Czerwiec z Supermanem – Krótka notka o trzecim sezonie "Supergirl"

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do wszystkich trzech sezonów Supergirl.

Słyszeliście może o czymś, co się nazywa klątwą trzeciej części? Jeśli dwie pierwsze części trylogii były dobre, istnieje spore ryzyko, że trzecia część będzie kiepska. Dotyczy to zwłaszcza filmów o superbohaterach – Spiderman 3, Mroczny Rycerz powstaje, Blade: Mroczna Trójca… żeby wymienić te najbardziej znane przypadki.
Zauważyłam pewną prawidłowość, jeśli chodzi o trzecie sezony superbohaterskich seriali CW, a mianowicie to, że są one w najlepszym razie nierówne, w najgorszym – zwiastują początek końca (jak to było, na przykład, z Arrow). Niewątpliwie można znaleźć tam kilka dobrych odcinków, a nawet wątki, które ratują całą resztę, jednak nie sprawiają one aż takiej frajdy jak dwa poprzednie sezony.
Jestem świeżo po trzeciej serii Supergirl i choć nie podzielam, na przykład, hejtu na Mon-Ela i na pragnienie Alex Denvers, aby mieć dzieci, to i tak żal mi trochę, że pewnych rzeczy już nie zobaczę. Szczególnie, że pierwszy sezon Supergirl miał w sobie pewnego rodzaju optymizm. Pierwszy sezon miał Karę, która dawała ludziom nadzieję; miał Cat Grant, która była fantastycznym mentorem; i miał fabuły wzięte prosto z komiksów o Supermanie. Prawda, było tam kilka rzeczy, których nie znosiłam (jak, na przykład, wątek romansowy między Karą a Jamesem Olsenem), ale i tak pokochałam ten serial, dzięki temu, jaki był. Drugi sezon również miał kilka fajnych rzeczy, ale stracił trochę tego optymizmu, a Cat Grant została zastąpiona Snapperem Carrem, który był w najlepszym razie miałki.
Trzeci sezon zaś… no cóż… co prawda, miał kilka fajnych odcinków, ale miał również kilka poważnych potknięć.
Oto moje ogólne wrażenia z trzeciego sezonu Supergirl.
Marsjański wypad na miasto ojca i syna.
Może zacznijmy od tego, co było naprawdę dobre.
Tutaj na pierwszy plan wysuwa się wątek J’onna i jego ojca. Relacje między M’yrnnem a J’onnem i resztą postaci, jego przeszłość więźnia Białych Marsjan, jego fascynacja ziemską kulturą, jego choroba i to, jak ona wpływała zarówno na M’yrnna, jak i na otoczenie… to było naprawdę, naprawdę świetne. M’yrnn doprowadził mnie nawet do płaczu w przedostatnim odcinku! Taką dramę lubię.
Następna rzecz – Brainiac-5. Wątek Legionu Superbohaterów był zarzewiem niepotrzebnej dramy z Mon-Elem, który nagle miał żonę, ale i tak coś czuł do Kary (o tym jeszcze sobie powiemy), ale Brainy był świetny. Już w pierwszym swoim odcinku zrobił na mnie tak dobre wrażenie, że był taki krótki moment, kiedy ktoś taki jak ja, kto rzadko shippuje cokolwiek, chciał, aby między Brainy’m i Karą coś było. Dlatego cieszę się, że Brainiac-5 będzie miał większą rolę w czwartym sezonie.
I tak po prawdzie, to gdybym kiedyś zrobiła listę najlepszych odcinków Arrowverse jako całości, na pewno zamieściłabym kilka epizodów z tego sezonu. Żeby wymienić choć kilka – Maggie konfrontująca swojego homofobicznego ojca, powrót sióstr Denvers do Midvale, Wynn spotykający swoją matkę, która dawno temu go porzuciła… Po prostu mocne odcinki, które wyróżniają się na tle całej reszty.
Natomiast w tym sezonie dla niepotrzebnej dramy rzucono granatem w niektóre relacje. Na przykład, przyjaźń między Karą a Leną Luthor została prawie że unicestwiona, więc teraz powracają do mnie obawy z sezonu drugiego, że Lena stanie się Morganą 2.0 (coś, co niejako zapowiada scena na samym końcu finału). Uważam też, że powinno dojść do ślubu między Maggie i Alex… a przynajmniej aby panie nie zrywały ze sobą tak po prostu i Maggie zniknęła w ogóle z serialu.
No i jest jeszcze kwestia Mon-Ela… Mimo że swego czasu shippowałam Karamel, doszłam do wniosku, że Mon-El powinien pozostać gdzieś tam w kosmosie. Jednak twórcy zdecydowali inaczej i sprowadzili go z powrotem na Ziemię wraz z Legionem Superbohaterów, w którego skład wchodziła również jego obecna żona, Imra. No więc okej, Kara czuje się nieswojo, bo Mon-El już poprzysiągł wierność innej. Mogliby pokazać jak Kara próbuje powoli, powoli się z tym pogodzić i pójść dalej ze swoim życiem, ale nie – twórcom zachciało się durnego trójkąta miłosnego między naszą bohaterką, jej skonfliktowanym byłym i jego żoną. Jakby samo w sobie oglądanie tego nie było męczące, z jednej strony Mon-Elowi zarzucano manipulację Karą, a z drugiej Karę określano rozbijaczką rodzin, więc do dramy na ekranie, dostawałam dramę w fandomie. I gdyby nie ten trójkąt miłosny Legion Superbohaterów byłby naprawdę spoko, bo poza tym, że Brainiac-5 wymiata, to Imra sama w sobie jest całkiem fajna, nie mówiąc już o tym, że Kara i Mon-El mieli kilka miłych momentów przyjaźni.
W końcu jest wątek Reign/Samanthy. Nie trzymał w napięciu, bo nie dość, że scenarzyści za długo kazali bohaterom nie domyślać się, że Reign i Sam są tą samą osobą, to jeszcze nagle Sam została wyleczona z bycia Reign na dwa odcinki przed wielkim finałem i tak po prostu pokazano ją w domu z córką. Poza tym tak nam mówili, że Reign będzie miała własną „agendę”, taka będzie lepsza od pozostałych dwóch Big Badów, a okazała się być marionetką kogoś innego. I fakt, jako przeciwnik Supergirl była jak najbardziej groźna, a i jako samotna matka borykająca się ze swoją drugą naturą, wyszła całkiem, całkiem… ale jednak za mało jej było w tym sezonie. Bohaterowie byli pochłonięci innymi, mniej lub bardziej ciekawymi, rzeczami i przez kilka odcinków Sam siedziała tylko w laboratorium i nic nie robiła. Gdzie tu suspens?
Wreszcie sama Kara, która miała w tym sezonie eksplorować swoje człowieczeństwo, jakoś miałko wychodzi. Miejscami jest jakby mniej wrażliwa na uczucia innych, co świetnie obrazuje to, że pod koniec sezonu odkryła, że Argo City, jej rodzinne miasto na Kryptonie, ocalało. Kara nawet raz nie wspomina o tym Clarkowi Kentowi, mimo że w Argo City przebywa jego rodzina (matka Kary). Może Człowiek ze Stali chciałby wiedzieć o tym, że część jego planety przetrwała, hę?
Koniec końców był to nierówny sezon. Powiedziałabym, że może następny będzie lepszy, ale trzecia seria poczyniła już pewne zniszczenia i niełatwo je będzie naprawić (zakładając, oczywiście, że twórcy nie będą chcieli pogorszyć sprawy). Pozostaje nam mieć nadzieję.

Czerwiec z Supermanem – Parodie i substytuty Supermana

Lud przemówił! Zarówno w ankiecie na facebooku, jak i na twitterze, wszyscy głosujący (w sumie sześć osób) byli za tym, aby następna notka w ramach Czerwca z Supermanem poświęcona była parodiom Człowieka ze Stali. Prawda jest jednak taka, że napisałam „parodie”, a miałam na myśli również postaci wzorowane na Supermanie albo do niego nawiązujące – coś, co TVTropes ochrzciło niedawno Substytutem Supermana. Nie mogłam tego napisać w punktach ankiety, no bo jest limit znaków, więc użyłam słowa „parodia”, które zakłada coś w rodzaju dekonstrukcji, a dekonostruowania Supermana już się kilku autorów podejmowało na różne sposoby.
Pierwotnie też miała to być lista parodii/substytutów Supermana, które ja osobiście uważałam za najciekawsze, ale raz, że ze trzy pozycje z tej listy już omawiałam, a dwa, że jest mnóstwo takich postaci wzorowanych na Supermanie, których ja nie znam, a ich koncepty są fascynujące. Tak więc postawiłam na coś bardziej ogólnego.

Tak czy inaczej, jeśli ktoś tworzy uniwersum superbohaterskie, zawsze trafi się postać, która jest w jakiś sposób wzorowana na Supermanie – najprawdopodobniej będzie miał podobny zestaw mocy (a przynajmniej supersiłę i superodporność, ewentualnie jeszcze zdolność latania) i kwadratową szczękę; będzie powszechnie podziwiany i lubiany, będzie szerzyć jakieś wzniosłe idee i będzie symbolem wszystkiego co dobre. Może nawet będzie kosmitą z odległej planety, która dawno nie istnieje. I w zależności od tego jakie to będzie uniwersum – czy bardziej „realistyczne”, czy bardziej idealistyczne – ten nie-Superman będzie mniej lub bardziej heroiczny bądź nie.

Opowiem Wam więc pokrótce o tym jakie mogą się trafić substytuty Supermana.


Oczywiście pierwsze postaci wzorowane na Supermanie pojawiły się tuż po tym, jak Człowiek ze Stali osiągnął sukces. Nagle zrobiło się zatrzęsienie superbohaterów, będących jawnymi zrzynkami Supermana i do naszych czasów właściwie niewielu się ostało. Wyjątek stanowi tutaj artysta poprzednio znany jako Kapitan Marvel, a obecnie – z powodu praw autorskich – reagujący na imię Shazam. To, co wyróżniało Kapitana Marvela spośród reszty, to to, że krył się za nim jednak jakiś bardziej oryginalny pomysł, mianowicie to, że tytułowym bohaterem był Billy Batson – mała, biedna sierotka, która zmieniała się w dorosłego siłacza, kiedy tylko wypowiedziała imię czarownika Shazama. Kapitan Marvel był więc również pierwszym komiksem superbohaterskim, gdzie dziecko było protagonistą i to się bardzo młodocianym czytelnikom podobało.

Wkrótce Kapitan Marvel stał się bardziej popularny od Supermana i to scenarzyści Człowieka ze Stali zapożyczali pewne pomysły od Kapitana, a nie na odwrót (na przykład to, że współczesny Superman lata, a nie tylko wysoko skacze). W końcu ówczesne DC miało tego dość i pozwało wydawców Kapitana Marvela, Fewcett Comics, o prawa autorskie. Po długim i żmudnym procesie Fewcett Comics uległo, wypłaciło DC odszkodowanie i zaprzestało sprzedaży komiksów. Przez jakiś czas Kapitan Marvel nie był częścią uniwersum DC, ale po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach został do niego przyłączony wraz z całą obsadą wspierającą.

Tak czy inaczej, czas mijał i Superman stawał się sam w sobie ikoną. Powstały pewne elementy, które przeciętny człowiek (nawet jeśli nie czytał komiksów) natychmiast z nim kojarzył – niebieski strój z czerwoną peleryną, tajna tożsamość okularnika w garniturze, „To ptak! To samolot!”, czy choćby nieco już zapomniane przebieranie się w budce telefonicznej. I tutaj wkraczają kreskówki Warner Bros., gdzie Królik Bugs i Kaczor Duffy wielokrotnie przebierali się w stroje Supermana; oraz komiksy Disneya, gdzie pojawia się Super Goof, czyli Goofy jako superbohater. Super Królik ma trochę za duże wdzianko i nie umie latać; Super Kaczor nie jest traktowany zbyt poważnie, bo ciągle popełnia gafy, a Super Goof właściwie nosi piżamę z kocem jako peleryną. Mamy więc tutaj czystą parodię polegającą na tym, że postaci z kreskówek chcą być jak Superman, ale nie zawsze im się to udaje. Tylko tyle, nic poza tym.

Co więcej – mamy Superpsa (Underdog) i Michty Mouse, które były nawiązaniami do Supermana na pełen etat, a nie tylko na kilka odcinków. I Superpsa Polacy mogą jeszcze jako tako kojarzyć, bo TVN7 swego czasu puszczała tę kreskówkę popołudniu. Sam Superpies pracował jako pucybut, ale kiedy tylko zaczynał działać jakiś superzbrodniarz, aktywował specjalny pierścień i zaczynał walczyć ze złem, nieraz nawet ratując swoją ukochaną. Zwykle każda przygoda Superpsa miała cztery części, po dwie na odcinek, przerywane epizodami jakichś krótkich animacji.

Z czasem jednak substytuty Supermana zaczynały być czymś bardziej rozbudowanym. Zwłaszcza, kiedy nastała tak zwana Mroczna Era Komiksu, która z jednej strony dała nam mnóstwo antybohaterów (jak Punisher i Spawn), a z drugiej strony wymyślała wielu superbohaterów na nowo, odcinając ich od absurdalnej i nieco cukierkowej (przynajmniej według niektórych) Srebrnej Ery Komiksu.

Zaczęło się właściwe dekonstruowanie Supermana.

Mamy więc tego obdarzonego multum supermocy, tego ukochanego przez wszystkich bohatera, ten wzór do naśladowania, a jednocześnie symbol wszystkiego, co dobre. Co możemy o nim powiedzieć? Co możemy z nim zrobić, aby go „odbrązowić”? Jak możemy wyrazić nasz stosunek do niego?

Właściwie podejmując się dekonstrukcji Supermana można pójść w różne strony, w zależności od tego, jaki jego aspekt chcemy omówić.

I tak oto mamy, na przykład, Metro Mana z Megamocnego. O samym filmie, jego protagoniście i motywie przewodnim mówiłam już podczas Maratonu z Villain Protagonist. Od samego początku Metro Man jest przedstawiany jako lubiący poklask obywateli Metro City i troszeczkę za bardzo pewny siebie, zwłaszcza w kontraście do Megamocnego, który ma ciągle pecha. Potem jednak następuje ten moment przejrzystości i Metro Man odkrywa, że rola superbohatera została mu narzucona (tak samo jak Megamocnemu niejako narzucono rolę superłotra). Obywatele Metro City zobaczyli tę fantastyczną istotę i niejako zaczęli od niej wymagać, żeby ich broniła, ale nikt nie zapytał Metro Mana, czy tego chce i czy ma jakiekolwiek inne plany na życie. Dlatego właśnie Metro Man pozoruje własną śmierć i się ukrywa. Chce być wolny od oczekiwań obywateli Metro City i tworzyć muzykę. (Metro Man zresztą i tak radzi sobie z presją całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że istnieje komiks, w którym wzorowany na Supermanie Plutonian w końcu ma już dość i postanawia zostać superłotrem. Komiks nosi tytuł Irredimable.)

Z kolei w Kleszczu mamy dwie (w zależności od inkarnacji) parodie Supermana. Pierwszą z nich Kleszcz spotkał w pierwszym zeszycie swoich przygód, kiedy znalazł się nagle w tunelu metra i został uratowany przez nie-Supermana. Był nim niejaki Clark Openheimer, który raz, że nie miał czasu, aby się przebrać w swój superbohaterski strój, a dwa, że kiedy już było po wszystkim, nieco się zdenerwował, odkrywając odporność Kleszcza, bowiem oznaczało to, że zaryzykował zdemaskowanie i spóźnienie do pracy po nic. I tak po prawdzie to zeszyt drugi otwiera jego fantazja o wzięciu Kleszcza na tortury. W sumie cały zeszyt jest poświęcony temu jak Kleszcz zatrudnia się w redakcji Openheimera i wprowadza tam chaos. Clark zresztą pojawia się w pierwszym odcinku animowanej adaptacji, gdzie ma problem ze znalezieniem ustronnego miejsca, aby się przebrać.

Natomiast w Kleszczu aktorskim z 2016 mamy nieco lepszego Człowieka ze Stali – Superiana. Superian jest w tym świecie pierwszym superbohatrem, który wręcz zapoczątkował erę superbohaterów, kiedy jego statek rozbił się w Tungusce. Właściwie przez większość pierwszego sezonu Kleszcza stoi jakby z boku. Jego wątek staje się istotny w momencie, kiedy Kleszcz, Artur, Dot i Overkill zdają sobie sprawę z tego, że plan Terrora zakłada zabicie Superiana. Sam superbohater wydaje się na początku kimś, kto ma zbyt wielkie mniemanie o sobie. Wprawdzie nie robi nic, co mogłoby o tym świadczyć, ale widz odnosi takie wrażenie po prostu z jego sposobu bycia. Trochę później, kiedy pojawia się Wielki Nagi Mężczyzna, Superian niejako pokazuje, że jednak nie jest taki skoncentrowany na sobie – chce pomóc WNM-owi i sprzeciwia się jego dehumanizacji przez wojsko i prasę. Z drugiej strony jednak przyznaje, że kiedy walczył z Terrorem (a była to walka, po której wszyscy myśleli, że Terror nie żyje), nie upewnił się, że jego przeciwnik naprawdę zginął, tylko po prostu przyjął to za pewnik, będąc zmęczonym ciągłymi potyczkami i diabolicznymi planami superzłoczyńcy. Wątek Superiana kończy się tym, że przybywa on w ostatniej chwili, aby unieszkodliwić Terrora i w rezultacie cała chwała za pokonanie superłotra spada właśnie na Superiana… ale mam wrażenie, że superbohater naprawdę wierzy w to, że tego dokonał, tak więc trudno uznać to za perfidną kradzież zasług.

Co ciekawe, rzadko kiedy trafia się parodia Supermana, która byłaby, na przykład, agresywna albo żądna władzy. Co prawda, Hyperionowi, który jest marvelowskim substytutem Supermana, zdarzało się oszaleć; Supreme Roba Liefelda był na początku pomyślany jako żądny krwi antybohater (dopóki Alan Moore go nie wynalazł na nowo), Captain Ace z Tiger and Bunny okazał się być przemocowcem; a Super Shock z Powers zawiódł się na ludzkości i stał się ekstremistą; ale o wiele więcej jest dekonstrukcji Supermana, które wyśmiewają jego idealizm.

Opuśćmy na chwilę USA i przyjrzyjmy się substytutom Supermana zza Oceanu. I tutaj Polacy mogą się pochwalić własnym przykładem Asa z Hydrozagadki. Powstały w 1970 roku film jest niewątpliwie dziwny zważywszy na to, że jest to komedia kryminalna nawiązująca do opowieści o superbohaterach… wyprodukowana w kraju, gdzie te nawiązania mało kto mógł zrozumieć w latach siedemdziesiątych. I też jak się ogląda Hydrozagadkę po latach, jest to do pewnego stopnia twór nieco surrealistyczny, choćby przez to, że próbuje naśladować do pewnego stopnia elementy przygodowe i szpiegowskie z komiksów i filmów o superbohaterach.

Tymczasem w Japonii mamy trzy szczególne substytuty Supermana. Po pierwsze jest Son Goku, który (jak dowiadujemy się z pierwszej sagi Dragon Ball Z) został wysłany z rodzimej planety, aby podbić Ziemię. Ponieważ jednak Goku został przygarnięty przez starego mistrza sztuk walki, a do tego dostał w łeb, amnezja i prawidłowe wychowanie sprawiły, że nasz bohater żył sobie spokojnie na Ziemi, a nawet uważa ją za swoją planetę, za którą walczy. Goku nie jest zbyt bystry i lubi sobie podjeść, ale za każdym razem, kiedy spotyka podczas swoich przygód jakąś niesprawiedliwość, próbuje spuścić łomot jej sprawcy, nie mówiąc już o tym, że kocha i walczy o swoją rodzinę i przyjaciół. Jednocześnie – w przeciwieństwie do Supermana – Goku ciągle się doskonali, ciągle przekracza nowe limity swojej mocy i staje się coraz silniejszy, w miarę jak pojawiają się nowi, potężniejsi przeciwnicy.

Trochę innym bohaterem jest Saitama. Opowiadałam już o nim w tym artykule, a jedną z rzeczy, które napisałam tam na temat Saitamy, było to, że dawno temu przekroczył już wszystkie swoje limity i przez to nie może znaleźć przeciwnika, walka z którym dałaby mu satysfakcję. Saitama nie może stać się silniejszy, to z kolei sprawia, że protagonista One Punch Mana stracił radość życia. Z drugiej strony nie szuka poklasku, ma szacunek do innych superbohaterów i całkiem spokojne podejście do życia. Można też powiedzieć, że – tak jak Superman – Saitama jest w tym uniwersum pierwszym superbohaterem, a jego pierwszy bohaterski czyn sprawił, że potem zaczęli pojawiać się kolejni superbohaterowie.

W końcu All-Might (o którym też już mówiłam, tutaj) jest tak ważnym superbohaterem w świecie My Hero Academia, że nazywany jest Symbolem Pokoju. Publiczna persona All-Mighta jest buńczuczna, radosna i emanująca optymizmem… ale bohater ukrywa to, że jest chory, a jego moc słabnie. I o jego stanie wie niewielu, nawet większość superbohaterów nie jest świadoma tego, że All-Might cierpi i staje się coraz słabszy. Bo wiara w All-Mighta jest niezwykle ważna i trzeba ją podtrzymywać.

I można by mówić wciąż o kolejnych substytutach Supermana – od Doktora Manhattana z The Watchmen po Tektona z Might Med – i o każdym z nich można by napisać całą rozprawkę pod kątem tego jaki aspekt Supermana dekonstruują i co chcą powiedzieć na temat Człowieka ze Stali. Ja tylko liznęłam kilku z nich.

A Wy? Znacie jakieś postaci wzorowane albo parodiujące Supermana?

Czerwiec z Supermanem – Lego Superman

Gry i filmy Lego mają specyficzne poczucie humoru. Kiedy zaś klocuszki z Danii biorą się za znaną serię (jak na przykład Gwiezdne Wojny, Harry’ego Pottera czy Indianę Jonesa) przedstawiają występujące w niej postaci w krzywym zwierciadle.

I tak też jest w przypadku superbohaterów DC, o których filmy w wersji Lego są jednymi ze stałych produkcji. A jakiś czas temu w kinach święcił triumfy Lego Batman.

Warto więc przyjrzeć się temu w jaki sposób w tych filmach przedstawiany jest Superman. I to właśnie zrobimy.
Ten temat łączy się niejako z poprzednim, z tej prostej przyczyny, że przeważnie w filmach o Lego Lidze Sprawiedliwości głównym bohaterem jest Mroczny Rycerz, nie mówiąc już o tym, że wszystko tak naprawdę zaczęło się od gry Lego Batman 2. Co więcej, zauważyłam, że stosunek Batmana do Supermana zmienia się na przestrzeni pierwszych pięciu filmów o Lidze Sprawiedliwych.

Tak więc najpierw był Lego Batman: Moc Superbohaterów DC (który jest trochę oderwany od reszty filmów w tym poście). W zasadzie były to cutscenki z gry Lego Batman 2 sklecone w jeden film. Co jest jeszcze ciekawsze – fabuła przypomina troszeczkę odcinek Superman: The Animated Series, w którym Superman i Batman łączą siły po raz pierwszy. Mianowicie chodzi mi o to, że zarówno w grze, jak i w tymże odcinku (zatytułowanym World’s Finest) wszystko się zaczyna od tego, że Joker i Lex Luthor łączą siły i to zmusza niejako Supermana i Batmana do współpracy.

Gala Człowieka Roku w Gotham (na którą zaproszeni zostali, między innymi, Lex Luthor i Bruce Wayne) zostaje przerwana przez nagły atak Jokera. Podczas monumentalnej mowy Klauniego Księcia Zbrodni, Lex Luthor (który ubiega się o stanowisko prezydenta i jest trochę w tyle) wpada na pewien pomysł. Kiedy Batmanowi i Robinowi udaje się wreszcie unieszkodliwić starego wroga, Lex wyciąga Jokera z Arkham za pomocą maszyny, która dezintegruje wszystko, co jest czarne (a więc również gadżety Batmana). Robin chce poprosić Supermana o pomoc, ale Batman woli załatwić sprawę sam, w końcu jednak Lex i Joker przedostają się do bat-jaskini i Batman zmuszony jest wreszcie wciągnąć Supermana w śledztwo. A obaj superbohaterowie są w trudnym położeniu, bo ich wrogowie mają narzędzia, aby ich unieszkodliwić.

Superman w Lego Batmanie: Mocy Superbohaterów DC nie gra zbyt wielkiej roli, dopóki nie mija połowa filmu. Prawda, ratuje Batmana i Robina podczas pierwszej potyczki z Jokerem; a potem widzimy jak pewien strażnik w Arkham ogląda reportaż Clarka Kenta z gali, ale to dopiero od ataku na bat-jaskinię panowie zaczynają współpracować tak naprawdę. Tak czy inaczej, o dziwo, nie jest to parodia Supermana. Człowiek ze Stali w tym filmie jest miły, odważny i ma poczucie humoru, które kontrastuje z mrukliwym Batmanem. W sumie bardzo fajnie oddano dynamikę między oboma bohaterami (widać, że długo się znają i już razem pracowali), ale i tak w końcu muszą poprosić o pomoc Ligę Sprawiedliwych.

(Nawiasem mówiąc, polski dubbing do tego filmu jest niesamowity. Tak się bowiem składa, że dystrybutorzy wzięli do polskiej wersji tych samych aktorów, którzy podkładali głosy pod polską wersję Batman: The Animated Series i Superman: The Animated Series.)

A skoro już jesteśmy przy Lidze, mamy pierwszy film o niej czyli Lego Batmana: Ligę Sprawiedliwości. Teraz dopiero zaczyna się Lego DC uniwersum!

Podczas udaremniania przez Batmana napadu Man-Bata, Pingwina i Jokera na muzeum, naszego bohatera odwiedza Superman, który próbuje go zrekrutować do nowopowstałej Ligi Sprawiedliwych. Mroczny Rycerz, oczywiście odmawia, bo woli pracować sam i pomysł klubu superbohaterów uważa za dziecinny, zaraz jednak zdarza się coś dziwnego: Superman, pewien eksponat i złoczyńcy nagle znikają. Batman podejmuje się więc śledztwa i niebawem jest świadkiem tego jak poszczególni członkowie Ligi zaczynają znikać wraz z różnymi niezwykłymi przedmiotami i swoimi przeciwnikami.

I tutaj mamy ten początek rozwoju stosunku Batmana wobec Supermana. Kiedy Mroczny Rycerz tylko słyszy głos Człowieka ze Stali w muzeum, stwierdza, że Superman współpracuje z Pingwinem. Batman jest więc nieufny wobec niego, gdyż Superman jest kosmitą i do tego niezwykle potężnym, a wielka moc przecież korumpuje. Tak więc Batman podejrzewa, że Superman może być zły. Również jednym z powodów, dla których Batman w końcu przystaje do Ligi, jest możliwość trzymania Supermana na oku.

Sam Superman jest bardzo przyjacielski, nie zraża się, kiedy Batman oskarża go o współpracę ze złodziejami, proponuje Batmanowi pomoc w walce, a pod koniec filmu stwierdza nawet, że skoro już Batman jest w Lidze, to może jest szansa, aby się ze sobą zaprzyjaźnili (na co reszta Ligi reaguje śmiechem). Czyli jest tak: Batman nie ufa Supermanowi i uważa go za potencjalne zagrożenie, a Superman nic sobie z tego nie robi i chce się z Batmanem zaprzyjaźnić.

Następna część naszej Lego-DC sagi to Lego – Liga Sprawiedliwości kontra Liga Bizarro. I ona jest, że tak powiem, skoncentrowana na Supermanie.

Dawno, dawno temu Lex Luthor stworzył nieudanego klona Supermana, Bizarro, który miał dobre intencje, ale nie był zbyt bystry, proste polecenia rozumiał na opak i pewne nieszkodliwe rzeczy brał za zagrożenie. Dlatego Superman zabiera go pewnego dnia na specjalną planetę, gdzie Bizarro może się pobawić, a przy tym nie wpadnie w kłopoty. Rok później Bizarro powraca na Ziemię i włamuje się do laboratorium Lex Corpu. Liga Sprawiedliwych przybywa, aby go powstrzymać, a Bizarro korzysta z technologii Luthora i tworzy nieudane klony Ligi – Ligę Bizarro – po czym wraz z nowymi kompanami wybiera się z powrotem na swoją tymczasową planetę. Superman i reszta idzie za nim i odkrywa dwie rzeczy: 1) żółte kamienie z planety Bizarro generują radiację, która wszystko rozstraja, w tym moce Ligi; i 2) z jakiegoś powodu niejaki Darkseid chce te kamienie mieć. Dlatego obie Ligi muszą go powstrzymać.

W tym filmie najważniejszą relacją jest ta między Supermanem a Bizarro, który w wielu inkarnacjach jest postacią nieco tragiczną – ni to bohater, ni to złoczyńca, po prostu biedny, zagubiony człowiek, który próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie. I właściwie film jest o tym, jak Superman – który zostawił Bizarro samego na opustoszałej planecie, aby nie musieć się już nim zajmować – zdaje sobie sprawę z tego, że powinien bardziej zważać na jego uczucia. Ba – pod koniec filmu przyznaje nawet, że on i Bizarro są braćmi (coś, czemu wcześniej zaprzeczał, stawiając nacisk na to, że Bizarro to klon).

Jednocześnie Liga Sprawiedliwości kontra Liga Bizarro to film, w którym Batman zaczyna ufać Supermanowi. A nie jest to łatwe, bo na początku uważa za podejrzane to, że Liga została zaciągnięta na planetę, gdzie moce wszystkich nie działają… ale Superman ma się świetnie. Również plan Człowieka ze Stali na pokonanie Darkseida wydaje się Mrocznemu Rycerzowi na początku dowodem na to, że Superman i Darkseid są w zmowie, ale Batman w końcu przekonuje się, że jest to dobry plan. Poza tym jest potwierdzone to, że Superman wie, że Batman to Bruce Wayne, a Batman wie, że Superman to Clark Kent. W każdym razie lody zostały wreszcie przełamane i być może Batman nie lubi Supermana, ale już nie uważa go za złoczyńcę w przebraniu.

Następna w kolejce jest Lego – Liga Sprawiedliwości – Atak Legionu Zagłady. Lidze udaje się z łatwością pokonywać każdego superzłoczyńcę osobno, toteż Lex Luthor powołuje do życia tytułowy Legion Zagłady. Jego pierwszą akcją jest atak na Strefę 52, gdzie trzymany jest w zamknięciu kosmita, Marsjanin J’onn J’onzz. Luthor przekonuje J’onna, że Legion to bojownicy o wolność, a Liga to ciemiężcy, toteż Marsjanin wykorzystuje swoje moce telepatii i zmiany kształtu, aby zdyskredytować Ligę.

W tym filmie główną rolę gra Cyborg – najmłodszy członek Ligi Sprawiedliwych, który popełnia kilka gaf i ma wrażenie, że jest przez to kiepskim bohaterem i pozostali bohaterowie go nie lubią. Jednakże gdy się dobrze przyjrzeć Lidze, to w zasadzie nikt nie ma Cyborgowi za złe jego wpadek, wszyscy rozumieją świetnie, że jest on młody i niedoświadczony. Cała Liga jest bardzo wyrozumiała i chce mu pomóc.

Natomiast jeśli chodzi o Supermana, to na początku startuje w wyborach na przywódcę Ligi i przegrywa z Batmanem. Wierzy jednak w system i w prawo, toteż nie tylko wspiera przywództwo Batmana, lecz także kiedy sąd skazuje Ligę na wygnanie, Superman przyjmuje wyrok i skłania kompanów by zrobili to samo. A poza tym śpiewa Cyborgowi na pocieszenie piosenkę farmerską, nie za bardzo kuma o co chodzi z przybijaniem piątki (ale w końcu skumuje) i ojciec Lois Lane, generał Lane, wyraźnie go nie lubi. Pod koniec filmu zaś proponuje J’onnowi dołączenie do Ligi, a że obaj są kosmitami, na których co poniektórzy spoglądają nieufnie, jest między nimi więź porozumienia.

W Ataku Legionu Zagłady Superman i Batman mają okazję uratować siebie nawzajem, ale ostateczna próba ich relacji ma miejsce w Lego Lidze Sprawiedliwości – Kosmicznym Starciu.

Kolekcjoner Światów, Brainiac, postanowił dołączyć Ziemię do swojej kolekcji. Pierwsza próba zmniejszenia globu kończy się porażką, gdy na drodze Brainiacowi staje Liga Sprawiedliwych. Przy drugim starciu antagonista wysyła trójkę najpotężniejszych członków Ligi – Wonder Woman, Zieloną Latarnię i Supermana – w trzy różne miejsca w czasie. Podczas gdy Cyborg musi odpierać ataki Brainiaca w teraźniejszości, Batman i Flash wyruszają wehikułem czasu, aby uratować kompanów.

W tym filmie Batman powraca do bycia głównym bohaterem. Już na wstępie dowiadujemy się, że czuje się całkiem dobrze w Lidze, jednakże nie integruje się z nią zbyt dobrze (bo skupia się na pracy). Co więcej, ma trudności z przyznaniem, że są oni jego przyjaciółmi; a Zielona Latarnia wypomina mu nawet, że wciąż trzyma kryptonit na wypadek, gdyby Superman stał się zły. Toteż Kosmiczne Starcie jest o drodze Batmana do uznania Ligi za kogoś więcej niż współpracowników.

Superman raz, że wie, kim jest Brainiac (w większości wersji bowiem Kolekcjoner Światów był najpierw sztuczną inteligencją stworzoną przez Kryptonian do gromadzenia wiedzy), a dwa, że wpasowuje się w wątek Batmana. Najpierw stwierdza, że Batmana można traktować jak przyjaciela, tylko nie takiego do wspólnych wypadów; a potem zostaje poddany przez Brainiaca praniu mózgu i Batman musi go w jakiś sposób powstrzymać. Co ciekawe, nawet jako marionetka Brainiaca, Superman nadal jest bardzo uprzejmy i serdeczny, tylko że zaraz potem chce wszystkich wymordować. Wydaje się więc, że Batman będzie musiał wprowadzić w życie swój plan z kryptonitem, ale ostatecznie znajduje sposób na to, aby uwolnić przyjaciela bez posuwania się do drastycznych metod.

I na tym się kończy mini-saga przyjaźni Batmana i Supermana. Każde następne filmy Lego i DC będą koncentrować się na innych bohaterach. I tak oto mamy Lego Ligę Sprawiedliwości: Na ratunek Gotham… w którym można się dopatrzeć małego faworyzowania Batmana względem reszty Ligi.

Batman ma urodziny i z tej okazji Nightwing i Batgirl zabierają go na wycieczkę do jego starej mistrzyni sztuk walki. Przybywają w porę, bo oto inny uczeń mistrzyni – Deathstroke – postanowił dobrać się do skarbu pewnego podziemnego plemienia. Tymczasem Liga Sprawiedliwych zaoferowała się, aby popilnować Gotham podczas nieobecności Mrocznego Rycerza.

I tutaj Superman (tak jak zresztą cała Liga) jest przedstawiony jako odrobinę za bardzo pewny siebie. No bo wiecie – w Gotham prawie nie ma ludzi z mocami, na pewno da się ich łatwo unieszkodliwić! Problem w tym, że Batman ma już pewną określoną strategię działań i Robin, który próbuje Lidze tę strategię przekazać, ciągle jest zbywany na bok. Koniec końców, Liga zostaje pokonana i musi prosić o pomoc Robina.

Ostatni (jak dotąd) film z tej serii to Lego DC Superheroes: The Flash, które – jak sama nazwa wskazuje – poświęcony jest Flashowi.

Flash ma problem: prześladuje go żółty speedster, który otwarcie się z niego naigrywa (co więcej – reszta Ligi wydaje się go nie widzieć). Poirytowany Flash goni speedstera przez co najpierw trafia do pętli czasu, a kiedy już się z niej wydostaje, okazuje się, że jego prześladowca zepsuł mu opinię. Ponadto Flash stracił swoje moce i może je odzyskać tylko, jeśli wybierze się do Speed Force, gdzie przejdzie kilka prób. Tymczasem żółty speedster – Reverse-Flash – zaskarbia sobie zaufanie Ligi i całego świata, ale ma w zanadrzu pewien niecny plan.

Na początku Liga Sprawiedliwych jest poirytowana tym, że Flash nie traktuje swojej pracy zbyt poważnie, ciągle się spóźnia i ciągle gdzieś się spieszy. Już we wcześniejszych filmach zostało ustalone, że Flash szybko się nudzi i dlatego potrzebuje zajęcia, które zajęłoby go na dłużej. Tutaj jednak mamy sytuację, w której Flash działa chybcikiem i bez namysłu. Rady, które daje mu Liga na początku filmu, posłużą mu podczas przechodzenia przez próby Speed Force. Radą Supermana było to, że Flash powinien czasem zwolnić.

Na koniec zostawiłam Wam kinówkę – Lego Batman: Film, który powstał z powodu popularności Batmana w Lego Przygodzie. No cóż, ten film jest jedną wielką parodią Batmana, wszystkich jego inkarnacji i wyobrażeń na temat tej postaci wśród niektórych fanów. Z jednej strony mamy niesamowitego, mrocznego Batmana z fantastycznymi gadżetami, z drugiej strony gościa, który boi się zbliżyć do kogokolwiek i za bardzo dramatyzuje.

Co ciekawe w tym filmie Liga Sprawiedliwych nie pojawia się na długo… ale kiedy już się pojawia, jasne jest to, że dla nich Batman to mruk i odludek, i dlatego nie warto zapraszać go na obchody rocznicy powstania Ligi. Owe obchody zaś mają miejsce w Fortecy Samotności, czyli w bazie Supermana.

Z jednej strony Batman uważa Supermana za największego wroga (chociaż bardziej jak rywala), włamuje mu się do Fortecy, aby zdobyć portal do Strefy Widmo i rozbija kilka kryształów z Kryptona; z drugiej strony oglądający wywiad z Supermanem Joker pragnie takiej relacji z Batmanem, jaka była między Człowiekiem ze Stali i generałem Zodem.

Jaki jest więc ten Lego Superman? Jest postacią bardzo pozytywną i serdeczną, niezrażającą się zachowaniem Batmana. Jednocześnie popełnia też błędy (jak widzieliśmy w Lidze Bizarro) i uczy się na nich. Jednak w żadnym z powyższych filmów nie pokuszono się o to, aby zrobić z niego naiwnego harcerzyka przekonanego o własnej wyższości nad innymi. Jednym słowem – nawet jeśli Lego Superman jest bardziej humorystyczną wersją naszego Supermana, nie jest to karykatura, która ma z niego kpić. I to się Lego chwali.

Czerwiec z Supermanem – Superman i Batman

Mam książkę, która nosi tytuł Batman i filozofia. W tej książce znajdują się dwa szczególne artykuły: jeden z nich to Dlaczego Batman jest lepszy od Supermana? autorstwa Galena Foresmana, w którym autor w dość chamski sposób odnosi się do fanów Supermana, twierdząc, że ich jedynym argumentem za wyższością Człowieka ze Stali nad Mrocznym Rycerzem jest to, że ma on moce; drugim zaś artykułem jest Najlepsi na świecie… przyjaciele? Batman, Superman i natura przyjaźni Daniela P. Mallory’ego, gdzie tezą jest to, że stosunek Supermana do Batmana to przyjaźń w znaczeniu arystotelesowskim, a Batmana do Supermana – przyjaźń w koncepcji Nietzschego.
I szczerze mówiąc, te dwa artykuły świetnie obrazują to, jak ludzie patrzą na relacje między tymi dwoma bohaterami: albo stawiają ich przeciwko sobie, aby pokazać, który z ich ulubieńców jest lepszy; albo analizują ich specyficzną przyjaźń.

Znaczenie obu tych postaci jest ogromne, to są dwie wielkie ikony DC, które obrosły już we własny „mythos” i symbolikę. Jednocześnie są oni zupełnymi przeciwieństwami: Superman ma moce, Batman jest tak zwanym badass normal; Superman chce wzbudzać nadzieję, a Batman strach; prawdziwym obliczem Supermana jest Clark Kent, zaś Batman traktuje Bruce’a Wayne’a jak maskę; Superman to światło, Batman to mrok.
Te różnice wynikają z różnych rzeczy: miejsc, w których panowie operują (jasne Metropolis, mroczne Gotham), przeciwnicy, z którymi się mierzą (metaludzie i kosmici u Supermana, przestępcy o skrzywionych psychikach u Batmana), czy nawet dzieciństwo (szczęśliwa rodzina Kentów, tragiczna śmierć Wayne’ów).
Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie lubią Supermana za ideały, które reprezentuje, a Batmana za złożoność jego postaci.  Jednakże to wcale nie znaczy, że Superman nie jest złożoną postacią, a Batman nie kieruje się żadnymi ideałami. Nie oszukujmy się: zarówno Człowiek ze Stali, jak i Mroczny Rycerz mają potencjał, aby stać się Gary Stu. Jeżeli jednak są napisani dobrze (a nie przez kogoś, kto ma jakiś prymitywny obraz obu bohaterów), Superman nie będzie tylko bezmózgim harcerzykiem, a Batman nie będzie tylko brutalnym psychopatą.
Mieliśmy jednak mówić o ich relacji…
Przez lata egzystowali oddzielnie (choć w tym samym uniwersum), aż w 1952, w 76 numerze Supermana, Clark Kent i Bruce Wayne znaleźli się na pokładzie tego samego liniowca. Ponieważ dzielili razem kabinę, kwestią czasu stało się zanim odkryli swoje tajne tożsamości (właściwie to się stało, kiedy panowie musieli nagle ubrać się w kostiumy i tak jakoś wyszło…). Pierwsze spotkanie Supermana i Batmana przez lata było opowiadane od początku i różniło się od wersji do wersji. Czasem Batman i Robin prosili Supermana o pomoc; czasem Człowiek ze Stali i Mroczny Rycerz byli zmuszeni do współpracy i polubili się dopiero później; czasem obaj panowie byli wobec siebie nieufni i wrodzy na skutek nieporozumienia. Ba – zdarzały się nawet komiksy, w których Bruce Wayne i Clark Kent spotykali się jako dzieci!
W każdym razie zwykle z czasem stawali się sobie coraz bliżsi i w zasadzie ich relacje przeradzały się w przyjaźń, zwłaszcza kiedy Liga Sprawiedliwości już funkcjonowała. Wprawdzie Batman ma schowany gdzieś kryptonit na wypadek, gdyby musiał kiedyś walczyć ze złym Supermanem (zresztą ma plan na pokonanie każdego członka Ligi, gdyby stali się źli), a i panowie wielokrotnie na przestrzeni dłuuuuuuuuuuugiej historii komiksu kłócili się, walczyli ze sobą i mieli do siebie różne urazy, jednak zawsze się szanowali i rozumieli.
Jest też pewna rzecz, która przewija się przez komiksy, seriale i filmy animowane z postaciami DC – Batman podziwia Supermana. Podziwia go, bo Clark Kent jest niemalże bogiem wśród ludzi, ma niesamowite moce i mógłby z łatwością podporządkować sobie ludzkość albo zmieść ją z powierzchni Ziemi… ale zamiast tego jest skromnym, miłym gościem z Kansas, który postanowił wykorzystywać swoje moce w służbie ludzkości i stał się symbolem nadziei. Zdarza się, że Batman sam przyznaje, że Superman jest lepszym człowiekiem od niego.
I to jest coś, co wielu radykalnych fanów Batmana nie zauważa albo nie chce zauważyć: że Batman ceni wysoko człowieczeństwo Supermana, to, że Superman chce być człowiekiem i ma w sobie pewnego rodzaju posłannictwo.
Jest zresztą całkiem świetny film na podstawie komiksu – Superman/Batman: Wrogowie Publiczni i tam widać jak na dłoni, że panowie wspaniale ze sobą współpracują i świetnie się rozumieją. Widać tu lata wspólnej walki o sprawiedliwość. To jest piękne.
Dla mnie Superman i Batman są przede wszystkim sojusznikami i przyjaciółmi. Dlatego nigdy nie interesowało mnie pytanie o to, kto by wygrał w pojedynku między oboma bohaterami. I jest wielu ludzi, którzy czują tak jak ja.

Czerwiec z Supermanem – krótka notka o "Krypto Superpsie"

Zdarza się, że superbohaterowie mają zwierzątka domowe.

Ba! – swego czasu Streak Cudowny Pies był bardziej popularny od swojego pana, pierwszej Zielonej Latarni, Alana Scotta (co z kolei doprowadziło do tego, że Julius Schwarz stworzył potem Hala Jordana i współczesny koncept Zielonych Latarni).
I tak po prawdzie to pies jako pomocnik nie jest zresztą niczym nowym i ma jak najbardziej sens. Z jednej strony są takie praktyczne aspekty posiadania psa w ekipie – pies ma czuły węch i potrafi wytropić coś po zapachu; mały pies przeciśnie się w małe miejsca, a duży zaatakuje przeciwnika. Ponadto moja wykładowczyni od scenopisarstwa określiła kiedyś psa jako postać-lustro – niemą, ale pomagającą w wyjawieniu czegoś na temat protagonisty, który wchodzi z nią w interakcje.
A są przecież jeszcze koty, konie, ptaki… Czasem się nawet trafi małpka.
Nic więc dziwnego, że superbohaterowie również zapragnęli mieć własnych zwierzęcych pomocników. Jednakże tak wtedy, jak i obecnie są one postrzegane jako mało poważne (chyba, że w mrocznym reboocie robi się z nich niebezpieczne bestie) i właściwie skierowane głównie do dziecięcej widowni.
Co sprowadza nas do dzisiejszego tematu Krypto Superpsa, który doczekał się własnego serialu animowanego.

Krypto jako postać z komiksów zadebiutował w marcu 1955, w Adventure Comics numer 210. Jak można by się spodziewać po superbohaterskim uniwersum, działy się z nim różne dziwne rzeczy. Pojawiał się, ginął, zmieniał właścicieli, pracował w kosmosie, siedział w Fortecy Samotności, należał do Ligi Super-Zwierzaków… Mimo wszystko jednak zawsze jakoś tak był częścią rodziny Supermana. Już w swoim backstory przedstawiono go jako zwierzątko Elów i Jor-El nawet używa go jako królika doświadczalnego przy prototypie rakiety, w której zamierzał umieścić potem syna. Kiedy indziej zajmują się nim Kentowie i ma on nawet własną sekretną tożsamość. Obecnie zaś Krypto jest psem Clarka Kenta, jego żony Lois i syna, Jona.

Ale mieliśmy rozmawiać o kreskówce…

Otóż w 2005 roku Cartoon Network zaczęło puszczać właśnie serial animowany Krypto Superpies. Był on przeznaczony dla nieco młodszych dzieci i widać to między innymi po kresce… aczkolwiek główny projektant serialu, Iwao Takamoto, silnie wzorował się w tym względzie na starych kreskówkach Hanny Barbery.

Fabuła zarysowuje się tak: jako berbeć na Kyptonie Kal-El miał szczeniaczka. Tak jak w komiksowym pierwowzorze, Jor-El testuje na Krypto bezpieczeństwo kapsuły, w której ma potem ocaleć jego własne dziecko. Podczas lotu Krypto niechcący powoduje kilka usterek, przez co system kapsuły usypia go. Nasz szczeniaczek budzi się dopiero na Ziemi, jako już dorosły pies, a jedyna rzecz, która mu pozostała po jego małym właścicielu, to czerwony kocyk. Oczywiście, jako że jest stworzeniem z Kryptonu, po wystawieniu na światło żółtego słońca, otrzymuje supermoce podobne do tych, które ma Superman (plus jeszcze superwęch). Zostaje też przygarnięty przez małego chłopca, Kevina, i zaprzyjaźnia się z kotem z sąsiedztwa, Streaky’m. Tak czy inaczej, Krypto staje się również superbohaterem, Superpsem.

I tak jak Superman łączy siły z innymi superbohaterami i walczy z superłotrami, tak Krypto łączył siły i walczył ze zwierzakami tychże superbohaterów i superłotrów (już Streaky – choć oderwany od swojej komiksowej pani, Supergirl – jest jednym z takich sojuszników, chociaż swoje moce dostaje o wiele, wiele później). A przychodzi się naszemu bohaterowi mierzyć między innymi z: iguaną Lexa Luthora, pingwinami Pingwina, hienami Jokera i kotką Kobiety-Kota, Isis.

I tak jak Superman, tak i Superpies ma mrukliwego kumpla, który korzysta z gadżetów i ubiera się w strój nietoperza. Tak po prawdzie, to ja osobiście uważam, że najfajniejsze odcinki Krypto Superpsa to właśnie te, w których główny bohater współpracuje z Ace’m Bat-Psem, chociażby dlatego, że jest tutaj zachowana ta w miarę przyjazna dynamika, jaką cechują relacje Supermana i Batmana (minus batmanowa nieufność na początku, bo w swoim debiutanckim odcinku Ace prosi Krypto o pomoc). No i też siłą rzeczy Bat-Pies jest przedstawiony bardziej humorystycznie. Jest, na przykład, taki odcinek, w którym przerażony ukrywa się u Krypto, bo twierdzi, że jest śledzony. I faktycznie jest… przez rudzika, który chce być jego pomocnikiem.

Jest też kilka odcinków o kosmicznych psach, które chronią galaktykę, ale te odcinki są zwykle takie sobie.

W każdym razie mnie się sam koncept serialu podoba, a i wykonanie jest niczego sobie. Zdecydowanie jest to produkcja dla dzieci i warta sprawdzenia, jak takowe macie.