Story.


Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz