Kategorie
Artykuły popkulturowe Fantastyczny Kwiecień ze Światem Dysku Świat Dysku

Artykuł: Babcia Sama Zarąbistość

Advertisements

Uwaga, tekst zawiera spoilery do Trzech wiedźm, Wyprawy czarownic, Panów i Dam oraz Carpe Jugulum.

Był taki czas, kiedy słyszałam, że niektórzy twórcy potrafią pisać wspaniałe, pełnokrwiste postaci kobiece. Wśród tych twórców nieodmiennie wymieniane były dwa nazwiska: Joss Whedon i George R. R. Martin. O ile moja znajomość twórczości tego pierwszego jest zbyt nikła, abym to mogła ocenić, o tyle lektura Pieśni Lodu i Ognia, oraz serial na jej podstawie sprawiły, że trudno mi się nie zgodzić w związku z drugim z panów. I tak się jakoś złożyło, że od jakiegoś roku zaczęłam zwracać uwagę na kreację postaci kobiecych w fikcji i w pewnym momencie pomyślałam sobie, że do tych wielkich, piszących wspaniałe kobiety twórców powinien dołączyć Terry Pratchett.

Kobiety Pratchetta – tak jak zresztą inne jego postaci – są ciekawe, czasem trochę dziwne, nieraz wielowarstwowe. Tam nie ma kobiet, które byłyby tylko love interestami. Tam jest przemiła, masywna lady Sybil, żona komendanta Vimesa, która przy okazji tak się składa, że hoduje smoki. Tam nie ma silnych heroin, których jedynym celem życiowym jest udowodnienie czegoś mężczyznom. Tam jest córka Cohena Barbarzyńcy, Conena, która czuje przymus, aby być taka jak ojciec, choć tak naprawdę chciałaby zostać fryzjerką. Tam nie ma denerwujących Mary Sue. Tam jest wnuczka Śmierci, Susan Sto Helit, która już w pierwszej swojej książce okazuje się nie tylko nie mieć racji, ale być też w stanie przyznać się do błędu. A to dopiero początek wyliczeń!
Niejako wychodząc od tych refleksji, chciałabym poświęcić dzisiejszy artykuł pewnej postaci kobiecej, a właściwie grupce takich postaci, czyli Wiedźmom z Lancre, ze szczególnym uwzględnieniem Babci Weatherwax.

Esmeralda Weatherwax zadebiutowała w trzeciej powieści Świata Dysku, Równoumagicznieniu, która jednak nie jest uważana za część cyklu o Wiedźmach z Lancre, bo nie pojawiają się tam pozostałe dwie wiedźmy – Magrat Garlick i Gytha Ogg. Sama Babcia Weatherwax jest tam właściwie deutonistką względem swojej podopiecznej, Eskariny. Sama książka przedstawia różnicę między magią magów i czarownic.

Równoumagicznieniezaczyna się od tego, że umierający mag z Niewidocznego Uniwersytetu szuka następcy, któremu mógłby przekazać swoją laskę. Tak się składa, że jeden z wieśniaków w Lancre oczekuje ósmego dziecka, sam będąc ósmym synem, a więc teoretycznie jego nowa pociecha wpasowuje się w ogólny schemat bycia ósmym synem ósmego syna, jak większość magów w Świecie Dysku. Nie zwracając uwagi na protesty akuszerki (którą jest właśnie Babcia Weatherwax) laska maga wraz z jego mocą zostaje przekazana dziecku, po czym mag umiera. Wtedy wychodzi na jaw, że dziecko jest dziewczynką i tak oto mała Eskarina zyskuje swoje wielkie przeznaczenie, którym jest zostanie magiem. Oczywiście, jej moc sprawia, że dziewczynka wkrótce trafia pod skrzydła Babci Weatherwax, która uczy ją na wiedźmę, z czasem jednak Babcia zdaje sobie sprawę z tego, że nasza bohaterka potrzebuje edukacji, którą zapewnić jej może jedynie Niewidoczny Uniwersytet, kształcący tylko mężczyzn. Wyrusza więc z dziewczynką do Ankh-Morpolk.
Często w fantasy pojawia się rozdział na męską i kobiecą magię. Magia męska charakteryzuje się tym, że chce podporządkować sobie prawa natury, ponieważ mężczyźni mają tendencję do brutalności i dominacji. Magia kobieca zaś polega na dawaniu i braniu czegoś w zamian; wypraszaniu od natury pewnych efektów, przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w przyrodzie, ponieważ kobiety mają skłonność do kompromisów i posiadają pewną życiową mądrość. W Świecie Dysku ten koncept na pierwszy rzut oka wydaje się również zachodzić, ale im dłużej przyglądamy się magom i wiedźmom, tym bardziej widać, że ich wizje magii nie do końca mu odpowiadają. Magowie podchodzą do magii w sposób naukowy, poświęcają całe życie badaniom jej zasad, a nawet okazjonalnie rzucają jakieś zaklęcie, jednak rzadko się zdarza, aby próbowali wykorzystać ją do podporządkowania sobie czegoś lub kogoś. Nawet samo czarowanie nie zdarza im się zbyt często, a to dlatego, że wiele zaklęć uwalnia energię thaumiczną, która wpływa na rzeczywistość. Ba, często zdarza się, że jakiś mag może zwrócić na siebie uwagę istoty z Nie-świata i sprowadzić na Świat Dysku kataklizm. Dlatego ważne jest, aby mag przestrzegał pewnych zasad.
Wiedźmy również nie czarują tak często, jakby mogły. Właściwie ich „magia” (choć niewątpliwie te kobiety są zazwyczaj jak najbardziej obdarzone mocą) zasadza się na zielarstwie, psychologii (czy też „głowologii”, jak nazywa ją Babcia Weatherwax) i pozorach. Magów, ze względu na niebezpieczeństwo czarodzicieli, obowiązuje celibat. Wiedźmy – jak przekonamy się na przykładzie Niani Ogg – takie ograniczenia nie obowiązują. Magowie zdobywają swoją wiedzę na Niewidocznym Uniwersytecie. Wiedza wiedźm jest przekazywana z mentorki na uczennicę. Magowie gromadzą się zwykle na Uniwersytecie i tam ich można zazwyczaj znaleźć (choć zdarzają się wyjątki, na przykład Cutwell w Morcie). Wiedźmy mieszkają w małych chatkach, gdzieś na obrzeżach wsi. Magowie operują na metodach naukowych, wiedźmy – na ludowej mądrości.
Mimo wszystko, można zauważyć wiele podobieństw między oboma środowiskami. Zarówno magowie jak i wiedźmy są bardzo przywiązani do swoich nakryć głowy, które definiują ich pozycję społeczną. Zarówno magowie, jak i wiedźmy traktowani są z pewną dozą szacunku. W końcu zarówno magowie, jak i wiedźmy cieszą się różnymi przywilejami, wynikającymi z ich pozycji w społeczeństwie.
Na początku Eskarina nie wydaje się zachwycona tym, że jej magiczna edukacja skupia się tylko na zielarstwie i czeka ze zniecierpliwieniem, aż zajmie się wreszcie prawdziwą magią. Wkrótce Babcia Weatherwax pokazuje jej „pożyczanie” – zdolność opętywania żywych stworzeń, przy jednoczesnym opuszczaniu własnego ciała. Jest to sztuczka, w której sama Babcia jest mistrzynią. Jednak im dłużej wiedźma przebywa w zwierzęcym ciele, oddalając się przy tym od swojego, tym łatwiej może zatracić własną tożsamość. I tak się prawie staje w przypadku Eskariny, jednak w porę udaje się Babci Weatherwax uratować dziewczynkę. To jest moment, w którym Babcia decyduje się wyruszyć do Ankh-Morpolk. Po drodze spotykają pewnego maga wraz z wiecznie zakatarzonym uczniem, Simonem, który jest nawet całkiem zdolny, ale zwraca na siebie uwagę Stworów z Nie-świata. Jego nauczyciel twierdzi, co prawda, że wiedźmy spełniają ważną rolę w społeczeństwie, jednak nie uważa ich za równoprawne użytkowniczki magii względem magów.
I też Eskarina najpierw nie zostaje przyjęta na Niewidoczny Uniwersytet ze względu na swoją płeć, mimo że sytuacja jest taka, a nie inna. Ponieważ jednak ona i Babcia Weatherwax ratują świat przed Stworami, ostatecznie Eskarina staje się pierwszą kobietą-magiem na Uniwersytecie. Niestety, jak na razie jedyną.

W każdym razie właściwy początek cyklu o Wiedźmach z Lancre to Trzy wiedźmy, w których pojawiają się po raz pierwszy najlepsza przyjaciółka Babci Weatherwax, Gytha Ogg, zwana Nianią, i wiedźma-hipiska Magrat Garlick. Należy tutaj wspomnieć, że w naszej kulturze występuje motyw trzech czarownic, tak zwanych Sióstr Hekate, zwanych także Dziwnymi Siostrami. Każda z kobiet odpowiada innemu etapowi kobiecości – Dziewicy, Matce albo Staruszce. W założeniu trzy wiedźmy z Makbeta również mają podchodzić pod ten schemat, zazwyczaj jednak w adaptacjach się z niego rezygnuje.

Jednak Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat to Siostry Hekate pełną gębą. Nieco wykorzystywana i traktowana jak naiwna młódka Magrat to Dziewica; Niania Ogg, która miała kilku mężów i doczekała się nie tylko dzieci, ale i wnuków, to Matka, zaś wiekowa, mieszkająca samotnie i posiadająca życiową mądrość Babcia Weatherwax to Staruszka.


Trzy wiedźmyzaczynają się poniekąd tak jak Makbet– od czarownic spotykających się na wrzosowiskach podczas burzy. Potem jednak historia rozwija się troszkę inaczej. Otóż właśnie zostaje zamordowany król Verence, władca Lancre. Władzę przejmują po nim jego kuzyn, Leonal Felmet i żona Felmeta, jednak wierny sługa króla przekazuje prawowitego następcę tronu w wieku niemowlęcym i koronę tytułowym trzem wiedźmom – Babci Weatherwax, Niani Ogg i Magrat, które akurat spotkały się na wrzosowiskach. I tak oto na trzy czarownice spada obowiązek ukrycia, zarówno dziecka jak i korony. Babcia Weatherwax postanawia oddać dziecko pod opiekę Vitollera i jego wędrownej trupy teatralnej, a koronę ukryć wśród rekwizytów. Trupa opuszcza granice Lancre, tymczasem król Felmet postanawia zrobić porządek z samowolnymi, nie płacącymi podatków wiedźmami i za radą swojego Błazna decyduje się wystawić propagandową sztukę, w której nie tylko wiedźmy zostaną przedstawione jako czarne charaktery, ale i śmierć Verence’a będzie pokazana jako wypadek, a nie zbrodnia.

Trzy wiedźmy to książka, która jest jednym wielkim odniesieniem do Makbeta i do teatru elżbietańskiego w ogóle. Zacznijmy może od tego, że Makbet to sztuka napisana specjalnie dla króla Jakuba I, który pochodził ze Szkocji i miał dwie obsesje – swój tron i czary. Jakub był święcie przeświadczony o tym, że czarownice chcą go zabić. W Trzech wiedźmach nie tylko mamy postaci, które odpowiadają poszczególnym personae dramatae szkockiej sztuki (gdzie Felmet jest Makbetem, jego żona – lady Makbet, Verence to Dunkan, syn Verence’a to synowie Dunkana, Malcolm i Donalbein, a Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat to trzy wiedźmy); nie tylko sztuka, która ma przedstawić w złym świetle wiedźmy, to Makbet, ale i cytaty z samej tragedii są wypowiadane tu i tam przez bohaterów książki Pratchetta.
Jednocześnie Hwel, krasnolud, który pisze sztuki dla trupy teatralnej, wychowującej syna króla Verence’a przypomina z wyglądu Szekspira, a Vitoller postanawia wybudować w Ankh-Morpolk wielki, wspaniały teatr o nazwie Disk, co jest nawiązaniem do słynnego teatru z czasów elżbietańskich – Globe. To właśnie Hwel napisze na zlecenie Felmeta sztukę o wiedźmach, która zostanie potem wystawiona przez trupę Vitollera w Disku, główną rolę zaś odegra syn Verence’a, który przez lata zdążył stać się wspaniałym aktorem.
Na początku wiedźm nie obchodzą rządy Felmeta i teatr. Dopiero kiedy królestwo jako całość – zwierzęta i rośliny – zwraca się do Babci Weatherwax z pomocą, ponieważ Felmet nie dba ani o ludzi, ani o przyrodę, Babcia rozważa wtrącenie się, a oglądając sztukę teatralną Esme Weatherwax niepokoi się tym, że teatr naśladuje życie i pozwala widzom uwierzyć w rozgrywającą się przed nimi historię. Z chwilą zaś, kiedy na skutek propagandy nowego króla ludzie przestają okazywać jej szacunek, czarownica postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Nie chcąc czekać na to, aż królewicz dorośnie i upomni się o swój tron, wiedźmy postanawiają odseparować Lancre od reszty świata i sprawić, że na Dysku minęło dwadzieścia lat, podczas gdy w Lancre jedna noc. W tym czasie Disk zostaje zbudowany, prawowity dziedzic wyrasta na znakomitego aktora, oddanego swojej sztuce, a rosnące uczucie między Magrat a Błaznem pogłębia się jeszcze bardziej, dzięki pocałunkowi, który na skutek zaklęcia trwał dwadzieścia lat.

Błazen jest w Trzech wiedźmach postacią ważną. Wychowany w rodzinie, gdzie zawód królewskiego błazna był przekazywany z ojca na syna, Błazen żył życiem pozbawionym radości. Wymyślony przez niego żart kosztował go w młodości lanie sprowadzone na niego przez dziadka (ponieważ był to żart nie zatwierdzony przez Gildię Błaznów), a późniejsze doświadczenia Błazna ze szkolenia w Gildii Błaznów sprawiły, że sąsiednia Gildia Skrytobójców wydawała mu się całkiem miłym miejscem. Błazen posiada jednak sporą wiedzę i całkiem niezły zmysł polityczny, który zwraca na niego uwagę Felmeta. Ponieważ zaś złożył przysięgę na wierność królowi, nawet jego miłość do Magrat nie pozwala mu przeciwstawić się Felmetowi. Cudowny zbieg okoliczności sprawia jednak, że Błazen zostaje królem Lancre.

Następną powieścią z cyklu o Wiedźmach z Lancre jest Wyprawa czarownic. Jej fabuła zarysowuje się tak: pewna wiekowa wróżka chrzestna umiera i przekazuje swoją różdżkę Magrat. Tak się składa, że wróżki chrzestne zwykle występują parami – jedna jest dobra, druga zła, toteż denatka wyznacza Magrat misję powstrzymania złej wróżki, Lilith, która planuje odmienić los pewnej sieroty z Genoi wbrew jej woli. Ponieważ Babcia Weatherwax i Niania Ogg nie wierzą, że Magrat uda się wypełnić misję, wyruszają do Genoi razem z nią. Po drodze przekonują się, że Lilith użyła magii do tego, aby prawdziwe życie odgrywało sceny ze znanych baśni. I tak oto wiedźmy z Lancre spotykają wilka, który siłą został zantropomorfizowany, aby móc przekręcić klamkę w domu pewnej staruszki; potem na Nianię Ogg spada dom, po czym pojawiają się krasnoludy cieszące się z tego, że Zła Czarownica nie żyje, a w samej Genoi okazuje się, że całe miasto podporządkowane jest rygorom baśniowej narracji, do tego stopnia, że karczmarz zostaje ukarany za to, że nie jest dość radosny ani dość zaokrąglony na twarzy. Sama sierota, której mają pomóc wiedźmy, żyje życiem Kopciuszka, a jej książę to zamieniona w człowieka żaba.

Pozwolę sobie na spoiler i zdradzę, że Lilith to tak naprawdę siostra bliźniaczka Babci Weatherwax, Lily. One same wierzyły w to, że skoro są bliźniaczkami, jedna z nich musi być dobra, a druga zła. Przez dłuższy czas Lily była tą dobrą, ale uciekła z domu, przez co rola dobrej siostry spadła na Babcię Weatherwax. Mimo wszystko Lilith wierzy w to, że jest tą dobrą wróżką, która sprowadza na ludzi radosne zakończenia. Jest tak święcie przekonana o wzniosłości swojej roli, że nie widzi, że tak naprawdę wymusza happy endy swoich opowieści. Przy okazji lekceważy zasadę, według której wiedźma nie powinna przechodzić pomiędzy dwoma lustrami, co będzie miało dla niej przykre konsekwencje.

Wyprawa czarownicjest książką, w której w trzech scenach uwydatnione zostają trzy ważne cechy Babci Weatherwax. W pierwszej z nich trzy wiedźmy z Lancre goszczą u czarownicy z Genoi, kapłanki dyskowej wersji voodoo, pani Gogol. W pewnym momencie do bagna, na którym znajduje się dom pani Gogol, wpada ukochany kapelusz Babci Weatherwax. Babcia nalega, aby kapelusz został wyłowiony, więc kapłanka proponuje, aby jej służący zanurkował po nakrycie głowy, nie zważając na aligatory w bagnie. Wtedy Esme Weatherwax wycofuje swoją prośbę, ponieważ nie zależy jej na kapeluszu aż tak bardzo, aby narażała za niego ludzkie życie. W drugiej scenie Babcia Weatherwax broni pragnącej zemsty na Lilith pani Gogol dostępu do siostry i obie wiedźmy staczają krótki pojedynek magiczny, który Babcia wygrywa, nawet nie schodząc ze schodów, tylko wspinając się na nie dalej. W końcu w trzeciej scenie obie siostry Weatherwax zostają uwięzione w świecie luster i aby się wydostać muszą zdecydować, które ich odbicie jest prawdziwe. Podczas gdy Lily bezskutecznie głowi się nad odpowiedzią, Babcia od razu wskazuje samą siebie i wydostaje się z pułapki. Pierwsza scena świadczy o moralności Esme Weatherwax, druga – o potędze, która w niej drzemie, a trzecia – o jej życiowej mądrości.

W następnej poświęconej sobie powieści – Panowie i Damy – Wiedźmy z Lancre powracają do ojczyzny, aby Magrat mogła poślubić Błazna i stać się królową. To z kolei wymusza na Babci Weatherwax i Niani Ogg znalezienie zastępczej, trzeciej wiedźmy do ich sabatu. Tymczasem na wesele przybywają wezwane przez próby tancerzy elfy, przejmują władzę nad umysłami ludzi i szykują się do zadomowienia się w Lancre na dobre poprzez małżeństwo ich królowej z Błaznem.

Elfy Świata Dysku są ciekawym przypadkiem. Podczas gdy gobliny, trolle i inne rasy, które w innych uniwersach fantasy podpadają pod charakter Chaotyczny Zły, posiadają na Dysku własne bogate kultury, elfy nie tylko prawie się nie pojawiają, ale też bardziej niż jakakolwiek inna rasa Świata Dysku charakteryzują się brutalnością i okrucieństwem. Ma to związek nie tylko z arogancją, którą elfy charakteryzują się zwykle w innych powieściach fantasy, ale także z tym jak elfy, wróżki i chochliki przedstawiane były w starych opowieściach ludowych – jako istoty złośliwe, porywające dzieci i mącące w ludzkim życiu. Dawniej wszelkiego rodzaju dziwne zniknięcia, blizny i luki w pamięci, o których dzisiaj mówi się, że są sprawką kosmitów, kiedyś przypisywano działaniom elfów. I tak oto w Świecie Dysku elfy pozbawione są empatii wobec innych istot i posuwają się nawet do torturowania ludzi dla zabawy. Ponadto wpływają na ludzkie umysły w taki sposób, że zaszczepiają im kompleks niższości, jednocześnie zapewniając, że stoją przed nimi wspaniałe, piękne i nieskazitelnie dobre istoty.

Panowie i Damy to powieść, w której szczególnie jasno świeci Magrat jako postać. Już choćby przez to, że ma opuścić sabat Babci Weatherwax i Niani Ogg, gdzie była popychadłem ze względu na swój młody wiek. Teraz ma nie tylko przestać być wiedźmą, ale też stać się królową całego Lancre. W jej przypadku zmiana stanu cywilnego łączy się z wybiciem na samodzielność. Jednocześnie przybycie elfów i omamienie Błazna przez ich królową zmusza Magrat do tego, aby zaczęła walczyć nie tylko o królestwo, ale także o ukochanego. W przeciągu jednej książki Magrat zmienia się ze „zmokłej kury” w wojowniczkę. I kiedy już się wydaje, że jej nowoodkryte odwaga i pewność siebie nie wystarczą, aby pokonać królową elfów, na pomoc przybywa Babcia Weatherwax.

Panowie i Damy to wyjątkowa powieść także z jednego, szczególnego powodu. Tak się składa, że jednym ze znamienitych gości weselnych Magrat i Błazna jest Nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, Munstrum Ridcully. Dawno, dawno temu, zanim on i Esme Weatherwax zostali magiem i wiedźmą, byli parą. Pewnego dnia Ridcully gonił Esme po łące, a że zniknęła mu z oczu (spotkała wtedy królową elfów, która mamiła ją wielką mocą w zamian za pomoc z przedostaniem się do świata ludzi), w pewnym momencie zaprzestał pościgu przez co ich drogi się rozeszły. Jednak w drodze na ślub Nadrektor wyznaje przed Myślakiem Stibbonsem, Kwestorem i Bibliotekarzem, że gdyby spotkał ukochaną znowu, rzuciłby Uniwersytet i się ustatkował. Podczas rozmowy z Babcią stwierdza nawet, że czasem słyszy głosy z alternatywnej rzeczywistości, gdzie on i Esme są małżeństwem, i że ich wspólne życie byłoby bardzo szczęśliwe. Babcia Weatherwax jest na początku sceptyczna, no bo w alternatywnej rzeczywistości mogło przydarzyć się wszystko, nawet pożar, w którym ona i Ridcully giną; potem jednak również jej udaje się usłyszeć echa z innej nogawki czasu i stwierdza, że alternatywnemu Ridcully’emu udało się bardzo trudne zadanie – zadowolenie jej.

Po powrocie z Genoi uwagę Babci Weatherwax i Niani Ogg zwraca Agnes Nitt – jedna z nastolatek, które chcą zostać wiedźmami, ale mają o nich pojęcie rodem z romantycznych, „mrocznych” opowieści (można powiedzieć, że to takie dyskowe gothki). W rezultacie odrzucają swoje stare, nudne persony i przybierają nowe, bardziej wymyślne imiona. I tak oto Agnes Nitt staje się Perditą X. Perdita to alter ego Agnes, jej druga, bardziej przebojowa i pewna siebie osobowość, która nieraz zwraca się do dziewczyny ze złośliwymi uwagami. Następna powieść z cyklu o Wiedźmach z Lancre – Maskarada– będzie poniekąd właśnie o Agnes/Perdicie.

Maskarada jest nawiązaniem do Upiora w operze. Ma dwa główne wątki – wątek dziwnych wypadków, które mają miejsce w operze w Aknh-Morpolk i które przypisywane są tajemniczemu upiorowi; i wątek Agnes, która przybywa do miasta i postanawia zostać śpiewaczką operową. Ma do tego głos, ale ponieważ jest dziewczyną potężnych rozmiarów, dyrekcja postanawia zrobić gwiazdę z innej, o wiele szczuplejszej, choć o wiele mniej utalentowanej muzycznie dziewczyny, Christine. Agnes użycza jej głosu, śpiewając za kulisami, bo „można nauczyć Christine śpiewać, ale nie można nauczyć Agnes wyglądać jak Christine”. Babcia Weatherwax i Niania Ogg przybywają do Ankh-Morpolk najpierw żeby zawrzeć bardziej korzystną umowę z wydawcą książek kucharskich Niani, a potem rozwiązać zagadkę upiora w operze, a przy okazji przekonać Agnes do powrotu. Ostatecznie dziewczyna decyduje się być wiedźmą, znaną ze swoich czynów, niż stać za kulisami, kiedy ktoś inny zbiera oklaski za jej występ.

I tak oto już w następnej powieści – Carpe Jugulum – Agnes jest uczennicą Babci Weatherwax i Niani Ogg. Król i królowa Lancre właśnie doczekali się pierwszego dziecka i zorganizowali wielką ceremonię nadania swoje córeczce imienia (coś na kształt chrzcin). Ceremonię ma poprowadzić młody omniański duchowny, Wielebny Oats. Pech chce, że Błazen zaprosił również stary, wampirzy ród, który korzysta z zaproszenia, aby zaprezentować odporność na typowe wampirze słabości, przejąć władzę nad Lancre i ustanowić swój własny reformatorski porządek (który tak naprawdę jest terrorem pod płaszczykiem nowatorstwa). I znów – tak jak w Panowie i Damy – mamy sytuację, w której królewska uroczystość zostaje przerwana przez przybyszów, którzy podporządkowują sobie umysły ludności i planują zawładnąć królestwem.

Wampiry atakują też Babcie Weatherwax, na jakiś czas unieszkodliwiając ją. Przez to podział ról w sabacie ulega zmianie. Teraz to Niania Ogg jest Staruszką, a Magrat – Matką (Agnes zaś pozostaje Dziewicą). Przez dłuższy czas muszą radzić sobie bez Babci i jej mądrości, a w dodatku Agnes staje się obiektem uczuć jednego z wampirów, ponieważ dzięki Perdicie jest w stanie oprzeć się jego kontroli umysłu.

Na wampirzą hipnozę odporny jest również Wielebny Oats, ze względu na to, że jest człowiekiem targanym wątpliwościami i w jego wnętrzu walczą dwie części jego osobowości – Oats Wierzący i Oats Wątpiący. Kiedy Babcia Weatherwax dochodzi wreszcie do siebie, jest przy niej właśnie Wielebny Oats i razem wyruszają do walki z wampirami. Po drodze Wielebny opowiada czarownicy o pewnej debacie filozoficznej, gdzie jeden z debatujących stwierdza, że istnieją odcienie szarości. Babcia odpowiada, że nie ma odcieni szarości, jest tylko trochę pobrudzona i zmechacona biel, zaś ludzie zaczynają postępować źle, kiedy traktują osoby jak rzeczy, a rzeczy jak osoby.

Wkrótce oboje wędrowców zaskakuje burza i stan zdrowia Babci pogarsza się. Wydaje się, że jeżeli Oats nie rozpali ognia, staruszka umrze. Pomny na jej słowa, Wielebny po wielu nieudanych próbach rozpalenia ognia, spala Księgę Oma. Później Babcia Weatherwax pyta się, czy nie żałuje swojej decyzji, a on odpowiada, że najważniejsze święte słowa przetrwały w jego sercu. Mimo wszystko, Babci jest trochę żal Wielebnego i ma nadzieję, że jednak ma on jakieś święte teksty, którymi mógłby się posiłkować. Ona sama może nie czcić bogów (tak jak większość bohaterów Pratchetta), jednak zdaje sobie sprawę z tego, że dla Oatsa wiara w Oma jest ważna.

Tak naprawdę jest to jedna z wielu sytuacji, kiedy Babcia Weatherwax pokazuje, że pod stoicyzmem i pozornym dystansem do ludzkich spraw, jest kobietą pełną współczucia dla osób, które spotyka na swojej drodze. Może mówić, że nie dba o pewne rzeczy, może nie okazywać głębokich uczuć, jak smutek, żal, wściekłość, troska, czy miłość, jednak jej czyny mówią same za siebie. Jest przez to też trochę nieprzewidywalna. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje, kiedy ktoś ją obrazi albo zezłości, co widać zwłaszcza w krótkim opowiadaniu Wszystkie małe rybki ze wszystkich mórz.

Carpe Jugulumkończy się triumfem Babci, która wykorzystuje swój spryt i zdolność pożyczania, aby pokonać wampiry ich własną bronią. To ostatnia powieść z cyklu o Wiedźmach z Lancre, ale to nie oznacza, że nigdzie indziej się nie pojawiają. Pomijając wyżej wspomniane opowiadanie, Babcia Weatherwax występuje również w serii powieści dla młodzieży o Tiffany Obolałej.

Poza tym to samo studio, które zrobiło serial animowany na podstawie Muzyki duszy, adaptowało w podobnym formacie Trzy wiedźmy. Animacja może się wydać miejscami trochę prymitywna, jednak samo podejście do historii, design postaci (zwłaszcza samych wiedźm) i niektóre posunięcia artystyczne rekompensują ten mały defekt.

Pod paroma względami Babcia Weatherwax przypomina Samuela Vimesa. Tak jak Vimes, wielokrotnie zmaga się z ciemnością i własnymi demonami, jest kobietą o silnym charakterze i determinacji, a przy tym zawsze okazuje się wierzyć w to, że ludzie są jednak dobrzy. Esmeralda Weatherwax jednakże pozostała taka sama przez wszystkie powieści sobie poświęcone. To zrozumiałe – wszak już swoje przeżyła. Teraz korzysta z mądrości nabytej przez te wszystkie lata. Oto więc mamy protagonistkę, która nie jest ani małą dziewczynką, ani nastolatką, ani młodą kobietą. Mamy postać wiekową, postać, której siłą jest jej doświadczenie. Oto pełnokrwista kobieta, jedna z wielu w Świecie Dysku.
Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Rocket, Chopper i uczone szczury, czyli rzecz o antropomorfizacji zwierząt

Advertisements

Uwaga! Artykuł zawiera spoilery do Strażników Galaktyki, One Piece i Zadziwiającego Maurycego i jego edukowanych gryzoni.

Obejrzałam już Strażników Galaktyki. Tak jak wielu osobom, ten film bardzo mi się podobał i – tak jak wielu osobom – najbardziej z całej drużyny polubiłam Rocketa – chodzącego, mówiącego szopa o umiejętnościach technicznych. Polubiłam jego sarkastyczną osobowość, jego stosunki z Grootem, design jego postaci i wszystkie sceny, w których występuje. Spodobał mi się także sposób w jaki scenarzyści przedstawili jego tragiczną przeszłość i to, jak wpłynęła ona na jego charakter. I tak się złożyło, że owa tragiczna przeszłość Rocketa kazała mi się zastanowić nad motywem antropomorfizacji zwierząt.

Nadawanie zwierzętom ludzkich cech jest czymś, co ludzie robią od zarania dziejów. Występuje w mitologii, literaturze, heraldyce i sztuce. Zwierzęta są czymś, z czym stykał się regularnie człowiek pierwotny i obojętnie czy była to zwierzyna, którą chciał upolować, czy też drapieżniki, których starał się unikać, po jakimś czasie zaczął je antropomorfizować. Antropomorfizował zwierzęta w swych bajkach Ezop, jeden z Siedmiu Mędrców starożytnej Grecji; lud wiejski w spisanych przez braci Grimm baśniach, Beatrix Potter w swoich książeczkach dla dzieci, George Orwell w Folwarku zwierzęcym i absolutnie każda kultura w historii świata. Czasem ludzkie cechy przypisywane zwierzętom były pozytywne (pracowity jak pszczoła, odważny jak lew, sprytny jak królik, lojalny jak pies), kiedy indziej wręcz przeciwnie – negatywne (podstępny jak wąż, głupi jak owca, tchórzliwy jak szczur). Doszło do tego, że pewne zwierzęta występują jako symbol tych właśnie cech.[1]

Jednakże już od dłuższego czasu można zauważyć, że antropomorfizacja zwierząt w fikcji wykroczyła już dawno poza sferę symboliczną i zaowocowała powstaniem motywu Mówiącego Zwierzęcia, czy też nawet Zwierzęcia Cywilizowanego – zwierzęcia, które (tak jak człowiek) posiada świadomość, inteligencję, zdolność mowy, a nieraz także chodzenia na dwóch nogach. Można wręcz powiedzieć, że antropomorfizacja zwierząt ma kilka stopni.

Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Sam Vimes – Strażnik przez duże "s"

Advertisements

Uwaga! Artykuł zawiera spoilery do Straży! Straży!, Zbrojnych, Na glinianych nogach, Piątego elefanta, Nocnej Straży i Łupsa. Chciałam również zamieścić tutaj wszystkie okładki książek o Straży Miejskiej, ale doszłam do wniosku, że będzie za duży bałagan.

No cóż, omówiliśmy już Śmierć, Moista von Lipwiga i Rincewinda. Czas więc zająć się protagonistą Świata Dysku, który w przeciągu dwudziestu pięciu lat stał się jedną z najsłynniejszych postaci w tym uniwersum. Co więcej, jeśli ktokolwiek szuka przykładów twardzieli na Dysku, Samuel Vimes, komendant Straży Miejskiej w Ankh-Morpolk i diuk Ankh, będzie jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym przykładem. Vimes to bohater, który w kilku książkach wzbił się na wyżyny i do dzisiaj uważany jest przez wielu fanów za przykład postaci praworządnie dobrej napisanej właściwie. Czy słusznie, czy nie, powiemy sobie o tym wkrótce.
Tym, od czego powinniśmy zacząć omawianie Vimesa, jest jednak nie on sam, tylko Straż Miejska, której przewodzi. W zasadzie większość książek z nim jako protagonistą ma też drugiego, zbiorowego bohatera, czyli właśnie Straż Miejską Ankh-Morpolk. We wstępie do pierwszej książki poświęconej Vimesowi (Straż! Straż!) Pratchett pisze tak:
Mogą być nazywani Gwardią Pałacową, Strażą Miejską al­bo Patrolem. Niezależnie od nazwy, racja ich istnienia – w każ­dym dziele fantasy heroicznej – jest taka sama. To znaczy, mniej więcej w rozdziale trzecim (albo w dziesiątej minucie filmu) mają wbiec do komnaty, po kolei i pojedynczo atakować boha­tera i ginąć. Nikt ich nigdy nie pyta, czy mają na to ochotę.
Książka poświęcona jest tym wspaniałym ludziom.

W rzeczy samej w większości książek, gier komputerowych i filmów, kiedy bohater spotyka jakichkolwiek strażników, nie są oni traktowani jak postaci o własnych osobowościach, ale jako przeszkoda do celu – wnętrza pałacu, wolności albo skarbu. Tak więc bohater musi tę przeszkodę pokonać, siłą albo podstępem. Nikogo też nie obchodzi, czy tych kilku strażników miało rodziny, plany czy marzenia, a także jakie konsekwencje dla nich będzie miało to, że bohater ich przechytrzył. Są kimś, kto musi zostać unieszkodliwiony, więc przyzwyczailiśmy się nad nimi nie roztkliwiać.

I nagle Pratchett wychodzi z takim pomysłem, aby tym przeszkodom nadać osobowość i uczynić ich głównymi bohaterami. Jak sam twierdzi chciał „dać im jeden dzień w słońcu, a wysłał ich na wakacje”, albowiem ten mały oddzialik złożony w Straży! Straży! z czterech ludzi (kapitana Samuela Vimesa, sierżanta Freda Colona, kaprala Nobby’ego Nobbsa i młodszego posterunkowego Marchewy) z każdą kolejną ksiażką zwiększał się o nowych rekrutów, a do tego z różnych mniejszości etnicznych. W Zbrojnych dołączyli więc do Straży Miejskiej (między innymi) troll Detrytus i wilkołak Angua; w Na glinianych nogach – krasnolud Cudo Tyłeczek, będący alchemikiem, kilka gargulców i Omnianin, Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Pamfletami (a pod koniec dochodzi jeszcze golem); w Piątym elefancie jedną ze spraw prowadzi zombie – Reg Shoe;  a w Łupsie!sporym wydarzeniem jest przyjęcie do Straży wampira. Rzecz w tym, że Straż Miejska w przeciągu tych kilku tomów przeżywa renesans i staje się jednostką, do której wielu chce należeć. Jest to w dużej mierze zasługa Vimesa, jego dowództwa i jego pracy w Straży.

Ale w punkcie wyjścia – czyli Straży! Straży! – jest ona właściwie cieniem dawnej świetności. Vimes, Nobby i Colon właśnie pochowali swojego kolegę, który zginął podczas akcji, bo zbyt późno się wycofał. Sam Vimes – obecnie w stopniu kapitana – jest pełnym rezygnacji, cynicznym pijakiem. Tak jak jego dwaj podwładni, stara się unikać kłopotów i przybywa na miejsce przestępstwa w chwili, kiedy jest już po wszystkim. Nie ma co mówić – Vimes na początku Straży! Straży! to wrak człowieka. Czuje niezadowolenie tym, czym Straż się stała i czym stał się on sam, jednakże jego wewnętrzny strażnik jest uśpiony (powód tego uśpienia zaś zostaje nam przedstawiony dopiero w Straży Nocnej).
I oto jakiś czas po pogrzebie do Ankh-Morpolk przybywa wychowany przez krasnoludy człowiek – Marchewa Żelaznywładsson – który niedawno dowiedział się, że jest adoptowany i za namową przybranych rodziców wyruszył do Ankh-Morpolk, aby tam szukać szczęścia pośród ludzkiej rasy. Wędrowny handlarz, który regularnie odwiedzał jego wioskę, zaofiarował się, że go podwiezie, a w między czasie opowiedział mu o wspaniałości Straży Miejskiej Ankh-Morpolk. Dzięki temu chłopak postanowił, że zostanie członkiem tej wspaniałej jednostki i przez całą drogę nauczył się jej kodeksu postępowania.
Warto tu zaznaczyć, że pierwotnie protagonistą Straży! Straży! miał być właśnie młody, idealistyczny Marchewa, jednak Pratchett ostatecznie doszedł do wniosku, że potrzebuje protagonisty, który był w Straży od kilku lat i dlatego uczynił głównym bohaterem Vimesa.
Niemniej jednak Marchewa staje się dla starszych kolegów ze Straży kimś w rodzaju katalizatora. Postępując tak jak praworządny funkcjonariusz Straży Miejskiej – nie uciekając od obowiązków, aresztując przestępców, stosując się do litery prawa – zadziwia Nobby’ego, Colona i Vimesa. I o ile kapral i sierżant myślą o Marchewie trochę jak o oszołomie, o tyle Vimes czuje, że budzi się w nim jakaś jego zapomniana część – ten wewnetrzny strażnik, który pragnie bronić niewinnych, chronić prawo i karać przestępców; który chce, aby Aknh-Morpolk było bezpieczne. W chwili, kiedy ów wewnętrzny strażnik zostaje w końcu wybudzony, zaczyna krzyczeć z wściekłości, a jego krzyk sprawia, że nagle Vimes postanawia go wreszcie posłuchać i stać się kimś lepszym. A że akurat w Ankh-Morpolk pojawia się smok, który terroryzuje całe miasto, Straż ma poważną sprawę do rozwiązania.
W tym celu postanawiają dowiedzieć się, czegoś o smokach i dlatego Vimes przybywa pod dom księżnej Ankh, Sybil Ramkin, która zajmuje się hodowlą i opieką nad smokami bagiennymi. Lady Sybil jest kobietą w średnim wieku, pulchną i bardzo wysoką, ale z drugiej strony jest księżną Ankh, czyli kimś, do kogo należy pół miasta. Jednocześnie jest też osobą kulturalną i bardzo miłą. Zarówno Vimes, jak i jego ludzie, są pod takim wrażeniem jej osobowości, że również pragną wydać się mili i kulturalni (zwłaszcza Nobby, który pochodzi w zasadzie z marginesu i przejawia skłonności do małych kradzieży). Poza tym lady Sybil posiada ogromną wiedzę na temat smoków, co w dużej mierze będzie pomocne w pokonaniu bestii. W późniejszych tomach pokaże też, że jest dobrym negocjatorem, potrafi postawić na swoim, ma świetny głos i szybko myśli w trudnych sytuacjach.
Mówię o tym wszystkim dlatego, że lady Sybil zostanie później panią Vimes. Już przy ich pierwszym spotkaniu widać, że Vimes wpadł jej w oko, a kiedy zostaje ranny po zetknięciu ze smokiem i budzi się u lady Sybil, wszystkie listy i książki, na które natrafia, uświadamiają mu, że jest ona osobą o wielkim sercu, chcącą pomagać słabszym. I to z kolei sprawia, że on się w niej zakochuje. Później Sybil będzie dla Vimesa ogromną podporą, gdyż z jednej strony jej wpływy dadzą mu możliwość prowadzenia śledztwa tam, gdzie dotąd nie mógł wejść i przeciw tym, których dotąd nie mógł tknąć; a z drugiej strony jej wsparcie moralne i wiara w męża sprawi, że zerwie z alkoholem i w ogóle będzie o wiele szczęśliwszy. Zresztą Vimes kocha bardzo swoją żonę. Nie potrafi jej odmówić (co wychodzi mu raczej na dobre), a jednocześnie jest gotów zrobić bardzo wiele, aby chronić ją i ich małego synka, Młodego Sama.
W hodowli lady Sybil Sam Vimes znajduje małego smoka bagiennego o imieniu Errol, który szybko zyskuje sympatię reszty kolegów i staje się maskotką Straży. Jednakże dla Vimesa Errol jest źródłem refleksji.
Vimes popatrzył sennie nad zwęgloną barierką na małe stwo­rzenie zwinięte w kłębek na podłodze. Było mniej więcej tak po­dobne do pozostałych, jak Nobby do przeciętnej ludzkiej istoty. Ja­kaś cecha przodków dała mu parę brwi rozmiaru niemal dorównu­jącego kikutowatym skrzydłom, które w żaden sposób nie mogłyby go utrzymać w powietrzu. Głowę miał dziwacznego kształtu, podob­ną do łba mrówkojada, a nozdrza jak chwyty powietrza. Gdyby kie­dyś zdołał wzlecieć, hamowałyby go niby dwa spadochrony.
W dodatku spoglądał na kapitana wzrokiem, w którym jarzyło się więcej ukrytej inteligencji niż u dowolnego innego zwierzęcia, włączając kaprala Nobbsa.
(…)
– Hodowca stara się osiągnąć dobry płomień, grubą łuskę, od­powiednią maść i tak dalej – mówiła lady Ramkin. — Czasem jed­nak trzeba się pogodzić z całkowitym ogryzkiem.(…)
Ogryzek, rzeczywiście, myślał Vimes. Nie był pewien, w jakim znaczeniu lady Ramkin używa tego słowa, ale mógł się domyślać: coś, co pozostało, kiedy człowiek wyciągnął z posiadanej rzeczy wszystko, co wartościowe. Jak Straż, uznał. Same ogryzki, co do jed­nego. I on sam. To jak historia jego życia.
Wspominałam wcześniej, że w Straży! Straży! Vimes nie jest zadowolony z tego, czym się stał i czym stała się Straż. Przez wszystkie książki sobie poświęcone Vimes jest pełen wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o poczucie własnej wartości. Uważa siebie za nieudacznika, za kogoś mało wartościowego. To przeświadczenie sprawia, że tym bardziej boi się o rodzinę – skoro ktoś taki jak on został pobłogosławiony tak wielkim szczęściem, jakaś igraszka losu może mu w każdej chwili to szczęście odebrać. Jest również sprawa jego mrocznej strony, ale tym zajmiemy się potem.
Tak czy inaczej, smok, który terroryzuje Ankh-Morpolk jest istotą wezwaną przez grupkę ludzi chcących wprowadzić znów monarchię. Wkrótce jednak smok podporządkowuje ich sobie i sam ogłasza się królem. Każe nawet przygotować sobie stos złota. Kapitan Vimes w pewnym momencie zostaje pojmany i wtrącony do lochu, gdzie spotyka Vetinariego. Straż! Straż! jest w zasadzie znana z tego, że tam po raz pierwszy Patrycjusz Ankh-Morpolk pokazuje, że jest wyrachowanym i wytrawnym manipulatorem, działającym jednak dla dobra miasta, które mu podlega. Stosunki między Vimesem i Vetinarim są dość ciekawe. Z jednej strony Vimes zdaje sobie sprawę z tego, że bez Vetinariego całe miasto ogarnie chaos. Jednocześnie Patrycjusz zauważa, że Vimes może mu się przydać i stara mu się jak najlepiej ułatwić zadanie, a nawet wysyła go z misją dyplomatyczną, bo Vimes jest szczery i skuteczny. Z drugiej strony jednak, mimo że obaj kochają swoje miasto i chcą je chronić, ich poglądy na świat są całkiem różne. Widać to choćby kiedy po przywróceniu Patrycjusza na tron, zostają sami.
– Dam panu pewną radę, kapitanie — powiedział.
– Tak, sir?
– Być może, dzięki temu łatwiej dostrzeże pan jakiś sens w świe­cie.
– Sir.
– Moim zdaniem życie sprawia panu tyle problemów, ponie­waż wierzy pan, że są dobrzy ludzie i źli ludzie. Myli się pan, oczywiście. Istnieją wyłącznie i niezmiennie jedynie źli ludzie, ale niektó­rzy stoją po przeciwnych stronach.
Skinął szczupłą dłonią w stronę miasta i podszedł do okna.
– Wielkie, falujące morze zła — powiedział niemal z dumą. – Naturalnie, w pewnych miejscach płytsze, ale w innych głębsze, o wiele głębsze. Ale tacy ludzie jak pan budują tratwy z zasad i nieokreślonych dobrych zamiarów, i mówią: to jest przeciwieństwo, to w końcu zwycięży. Zadziwiające!
(…)
– Tam, w dole — podjął — żyją ludzie, którzy pójdą za każdym smokiem, będą czcić każdego boga, dopuszczą do każdego występ­ku. A wszystko to ze zwykłej monotonii, codziennego zła. To nie prawdziwie wybitna, twórcza ohyda wielkich grzeszników, ale ro­dzaj masowo produkowanego mroku duszy. Grzech, można powie­dzieć, bez krzty oryginalności. Akceptują zło nie dlatego, że mówią mu „tak”, ale dlatego, że nie mówią „nie”. Przykro mi, jeśli to pana urazi — dodał, klepiąc Vimesa po ramieniu — ale my naprawdę jeste­śmy wam potrzebni.
– Tak, sir? – zapytał spokojnie Vimes.
– Tak. Tylko my wiemy, jak wszystko może działać. Widzi pan, kapitanie, dobrzy ludzie są dobrzy tylko w obalaniu złych ludzi. W tym jesteście naprawdę dobrzy, przyznaję. Kłopot polega na tym, że to jedyna rzecz, w jakiej jesteście dobrzy. Jednego dnia biją dzwo­ny i pada zły tyran, a następnego wszyscy narzekają, że od upadku ty­rana nikt nie wywozi śmieci. Ponieważ źli ludzie umieją planować. To element charakterystyki, można powiedzieć. Każdy zły tyran ma plan, jak rządzić światem. Dobrzy ludzie jakoś sobie z tym nie radzą.
– Może. Ale myli się pan co do reszty! — zaprotestował Vimes. — Z powodu tego, że ludzie są wystraszeni, samotni i… — Urwał. Na­wet w jego uszach brzmiało to mało przekonująco.
Wzruszył ramionami.
– Są tylko ludźmi – dokończył. – I postępują jak ludzie. Sir.
Powyższy wykład Patrycjusza posiada pewną niespójność (być może nawet zamierzoną). Najpierw Vetinari wspomina o tym, że nie ma ludzi dobrych, są tylko ludzie mniej lub bardziej źli, a zaraz potem wspomina, że są ludzie dobrzy, którzy nadają się tylko do obalania złych ludzi i że Vimes jest właśnie takim dobrym człowiekiem. Niektórzy uważają, że w tej scenie Vetinari właściwie nie tyle wygłasza własny pogląd na temat natury ludzkiej, co manipuluje Vimesem w jakimś konkretnym celu. Być może tym celem jest zmotywowanie kapitana do tego, aby on – jako dowódca Straży Miejskiej – udowodnił Patrycjuszowi, że dobry człowiek może także być sprytny i rozsądny, a przede wszystkim – mieć plan.
Niemniej jednak, kiedy później strażnicy zostają zebrani na uroczystości i spytani o to, jaką chcą nagrodę za pokonanie smoka, ich odpowiedź bardzo dziwi Vetinariego. Spodziewał się zapewne, że zarządają jakiejś wielkiej fortuny albo zaszczytów. Tymczasem Nobby i Colon nieśmiało i niepewni tego, czy Patrycjusz zgodzi się na taką zuchwałość, poprosili o podwyższkę pensji z trzydziestu na trzydzieści pięć dolarów, refundację czajnika i tarczę do rzutek, aby im się nie nudziło na komendzie. Tym samym udowodnili, że ludzie potrafią być dobrzy.
W drugiej książce poświęconej Straży Miejskiej – Zbrojnych – kapitan Vimes szykuje się do ślubu z lady Sybil, a ponieważ będzie potem diukiem Ankh, przejdzie zaraz po ślubie na emeryturę. Musi więc wyznaczyć następcę spośród swoich kolegów. Przy okazji czuje, że jednocześnie chce i nie chce kończyć kariery strażnika. Z jednej strony zarobki są marne, a praca stresująca, z drugiej zaś Vimes zdaje sobie sprawę z tego, że będzie mu jej brakowało. Chociaż lady Sybil uważa, że jej przyszły mąż może być kimś więcej niż tylko marnym strażnikiem miejskim, on tak naprawdę nie chce być nikim innym. Mimo więc że po ślubie wycofał się na jakiś czas w zacisze domowe, kiedy tylko pojawia się jego nowomianowany następca (Marchewa), aby omówić coś z Vimesem, lady Sybil zostawia ich samych, widząc, że jej małżonek promienieje. Vetinari z kolei proponuje Vimesowi powrót do Straży na stanowisko komendanta, które to stanowisko (według prawa Ankh-Morpolk) wymaga szlachectwa, tak więc Vimesowi nadany zostaje właśnie tytuł szlachecki.
Trzeba tu jednak zaznaczyć, że tak naprawdę było to przywrócenie szlachectwa. Przodek komendanta Vimesa – Kamienna Gęba Vimes – został go pozbawiony, bo zabił ówczesnego króla. Sprawa ta została napomknięta w Zbrojnych, omówiona szerzej w Na glinianych nogach, zaś w Piątym elegancie wypomniano ją Vimesowi, kiedy czekał na audiencję u dolnego króla krasnoludów. Mimo że ofiara Kamiennej Gęby była tyranem i szaleńcem, została zapamiętana jako dobry i szlachetny władca, tymczasem Kamienna Gęba jako morderca i zdrajca (Pratchett chciał w ten sposób nawiązać do tego, jak Brytyjczycy postrzegają ścięcie Karola II przez Cromwella).  Hańba Kamiennej Gęby doprowadziła do tego, że ród Vimesów stracił swoją świetność. Sam komendant Vimes wychowywał się w dzielnicy nędzarzy, a do tego nigdy nie znał swojego ojca. Odziedziczył po sławnym przodku niechęć do monarchii (rzecz ciekawa, biorąc pod uwagę, że wie o królewskim pochodzeniu Marchewy), ale też gotowość do zrobienia rzeczy właściwiej, kiedy inni się boją.
Małżeństwo z lady Sybil uczyniło Vimesa diukiem Ankh, a co za tym idzie – przyniosło ze sobą liczne obowiązki związane z tym tytułem. Vimes musi uczestniczyć w różnych uroczystościach i bankietach, czasem sytuacja wymaga, aby przebrał się w niewygodny i zbyt rzucający się w oczy strój, jest tytułowany przez większość ludzi „jego łaskawością”… A ponieważ został wychowany w nędzy i przeżył całe życie jako prosty strażnik, nie czuje się komfortowo jako diuk i martwi się, że pewnego dnia zatraci swą tożsamość. Dlatego goli się samodzielnie, nie pozwalając, aby robił to za niego służący; na bankiety i bale zakłada raczej galową zbroję strażnika, niż bryczesy, a strażnicy zwracają się do niego „sir” albo „panie komendancie”.
W Zbrojnychwłaściwie Vimes zaczyna być tym praworządnym i przyzwoitym Samem Vimesem, który służy prawu, nie bierze łapówek i robi wszystko, żeby jego miasto mogło spać spokojnie. Dowiadujemy się, że mimo wysokiej pensji żyje bardzo skromnie, bo oddaje większość dochodów na wdowy i sieroty po swoich zmarłych kolegach. Wparowuje do Gildii Skrytobójców, aby przeprowadzić w niej śledztwo w sprawie morderstwa. Mówi Detrytusowi i jego krasnoludziemu partnerowi, że w pracy nie są trollem i krasnoludem, tylko strażnikami, a więc wszystkie spory powinni zostawiać za sobą. Jednakże Zbrojnito też pierwsza książka, w której wychodzi na wierzch mroczna strona Vimesa.
Zacznijmy od tego, że głównym wątkiem Zbrojnych są morderstwa dokonywane za pomocą tajemniczej broni ukrytej dawno temu w Gildii Skrytobójców. Owa broń to tak naprawdę rusznic, jednak – tak jak wiele przedmiotów w Świecie Dysku – ma on własną świadomość. W rezultacie każdy, kto weźmie rusznica w ręce, natychmiast usłyszy szepty przemawiające do jego najskrytszych odczuć i namawiające go do zabijania. W przypadku Vimesa broń odwoływała się do jego wściekłości i poczucia sprawiedliwości. Chciała, aby zabił jej poprzedniego użytkownika, więc proponowała mu „oczyszczenie świata”. Przez dłuższy czas opierał się jej podszeptom, jednak potem coraz mniej się nim opiera.
Ale… dlaczego nie? Czemu nie strzelić? Zawsze przecież chciał oczyścić miasto, więc równie dobrze może zacząć tutaj i teraz. A potem ludzie się dowiedzą, co to znaczy prawo…
Oczyścić świat…
Wcześniej, w siedzibie Straży, Vimes wykrzyczał swój gniew na to, że skrytobójcy i złodzieje nic sobie nie robią z prawa. Frustracja z powodu tego, że przestępcy chodzą na wolności za sprawą swoich wpływów, a strażnicy są wyśmiewani i poniżani, kiedy próbują coś z tym zrobić, sprawiła, że kuszenie rusznica było tym silniejsze. A że po południu miał przejść w stan spoczynku, postanowił, że poczeka i wtedy zabije człowieka, do którego celował. Wtedy właśnie pojawił się Marchewa i przemówił do jego sumienia. Dodajmy, że jakiś czas temu obaj widzieli jak Cruces strzela do dziewczyny, w której zakochał się Marchewa, tak więc Żelaznywładsson ma nawet większe powody, aby zrobić mu krzywdę. Mimo to pozostaje opanowany.
– On zabił Anguę. Czy to cokolwiek dla ciebie znaczy?
…dzyń… dzyń… dzyń… dzyń…
Marchewa przytaknął.
– Tak. Ale osobiste to nie to samo, co ważne.
Vimes spojrzał wzdłuż swego ramienia. Twarz doktora Crucesa, z otwartymi ze zgrozy ustami, kołysała się na końcu lufy.
…dzyń… dzyń… dzyń… dzyń… dzyń…
– Kapitanie Vimes…
…dzyń.
– Kapitanie? Odznaka numer 177, kapitanie. Nigdy nie zbrukało jej nic oprócz brudu.
Niezmożony duch rusznica, płynący wzdłuż ramion Vimesa, napotkał maszerujące z naprzeciwka armie czystej, upartej vimesowości.
– Na pańskim miejscu odłożyłbym go, kapitanie. Nie jest panu potrzebny – mówił Marchewa, jakby zwracał się do małego dziecka.
Vimes patrzył na przedmiot, który trzymał w rękach. Teraz krzyk rozbrzmiewał ciszej, stłumiony.
– Rzućcie to, strażniku! To rozkaz!
Rusznic uderzył o podłogę. Vimes zasalutował i dopiero wtedy uświadomił sobie, co robi. Zamrugał, patrząc na Marchewę.
– Osobiste nie jest tym samym, co ważne? – zapytał.
Później, w Łupsie!,Vimes zostaje opętany przez Przyzywającą Ciemność – pradawną siłę z wierzeń krasnoludów, która również wywołuje u niego wściekłość i chce namówić do zabijania. Przez całą książkę ciemność wędruje po umyśle Vimesa, przypominającym uliczki Ankh-Morpolk. W chwili gdy już jest naprawdę blisko swojego celu, napotyka przeszkodę o kształcie strażnika z latarnią. To Ciemność Strzegąca. Na przechwałki obcej ciemności, odpowiada:
(…) Ale chyba nie zrozumiałaś. Nie jestem tu po to, by nie dopuścić ciemności do wnętrza. Jestem po to, żeby jej nie wypuszczać. – Brzęknęło, kiedy mglisty Strażnik uniósł ślepą latarnię i uchylił klapę. Pomarańczowe światło rozcięło czerń. – Możesz mnie nazywać… Strzegącą Ciemnością. Wyobraź sobie, jaki muszę być silny.
Tak, w Samuelu Vimesie kryje się ciemność. Możemy się domyślać, że to ta część jego umysłu, która kipi z wściekłości, pragnie ogniem oczyścić świat z niegodziwców i podporządkować sobie wszystko i wszystkich. Być może to odpowiedź na krzyki uśpionego przez lata wewnętrznego strażnika – ze skrajnej obojętności przejście w skrajną brutalność; być może podświadomość Vimesa, która zgodziła się ze słowami lorda Vetinari na temat natury ludzkiej, a być może jest to efekt wczesnych przeżyć Vimesa, opisywanych w Straży Nocnej. Tak czy inaczej jest to ciemność, którą wewnętrzny strażnik Vimesa trzyma na wodzy. Ciemność Strzegąca zresztą odnosi się do słynnej sentencji: Quis custodiet ipso custodes? – „Kto stoi na straży strażników?” – i odpowiada: „Ja.” Już wcześniej zakodowana potrzeba postępowania zgodnie z prawem, wspomagana w Zbrojnych przez rozsądek Marchewy, a w Łupsie! – obowiązek przeczytania Młodemu Samowi bajki na dobranoc, stanowi niezwykle silną tamę przeciwko ciemności, którą chowa w sobie komendant Vimes.
Ale zaraz powiecie, że przecież w Straży! Straży! Vimes nie przejawiał żadnej zakodowanej potrzeby prawa. Jego wewnętrzny strażnik spał.

Okładka „Straży Nocnej” jest nawiązaniem do obrazu Rembranddta o tym samym tytule.

Jednakże wcześniej, dawno temu, został przecież powołany do życia. Ktoś wpoił młodemu, zaledwie szesnastoletniemu, Vimesowi właściwy kodeks postępowania, a tym kimś był dowódca imieniem John Keel. Rzecz w tym, że na początku Straży Nocnej – kiedy to Vimes i większość jego ludzi ściga wielokrotnego mordercę strażników, Carcera, a Młody Sam już jest w drodze do przyjścia na świat – w wyniku wydarzeń ze Złodzieja Czasu Vimes i Carcer zostają przeniesieni w czasie do początków Vimesa w Straży Miejskiej. Vimes pada ofiarą napadu, tymczasem Carcer zabija Johna Keela i wstępuje do dawnego oddziału Straży odpowiadającego za terror na ulicach. Lu Tze – jeden z mnichów czuwających nad tym, aby historia potoczyła się we właściwy sposób – tłumaczy Vimesowi, że pojawienie się Carcera w przeszłości utworzyło osobną linię czasową i jeśli Vimes chce powrócić do domu, musi postarać się, aby pewne wydarzenia miały miejsce. Może to zrobić tylko w jeden sposób – odgrywając rolę swojego mentora, Johna Keela.

Straż Nocna jest jedną z najbardziej ponurych książek ze Świata Dysku. Opisuje naprawdę mroczną stronicę historii Ankh-Morpolk, kiedy to na ulicach panował terror niemalże faszystowski. To doprowadziło do rewolucji, w której zginęło mnóstwo ludzi, w tym całkiem sporo stojących po stronie rewolucji kolegów Vimesa, Colona i Nobby’ego. W pewnym momencie Vimes przychodzi ze swoją młodszą wersją do miejsca, gdzie chłopak odstawiał ludzi aresztowanych na ulicach, i w środku jest ono wypełnione nie tylko krwią i narzędziami tortur, ale również więźniami w stanie kompletnej katatonii, którym nie można już pomóc.

W punkcie wyjścia Młody Vimes obraca się w towarzystwie strażników, którzy łapią (często niewinnych) ludzi z ulicy, wiozą ich do wyżej wspomnianego miejsca kaźni, wypuszczają po drodze tych dających łapówki i o nic nie pytają. W dodatku wygląda na to, że Carcer nie tyle chce zabić Młodego Vimesa, zanim ten stanie się komendantem Vimesem, ale całkowicie go przekabacić. Młody Vimes jest więc na dobrej drodze, żeby stać się kompletnym draniem. Pierwotnie tym, który miał skierować go we właściwą stronę był John Keel. Vimes wcielił się w rolę Keela najlepiej jak potrafił. Najpierw pojechał razem z nim powozem z więźniami i pouczył go na temat łapówek, pytając go, co by powiedziała na to jego matka. Potem, kiedy już dojechali na miejsce, użył regulaminu przeciwko tamtejszemu strażnikowi, aby uniemożliwić mu odebranie więźniów. W końcu, kiedy już dochodzi do samej rewolucji, otwiera więzienie, uświadamiając Młodemu Vimesowi, do czego się przyczynił, nie interesując się losem więźniów i bezmyślnie wykonując rozkazy. A przy okazji uczy go walczyć, zwraca uwagę na niebezpieczeństwa rewolucji i pomaga rewolucjonistom stawiać barykady, aby cywile nie ucierpieli. Dzięki temu Młody Vimes przyswaja sobie odpowiednie wzorce. John Keel jest dla niego kimś w rodzaju przybranego ojca i ideału, do którego chłopak mógłby dążyć. Tak oto narodził się w bólach wewnętrzny strażnik Samuela Vimesa.

Niestety zarówno widok sali tortur, jak i śmierć przyjaciół i mentora w ostatniej bitwie rewolucji, sprawiły, że Młody Vimes na wiele lat pogrążył się w alkoholizmie i marazmie, żeby tylko zapomnieć o okropnościach, które zobaczył. Jego wewnętrzny strażnik został uśpiony.

Warto jeszcze zaznaczyć, że Straż Nocna jest jednym wielkim nawiązaniem do Nędzników Victora Hugo, jednak z pewnymi znaczącymi różnicami. Najważniejsza to ta, że Carcer jest Valjeanem, ale tylko przeświadczonym o swojej niewinności; i że Vimes do Javert, jednak pojmujący sprawiedliwość jako przede wszystkim obronę niewinnych (nie zaś karę dla winnych). Również do rewolucjonistów Vimes nie przyłącza się dlatego, aby ich infiltrować, ale żeby nie dopuścić do rozlewu krwi.

Przez długi czas zastanawiałam się, która książka o Straży mogłaby być dla Vimesa tym, czym Kosiarzdla Śmierci. Mimo że w Łupsie! możemy podziwiać Ciemność Strzegącą, pojawiajacą się w chwili, kiedy Vimes recytuje Gdzie jest moja krówka?, to jestem skłonna uznać Nocną Straż za najlepiej ujmującą postać znanego nam komendanta. Z jednej strony mamy Vimesa spotykającego Młodego Vimesa i dokonującego przy okazji rozrachunku z latami młodości – przyglądając się młodszej wersji siebie, widzi to, jak naiwny i podatny na wpływy kiedyś był. Jednocześnie kieruje nim tak jak większością młodszych rekrutów, z którymi ma do czynienia – pokazując jak coś działa w praktyce albo rzucając kilka dobrze wymierzonych zdań, mających dać słuchaczowi coś do zrozumienia. Z drugiej strony jest taka scena, w której przygląda się ówczesnej, już wtedy postrzeganej jako pośmiewisko, Straży Miejskiej, i rozmyśla nad tym, czym ona się stanie w przyszłości. W końcu mamy również wielkie wydarzenie – narodziny Młodego Sama po komplikacjach przy porodzie. Najpierw Vimes musi stać się ojcem dla samego siebie – zagubionego i podatnego na złe wzorce siebie – aby potem być ojcem dla Młodego Sama. Ponadto mamy tutaj powód, dla którego przez lata Samuel Vimes znajdował się w stanie stagnacji i obojętności, której świadkiem jesteśmy w Straży! Straży!.

Powodem, dla którego tak wielu ludzi uważa, że komendant Vimes to właściwy przykład postaci praworządnej dobrej, jest niesiony przez niego bagaż – ciemna strona, chcąca siłą poprawić świat; naznaczona krwią przeszłość, walka z nałogiem alkoholowym, to, że ma tyle wątpliwości odnośnie własnej wartości, moralności i ojcostwa… To sprawia, że wydaje się on bardziej ludzki. Z drugiej strony mamy to, że jego praworządność nie jest bezrefleksyjna. W Piątym elefancielady Sybil zostaje wzięta jako zakładniczka, a tamtejszy kapitan Straży tłumaczy się, że pozwolił na to, bo słuchał rozkazów. Vimes woła więc do siebie Detrytusa.
(…) A, Detrytus. – Troll zasalutował. – Widzę, że masz swoją kuszę. Dobrze cię traktowali?
– Wołali na mnie tępy troll – oświadczył ponuro Detrytus. – A jeden to mnie kopnął w kamyki.
– Ten?
– Nie.
– Ale to ich dowódca. – Vimes odsunął się od Tantony’ego. – Sierżancie, rozkazuję wam go zastrzelić.
Jednym płynnym ruchem troll uniósł kuszę na ramię i spojrzał ponad grubą wiązką strzał. Tantony zbladł.
– No dalej – rzucił Vimes. – To był rozkaz, sierżancie.
Detrytus opuścił broń.
– Aż taki tępy to żem nie jest, sir.
– Wydałem wam rozkaz!
– No to se pan może z tym rozkazem zrobić to, co Głaz Lintel ze swoim workiem żwiru, sir. Z całym szacunkiem, oczywiście.
Vimes poklepał roztrzęsionego Tantony’ego po ramieniu.
– Chciałem tylko coś zademonstrować – powiedział.
Scena z Vimesem uprzykrzającym życie strażnikowi za pomocą regulaminu, pokazuje, że komendant umie wykorzystywać kruczki prawne na własną korzyść i przez to staje się zawadzającym biurokratą w pozytywnym sensie. Z kolei fakt, że biegnie na łeb na szyję, aby przeczytać o określonej godzinie Młodemu Samowi bajkę; że razem ze swoimi ludźmi powstrzymuje zamieszki między trollami i krasnoludami; że, mimo niechęci do pewnych ras, zawsze przykłada się równie mocno do rozwiązania sprawy, niezależnie, kim jest (lub była) ofiara – to wszystko świadczy o jego głębokim poczuciu obowiązku.
Jednocześnie jego spryt, siła woli, a także wojowniczość sprawiają, że Vimes może przetrwać każdą sytuację i pokonać każdego przeciwnika, zewnętrznego i wewnętrznego. Dlatego ludzie go szanują.
Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Różne odmiany tchórzostwa, czyli rzecz o magu Rincewindzie

Advertisements

 

Jakiś czas temu przeczytałam Parę w ruch – najnowszą książkę osadzoną w Świecie Dysku. Jej lektura sprawiła, że postanowiłam się zapoznać z tymi częściami cyklu, które dotąd pomijałam, a jednymi z nich były Kolor magii i Blask fantastyczny, które znałam głównie z telewizyjnej adaptacji wyprodukowanej przez Mob Film Company. To sprawiło, że odkryłam na nowo Rincewinda, jako postać, i zapragnęłam przeczytać również pozostałe książki, w których jest głównym bohaterem. Spróbuję zawrzeć w tym artykule moje refleksje na jego temat.

Tytułem wstępu należy przedstawić główne cechy Rincewinda. Jest on magiem, ale beznadziejnym magiem, znającym właściwie tylko jedno zaklęcie i nie mającym za grosz talentu magicznego. W zasadzie wiele książek, filmów i gier fantasy ma jako bohatera albo postać poboczną kogoś takiego – maga, który jeszcze się uczy, więc zaklęcia mu raczej nie wychodzą; postać trochę żałosną, ale w gruncie rzeczy starającą się jak może. Rincewind jest również strasznym tchórzem (jak się później przekonamy jest nawet z tego dumny). A że przy okazji jest pierwszym protagonistą Świata Dysku (w związku z tym, że Kolor magii to pierwsza powieść z cyklu) można zauważyć pewien schemat występujący u innych, późniejszych protagonistów książek Pratchetta.

Kolor magiirozpoczyna się właściwie in medias res– w Ankh-Morpolk właśnie wybuchł pożar i cały wysiłek miasta jest przeznaczony na panikę i walkę z ogniem. Tymczasem mag Rincewind zmierza w kierunku bramy wraz z nieprzytomnym Dwukwiatem (pierwszym turystą Świata Dysku, jak się niebawem dowiemy), kiedy nagle spotyka dwóch znajomych bohaterów. Wypytywany przez nich o to, co się dzieje i kim jest jego śpiący towarzysz, Rincewind zaczyna opowiadać od początku. I tak oto dowiadujemy się, że mag nie skończył Niewidocznego Uniwersytetu i że zarabia na życie jako tłumacz. Pewnego dnia jednak do brzegów Ankh-Morpolk dobija statek i na ląd schodzi obywatel Imperium Agatejskiego, Dwukwiat, który postanowił zobaczyć trochę świata. Wzbudza zainteresowanie nie tylko swoim dziwnym wyglądem i zachowaniem, ale przede wszystkim tym, że towarzyszy mu magiczny kufer wypełniony złotymi monetami. Wszyscy złodzieje, oszuści i drobni przedsiębiorcy chcą więc zdobyć przynajmniej kilka z tych monet. Nie inaczej jest z Rincewindem, który przysiada się do Dwukwiata i po krótkiej rozmowie zostaje wynajęty przez niego jako przewodnik. Przy pierwszych kłopotach ucieka, jednak zostaje schwytany przez strażników i zaprowadzony przed oblicze Patrycjusza Vetinariego, który (przez wzgląd na stosunki między Ankh-Morpolk i Imperium Agatejskim) pod groźbą okrutnej kary każe magowi zadbać o to, żeby Dwukwiat nie tylko dobrze się bawił, ale również żeby wrócił do domu cały i zdrowy. Tak właśnie zaczyna się szalona przygoda, która powiedzie obu panów aż nad Krawędź Dysku i poza nią.

Dwuodcinkowa ekranizacja Koloru magii i Blasku fantastycznego zaczyna się trochę inaczej. Przede wszystkim Rincewind na samym początku jest jeszcze studentem Niewidocznego Uniwersytetu, ale ponieważ zdążył już osiwieć i nie nauczył się niczego, zostaje wyrzucony przez nadrektora Weatherwaksa i dopiero zapijając smutki w barze spotyka Dwukwiata. Również wątek magów, który w dziele macierzystym pojawił się dopiero w Blasku fantastycznym, w miniserialu przewija się przez obie części.

Wielu fanom Pratchetta nie podobało się to, że Rincewind został postarzony. W książach był on wysokim, chudym magiem o postrzępionej brodzie i też w grach osadzonych w Świecie Dysku tak właśnie wygląda. Natomiast w filmach… w filmach grany jest przez komika, Davida Jasona (który potem, we Wiedźmikołaju wcielił się w sługę Śmierci, Alberta) i wygląda jak ktoś z grona profesorskiego Niewidocznego Uniwersytetu. Chodziło o to, aby zaznaczyć, że wypadek, który mu się przydarzył, doprowadził do tego, że Rincewind w wieku swoich profesorów nadal pozostał studentem. Mimo wszystko jednak Jasonowi udało się uchwycić charakter swojego bohatera. Z jednej strony jest on tym tchórzem i na początku wyrusza w podróż tylko na rozkaz Patrycjusza. Z drugiej strony w scenie, kiedy on i Dwukwiat siedzą na Krawędzi i obserwują otaczającą Dysk tęczę, mag zwraca się do towarzysza słowami: „Widzisz ósmy kolor z rzędu? To kolor magii.” i widać po jego twarzy, że uważa to za bardzo piękny widok, który wywołuje u niego miłe uczucia. Albowiem Rincewind może i jest beznadziejnym magiem, niemniej jednak uważa się za maga i czerpie z tego dumę.

Rincewind jest również dumny z tego, że jest tchórzem, bo uważa, że tchórz ma szansę przeżyć. Później, kiedy jego postać nieco się rozwinie, zdarzą mu się kilka razy porywy brawury czy nawet bohaterstwa, i on sam uzna to za wadę. Tak naprawdę tchórzostwo Rincewinda jest czymś więcej niż tchórzostwem. Jest zbiorem różnych cech, które sprawiają, że ten nieudacznik jest właściwie bohaterem. Motyw strachu i odwagi przewija się przez wszystkie książki, w których jest on głównym bohaterem.
Zacznijmy od owego wypadku, który położył się cieniem na całym życiu Rincewinda. Jako student przekradł się pewnej nocy wraz z kolegami do biblioteki, gdzie spoczywał Octavo – księga zaklęć, przy pomocy których Stwórca uformował Dysk. Dla zakładu Rincewind miał otworzyć książkę i do niej zajrzeć. Udało mu się to, jednak poskutkowało tym, że jedno z ośmiu zaklęć w Octavo zagnieździło się w jego głowie. To z kolei sprawiło, że odtąd żadne inne zaklęcie, którego chciał się nauczyć, nie pozostało w jego umyśle na długo. Rincewind wypracował nawet teorię, że to dlatego, iż bało się przebywać w tym samym miejscu, co jedno ze słynnych ośmiu zaklęć. Jakiś czas potem Rincewind został wydalony z uczelni i musiał sobie radzić sam na ulicach Ankh-Morpolk.
Mam taką teorię, że jego koledzy z całą pewnością podpuszczali go, mówiąc słynne: „Co jest? Tchórzysz?”, więc być może wtedy pomyślał sobie: „Jak byłem odważny, moje życie legło w gruzach. Lepiej być tchórzem.” Tak czy inaczej, przez lata udało mu się wypracować pewne techniki związane z uciekaniem przed niebezpieczeństwem, a nawet stał się całkiem niezłym biegaczem.
Całkiem ustabilizowane życie Rincewinda zmienia się, kiedy zostaje on przewodnikiem Dwukwiata. Można powiedzieć, że większość protagonistów Świata Dysku zaczyna najpierw w odcieniu szarości, a przynajmniej po stronie raczej neutralnej. I tak Rincewind jest tchórzem, kapitan Samuel Vimes pijakiem, Moist von Lipwig oszustem… Potem jednak zdarza się coś, co wywraca ich świat do góry nogami i zmusza do bycia czymś więcej, niż dotąd. W przypadku Vimesa było to pojawienie się Marchewy Żelaznywładssona; w przypadku Moista – propozycja Vetinariego, a w przypadku Rincewinda – podróż z Dwukwiatem. Od tego momentu zwykle postacie Pratchetta zaczynają swój rozwój, który trwać będzie przez całą książkę i przez kilka następnych.
Wróćmy jednak do Rincewinda i Koloru magii.
Dwukwiat jest ufny, nastawiony do świata optymistycznie i otwarty na nowe doświadczenia. Bardzo chce zobaczyć bójkę w barze, zagląda do świątyni starego i głodnego bóstwa, wtrąca się do ceremonii składania ofiary bogini księżyca, lata na niewidzialnym smoku i staje naprzeciw różnym niebezpieczeństwom, myśląć, że jeśli porozmawia z napastnikami, wszystko się dobrze skończy. Przez to wszystko jest dla Rincewinda utrapieniem i mag wielokrotnie musi ratować go (sam albo z czyjąś pomocą) z opresji, choć Agatejczyk ma też sporo szczęścia. Dwukwiat ufa Rincewindowi, wierzy, że mimo wszystko jest on wielkim i potężnym magiem i że zawsze znajdzie jakiś sposób, aby mogli przetrwać. Rincewind zaś wielokrotnie przeklina i psioczy na Dwukwiata (zwłaszcza, że większość złych rzeczy, które przytrafiałyby się Dwukwiatowi, spada zwykle na Rincewinda), jednak po pewnym czasie rośnie między nimi coś na kształt więzi. Pod koniec Blasku fantastycznego Rincewind wydaje się zdziwiony i zasmucony, że Dwukwiat wraca do domu. To jedna z tych dziwnych przyjaźni między dwoma osobnikami o skrajnie różnych osobowościach i poglądach na świat.
Postarzenie Rincewinda w telewizyjnej adaptacji pozwoliło nam na jeszcze jeden kontrast – między Rincewindem i mającym już swoje lata bohaterem, Cohenem Barbarzyńcą. Rincewind zestarzał się, niczego nie osiągając i unikając walki. Cohen – jako bohater – wciąż szuka przygód i mimo podeszłego wieku wciąż uwielbia walczyć (a w późniejszych Ciekawych czasach będzie wyjaśnione, że on i jego Srebrna Orda mają słabość do bezsensownej brawury). Prawda, przez większość czasu funkcjonuje bez zębów, ale nie przestaje być przy tym niepokonany.

Teraz zwróćmy uwagę na to, jakiego przeciwnika ma Rincewind w Blasku fantastycznym (a także w ekranizacji Koloru magii). Trymon to właściwie kompletne przeciwieństwo Rincewinda – to młody, zaradny mag, sprytem i skrytobójstwem wspinający się po szczeblach kariery. Jest on nawet byłym kolegą z klasy Rincewinda, a wszyscy nauczyciele wróżyli mu świetlaną przyszłość. To, że zabija innych magów, aby przejąć ich stanowiska, to jeszcze nic nadzwyczajnego, gdyż (ze względu na naturalną długowieczność ludzi parających się magią) jest to ogólnie akceptowalna forma awansu na Uniwersytecie; jednak jego ambicja sięga dalej i jest niebezpieczna. Dochodzi do tego, że Trymon zostaje opętany przez Stwory z innego świata i nieomal doprowadza do katastrofy, wypowiadając za wcześnie zaklęcia z Octavo.

Rincewind został zmuszony do przeciwstawienia się Trymonowi przez tkwiące w jego głowie zaklęcie. W momencie, kiedy wszystko wisi na włosku i zależy od tego, co zrobi Rincewind, nie ma miejsca na uciekanie. Ba – nawet nie ma się gdzie ukryć, bo zagrożony jest cały Dysk. Tym, co jednak popycha Rincewinda do walki z Trymonem, jest świadomość, że wielka moc jego przeciwnika nie jest używana do „niczego sensownego”; a pokonuje go za pomocą chaotycznej, brutalnej siły fizycznej „nieumiejętnie, nieuczciwie i bez żadnej taktyki”. Ponieważ reszta magów jest niedysponowana (zamieniona w kamienie, a Bibliotekarz w małpę), to na Rincewindzie spoczywa obowiązek wypowiedzenia w porę zaklęć z Octavo, aby świat został ocalony. Pod sam koniec Blasku fantastycznego Rincewind staje się właściwie jedynym magiem (poza być może Bibliotekarzem), który czuwa nad odbudowaniem Uniwersytetu. Snuje również plany o powrocie na uczelnię i zdobyciu dyplomu, skoro już ósme zaklęcie nie stanowi w tym przeszkody.

Jednak w następnej poświęconej sobie książce – Czarodzicielstwie – Rincewind pracuje jako asystent bibliotekarza. I gdyby się nad tym głębiej zastanowić, ma to sens. Jak już zostało wyżej wspomniane, Niewidoczny Uniwersytet to bardzo niebezpieczne środowisko, zwłaszcza dla tych, którzy piastują wysokie stanowiska. Życie w bibliotece jest w miarę spokojne i bezpieczne. Pewnego dnia jednak spokój i bezpieczeństwo Rincewinda zostaje naruszone przez dwa czynniki.

Pierwszym z nich jest czarodziciel, czyli ósmy syn maga. Przeciętny mag już jest – z reguły – ósmym synem ósmego syna i dlatego jego ósmy syn byłby magiem do kwadratu, istotą niewiarygodnie potężną. Za czasów Wojen Magów czarodziciele poczynili niewiarygodne spustoszenia (dlatego, między innymi, teraz magów obowiązuje celibat). Ojciec nowego czarodziciela pragnąc zemścić się na profesorach Niewodocznego Uniwersytetu, którzy nim wzgardzili, rzucił na swojego syna, Coina, czar – zdobędzie on najwyższą pozycję na uniwersytecie i poprowadzi magów do władzy nad światem. Jedynym sposobem, aby przełamać czar jest sprawienie, aby Coin odrzucił swoją laskę. Aby ułatwić dziecku zadanie dusza maga przeniosła się do laski i stąd nim kieruje.
Drugim czynnikiem jest kapelusz nadrektora, który – nie chcąc przypaść czarodzicielowi – przemówił do Coneny (bohaterki i córki Cohena Barbarzyńcy) i kazał jej się ukraść i zabrać do jakiegoś maga. Conena szybko odnajduje Rincewinda w barze i przekazuje mu kapelusz. Magiczne nakrycie głowy (które zawiera w sobie mądrość, moc i wiedzę wszystkich nadrektorów Niewidocznego Uniwersytetu) każe mu zabrać się do Klatchu, z dala od czarodziciela. Conena postanawia wyruszyć wraz z nim, choćby po to, aby Rincewind dotarł na miejsce i nie utracił kapelusza.
W zasadzie Czarodzicielstwopozwala nam w pełni pojąć jakim magiem jest Rincewind i że tak naprawdę nie można powiedzieć, że nie jest nim w ogóle. Być może scena, w której po pijaku opowiada Bibliotekarzowi, dlaczego zapragnął zająć się magią, świadczy o tym, że chciałby znaleźć jakąś drogę na skróty, pozbawioną wyrzeczeń i wysiłku, ale później udowadnia, że posiada pewną wiedzę teoretyczną na temat magii i jej działania. Wyjaśnia swoim towarzyszom, co to były Wojny Magów i jakie zagrożenia będzie nieść ze sobą kolejna, która migocze już na horyzoncie. Tłumaczy, że nagle wyrastająca w Klatchu wieża ma na celu ochronić tamtejszych magów przed magami z Ankh-Morpolk. Wie czym jest kapelusz nadrektora i jest zdjęty nabożnym lękiem, bo trzyma go kobieta. Poza tym lunatykując zaczyna budować własną wieżę, z przerażeniem spogląda na pobojowisko, które powstało na skutek działań czarodziciela i jest dotknięty, kiedy król Kreozot mówi mu, że nie jest magiem i do niczego się nie nadaje. Pod sam koniec, kiedy już wydaje się, że Rincewind utknął w innym świecie i wygląda na to, że nie wróci, Bibliotekarz podnosi jego kapelusz z ziemi i chowa go, wiedząc, że prędzej czy później każdy mag powróci po swoje nakrycie głowy.
Zatrzymajmy się na chwilę nad pozostałymi rezydentami Niewidzialnego Uniwersytetu. Kiedy pojawia się czarodziciel, może kilku magów ma pewne wątpliwości, co do tego, czy ośmioletnie dziecko powinno zostać nadrektorem, szybko jednak grono pedagogiczne i studenci podporządkowują się jego woli, z jednej strony dlatego, że Coin już kogoś na ich oczach zabił, a z drugiej – bo wizja czarodziciela, który wymusza na ludności szacunek do magów i chce, aby władali oni światem, bardzo im odpowiada. Szczególnymi orędownikami Coina są dwaj profesorowie – Spelter i Carding. Kiedy zdadzą sobie sprawę z tego, co się dzieje, i tak będzie już zbyt późno.
Koniec końców Rincewind jest jedynym magiem, który – niechętnie, ale mimo wszystko – przeciwstawia się czarodzicielowi. Przybywa uzbrojony jedynie w połówkę cegły w skarpetce i spodziewa się zastać potężnego i przerażającego przeciwnika. Kiedy więc staje naprzeciw Coina, dziwi się bardzo na widok ośmioletniego dziecka. W zasadzie fakt, że przybywa wymachując skarpetką, wzbudza w Coinie rozbawienie i chłopiec – wbrew podszeptom swojego ojca – nie zabija Rincewinda. Co więcej zaczyna walczyć z laską i otwarcie się jej przeciwstawiać. I Rincewind zdaje sobie sprawę z tego, że czarodziciel tak naprawdę jest małym, zagubionym dzieckiem, właściwie marionetką w rękach swojego zmarłego ojca. Już wcześniej, na samym początku książki możemy przekonać się o tym, że ojciec Coina jest obłąkany, wręcz owładnięty rządzą odwetu na tych, którzy go wygnali. Kiedy Śmierć pyta, gdzie reszta jego synów, on odpowiada, że wygonił ich, bo się z nim nie zgadzali. Tak więc kiedy dusza maga pragnie znów podporządkować sobie czarodziciela, Rincewind podpowiada mu, że może mieć własną wolę i nie musi robić tego wszystkiego, co każe mu laska, jeśli nie ma ochoty. W ten sposób czar zostaje złamany, choć potem wybucha chaos i czarodzicielowi grozi niebezpieczeństwo.
Istotnym cytatem w związku z całą tą sytuacją jest: „Wszyscy magowie stchórzyli.” Nikt nie chciał pomóc czarodzicielowi, mimo że wcześniej wszyscy go popierali i że teraz okazał się tylko przerażonym chłopcem… Nikt poza – no właśnie – Rincewindem, który nie tylko przedostał się wraz z Coinem do innego, pełnego bestii świata, ale też odwrócił ich uwagę, żeby chłopiec mógł powrócić. Coin jest mu za to wdzięczny, bo po raz pierwszy ktoś był dla niego dobry, tak po prostu.
Wydarzenia z Czarodzicielstwabędą miały swoje konsekwencje, zwłaszcza w Ciekawych czasach, bo wielu magów będzie utrzymywało, że nie brali w tychże wydarzeniach udziału. Tymczasem dalsze losy Rincewinda zostały przedstawione w Eryku – powieści, która pierwotnie została wydana jako komiks i miała być parodią Fausta. Tytułowy Eryk to pałający się demonologią młodzieniec, który chciał wezwać na swe usługi demona… ale zbieg okoliczności sprawił, że przyzwany został Rincewind. Eryk życzy sobie trzech rzeczy: władzy nad światem, miłości najpiękniejszej kobiety na Dysku i życia wiecznego. Każde z nich spełnia się nie tak jak powinno, ale dla nas ważne jest drugie z nich.
Albowiem, aby Eryk mógł zdobyć miłość najpiękniejszej kobiety świata, on i Rincewind zostają przeniesieni w czasie do czasów dyskowego odpowiednika wojny trojańskiej. Tam też spotykają po stronie Efebian (dyskowi Grecy) centuriona o imieniu Lavaeolus. Na początku Rincewind nie zdaje sobie sprawy kim jest Lavaeolus, jednak bardzo szybko się ze sobą dogadują. Obaj starają się unikać walki i chcą jak najszybciej wrócić do domu. Podczas gdy reszta Efebian chce jak najdłużej walczyć, Leavaeolus używa podstępów, aby ograniczyć śmiertelność z obu stron. Właściwie projekt drewnianego konia był jego pomysłem.

Niektórzy wspominają Aleksandra, niektórzy Herkulesa, Hektora czy  Lysandera albo innych herosów. Właściwie w całej historii multiversum ludzie mówią różne miłe rzeczy o każdym wymachującym mieczem osiłku z uszami jak kalafiory – przynajmniej kiedy znajduje się w pobliżu – słusznie podejrzewając, że tak jest bezpieczniej. To zabawne, że zwykle szacunkiem cieszą się wodzowie proponujący strategię typu: “Niech teraz pięćdziesiąt tysięcy z was, chłopaki, ruszy szturmem na nieprzyjaciela”. A wodzowie myślący, którzy mówią rzeczy w stylu: “Może zbudujemy takiego wściekle wielkiego drewnianego konia, a potem wywalimy tylną bramę, kiedy oni będą stali dookoła zwierzaka i czekali, aż wyjdziemy”, uważani są za tylko trochę lepszych od zwykłych oferm i nie za ludzi, którym można pożyczyć pieniądze.

To dlatego, że większość wodzów pierwszego rodzaju to ludzie odważni, gdy tymczasem tchórze są o wiele lepszymi strategami.

Jak już zapewne zdążyliśmy się przekonać, Lavaeolus jest dyskowym odpowiednikiem Odyseusza. Co więcej – później Eryk zwraca Rincewindowi uwagę, że „Lavaelus” znaczy „Spłukiwacz wiatrów” („Rinser of winds”), co oznacza, że wódz Efebian to przodek Rincewinda. I to każe czytelnikowi zastanowić się: czy czasem to, co nazywamy tchórzostwem, nie jest tak naprawdę rozwagą? Może ktoś nie ucieka dlatego, że się boi, ale dlatego, że wie, iż w walce z konkretnym przeciwnikiem nie może zwyciężyć. Może ktoś ucieka przed niebezpieczeństwem, bo wie, że pozostanie w jego pobliżu źle się dla niego skończy. I czy takie „tchórzostwo” nie jest cechą dobrego dowódcy? Roztropny wódz stara się unikać ofiar, więc stosuje podstępy, a także odwrót taktyczny, który polega właśnie na ucieczce.

Kolejna sprawa – zarówno na początku Eryka, Ciekawych czasów, jak i Ostatniego Kontynentu Rincewind znajduje się w bardzo niemiłym położeniu, ale jest jak najbardziej żywy. Tchórzostwo jest tak jakby elementem instynktu samozachowawczego – Rincewind tak bardzo przywiązany jest do swojego życia, że zrobi wszystko, aby je ocalić. Tak więc udaje mu się przeżyć w innym świecie, opanowanym przez niewyobrażalne Stwory; na bezludnej wyspie, gdzie żywił się tylko kokosami; i na będącym dyskowym odpowiednikiem Australii Ostatnim Kontynencie, gdzie nigdy nie pada deszcz. Kiedy magom udaje się przenieść Rincewinda z powrotem na Uniwersytet (jako że w Imperium Agatejskim ludność wyczekuje Wielkiego Maggusa, a Rincewind ma na kapeluszu napis: „Maggus”), mamy taką oto rozmowę:

– Pomijacie to, co najważniejsze. Przecież on ciągle jest żywy. Powtarzacie ciągle, jakie miał straszne te przygody, a jednak ciągle żyje.

– O co panu chodzi, nadrektorze? Przecież jest cały w bliznach!

– To właśnie miałem na myśli, dziekanie. A większość blizn ma na plecach. Zostawia kłopoty za sobą. Ktoś tam na górze chyba go lubi.

Tytuł Ciekawe czasyto oczywiście nawiązanie do słynnego chińskiego przekleństwa: „Obyś żył w ciekawych czasach.” Jest to tytuł znaczący z dwóch powodów: z jednej strony akcja dzieje się w Imperium Agatejskim, które łączy w sobie cechy kulturowe Chin, Japonii i Bliskiego Wschodu; z drugiej strony – owe „ciekawe czasy” oznaczają wszelkiego rodzaju katastrofy i polityczne perturbacje. Rincewind bardzo pragnie nudy, bo przez ostatnie lata działo się z nim tyle rzeczy, że teraz chce już tylko wieść spokojne życie. Jednak jest zmuszony (pod karą śmierci) dostać się do Imperium Agatejskiego i pomóc w rewolucji, bo według tamtejszej legendy Wielki Mag powróci wraz z Czerwoną Armią i ustanowi nowy rząd. Legenda ta ożyła w myślach Agatejczyków z powodu książki Jak spędziłem swoje wakacje, w której ktoś opisał kraj za Wielkim Murem, gdzie kary za nieposłuszeństwo są lżejsze, a nieraz w ogóle ich nie ma.

Im dłużej Rincewind przebywa w Imperium, tym więcej się dowiaduje o sytuacji jej mieszkańców, zwłaszcza chłopów. Już wcześniej Cohen Barbarzyńca (który przybył wraz ze swoją Srebrną Ordą, złożoną z jego starych przyjaciół) powiadamia go o tym, że władze agatejskie nie mają bata, ale mają coś gorszego niż bat. Ludzie tam żyjący są wychowywani w posłuszeństwie wobec władzy, a każde, nawet najmniejsze jej uchybienie (zarówno cesarskiej, jak i wojskowej) może się źle skończyć, zarówno dla jednostki, jak i całej wioski. Nic więc dziwnego, że opisy bardziej liberalnego społeczeństwa sprawiły, że lud agatejski zapragnął czegoś takiego u siebie. Widząc to wszystko, wychowany w takim właśnie bardziej liberalnym społeczeństwie Rincewind czuje się nieswojo, wręcz współczuje tamtejszym chłopom.

To jednak nie znaczy, że pali się do wykonania swojej roli Wielkiego Maga. Nowa Czerwona Armia – teraz składająca się głównie z nastolatków i dzieci – chce widzieć w nim człowieka, który ich poprowadzi, jednak on wolałby uciec jak najdalej. Czerwona Armia gotowa jest zginąć za swoje ideały i jej członkowie poważnie to rozważają. Rincewind próbuje przemówić im do rozsądku.
– Przynajmniej nie na darmo zginiemy!
– Zmyjmy kraj krwią męczenników! – zahuczał Trzy Zaprzężone Woły.
Rincewind odwrócił się błyskawicznie i groźnie wystawił palec na wysokość nosa Trzech Zaprzężonych Wołów, bo tak wysoko zdołał sięgnąć.
– Naprawdę oberwiesz, jeśli jeszcze raz palniesz coś takiego! – krzyknął i skrzywił się nagle, uświadamiając sobie, że właśnie grozi człowiekowi trzy razy cięższemu od siebie. – Posłuchajcie mnie, dobrze? – rzekł spokojniejszym tonem. – Wiem to i owo o ludziach, którzy mówią o cierpieniu dla wspólnego dobra. Nigdy nie oni cierpią! Kiedy usłyszycie kogoś, kto wrzeszczy: „Naprzód, mężni towarzysze!”, przekonacie się, że właśnie on siedzi za piekielnie wielkim głazem i ma na głowie jedyny hełm naprawdę odporny na strzały! Rozumiecie?
W tym momencie przez usta Rincewinda nie przemawia tchórzostwo, ale doświadczenie życiowe. Czerwona Armia jest złożona z młodych idealistów i entuzjastów wielkich idei, jednak Rincewind podchodzi do tego realistycznie, zwracając im uwagę, że mogą zostać oszukani i wykorzystani. Jak można się domyślić, mag nie zostaje wysłuchany.
Jednak Rincewind odgrywa ważną rolę w późniejszych wydarzeniach, objawiając swój zmysł taktyczny odziedziczony po Lavaeolusie. Wykorzystuje łatwowierność żołnierzy wroga, a konkretnie – lęk. Później, dzięki szczęściu, udaje mu się znaleźć innego asa w rękawie.
Warto tutaj zaznaczyć, że Rincewind jest ulubionym pionkiem bogini znanej jako Pani. W ogóle w większości książek, w których tchórzliwy mag jest głównym bohaterem, widzimy sceny ze słynnymi grami bogów. I o ile Los wiele razy chciał pozbyć się Rincewinda, bo krzyżowął jego plany, o tyle Pani (będąca uosobieniem szczęścia) stara się zawsze uratować swojego ulubieńca, czasem wpakowując go w kolejne kłopoty. Życie Rincewinda jest więc mieszanką ogromnego pecha i zbawiennego szczęścia, a sam mag nauczył się już dawno, że jeżeli przydarza mu się coś miłego, to znaczy, że w drodze już czeka na niego coś naprawdę paskudnego. Na podobnej zasadzie w Ostatnim bohaterze zgłasza się na ochotnika, wiedząc, że prędzej czy później będzie musiał uratować Dysk przed końcem świata, więc równie dobrze mógłby darować sobie to, co przytrafiłoby mu się, gdyby przed tym uciekł.

Jednakże względy Pani w połączeniu ze zdolnościami Rincewinda do przetrwania w każdych niemalże warunkach sprawiły, że sam Śmierć nie jest pewien, kiedy w końcu Rincewind umrze ani w jaki sposób.

W Parze w ruchRincewind pełni funkcję profesora Okrutnej i Niezwykłej Geografii. Jest to w zasadzie zrozumiałe, w końcu był już niemal wszędzie. Jednocześnie jest to stanowisko spokojne i nie wymagające zbyt dużo pracy. A że za kadencji Mustruma Ridcully’ego tradycja awansu przez skrytobójstwo została zarzucona, nawet gdyby ktoś chciał zostać profesorem Okrutnej i Niezwykłej Geografii, Rincewindowi nic nie grozi ze strony kolegów. Nie wiadomo co Pani Szczęście i pan Pratchett szykują na Rincewinda w przyszłości, ale jedno jest pewne – znów uciekając uratuje świat.
Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Moist von Lipwig, Awatar Hermesa

Advertisements

Moim pierwszym właściwym zetknięciem ze Światem Dysku była adaptacja Piekła pocztowego, trzydziestej powieści Terry’ego Pratchetta. Pamiętam, że bardzo podobał mi się zakreślony w tym filmie (a właściwie miniserialu) świat przedstawiony, a także historia drobnego oszusta, który ma postawić na nogi Urząd Pocztowy, mimo zagrożenia ze strony sekarów. Niedawno postanowiłam zapoznać się także z innymi powieściami z udziałem Moista von Lipwiga jako głównego bohatera, ale nie mogłam tego zrobić, dopóki nie zapoznałam się z książkowym Piekłem pocztowym. Kiedy to wreszcie zrobiłam, zdałam sobie sprawę z tego, że między książką a jej adaptacją jest wiele różnic, zwłaszcza jeśli chodzi o środek ciężkości w jednej i drugiej historii. Postanowiłam więc omówić tutaj oba dzieła (a także wspomnieć tu i tam późniejszą powieść z udziałem Moista, Świat finansjery) i przedstawić kilka wniosków na temat samego Moista. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele z nich można odczytać jako nadinterpretację, tak więc zostaliście ostrzeżeni.

W książce poznajemy naszego bohatera w chwili, kiedy został już skazany na śmierć za kradzież sporej sumy pieniędzy. Moist von Lipwig, na razie znany jeszcze jako Albert Spangler, zostaje powieszony, ale w taki sposób, aby przeżył. Następnie budzi się w gabinecie Vetinariego, Patrycjusza Ankh-Morpolk, który składa mu propozycję: Moist może rozpocząć nowe życie jako poczmistrz i postawić na nogi Urząd Pocztowy albo wyjść przez drzwi (które tak się składa, że  prowadzą do pokoju bez podłogi, a więc do rychłej śmierci). Wiedząc, że nie ma specjalnie wyboru, Moist decyduje się na pierwszą opcję, jednakże z zamiarem szybkiej ucieczki z Ankh-Morpolk. Jego plan spala na panewce, bo pojawia się Pan Pompa – golem wyznaczony przez Vetinariego na kuratora Moista – i zabiera go z powrotem do miasta. W związku z tym Moist postanawia, że potraktuje swoją nową pracę nieco poważniej, przynajmniej dopóki nie znajdzie sposobu, aby uciec przed Panem Pompą na dobre.

Filmowa adaptacja Piekła pocztowego zaczyna się nieco inaczej. Moist (grany przez Richarda Coyle’a) siedzi przy biurku i pisze list, opowiadając o swoim życiu. Dowiadujemy się, że po śmierci rodziców wyruszył w świat, aby dokonywać przekrętów i wzbogacać się na ludzkiej naiwności, aż do chwili, kiedy nie zostaje odkryty w Ankh-Morpolk i osądzony. Zasadnicza część o powieszeniu i o Patrycjuszu pozostaje ta sama, ale wszystkie pokazane na początku oszustwa Moista powrócą potem do niego. Zaraz wyjaśnię w jaki sposób.
Richard Coyle jako Moist von Lipwig.

Jedna z pierwszych rzeczy, których dowiadujemy się o Moiście, jest jego przeświadczenie o tym, że nie da się oszukać uczciwego człowieka, a co za tym idzie – że wszyscy ludzie, których dotąd oszukiwał, nie byli uczciwi i zasługiwali na to, żeby zostać oszukanymi. Książka o wiele lepiej wyjaśnia, skąd się wziął taki właśnie sposób postrzegania świata przez Moista, albowiem większość jego przekrętów opierała się dotąd na tym, że jego ofiary widzą kogoś słabszego, kogoś w potrzebie, jednym słowem: kogoś, na którego nieszczęściu mogliby zarobić. Moist najczęściej przytacza przykład przekrętu z pierścionkiem. Opiera się on na udawaniu obrabowanego człowieka potrzebującego pieniędzy na podróż do Genoi, gdzie leży jego chora matka. W związku z tym proponuje przypadkowemu zainteresowanemu jego losem, że sprzeda mu drogocenny pierścień w zamian za dwadzieścia dolarów na podróż. Przed transakcją obywatel zabiera pierścień do jubilera, który stwierdza, że jest on w rzeczywistości wart o wiele więcej. Ofiara zaczyna być chciwa i kupuje przedmiot z zamiarem sprzedania go później za więcej, zanim to jednak następuje, Moist podkłada mu podróbkę ze szkiełkiem zamiast brylantu.

To samo tyczy się większości sprawdzonych przekrętów Moista, który przez cały ten czas nauczył się rozpoznawać pewne zachowania typowe dla większości ludzi i uważa się nie tylko za eksperta w dziedzinie ludzkiej natury, ale też za Uroczego Łobuza – typ przestępcy, który ma zasady i tak naprawdę nie krzywdzi niewinnych, a wręcz karze tych złych. Pan Pompa jest innego zdania, a kiedy Moist protestuje, mówiąc, że nigdy nie stosował przemocy, golem odpowiada, że jego przekręty doprowadziły do śmierci wielu osób, które w zasadzie oberwały rykoszetem, jak na przykład pracownicy banków, którzy nie kupili fałszywych obligacji Moista, ale po plajcie ich placówki zostali bez pracy i do tego ze stygmatem oszustów.

W filmie dużo miejsca jest poświęcone właśnie uświadomieniu Moistowi tragicznych konsekwencji jego czynów. Listy wręcz pokazują mu, co się działo z ludźmi, których oszukał, poczynając od farmera, który kupił od niego starego konia (wyglądającego na całkiem dobrego, dzięki cyklu licznych zabiegów Moista) i powiesił się, kiedy chabeta zdechła, a na rodzinie Dearheartów, która musiała sprzedać swój interes sekarowy, skończywszy. W gruncie rzeczy odnosi to skutek, bo Moist ma takie wyrzuty sumienia, że przez jakiś czas trzyma się z dala od Adory Belle Dearheart, kobiety, którą zaczął darzyć uczuciem. Jednym słowem – Moist nie jest złym człowiekiem, tylko do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie zniszczenia powoduje. W dziele macierzystym też jest o tym napomknięte, chociaż niedoręczone listy w Urzędzie Pocztowym nie pokazują mu ludzi, do których śmierci się przyczynił, ani Adora nie ma tak dramatycznych powodów, aby go nienawidzić, ponieważ jej ojciec – mimo że zubożały i pozbawiony swojego wynalazku – żyje. Mimo wszystko jednak była jedną z pobocznych ofiar Moista.

Co zaś się tyczy niechęci Moista von Lipwiga do przemocy, jest ona pokazana na dwa różne sposoby w pierwszej i drugiej poświęconej mu powieści. W Piekle pocztowym, kiedy to zabija w samoobronie wynajętego przez Reachera Gilta mordercę, jego reakcją na właśnie popełniony czyn są nagłe mdłości. Można z tego wywnioskować, że Moist nigdy wcześniej nikogo nie zabił i nawet nie widział, jak ktoś umiera, dlatego jest to dla niego wstrząsem. Tymczasem w Świecie finansjery najpierw dochodzi do sytuacji, w której Cosmo Lavish celuje w niego mieczem, a Moist nie tylko się nie denerwuje, ale udaje mu się przekonać Cosmo do tego, aby opuścił budynek. Kilka stron później, w gabinecie Patrycjusza, Vetinari daje mu do potrzymania miecz i nie odbiera go, dopóki nie skończy tłumaczyć tego, co ma do wytłumaczenia. Kiedy wreszcie zabiera broń z rąk nieco już zdenerwowanego Moista, wyjaśnia, że zrobił to, aby przekonać się, czy ma rację, podejrzewając, że jego poczmistrz czuje się o wiele pewniej, kiedy ktoś grozi mu mieczem, niż kiedy sam go trzyma. W zasadzie jest to zrozumiałe. Moist na pewno w swoim życiu wielokrotnie miał jakieś ostrza w siebie wycelowane i musiał nauczyć się przemawiać do tych, którzy je w niego celują. Natomiast nigdy wcześniej nie trzymał miecza, który ma swoją wagę i jeden nieuważny ruch może wyrządzić jakieś konkretne szkody wszystkiemu, co jest w pobliżu.

Niemniej jednak Moist wielokrotnie pyta siebie, czy jest draniem, czy tylko potrafi jak drań myśleć. Sam uważa, że sposób, w jaki udało mu się ostatecznie pokonać Gilta, jest chwytem poniżej pasa. Mimo wszystko pod sam koniec Piekła pocztowego Adora stwierdza, że Moist nie jest taki zły.

Antagonista Piekła pocztowego – Reacher Gilt, będący właścicielem sekarów – to także oszust. Można powiedzieć, że to Zły Odpowiednik Moista, a Moist stwierdza nawet, że Gilt jest o wiele lepszym oszustem, niż on sam. O ile różnica między nimi jest doskonale widoczna w filmie i zasadza się na sposobie, w jaki obaj postrzegają swoich pracowników i klientów (czyli: Gilt pozwala ginąć swoich ludziom i nie ma co do tego wyrzutów sumienia, a Moist odczuwa jeszcze większą presję, wiedząc, że w wyścigu między sekarami i pocztą, jego pracownicy postawili na niego swoje oszczędności), o tyle w książce ta różnica nie jest aż tak wyeksponowana, to znaczy – Gilt nadal jest złym, brutalnym człowiekiem i nie dba o to, kto ginie w jego firmie, ale troska Moista o listonoszy nie jest tak uwidoczniona. Za to duży nacisk położony jest na coś zupełnie innego, a mianowicie – na to, że Moist w pewnym momencie przestaje postrzegać swoją pracę jako ciężar czy sposób na robienie pieniędzy, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że ma misję: doprowadzić pocztę do dawnej świetności i dostarczyć listy, które leżały w niej już wiele lat i które chcą być wreszcie odczytane.

I tutaj dochodzimy do Moista będącego tytułowym awatarem Hermesa. Kiedy Moist odwiedza po raz pierwszy Urząd Pocztowy i zdaje sobie sprawę z tego, że ma do dyspozycji tylko dwóch pracowników (starego Groata, który eksperymentuje z medycyną naturalną, i młodego Stanleya, mającego obsesję na punkcie szpilek), odkrywa nie tylko masę niedoręczonych listów, ale też Groat opowiada mu o dawnej świetności poczty (której świadkiem był jako dziecko): o złocistych kandelabrach, krzątających się wokół listonoszach i o posągu boga, po którym teraz został tylko cokół. Później Moist widzi to wszystko na własne oczy, kiedy to wędrując po wyższych kondygnacjach budynku natrafia co rusz na odtwarzane przed nim przebłyski z przeszłości. Zauważa również, że bóg poczty to młody, prawie nagi mężczyzna przedstawiony z czapką i butami, do których doczepiono małe skrzydełka. Oficjalna czapka poczmistrza (którą Moist nosi na początku z niechęcią, ale z czasem się do niej przywiązuje) też ma skrzydełka i złoty kolor.
Jednakże to nie koniec. Groat – który widzi, że nowy pracodawca jest o wiele bardziej zaradny, niż jego czterej tragicznie zmarli poprzednicy – przypomina sobie pewną starą przepowiednię, głoszącą, że oto pojawi się poczmistrz nad poczmistrze, który „zgniatał będzie pod butami Porzucone Wrotki, a Psy Tego Świata połamią na nim swe Zęby”. Zwołuje więc tajne stowarzyszenie listonoszy (które składa się z emerytowanych pracowników poczty, mniej entuzjastycznych i o wiele starszych od niego) i zmusza Moista, aby przeszedł inicjację, składającą się na tor przeszkód – porozrzucanych przedmiotów, pułapek w skrzynce na listy, a także agresywnych psów. Moist z trudem przechodzi wszystkie próby, używając wrodzonego sprytu, a także wiedzy, którą zdobył, będąc pod opieką hodującego psy wyścigowe dziadka. Tym samym zdobywa uznanie starszych listonoszy i przekonuje ich do tego, że jest właśnie tym poczmistrzem, który przywróci poczcie dawną świetność.
I w tym właśnie momencie same listy naznaczają go na awatara boga poczty.

Latarnie pogasły… a przy ciemności, którą teraz promieniowały, Moist von Lipwig zobaczył napis na ścianie, a w każdym razie wiszący w powietrzu tuż przed nią. Ukryte pióro zataczało pętle i łuki, formując za sobą lśniące błękitne litery.

Moist von Lipwig? wypisało.

– Eee… tak?

Jesteś poczmistrzem!

– Słuchaj, nie jestem tym, którego szukacie!

Moiście von Lipwig, w takiej chwili jak ta każdy się nada!

– Ale ja… nie jestem godzien!

Zatem pozyskaj godność jak najszybciej, Moiście von Lipwig! Wpuść znowu światło! Otworz drzwi! Nie zatrzymuj Posłańcow wykonujących Zadania!

Moist spojrzał w dół, na złocisty blask wokół swych stop. Światło zaiskrzyło się przy czubkach palców i zaczęło z wolna wypełniać go od wewnątrz, niczym dobre wino. Czuł, że jego stopy odrywają się od podłogi, jakby słowa uniosły go i obróciły łagodnie.

Na początku było Słowo, ale czym jest słowo bez swego posłańca, Moiście von Lipwig? Jesteś poczmistrzem!

– Jestem poczmistrzem! – krzyknął Moist.

Listy muszą się przemieszczać, Moiście von Lipwig! Za długo już byłyśmy tu uwięzione.

– Przemieszczę listy!

Przemieścisz listy?

– Tak! Obiecuję!

Moiście von Lipwig!

– Tak?

Słowa napłynęły jak szkwał, aż w roziskrzonym blasku zawirowały koperty, a budynek zadrżał od fundamentów po dach.

Doręcz nas!

Najwyższy czas wyjaśnić, dlaczego moim zdaniem Moist jest awatarem właśnie Hermesa. Pomijając kaduceusz, czyli laskę herolda, wokół której wiją się dwa pogodzone węże, grecki bóg Hermes przedstawiany jest zwykle właśnie tak jak ów bóg poczty, którego Moist widział w swojej wizji – jako młodzieniec z małymi skrzydełkami na czapce i butach. Jedna z rzeczy, które zawsze wspomina się na początku, omawiając Hermesa jako postać, to to, że jest on posłańcem bogów. Motyw posłańców powtarza się w całym Piekle pocztowym i to nie tylko w odniesieniu do podległych Moistowi listonoszy, ale też do tego, że składając mu swoją propozycję Vetinari mówi: „Panie Lipwig, wierzy pan w anioły? Ja jestem takim aniołem, który przyszedł, aby dać panu drugą szansę.”, a pamiętajmy o tym, że słowo „anioł” pochodzi od greckiego określenia posłańca. Pojawia się także postać starego golema, który miał przekazać królowi starożytnej cywilizacji wiadomość od kapłanów o tym, że bogini morza się gniewa i że przesyłają oni instrukcje jak ją przebłagać. Golem nie zdążył spełnić zadania i przez to cywilizacja została pochłonięta przez morze, dlatego czeka on teraz na to, aż sytuacja znowu się powtórzy i będzie mógł przekazać wiadomość komuś innemu.

Dalej – Hermes jest jednym z tych bogów, którzy podchodzą pod archetyp boga oszusta, a ponadto jest on patronem, między innymi, złodziei, bo sam dokonał swego czasu licznych kradzieży (w tym bydła Apollina i pioruna Zeusa). Moist jest oszustem i złodziejem. Po wygnaniu z Olimpu Hermes zostaje sprowadzony z powrotem i Zeus przydziela mu funkcję boskiego posłańca. Moist zostaje powieszony i otrzymuje drugą szansę od Vetinariego. Hermes jest wygadany i wnosi do Olimpu powiew świeżości. Moist porywa tłumy, dając im przedstawienie, potrafi improwizować i wzbudza entuzjazm w swoich skostniałych pracownikach. Hermes jest uważany za twórcę wielu rzeczy (liry, palestry, liter…). Moist również jest bardzo pomysłowy, co widać zarówno w Piekle pocztowym (gdzie wymyśla znaczki), jak i w późniejszym Świecie finansjery (gdzie wprowadza papierowe pieniądze). Na początku Świata finansjery zresztą dowiadujemy się, że Gildia Kupców proponuje Moistowi stanowisko swojego przywódcy, a przecież Hermes jest również bogiem kupców!

Co więcej, przyjęcie roli awatara boga poczty sprawiło, że podczas rozmowy z Adorą w restauracji Moist nagle wyczuwa, że listy płoną i natychmiast rzuca się, aby ratować Urząd Pocztowy. Kiedy zaś jest już po wszystkim i większość listów została strawiona przez ogień, Moist myśli sobie, że nie ma bardziej smutnego widoku, niż spalone wiadomości. Nie można też zignorować faktu, że tuż po naznaczeniu Moista przez listy, wydaje się, że został on opętany przez boga poczty i następnego dnia prawie niczego nie pamięta z tego, co się działo przez resztę wieczoru.

Wielokrotnie Moist odkrywa, że znajduje się w sytuacji dogodnej do ucieczki; że wystarczy wsiąść na konia i pod pozorem pracy dla poczty opuścić miasto i już nigdy nie wrócić. Co więcej – mówi sam sobie, że w każdej chwili może znów stać się oszustem. Mimo wszystko jednak nie korzysta z żadnej z nadarzających się sposobności i ostatecznie pozostaje na stanowisku, nawet kiedy w kolejnej poświęconej sobie książce obejmuje nowe obowiązki jako dyrektor mennicy. Tak naprawdę sytuacja wyjściowa Świata finansjery przedstawia nam Moista von Lipwiga, który wiedzie spokojny żywot uczciwego obywatela, ale jest to żywot tak nudny i pozbawiony wrażeń, że Moist włamuje się do swojego własnego biura tylko po to, aby poczuć zastrzyk adrenaliny.

Moist von Lipwig – tak samo jak komendant Straży Miejskiej, Samuel Vimes, i pierwszy magnat prasowy na Dysku, William de Worde – stał się w bardzo krótkim czasie jedną z najważniejszych osobistości Ankh-Morpolk. W zasadzie wszyscy trzej panowie stanowią linię obrony przeciwko Gildiom i wszelkim wpływom, które mogłyby zechcieć zrzucić Vetinariego ze stanowiska, a jednocześnie mogą mówić i robić, co im się żywnie podoba, bo Vetinari doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o wiele lepiej dla miasta jest dać im wolną rękę. Nie przepadają za sobą i potrafią siebie nawzajem doprowadzić do szału, ale jakoś to znoszą i robią swoje, a nawet zdarza się, że sobie pomogą. Co więcej – fani prozy Pratchetta najczęściej doszukują się następcy Vetinariego albo w Vimesie, albo właśnie w Moiście, ponieważ obaj posiadają zdolność planowania, znają się na ludzkiej naturze i preferują bardziej pokojowe i dyplomatyczne metody załatwiania spraw. Najważniejsze jednak jest to, że prawdopodobnie obaj nie chcieliby zostać Patrycjuszem, gdyby ktoś im taką możliwość zaproponował.
Kto wie jak potoczą się dalsze losy Moista. Jak dotąd ukazały się trzy książki z jego udziałem, a ostatnia z nich, z tego co wiem, jeszcze nie wyszła po polsku. Niemniej jednak szybko zdobywa on popularność i ma czas na to, aby jego postać została rozwinięta w taki sam sposób jak komendant Vimes czy choćby Śmierć.