Krótka notka o "Elseworlds"

Prawdę mówiąc, myślałam, że w tym roku odpuszczę sobie Arrowverse. Pierwsze odcinki nowych sezonów Flasha, Supergirl i Legends of Tomorrow nie porwały mnie zupełnie, a poza tym interesowałam się inną franczyzą science-fiction, która dorobiła się kilku seriali. Prawda jest taka, że moje zainteresowanie samym telewizyjnym uniwersum DC miało się dość słabo już od jakiegoś czasu i nawet wielka zapowiedź tegorocznego crossovera tego zainteresowania nie zwiększyła.

Cóż jednak się stało, że postanowiłam jednak wrócić do Arrowverse? No cóż, przede wszystkim na maj 2019 planuję pewien event, a jeden z elementów tegorocznego crossovera wprowadza do Arrowverse coś, co łączy się w pewien sposób z tym, czego ten event będzie dotyczył.
Warto jednak sobie coś powiedzieć o koncepcie Elseworlds. Dla tych, co nie siedzą w komiksach – jest to seria linii fabularnych, które opierają się na gdybaniu – umieszczaniu postaci z DC w innej rzeczywistości i eksplorowaniu unikalnych pomysłów, takich jak, na przykład, Superman, który wylądował nie w Kansas, tylko w Związku Radzieckim, czy choćby Batman jako doktor Frankenstein. Do tego pierwszego pomysłu mieliśmy zresztą nawiązanie pod koniec trzeciego sezonu Supergirl, gdzie nagle okazało się, że Rosjanie mają swoją Supergirl (którą fani nazywają Czerwoną Córką, tak jak radziecki Superman był Czerwonym Synem).
Jednakże o ile komiksowe Elseworlds są oderwane od głównego kanonu DC i istnieją jako zamknięte całości, o tyle Arrowverse nie mogło zrobić tego samego w swoim crossoverze. Pamiętajmy, że dwa lata temu mieliśmy inwazję obcych, a rok temu – nazistów, tak więc ten crossover musiał być także epicki i zawierać grę o wysoką stawkę. Dlatego jest to bardziej przedsmak Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach.

Nie przedłużając, oto moje wrażenia z Elseworlds.


Odcinek FlashaElseworlds, Part 1 – zaczyna się od poległych w walce superbohaterów z Ziemi-90. Następnie przechodzimy do Johna Deegana, psychologa z Arkham Asylum, który zostaje wyśmiany za swoje teorie. Kiedy Deegan wraca z pracy, pokazuje mu się niejaki Monitor Novu, który daje mu do ręki księgę mogącą zmieniać rzeczywistość. Wkrótce Oliver Queen budzi się w Central City. Zarówno Iris, jak i Drużyna Flasha są święcie przekonani, że jest Barry’m Allenem, a i sam Oliver posiada superszybkość Flasha. Niebawem okazuje się, że Barry również uważany jest za Olivera Queena. Po jakimś czasie Oliver i Barry dochodzą do wniosku, że potrzebują pomocy Supergirl, toteż przenoszą się na jej Ziemię, gdzie poznają również Clarka Kenta i Lois Lane. Tymczasem Drużyna Flasha ma problem – na wolności grasuje robot Amazo potrafiący kopiować supermoce.

Ruby Rose debiutuje jako Batwoman.

Następnie mamy Arrow i odcinek Elseworlds, Part 2 – korzystając z tropu, który dał Zielonej Strzale, Flashowi i Supergirl Cisco, nasi bohaterowie jadą do Gotham. Z powodu rozpoznawalności Olivera Queena i małego nieporozumienia, trafiają do aresztu, ale wkrótce niejaka Cassandra Kane wpisuje za nich kaucję i sprowadza ich do Wayne Tower. Cassandra pomaga Oliverowi, Barry’emu i Karze, ale zaznacza, że chce, aby jak najszybciej sobie poszli. Do Gotham przyjeżdżają też Drużyny Flasha i Arrow, które usłyszały od alternatywnego Flasha (granego przez Johna Wesley Shippa), że jeśli znajdą księgę, wszystko naprawią. Green Arrow, Flash i Supergirl odnajdują Deegana, dowiadują się o księdze i postanawiają włamać się do Arkham Asylum, gdzie jest Deegan.

W końcu w Supergirl, w odcinku Elseworlds, Part 3, Deegan zmienił rzeczywistość w taki sposób, że Barry i Oliver to zbiegowie, Kara jest uwięziona w STAR Labs, a sam Deegan przyjął postać Supermana w czarnym stroju. Po krótkiej rozmowie z Novu, Zielona Strzała i Flash postanawiają poprosić o pomoc Cisco, aby zaangażować do pomocy prawdziwego Supermana. Kara z kolei próbuje się jakoś wydostać z więzienia, a sprawa jest dość trudna, zważywszy na to, że jej siostra Alex uważa ją za przestępczynię.

Mój ulubiony Easter Egg z tego crossovera –
Marc Guggenheim jako pacjent w Arkham.

Zacznę może od tego, że ten crossover bardzo zgrabnie wprowadza Gotham i Batmana do Arrowverse. Batman na Ziemi-1 jakiś czas temu zniknął kompletnie, a Oliver Queen uważa, że policja Gotham go wymyśliła, żeby straszyć przestępców (no bo w końcu to Arrow był pierwszym vigilante). Z drugiej strony Supergirl wspomina o tym, że na jej Ziemi jej kuzyn i Batman są przyjaciółmi. Biorąc pod uwagę to, że przez pierwszy sezon Supergirl Clark Kent był wspominany, czasem pojawiał się jako sylwetka, ale nigdy nie było widać za bardzo jego twarzy, możliwe, że przez jakiś czas nie uświadczymy Batmana w Arrowverse, jednak jakieś około-Batmanowe elementy się pojawią (wszak planowany jest serial o Batwoman). I też jakiś przedsmak Gotham, Arkham Asylum i przeciwników Batmana mieliśmy okazję zobaczyć w drugim odcinku crossovera.

Sama Batwoman, czyli Cassandra Kane, wyszła całkiem interesująco i nawet podoba mi się to, że jest kuzynką Bruce’a Wayne’a, bo mamy taką interesującą paralelę między nią a Karą (szkoda tylko, że nie uświadczymy jej odpowiednika z Ziemi Supergirl, bo fajnie by było pooglądać panie w akcji).

Ten crossover wprowadza również do Arrowverse Lois Lane, która dotąd również była głównie wspominana, a tutaj od razu widzimy ją z Clarkiem Kentem w Smallville. Co więcej, może i nie ma zbyt dużo czasu antenowego, ale w tych kilku scenach, w których się pojawia, jest bardzo wyrazista i gotowa do akcji.

Teraz przejdźmy do motywu zamiany miejsc. Mamy tu trochę podobną sytuację jak w odcinku Młodych Tytanów, w którym Gwiazdka i Raven zamieniają się miejscami – jedna postać jest radosna, druga mrukliwa, a żeby dobrze korzystać ze swoich umiejętności, muszą osiągnąć pewien stan umysłu. Oliver jako Flash musi uwolnić się od swoich zmartwień i skupić na szybkości, a Barry jako Green Arrow musi przelać wszystkie bolesne wspomnienia podczas walki i strzelania z łuku. Przez jakiś czas obaj bohaterowie mają problemy z porozumieniem się, bo Barry traktuje ich położenie o wiele lżej niż powinien, co cierpiącego na różne traumy Olivera trochę wkurza, ale ostatecznie chłopaki się godzą. Jest zresztą taka fantastyczna scena, w której obaj wdychają gaz Scarecrowa i zamiast widzieć swoich własnych arcywrogów, każdy z nich widzi arcywroga tego drugiego. I tak oto do Barry’ego przemawia Malcolm Merlyn, a do Olivera – Eobard Thawne (Reverse-Flash). To jest interesujące, bo teraz Barry i Oliver dostają jakiś wgląd w psychikę tego drugiego, co sprawia, że potem się lepiej rozumieją (chociaż po poprzednich crossoverach Oliver już dawno powinien wiedzieć, że Barry przeżył rodzinną tragedię, a mimo to jest przemiły i zdeterminowany robić to, co słuszne; serio, czasem mam wrażenie, że scenarzyści mają sklerozę).

Trochę żal, że Elseworlds nie jest tutaj tym, czym było w komiksach. Czerwona Córka nie zostaje wykorzystana w ogóle (coś długo nic z nią nie robią) i widzimy tylko dwie alternatywne rzeczywistości, a jedyne co wiemy o Ziemi, z której pochodzi Flash Johna Wesley Shippa, to to, że nie przeszli próby Novu. Ale w sumie da się to zrozumieć – w takim formacie, w jakim teraz funkcjonuje Arrowverse, Elseworlds nie dało by się zrobić tak jak w komiksach. Można co najwyżej zrobić oddzielny serial (na przykład animowaną miniserię, jak to było w przypadku Vixen), a nie crossover. W ogóle Elseworlds służy jako preludium do przyszłorocznego crossovera, którym będzie Kryzys na Nieskończonych Ziemiach.

Jako crossover Elseworlds było całkiem dobre i na pewno wprowadziło kilka interesujących rzeczy do uniwersum, ale jednak moim zdaniem nie udało mu się przebić zeszłorocznego Crisis on Earth-X.

Krótka notka o "Crisis on Earth-X"

Uwaga! Tekst zawiera spoilery!

Ostatnio nie pisałam nic na temat superbohaterów, a zwłaszcza seriali Arrowverse. Ba – nie  przygotowałam Wam nawet notki o moich wrażeniach z premier Supergirl, Flasha i Legends of Tomorrow. Poza standardową odpowiedzią, że życie się zdarzyło, mogę powiedzieć tylko tyle, że mój mózg ostatnimi czasy przesiadywał albo w Kaczogrodzie albo w Hawkins, w stanie Indiana (a także w innych miejscach, na przykład w Storybrook), toteż narobiłam sobie zaległości z Arrowverse.

Niemniej jednak postanowiłam, że napiszę o tegorocznym crossoverze, bo tak trochę wypada. Zaległości nadrobione, więc czas przejść do rzeczy.
W przeciwieństwie do tego, co było w poprzednim roku, tegoroczny odcinek Supergirl (Crisis on Earth-X, Part 1) był pełnoprawną częścią crossovera. Tytułowa Ziemia-X to alternatywna rzeczywistość, w której naziści wygrali wojnę. Scena, która otwiera odcinek, przedstawia nam sytuację, w której tajemniczy łucznik atakuje bazę należącą do ruchu oporu i stacza potyczkę z tamtejszym Guardianem (alter ego Jimmy’ego Olsena). Następnie przechodzimy do naszych bohaterów. Tak się składa, że zbliża się ślub Barry’ego Allena i Iris West i zostali na niego zaproszeni między innymi Oliver Queen, Felicity Smoak, Kara Denvers i Legendy Jutra. Kara z powodu zawirowań emocjonalnych, na początku nie chce iść, ale zostaje przekonana przez siostrę, że powinna się na tę uroczystość wybrać (a ponieważ Alex również przeżywa trudny okres, obie postanawiają, że będzie osobą towarzyszącą Kary). Tymczasem Cisco i Wells tworzą miksturę, która uczyni z Jaxa samowystarczalnego Firestorma. Na kolacji próbnej Oliver prosi Felicity o rękę i dowiaduje się, że ukochana nie szaleje za bardzo za konceptem małżeństwa; a Sara Lance i Alex decydują się na jednorazowy numerek. Nadchodzi wielki dzień, nasi bohaterowie gromadzą się, aby obejrzeć ślub Barry’ego i Iris, kiedy nagle na uroczystość wbijają naziści i robią rozróbę.

Następnie przechodzimy do odcinka Arrow (Crisis on Earth-X, Part 2), a tam: pojmany przez grupę nazista okazuje się być Tommy’m Merlynem, który najpierw gra Oliverowi na emocjach, a potem popełnia samobójstwo, aby nie zdradzić towarzyszy; Harrison Wells informuje naszych bohaterów, że poza standardowymi pięćdziesięcioma dwoma Ziemiami istnieje jeszcze jedna, nazywana Ziemią-X; okazuje się, że latająca, supersilna nazistka to sobowtór Kary, a tajemniczy łucznik to Oliver Queen, i towarzyszy im Eobard Thawne (tym razem ten sam, co zawsze).

Przechodzimy do Flasha (Crisis on Earth-X, Part 3) – Sara, Barry, Jax, profesor Stein, Alex i Oliver budzą się w obozie koncentracyjnym na Ziemi-X. Kiedy już mają być rozstrzelani, pojawia się znienacka Leonard Snart, który zamraża strażnikom karabiny, ratuje swojego ukochanego, niejakiego Raya (ale nie Atoma) i prowadzi naszych bohaterów do ruchu oporu, któremu przewodzi Winn Shot-X. Tam Sara, Barry i cała reszta dowiadują się, że naziści są w posiadaniu maszyny umożliwiającej powrót naszych bohaterów do domu. Jednak Winn-X zamierza ją zniszczyć, aby zyskać przewagę nad wrogami. Tymczasem w STAR Labs, Cisco, Wells, Caitlin i pomocnicy Strzały są uwięzieni, zaś Reverse Flash poddaje Karę promieniowaniu czerwonego słońca, aby potem zrobić z niej przymusowego dawcę serca. Jedyna nadzieja leży w Iris i Felicity.

W końcu w Legends of Tomorrow (Crisis on Earth-X, Part 4), Legendom udaje się uratować wszystkich w STAR Labs, reszta bohaterów również przedostaje się z Ziemi-X na Ziemię-1. Mimo że z kolejnej potyczki wychodzą zwycięsko, profesor Stein jest ciężko ranny i właściwie trzyma się przy życiu dzięki połączeniu z Jaxem. Tymczasem naziści szykują się do podboju Ziemi-1 przy pomocy ich wersji Waveridera (który jest bronią, a nie wehikułem czasu).

Powiem tyle: Crisis on Earth-X jest niesamowity. Z całą pewnością jest najmocniejszym crossoverem, jaki do tej pory mieliśmy. Arrowverse wspaniale korzysta z konceptu Ziemi, na której rządzą naziści, poprzez kontrastowanie postaci, które na Ziemi-1 i Ziemi Supergirl są (relatywnie) dobre i chcą bronić słabszych, z ich sobowtórami, które wierzą w siłę i własną rasową wyższość. W tej rzeczywistości Oliver Queen jest Fuhrerem, Kara jego generałem, a Quentin Lance naczelnikiem w obozie koncentracyjnym. A każde z nich rzuca co rusz zdania na temat pozbywania się słabszych jednostek, rządzenia masami i niższości ideałów, jakimi kierują się nasi bohaterowie.

Poza tym trzeci odcinek crossovera, dziejący się na Ziemi-X ma różne takie małe elementy, które pozwalają nam poczuć grozę tej rzeczywistości. Już fakt, że zaczyna się od tego, że uwięzieni bohaterowie znajdują się w obozie koncentracyjnym. Ponadto ubrani w kolorowe ubrania i jeszcze nieostrzyżeni Barry, Oliver, Sara, Alex i obie części Firestorma stanowią tak bijący w oczy kontrast wobec reszty więźniów. No, a potem Winn-X rzuca zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięć: „Ta planeta jest w stanie wojny od pokoleń (…) Są tutaj ludzie, którzy giną dla tych samych spraw, co ich dziadkowie.”

Do pewnego stopnia Crisis on Earth-X przypomina zeszłoroczny crossover, gdzie Supergirl, Flash, Green Arrow i Legendy musieli połączyć siły, aby odeprzeć zagrożenie z innego świata. Z tym, że Dominatorzy z Invasion nie wzbudzają aż takiej grozy jak naziści, właśnie przez to, co ci drudzy zrobili ze swoją własną Ziemią.

A gdyby tego było mało, w pierwszym odcinku crossovera mamy ślub, a w ostatnim – pogrzeb. Tak, w przeciwieństwie do pozostałych crossoverów Arrowverse, w tym któryś z bohaterów ginie. Jest to poniekąd zgodne z tradycją komiksowych eventów na wielką skalę, gdzie jedna z ważniejszych postaci umiera, aby zszokować czytelników. I jak teraz sobie o tym myślę, to jest to standardowy przykład Retirony… choć nie tak do końca.

Widzicie, w tym odcinku był niejako ciągnący się motyw relacji między poszczególnymi parami postaci i tego, czy chcą być razem, czy osobno. Alex decyduje się na szybki numerek z Sarą, bo zerwała z narzeczoną, która nie chciała mieć dzieci. Kara przeżywa to, że jej ukochany Mon-El powrócił, ale z żoną. Oliver chciałby się ożenić z Felicity, ale ponieważ po ostatnich zaręczynach została zaatakowana i sparaliżowana, informatyczka nie jest chętna małżeństwu. W końcu Stein i Jax niby to chcą rozdzielić Firestorma, aby Stein mógł powrócić do żony, córki i wnuka, a Jax – nadal podróżować na Waveriderze… ale z drugiej strony mają pewne opory przed zażyciem fiolki Cisco. Tak się bowiem składa, że lata bycia połączonym w jedno sprawiły, że bardzo się zżyli, do tego stopnia, że Jax uważa Steina za ojca, a Stein Jaxa za syna.

No więc Stein ma rodzinę, do której pragnie wrócić, ale jednocześnie nie chce zostawiać Jaxa. Teraz już pewnie domyślacie się, która postać zginęła w tym crossoverze. I też właściwie śmierć Steina jest heroiczna i trudno powiedzieć, aby podchodziła pod uśmiercenie postaci dla samego shock value (na co często narzeka w eventach Linkara).

Mimo jednak generalnego ponurego tonu, znalazły się też elementy optymistyczne i humorystyczne. Reakcja Rory’ego na Killer Frost była świetna (i wiadomo, że z jednej strony przypomina mu ona jego dawnego partnera, a z drugiej – chyba uważa jej mordercze tendencje za atrakcyjne). Albo tekst Olivera do Kary i Barry’ego: „Uwaga na przyszłość: superszybkość – ja jej nie mam.” A już na pewno kompletnym zaskoczeniem jest „Leo” Snart, który charakterem zupełnie nie przypomina swojego odpowiednika z Ziemi-1.

Coś, co mnie się osobiście nie podobało, to to, że w pierwszym odcinku scenarzyści silili się na suspens co do tożsamości łucznika-Fuhrera i jego pani generał. Ojej, latająca blondynka w masce, która jest supersilna i strzela laserem z oczu; i mrukliwy facet strzelający z łuku, który brzmi zupełnie tak jak Kaptur z pierwszego sezonu Arrow. Ciekawe kim mogą być, bo na pewno nie Supergirl i Green Arrow. Scenarzyści mogli to sobie darować.

Tak czy inaczej, to jak dotąd najmroczniejszy crossover z dotychczasowych i pokuszę się o stwierdzenie, że jeden z lepszych (jeśli nie najlepszy). Nie wiem jak CW zamierza to przebić za rok albo jak Flash i Supergirl się znów spotkają, bo wysoko podniósł poprzeczkę.

Krótka notka o musicalowym crossoverze "Flasha" i "Supergirl"

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do trzeciego sezonu Flasha i drugiego sezonu Supergirl.

Pomysł na musicalowy odcinek Flasha wydawał się nastąpić prędzej czy później, biorąc pod uwagę to, że odtwórca roli tytułowej, Grant Gustin, grał w Glee. Jeszcze w pierwszym sezonie zamieszczono scenę, w której Barry wykonuje całkiem nieźle jakiś kawałek karaoke. Co więcej, wielu innych aktorów w Arrowverse umie śpiewać (jak grający Malcolma Merlyna John Borrowman) i miało nawet okazję wystąpić (Joe West z Ziemi-2 jest piosenkarzem w nocnym klubie, a profesorowi Steinowi zdarzyło się dwa razy zaśpiewać podczas misji, aby odwrócić uwagę ludzi z przeszłości od działań Legend Jutra), tak więc było tylko kwestią czasu, zanim jakiś muzycznie uzdolniony meta-człowiek nie zagości w Central City i nie zmusi naszych bohaterów do śpiewu i tańca.
I otóż jak tylko Supergirl przeniosła się do CW, Greg Berlanti i spółka ogłosili, że poza wielkim, czteroodcinkowym crossoverem szykują jeszcze jeden, o wiele mniejszy, między Flashem i Supergirl (gdyż pierwszy crossover z tymi dwoma bohaterami został bardzo dobrze przyjęty); i że będzie to właśnie odcinek musicalowy. Zapewniano nas, że Dziewczyna ze Stali i Najszybszy Człowiek Na Świecie będą musieli się zmierzyć z Music Meisterem, który już kiedyś zmusił Batmana i Black Canary do śpiewu w Batman: The Brave and the Bold.
Zapowiadał się bardzo interesujący odcinek, a wyszło… No cóż…
Tak jak w przypadku crossovera czteroodcinkowego, część dziejąca się w Supergirl ma miejsce dopiero pod sam koniec odcinka. Star Crossed przeważnie opowiada o dramacie wynikającym z tego, że król i królowa Daxxonu przybywają na Ziemię, aby skłonić swojego syna, Mon-Ela, do powrotu, zaś Kara jest wściekła na ukochanego za to, że ukrywał przed nią swoją tożsamość (gdyż rodzina królewska Daxxonu znana jest ze swojego wystawnego życia kosztem reszty obywateli); a w tle mieliśmy jeszcze dziewczynę Wynna, Lyrę, która wrobiła go w kradzież Gwieździstej nocy van Gogha, aby wykupić brata od pewnego gangstera. Dopiero jak te dwie sprawy zostają załatwione, w DEO pojawia się tajemniczy mężczyzna, który hipnotyzuje Karę i wprowadza ją w śpiączkę, a potem otwiera przejście międzywymiarowe i mówi, że teraz idzie złapać Najszybszego Człowieka Na Świecie.
Iris, Joe i profesor Stein, jako szczęśliwa, gangsterska rodzina.
Odcinek Flasha zaczyna się od flashbacku, w którym mały Barry ogląda wraz z matką Deszczową piosenkę i Nora Allen mówi swojemu synkowi, że musicale potrafią uczynić świat lepszym; po czym przechodzimy do dorosłego Barry’ego oglądającego ten sam film kilka dni po tym jak jego ukochana Iris zerwała z nim zaręczyny (bo Barry zaręczył się tylko po to, aby zmienić przyszłość, w której ona ginie… to skomplikowane). Wtem w STAR Labs otwiera się przejście międzywymiarowe i przechodzą przez nie Martian Manhunter i Mon-El wraz z nieprzytomną Karą, którzy z jednej strony szukają pomocy Drużyny Flasha, a z drugiej chcą ją ostrzec przed Music Meisterem. Złoczyńca szybko daje o sobie znać i podczas jego konfrontacji z Barry’m i Wally’m wprowadza w śpiączkę również Flasha. Barry budzi się w dziwnym miejscu, przypominającym nocny klub z lat trzydziestych i zastaje Karę śpiewającą Moon River. Dowiadują się od Music Meistera, że oboje znaleźli się w musicalu i jeśli chcą się  wydostać, muszą postępować zgodnie ze scenariuszem; i że jeśli zginą w tym świecie, zginą naprawdę, więc powinni uważać. Przy okazji wychodzi na to, że Joe West i Malcolm Merlyn są rywalizującymi gangsterami, a Iris i Mon-El są w tym scenariuszu dziećmi tychże gangsterów, które się w sobie zakochały.
Od strony czysto wizualnej i muzycznej ten odcinek jest przecudny. Co prawda, większość piosenek nie została napisana specjalnie do serialu (a zamieszczona na końcu scena z Barry’m śpiewającym dla Iris Runnin' Home To You to bezwstydny playback), ale aktorzy pokazują, że potrafią całkiem nieźle śpiewać i tańczyć. A już jedyna oryginalna piosenka – Super Friend – jest miła, przyjemna i wpadająca w ucho.
Music Meister grany jest przez innego aktora z Glee
Darrena Crissa.
Odcinek zaczyna kuleć przy fabule. Zacznijmy od tego, że zapowiedziano nam Music Meistera, kiedy Barry i Cisco „zvibe’owali” się do momentu, w którym Iris miała zostać zabita i postanowili spisać nagłówki z programu informacyjnego, który wtedy leciał, aby móc później wpłynąć na przyszłość; i jeden z nagłówków głosił, że Music Meister grasuje po Central City. Tak więc spodziewałam się, że nasz złoczyńca zmieni rzeczywistość w jeden wielki musical na jawie. Fakt, że miał on miejsce w głowach naszych protagonistów lekko trąci myszką, zwłaszcza, kiedy weźmiemy pod uwagę to, że masową śpiączkę mieliśmy również w poprzednim crossoverze.
Dalej – Music Meister twierdzi, że Kara i Barry znaleźli się w musicalu tylko i wyłącznie dlatego, że mają związane z tym gatunkiem filmowym ciepłe wspomnienia (bo tak się składa, że Kara często oglądała z Denversami Czarnoksiężnika z Krainy Oz) i że równie dobrze mogliby trafić do filmu wojennego, gdyby takowe kino lubili.
Wyjaśnię to inaczej: Music Meister – postać, której koncept opiera się na tym, że za pomocą hipnozy tworzy ze świata musical – twierdzi, że gdyby nie miłość Kary i Barry’ego do Czarnoksiężnika… i Deszczowej piosenki, mogliby trafić do scenariusza, w którym nie ma w ogóle śpiewania.
To po jakiego grzyba ten facet ma taki pseudonim, skoro jego moce nie mają nic wspólnego z muzyką?!
No i w końcu okazuje się, że Music Meister wcale nie jest zły, wcale a wcale. On tylko chciał dać naszym bohaterom lekcję na temat miłości (ponieważ – jak już wspomniałam – zarówno Flash, jak i Supergirl borykają się ostatnio z problemami sercowymi). I też kiedy Kara i Barry rozmawiają z gangsterami na temat ich dzieci, oboje zdają sobie sprawę z pewnych rzeczy (że Barry powinien się zaręczyć z Iris nie dlatego, że to może zmienić przyszłość, ale dlatego, że chce z nią być; i że Mon-El nie chciał powiedzieć Karze o tym, kim jest, bo się bał jej reakcji). No i oczywiście, następuje nieszczególnie oryginalny koniec, w którym to właśnie Iris i Mon-El ratują Flasha i Supergirl przed śmiercią w musicalu.
Jednym słowem ten crossover jest rozczarowujący. Nie to mi obiecano i z całą pewnością można by było to zrobić lepiej. Zdecydowanie jest to najsłabszy crossover, na jaki pokusiło się Arrowverse.

Krótka notka o czteroodcinkowym crossoverze Arrowverse

Tak mniej więcej od kiedy Supergirl zaczęła zdobywać coraz większą popularność, ludzie chcieli, aby stała się częścią Arrowverse. Kiedy wyemitowany został odcinek, w którym doszło do spotkania Kary i Barry’ego Allena, wielu fanów wymarzyło sobie wielki crossover rozłożony pomiędzy cztery seriale – Supergirl, The Flash, Arrow i Legends of Tomorrow.

I oto dowiedzieliśmy się w lecie, że nie tylko Dziewczyna ze Stali przeniesie się do CW, ale też, że w następnym sezonie będziemy mieć właśnie ten wymarzony crossover czterech telewizyjnych serii DC. Tak jak poprzednio, miał on miejsce w ósmych odcinkach poszczególnych seriali (no dobrze, poza Legends of Tomorrow).

A jak wyszedł? Przekonajmy się.


Trochę zasmuca fakt, że do spotkania Kary, Barry’ego i Cisco dochodzi dopiero pod koniec ósmego odcinka drugiego sezonu Supergirl. Wcześniej mamy wirusa Medusę, który został skradziony przez Cadmusa (organizację chcącą wybić wszystkich kosmitów na Ziemi) i który został tak zaprogramowany, aby zabijać określone formy organiczne. Jedną z osób, która została zainfekowana owym wirusem, jest Daksonianin, Mon-El, będący przyjacielem Kary. Jego DNA pozwala mu przeżyć, ale jeśli Mon-El nie dostanie odtrutki, niebawem umrze. Tak więc przez dłuższy czas mamy tę sytuację do ogarnięcia i tylko otwierające się przypadkowo portale międzywymiarowe sygnalizują, że Flash i Vibe chcą się dostać do uniwersum Supergirl. Kiedy już do tego dochodzi, okazuje się, że Barry potrzebuje pomocy Kary.

Odcinek Flasha zaczyna się od tego, że tytułowy bohater i Zielona Strzała muszą stawić czoła nagle atakującym ich kolegom z drużyny, Legendom i Supergirl. Następnie przenosimy się o dziesięć godzin wcześniej, kiedy to wydaje się, że w Central City rozbił się meteoryt. Barry biegnie, aby go zbadać i na miejscu dowiaduje się, że nie jest to meteoryt, a statek kosmiczny, z którego wychodzą dziwne stwory. Lyla Diggle (będąca szefem Argusa) informuje Drużynę Flasha, że owe stwory kiedyś już pojawiły się na Ziemi, dokonały rzezi na żołnierzach i otrzymały miano Dominatorów. Barry postanawia zebrać drużynę do walki z Dominatorami – Olivera i jego ludzi, Legendy Jutra i Supergirl. Jednakże spotkanie to nie obywa się bez napięć, bo nie dość, że Cisco ma za złe Barry’emu śmierć swojego brata na skutek mieszania w kontinuum czasowym przez Flasha; ale też wychodzi na jaw, że wiadomość od nieco starszego Barry’ego pozostawiona na Waveriderze (i którą odsłuchali dotąd tylko doktor Stein i Jax) zawiera informację o tym, że Barry nie tylko zmienił linię czasową, ale też ostrzeżenie, że nie wolno mu ufać. Jak łatwo się domyślić, większość członków drużyny uważa, że postąpił lekkomyślnie i że rzeczywiście nie jest godzien zaufania.

Odcinek Arrow jest setnym odcinkiem serialu i – według Marca Guggenheima – stanowi hołd dla pierwszego sezonu. Porwani przez Dominatorów Oliver, Diggle, Sara, Thea i Ray są utrzymywani w stanie śpiączki i śnią razem piękny sen. Ów sen jest wspaniały zwłaszcza dla Zielonej Strzały, który nie tylko może cieszyć się obojgiem żywych rodziców; nie tylko ma przejąć wkrótce Queen Consolidated; nie tylko wszystkie złe rzeczy, które przydarzyły się Oliverowi i jego bliskim, nie miały miejsca; ale też Laurel żyje i trwają przygotowania do ślubu jej i Olivera. Mimo wszystko od czasu do czasu Strzała, Thea i Sara mają przebłyski ze swojego starego życia. Wkrótce zdają sobie sprawę z tego, że świat wokół nich to iluzja i że muszą się jakoś wydostać.

W końcu odcinek Legends of Tomorrow zaczyna się od tego, że połączona ponownie drużyna postanawia dowiedzieć się, czego Dominatorzy tak naprawdę chcą. W tym celu Felicity i Cisco wyruszają wraz z Heatwave’m, Steelem i Vixen do roku 1952, aby pojmać jednego z kosmitów i dowiedzieć się od niego, dlaczego jego pobratymcy w ogóle atakują Ziemię. Tymczasem doktor Stein próbuje wraz z Caitlin Snow wynaleźć dobrą broń przeciwko najeźdźcom (jednocześnie przyzwyczajając się do tego, że przez zawirowania czasowe, ma teraz córkę), a Zielona Strzała, Flash, Supergirl, White Canary i Atom idą spotkać się z prezydentem, ale zastają pewnego agenta rządowego. Okazuje się, że cała inwazja ma miejsce, ponieważ na Ziemi pojawiło się zatrzęsienie metaludzi. Jednak to, co przekonuje Dominatorów o tym, że Ziemianie stanowią zagrożenie, jest fakt, że Barry namieszał w linii czasowej. Kosmici stawiają ultimatum – ludzie przekażą im Flasha, a Dominatorzy zostawią Ziemię w spokoju. Są jednak przesłanki za tym, że do zagłady ludzkości dojdzie tak czy siak, więc nasza drużyna bohaterów próbuje wymyślić plan alternatywny.

W porównaniu z zeszłorocznym crossoverem, Invasion wydaje się być o wiele lepiej zrobiona. Po pierwsze, właściwie sensownym jest, aby kuzynka Supermana, najszybszy człowiek na świecie, strażnik Starling City i grupa podróżników w czasie stawili czoła tak wielkiemu zagrożeniu jak najeźdźcy z innej planety. To odpowiednio monumentalna okazja do tego, aby do tego spotkania w ogóle doszło. Podoba mi się też to, jak pewne rzeczy zostały rozwiązane, chociażby konflikt między Barry’m a Cisco. Generalnie to, że Barry cofnął się w czasie, jest tutaj wywlekane na wierzch w odcinku Flasha i fabuła powraca do tego wątku w Legends of Tomorrow. Poza tym – mimo że pewne wątki przewijają się przez cały crossover (no dobra, u Supergirl akurat nie) – odcinki Flasha i Arrow są skoncentrowane głównie na tytułowych bohaterach i ich własnych problemach.

I być może gdybym nadrobiła piąty sezon przygód Olivera, miałabym o wiele lepszy wgląd w jego przeżycia wewnętrzne, mimo wszystko jednak, mam za sobą cztery sezony, w których Strzała borykał się z samotnością, poczuciem winy i ciężarem emocjonalnym, który musi nosić od powrotu z Wyspy. Jak na hołd dla pierwszego sezonu i serialu w ogóle, setny odcinek Arrow był naprawdę świetny. Przypomniał mi o czasach, kiedy Oliver nie był uwikłany w ten okropny dramat miłosny i kiedy mogłam poczuć do niego sympatię z powodu jego wewnętrznych konfliktów. Co więcej – sam motyw świata, w którym postać ma wszystko, czego zawsze pragnęła, nie jest nowy w gatunku superbohaterskim (mogliśmy go oglądać nie tylko w Supergirl i Flashu, ale też w Batman: The Animated Series), mimo to stanowi dość interesujące studium postaci. Sam crossover kończy się tym, że Oliver i Barry – czyli ci dwaj bohaterowie, od którego Arrowverse się w ogóle zaczęło – siedzą w barze i stwierdzają, że ich idealne światy może i miały swoje zalety, ale obaj mężczyźni nie czuli się w nich do końca spełnieni.

Z drugiej strony trochę smutno, że jednak poszczególne postaci wspierające pojawiają się tylko w określonych odcinkach, a w innych są nieobecne. Można zrozumieć, dlaczego nie przybywa na Ziemię-1 nikt z DEO; albo dlaczego Steel i Vixen zostają na Waveriderze, jednak nowa drużyna Zielonej Strzały ma cokolwiek do roboty tylko w odcinku Arrow, a nie partycypuje w ostatecznej wielkiej potyczce z Dominatorami. I ja rozumiem – budżet i danie każdej postaci czasu antenowego stanowią przecież pewien problem przy crossoverach, ale jednak fajnie by było zobaczyć że nie tylko główni bohaterowie walczą z tym wielkim zagrożeniem, które grozi całemu światu.

Inna sprawa to to, że zdarzają się tam różne nieścisłości fabularne. Na przykład od wydarzeń z Shoguna Ray Palmer ubolewa nad tym, że nie ma już swojej zbroi i próbuje się jakoś na nowo odnaleźć. W odcinku Flasha zaś nie tylko cały ten angst mu znika, ale też nagle, nie wiadomo skąd, okazuje się, że ma nową zbroję. Również we Flashu Oliver mówi Barry’emu o tym, że widział śmierć swoich rodziców, a Barry odpowiada: „Nigdy mi o tym nie opowiadałeś.” Okej, Flash, może masz sklerozę, może wasza mała kłótnia o to, czy torturować złoczyńców, czy nie, nie była aż tak bardzo godna zapamiętana; i być może Oliver nie wgłębiał się w makabryczne detale… ale jednak ja dobrze pamiętam tę wymianę zdań: „Moja matka została zabita na moich oczach…”, „Moja też, ale nie używam osobistych tragedii, aby się na kimś wyżyć.”

Kolejna rzecz, która mi nie przypadła do gustu, to sposób, w jaki traktowany jest Wally West zaraz po otrzymaniu swoich mocy. Nie wiem, może mi coś umknęło… ale widząc tę protekcjonalność względem przyszłego Kid Flasha, miałam przebłyski z początków Laurel Lance jako Black Canary w trzecim sezonie Arrow. To samo powtarzane do znudzenia stwierdzenie, że bohater jeszcze nie jest gotowy i w ogóle powinien dać sobie spokój; to samo poszukiwanie przez bohatera kogoś, kto zechce go trenować (z tym, że Wally’emu przypadł facet, który tylko udaje, że coś potrafi), w końcu ta sama frustracja, tak bohatera, jak i widowni, zachowaniem pozostałych. Ech…

Ogólnie rzecz biorąc, ten crossover wyszedł fajnie – zwłaszcza, że otwarto nam furtkę na nowe crossovery w przyszłości i że zakończył się on w bardzo melancholijny sposób – jednak pozostało wrażenie, że można było wykorzystać te wszystkie postaci jeszcze lepiej.

Tymczasem czeka nas jeszcze crossover-musical między Supergirl i Flashem, a przedtem hiatus przedświąteczny.

Krótka notka o "Supergirl" 2×1

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do finału pierwszej serii Supergirl!

W końcu nadszedł drugi sezon! I tak jak w przypadku Flasha, wiele nam obiecano – rozwój wątków z ostatniego odcinka poprzedniego sezonu, siostrę Lexa Luthora, graną przez Katie McGrath, a przede wszystkim – Supermana. A że materiały promocyjne seriali superbohaterskich CW najbardziej podjarały mnie właśnie na Supergirl, tym bardziej nie mogłam się doczekać premiery drugiej serii.
Jak wyszła? Przekonajmy się.

Zaczęliśmy mniej więcej w tym samym miejscu, w którym skończyliśmy w poprzednim sezonie – świętując zwycięstwo nad Myriadem, Kara zauważa lecący przez miasto obiekt latający. Wraz z J’onnem wyruszają, aby go przechwycić, zanim poczyni szkody, i przekonują się, że jest to kryptoniańska kapsuła z jakimś młodzieńcem w środku, tak więc szybko zabierają go do siedziby DEO. Następnego dnia podczas randki z Jimmy’m Olsenem, Kara musi znów ruszać do akcji, albowiem statek kosmiczny „Venture” ulega awarii i zaczyna gwałtownie spadać. Tak się składa, że komunikat o wypadku słyszy również Clark Kent i bohaterowie Metropolis i National City razem podejmują się uratowania rakiety. Uważając, że awaria była sabotażem, Superman i Supergirl łączą siły, aby dowiedzieć się, co zaszło, zwłaszcza, że jednej z pasażerek – Liny Luthor – nie było na statku.
Tyler Hoechlin jako Clark Kent bardzo mi się podobał, szczególnie w scenach z Karą. Jest wyluzowany i chce pomagać, chociaż tak po prawdzie, to na razie mało się wyróżnia. Natomiast fajnie się go ogląda, jak on i Kara razem ratują świat, prowadzą śledztwo czy po prostu rozmawiają. Widać, że czują się swobodnie w swoich towarzystwie.
Katie McGrath jako Lina Luthor także wychodzi całkiem nieźle. Ma ciekawą motywację i zapewne mamy się zastanawiać, czy mówi prawdę, czy też ma jakiś ukryty plan (zresztą Greg Berlanti równie dobrze może z nią zrobić to samo, co w pierwszym sezonie Flasha z Harrisonem Wellsem – niby czuć, że jest to czarny charakter, który coś knuje, ale są takie momenty, kiedy mu naprawdę wierzymy, bo aktor potrafi zagrać szczerość). W ogóle to bardzo cieszę się, że McGrath nie odtwarza roli Morgany Przygód Merlina. Lubię jak aktorzy grają role różne od tych, w których widziałam ich wcześniej (choć jest parę wyjątków).
Jak zwykle też Cat Grant rządzi, chociaż serial sugeruje nam (i to dość topornie), że czuje ona mięte do Clarka Kenta. Mam nadzieję, że nie będą tego wątku ciągnąć.
Ten odcinek niejako pokazał nam, że w drugim sezonie będzie się przewijał wątek tego jak główna bohaterka spróbuje odnaleźć własną tożsamość, łącząc rolę Kary Denvers i Supergirl. Z jednej strony dostała od Cat Grant możliwość wyboru dalszej ścieżki zawodowej w Catco, którą to decyzję musi podjąć w ciągu dwóch dni; a z drugiej chce zacząć poważny związek z Jimmy’m Olsenem. Obecność Supermana ma też służyć temu, aby Clark pomógł kuzynce w tym właśnie zadaniu. W końcu on sam musiał kiedyś przejść przez to samo.
Poza tym pozostaje kwestia tajemniczego Kryptonianina i Kadmusa, gdzie przetrzymywany jest podobno doktor Denvers.
Tak czy inaczej, ten sezon zaczął się bardzo dobrze i oby utrzymał poziom.