Meg ogląda MCU – Strażnicy Galaktyki, Vol. 2

I tak się jakoś złożyło, że tuż po jednym z moich najukochańszych filmów MCU wyszedł kolejny z nich. A konkretnie – kontynuacja szalonych przygód Strażników Galaktyki, która rozszerzyła nieco skład i pozwoliła spojrzeć na niektóre postaci w świeżym świetle.

Co ważne – Strażnicy Galaktyki, Vol. 2 dzieją się tuż po wydarzeniach z pierwszego filmu. Jak to bywa z sequelami, druga część była do pierwszej porównywana, i choć krytycy i publiczność są zgodni, że oba filmy to dobre, popkornowe kino, które daje radochę, opinie o tym, która część jest lepsza i dlaczego, bywają różnę.

Opis Fabuły:

W 1980 roku Meredith Quill miała romans z kosmitą o imieniu Ego. 34 lata później jej syn, Peter, wraz Gamorą, Draxem Niszczycielem, Rocketem i małym Grootem podejmują się misji zabicia potwora żywiącego się ogniwami energii dla niejakich Suwerennych. Niestety, kiedy przychodzi czas rozliczenia się i odebrania Nebuli (którą Strażnicy zamierzają dostarczyć Korpusowi Nova), wychodzi na jaw, że Rocket ukradł trochę ogniw Suwerennym. Strażnicy Galaktyki muszą więc uciekać, a Suwerenni wynajmują Łowców pod wodzą Yondu Udonty, aby ich schwytał (zwłaszcza że obiecał Quillowi, że się na nim zemści za przechytrzenie go). Uciekając przed Łowcami Strażnicy spotykają Ego, który mówi im, że jest ojcem Petera. Rocket i Groot zaś zostają pochwyceni przez Łowców, ale ponieważ Yondu nie chce jechać za Quillem, niejaki Razigęba dokonuje buntu.

Wnioski Ogólne:

Tak jak w pierwszej części scena z tańczącym Quillem nadawała cały ton filmowi, tak i scena z małym Grootem, który tańczy sobie do piosenki „Mr. Blue Sky” podczas gdy w tle pozostali Strażnicy walczą z wielkim potworem, również pokazuje, że mamy do czynienia z filmem, który nie traktuje się zbyt poważnie. Zwłaszcza że mały Groot jest innym Grootem, od tego, którego widzieliśmy w pierwszym filmie; jest o wiele bardziej agresywny i skłonny do bitki (co, być może, ma związek z tym, że wychowywany jest przez Draxa i Rocketa).

Omawiając poprzednich Strażników Galaktyki wspominałam, że Yondu Udonta był nieoficjalnym, szóstym Strażnikiem. W tym filmie zaś jego rola jest o wiele większa, po części z powodu wątku relacji ojcowsko-synowskich, a po części z powodu podróży, jaką Rocket, Groot, Kraglin i Yondu przemierzają tuż po buncie Łowców.

Zacznijmy od wątku ojca Star-Lorda. W poprzednim filmie było kilka hintów na jego temat – na łożu śmierci Meredith Quill mówi synowi, że niebawem przybędzie po niego jego tata, „otoczony światłem”; po walce z Ronanem Kraglin stwierdza, że dobrze zrobili, że „nie dostarczyli Quilla tatusiowi”, na co Yondu odpowiada: „Tak, był z niego dupek.”; a pod sam koniec filmu Nova Prime wyjawia, że Star-Lord był w stanie dotknąć Kamienia Nieskończoności i przeżyć, gdyż jest w połowie członkiem pradawnej kosmicznej rasy. I wiecie, w komiksach ojcem Quilla jest książę-tyran planety Spartax, J’son, który zwykle traktował syna raczej przedmiotowo. Marvel Studios nie miało praw do J’sona, więc musiało kombinować; udało im się jednak wynegocjować od Foxa prawa to wykorzystania Ego Żywej Planety – postaci, która również bywała dosyć wredna (choć czasami chciała, aby ją zostawić w spokoju). Ego z MCU ma pewne cechy J’sona, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje z Peterem; ale przede wszystkim jest narcyzem.

Jako dzieciak, który wychowywał się bez ojca i którego najbliższą figurą ojcowską był przywódca kosmicznych piratów, Star-Lord z jednej strony ma Ego za złe, że zostawił Meredith, aby umierała sama na raka; a z drugiej strony jakaś jego część chce go lepiej poznać. A że Ego uratował ich przed Suwerennymi i proponuje Strażnikom, że zabierze ich na swoją planetę i tam wszystko Peterowi wyjaśni, Gamora zachęca Quilla do tego, aby z nim poszedł. Gamora widzi, że przeszłość kapitana mu ciąży; że brak ojca jest jeszcze tą piekącą raną, która od dzieciństwa się nie zagoiła (doszło nawet do tego, że Quill nosił w kieszeni wycinek gazety z Davidem Husselhoffem i mówił wszystkim dzieciakom, że jego ojciec kręci Nieustraszonego).

I kiedy tak Peter spędza czas na planecie Ego, poznaje swojego ojca, słucha jego historii życia, ma okazję pogadać z nim o muzyce, a nawet zagrać z nim w piłkę, powoli, powoli psychiczne osłony Star-Lorda opadają; powoli zaczyna on wierzyć w to, że jego ojciec jest całkiem spoko gościem i Quill wreszcie będzie miał tatę. Sposób, w jaki Ego mówi o tym, jak odnalazł życie, jak zakochał się w Meredith i jak wyjątkowy jest Peter, sprawia, że Star-Lord chce przy nim zostać, nie widząc różnych czerwonych flag, które zauważa Gamora. Bo też są momenty, w których to, co mówi i to, co robi Ego sygnalizują jakieś niecne zamiary względem Petera.

Ale tym, co przekonuje Gamorę, że coś jest nie tak jest nagłe dziwne zachowanie Mantis – empatki wychowanej przez Ego. Mantis przez całe życie znała tylko Ego, wiedziała o jego planie i pomagała mu zasnąć, kiedy „myślał o swoim zagubionym potomstwie”. I podczas rozmowy z Draxem, który wspominał akurat swoją zmarłą córkę, Mantis z ciekawości dotyka go, aby poczuć to, co on. Wtedy ma możliwość zobaczyć, co tak naprawdę czuje opłakujący swoje dzieci ojciec; i jest to zupełnie różne od tego, co kobieta dotąd wyczuwała od Ego. Mantis zresztą potem wyjaśnia wszystko Draxowi, podczas gdy Gamora i Nebula (po małej przepychance) odkrywają kości innych dzieci Ego, zabitych przez niego, kiedy okazały się nie być dla niego użyteczne.

Wróćmy teraz do Yondu Udonty. Najpierw widzimy go w domu publicznym wraz z resztą Łowców. Tam odwiedza ich niejaki Stakar i dowiadujemy się dwóch rzeczy: po pierwsze załoga Yondu była kiedyś częścią większej organizacji Łowców, do której należy też Stakar; i po drugie – Yondu dawno temu złamał kodeks Łowców „handlując dziećmi”. Wiemy, że chodzi o coś z Quillem, ale jeszcze nie wiemy co. Później, w historii, którą opowiada Peterowi Ego, Yondu przedstawiony jest jako ten łajdak, który z niewiadomych powodów nie dostarczył syna ojcu. Dopiero potem okazuje się, że Udonta już wcześniej sprowadzał Ego jego dzieci za pieniądze, a potem odkrył, co tak naprawdę się z nimi działo, i postanowił sam wychować Petera. Sam Yondu postrzega tę sytuację z Ego i jego dziećmi, jako jeden z jego największych błędów, bo był „młody, chciwy i głupi”, nie zadawał pytań i w rezultacie złamał prawa Łowców, którzy uwolnili go z niewoli u Kree, dali mu cel i stali się jego rodziną.

I wiecie, Yondu nie jest, w żadnym razie, Ojcem Roku. Tak, nauczył Quilla ważnych umiejętności, które umożliwiłyby mu przetrwanie w pełnej niebezpieczeństw galaktyce, ale traktuje chłopaka raczej szorstko i ociera się to o emocjonalną przemoc. Przy poprzednim filmie wspominałam jednak, że tu i tam daje nam się do zrozumienia, że Yondu z jednej strony musi grać przed załogą twardego i niezłomnego kapitana, bo okazanie słabości może się źle skończyć; a z drugiej strony traktuje Quilla nieco bardziej ulgowo i jego załoga to widzi. Obie te kwestie powracają w drugich Strażnikach Galaktyki, ponieważ Suwerenni dają ogromną kasę za schwytanie Strażników, a mimo to Yondu nie chce wykonać zadania i woli zadowolić się jedną trzecią zysku ze sprzedaży skradzionych ogniw. Wtedy Kraglin wybucha i mówi to, co myśli większość załogi Udonty: że Quill może raz po raz zdradzać kapitana, ale i tak będzie mu to wybaczone, bo Yondu ma do niego słabość. I widzimy, co się dzieje, kiedy jego autorytet zostaje podkopany: spora część Łowców buntuje się, wyrzuca w przestrzeń kosmiczną tych, którzy są jeszcze kapitanowi wierni, a jemu samemu każą patrzeć i wrzucają go do celi. Dla nich Yondu jest słaby i przedkłada dobrobyt jednego – bądź co bądź byłego – członka załogi ponad dobro reszty.

I też tym, co motywuje Yondu do ucieczki (chociaż, być może, nie widać tego na pierwszy rzut oka) jest wiadomość o tym, że Quill trafił do Ego. Przedtem Udonta był zrezygnowany i nawet trochę użalał się nad sobą, wspominając swój największy błąd, ale po zabiciu buntowników i odzyskaniu statku Yondu ustawia kurs na planetę Ego.

Na początku Ego robi wrażenie sympatycznego gościa, który chce nawiązać więź z Peterem i być ojcem, jakim nie mógł być wcześniej. Yondu zaś od samego początku jawi się jako postać raczej nieprzyjemna. Ale szybko okazuje się, że ten sympatyczny Ego chce wykorzystać swoje dziecko do własnych celów, a nawet sam umieścił raka w Meredith Quill; z kolei ten nieprzyjemny Yondu Udonta ma jakieś ślady przyzwoitości i chce nawet naprawić swój stary błąd.

Teraz przejdźmy do podróży Yondu, Rocketa, Groota i Kraglina. W dużej mierzej jest to wątek Rocketa, który podróżując z Yondu dowiaduje się czegoś na temat siebie samego i uczy się być lepszym członkiem drużyny.

Wszystko zaczyna się od tego, że Rocket kradnie Suwerennym ogniwa, aby potem je sprzedać. Ten lekkomyślny czyn w zasadzie sprawia, że Strażnicy Galaktyki są przez Suwerennych ścigani za wielką obrazę, której się dopuścili; i że statek Strażników rozbija się. W pierwszym akcie, tuż przed rozdzieleniem się drużyny, Rocket jest złośliwy, kłótliwy i nie do końca widzi swój błąd. Potem on i Groot zostają pojmani przez Łowców, są świadkami buntu Razigęby i postanawiają uciec wraz z Yondu. To właśnie w celi Yondu, widząc zachowanie Rocketa, pyta go: „A tobie płacą za bycie dupkiem?”; i zaczyna opowiadać o tym, co Łowcy dla niego znaczą. Następnie, już w drodze do Ego, kiedy Rocket znów zachowuje się wrednie, Udonta nagle zaczyna się z niego śmiać, a potem wyjawia dlaczego:

Możesz oszukać siebie i wszystkich innych, ale nie możesz oszukać mnie. Wiem, kim jesteś.(…) Wiem o tobie wszystko. Wiem, że zgrywasz najpodlejszego i najtwardszego, ale w rzeczywistości najbardziej się boisz. (…) Wiem, że kradniesz niepotrzebne baterie i odpychasz każdego, kto chce z tobą wytrzymać, bo ta odrobina miłości przypomina ci, jak duża i pusta jest ta dziura w tobie.(….) Wiem, że tych naukowców, którzy cię stworzyli, nigdy nie obchodziłeś! (…) Tak jak ja moich cholernych rodziców, którzy sprzedali swoje małe dziecko w niewolę. Wiem kim jesteś, chłopcze. Jesteś mną!

Wydaje mi się, że ta scena jest istotna dlatego, że Yondu niedawno stracił wszystko – swój statek i swoją załogę – i miał okazję przemyśleć swoje błędy. I tak patrząc na Rocketa, który udaje twardego i kłóci się z ludźmi, którzy stali się jego rodziną, Yondu widzi siebie – widzi swoje własne niezdrowe mechanizmy wynikające z jego smutnej przeszłości. Ponieważ rodzice Udonty sprzedali go do niewoli, a naukowcy, którzy dali Rocketowi genetyczne i cybernetyczne modyfikacje, postrzegali go tylko jako eksperyment, obaj przyzwyczajeni są do tego, że muszą walczyć o swoje, więc nie wiedzą jak reagować na pozytywne emocje. I kiedy Yondu tak wykłada kawę na ławę, Rocket jest widocznie poruszony, głos mu się łamie i chce, aby Udonta przestał. Bo on też czuje, że to prawda.

Przez całą podróż Rocket zdąża poznać i polubić Yondu, również dlatego, że są do siebie podobni. W pewnym sensie Yondu chce przestrzec Rocketa przed swoimi własnymi błędami; przed docenieniem zbyt późno tego, co miał. Zwłaszcza że Yondu w ostatecznej rozgrywce staje do walki wraz ze Strażnikami Galaktyki i poświęca się, aby uratować Quilla przed Ego. Mówi przy tym, że nigdy w życiu nie zrobił nic dobrze i prosi Rocketa, aby „dał mu zrobić tę jedną rzecz”. Rocket nie chce się z nim żegnać, ale wie, że Udonta nie ma już nic do stracenia i chce się pod koniec życia odkupić. I ta śmierć faceta, którego szop znał tylko przez jeden dzień, sprawia, że Rocket powstrzymuje Gamorę przed wyjściem do Ego, bo „nie chce już dzisiaj tracić więcej przyjaciół”.

Ostatecznie te dwa wątki – wątek relacji ojciec-syn Quilla i wątek przyjaźni Rocketa z Yondu – znajdują swoją konkluzję w scenie pogrzebu Udonty. Star-Lord zdaje sobie sprawę z tego, że może i jego figura ojcowska nie była Husselhoffem, ale miała swoje zalety; i że była na pewno o wiele lepszym ojcem niż Ego. Z kolei Rocket wysłał do pozostałych Łowców wiadomość, w której wyjaśnił całą sytuację z Ego, przeto nagle podczas pogrzebu pojawił się Stakar i pozostali kapitanowie, aby oddać cześć poległemu koledze. Na ten widok Rocket jest pod wrażeniem, że „rodzina” Yondu o nim nie zapomniała, „mimo że ciągle na nich krzyczał i ukradł głupie ogniwa…” Quill zdaje sobie sprawę, o oco tak naprawdę mu chodzi, i odpowiada na to: „Ależ oczywiście, że o nim nie zapomnieli.”

(Przy okazji – pamiętacie, jak mówiłam, że Yondu Udonta jest wzorowany na jednym z oryginalnych Strażników Galaktyki, którzy działali w dalekiej przyszłości? Otóż reszta kapitanów Łowców też jest na nich wzorowana i nawet pod koniec filmu postanawiają wyruszyć wspólnie na jakąś akcję.)

Ale poza Yondu, Quillem i Rocketem, ten film ważny jest jeszcze dla kilku innych postaci.

Przede wszystkim w drugich Strażnikach Galaktyki mamy możliwość przyjrzeć się Nebuli, która jest traktowana przez głównych bohaterów – zwłaszcza przez Gamorę – jak przestępczyni; a potem, z każdą następną sceną dowiadujemy się o niej czegoś, co przedstawia ją w nieco innym świetle. Przede wszystkim dowiadujemy się tego, że chore współzawodnictwo, któremu hołdował Thanos, kosztowało Nebulę jakąś część ciała i powodowała wprowadzenie kolejnych modyfikacji, aby mogła „wygrać z Gamorą”. Nebula jest wściekła na Gamorę i chce się zemścić na niej i na Thanosie… ale kiedy ma okazję zadać siostrze ostateczny cios, zadowala się tylko powaleniem jej i tym, że ją pokonała. Gamora zdaje sobie sprawę z tego, jaki wpływ miała jej zaciekłość na Nebulę i w sumie siostry są na dobrej drodze do pogodzenia się.

Drax zaś zaprzyjaźnia się z Mantis, trochę też dlatego, że przypomina mu ona jego córkę. Z kolei Mantis, która ma problemy z konwencjami społecznymi, nawiązuje więź z Draxem, który też niespecjalnie kuma o co chodzi, ale nadrabia unikalną osobowością. Ci dwoje świetnie się razem bawią i w sumie dobroć Draxa i jego uczucia względem córki sprawiając, że Mantis ostatecznie przystaje do Strażników.

Wszystkie te wątki wrócą potem w wielkim crossoverze Avengers: Wojna Bez Granic, gdzie Strażnicy Galaktyki spotkają się z tytułową grupą. Tymczasem w następnym filmie zobaczymy jak radzi sobie w MCU Spiderman.

Leave a Reply