Ze wspomnień fana: Agatha Christie

Już wam kiedyś wspominałam, że lubię klasyczne kryminały (czarne trochę mniej, ale ujdą). Był taki czas w moim młodym życiu (tak od dwunastu lat wzwyż), kiedy chciałam zostać prywatnym detektywem. Powodem tego były takie seriale jak Droopy Superdetektyw, czy Inspektor Gadżet, a także wszelkiego rodzaju odcinki kreskówek i seriali dla młodzieży, gdzie bawiono się formułą obu gatunków. Z literaturą było trochę gorzej, bo jak próbowałam przeczytać Przygody Sherlocka Holmesa, nie porwały mnie zbytnio (aczkolwiek rozumiałam, dlaczego wszyscy się nimi zachwycają).

W każdym razie pewnego dnia wydawnictwo Hachette, znane z wypuszczania różnych serii książek (tudzież komiksu) w kioskach, zaczęło reklamować nową kolekcję, a tą kolekcją były właśnie kryminały Agathy Christie. Na początku nie bardzo mnie to interesowało, ale im częściej wpadałam na tę reklamę, tym bardziej mnie intrygowała. Aż pewnego dnia poprosiłam matkę, aby mi kupiła te dwa pierwsze tomy, abym mogła się dowiedzieć, co to za kobitka ta Agatha Christie i co ona takiego pisze. I tak oto stałam się dumną właścicielką Spotkania w Bagdadzie i Morderstwa w Orient Expressie. Pierwsze zaczęłam czytać Morderstwo w Orient Expressie… ale lektura nie szła mi zbyt dobrze, więc zajęłam się Spotkaniem w Bagdadzie. I co by nie mówić – ta powieść (mimo że bardziej podchodząca pod literaturę szpiegowską, niż kryminał) tak mi się spodobała, że z miejsca stałam się fanką Agathy Christie.

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Agatha Christie”

Ze wspomnień fana: Arcanum

Omówiliśmy już w serii Ze wspomnień fana dwa anime, komiksy, które doczekały się kilku adaptacji i spin-offów, a także serię książek. Tym razem biorę na warsztat grę komputerową.

Arcanum: Przypowieść o Maszynach i Magyi dostał na swoje urodziny w 2001 roku mój młodszy brat. Od razu jak ją odpalił i zainstalował, ja zaczęłam obserwować jego rozgrywkę. A im dłużej grał i im dłużej przyglądałam się światu Arcanum, tym bardziej mnie on zachwycał. Było to moje pierwsze zetknięcie z uniwersum fantasy, którego estetyka i realia nie przypominały średniowiecza, tylko wiek dziewiętnasty. W zasadzie Arcanum jest to zlepek tradycyjnego, tolkienowskiego fantasy z zarówno tak zwanym Gaslight Fantasy, jak i ze steampunkiem. Można walczyć mieczem, toporem albo łukiem, można kształcić się w sztuce magicznej, można (a nawet roztropnie jest) chodzić w zbrojach… ale można też produkować materiały wybuchowe, strzelać z pistoletu, robić różne wynalazki i chodzić w eleganckich ubraniach.

Widzicie więc, że było to dla mnie pewne novum. Właściwie to w Arcanum po raz pierwszy miałam do czynienia ze steampunkiem i niejako tak gra właśnie sprawiła, że później miałam bardzo ciepły stosunek do do tego podgatunku i jego estetyki. Przy okazji, kiedy poznawałam ten piękny świat maszyn parowych i magii, tak naprawdę zdałam sobie sprawę z tego, że już od dłuższego czasu fantasy a la średniowiecze zaczęło mnie już męczyć, dlatego Arcanum było dla mnie jak powiew świeżego powietrza.
Po jakimś czasie jakoś tak na kilka lat gra zniknęła z mojego życia. Po części dlatego, że zajmowałam się nauką, pracą literacką, a także pierwszym The Sims; a po części dlatego, że mój brat też miał inne rzeczy do roboty, niż granie w Arcanum. Jednak jakieś dwa-trzy lata temu, będąc na działce z kilkoma kolegami, pokazał im ją, robiąc nową postać. Przysiadłam się do nich i ponownie zaczęłam obserwować mojego brata przy grze. I w trakcie tego zajęcia stała się ciekawa rzecz – zapragnęłam stworzyć w Arcanum własną postać i sama zagrać. I tak oto zaczęła się moja właściwa przygoda z tą grą.
Pierwszą postacią, którą stworzyłam w Arcanum, była półelfka, złodziejka Winifred. Pamiętając wszystko, co robił mój brat poprzedniego wieczora, udało mi się zrobić pewne postępy (doszłam do Zamglonych Wzgórz i wykonałam kilka pierwszych misji). Przy okazji zaświtał mi pewien pomysł na opowiadanie autorskie, którym była Miłość van Hoovena (ze wstępu mogliście się przekonać, jaki był pierwotny zamysł i jak został zmieniony… także wspominam tam, że Arcanum było główną inspiracją do opisanego tam świata).W ciągu następnych kilku dni udało mi się nadgonić fabułę tylko ze dwa razy pytając brata o radę, jednak wkrótce zdarzyła się sytuacja, w której nie mogłam ruszyć dalej. Po pierwsze – moja postać była dość słaba i doszłam do wniosku, że w sumie lepiej byłoby spróbować jeszcze raz, ale kimś innym. Po drugie – nie mogłam ruszyć z fabułą właśnie dlatego, że moja bohaterka była półelfką. Pamiętajcie, że to była pierwsza postać, którą stworzyłam w tej grze, toteż mierne doświadczenie nie pozwalało mi znaleźć innych, alternatywnych sposobów, aby kontynuować historię.
W przeciągu tych kilku lat tworzyłam wiele postaci, którymi gra wychodziła mi z różnym sukcesem. Parę z tych postaci było wzorowanych na bohaterach Miłości van Hoovena, bo chciałam w ten sposób znelźć jakąś dodatkową inspirację, co do ich charakterów, przeszłości, upodobań itd. (podobnie zresztą robię czasami w The Sims). Tak więc pojawiali się tam: niziołek-szermierz, Cedrick van Hooven, lekarz i kobieciarz Markus Wilmut (taka ciekawostka – w Arcanum był gnomem, a nie niziołkiem, jak w Miłości…) i półork Orson Stubb. Jednakże poza tym zdarzyło mi się grać półogrem i krasnoludem, a moja obecna postać to czarownica Gloria, którą jak dotąd dotarłam najdalej, czyli do Tulii.
Zanim przejdę do omawiania samej rozgrywki, pokazując co gra ma do zaoferowania, chciałabym wspomnieć o fabule Arcanum. Wszystko zaczyna się od chwili, kiedy to zeppelin USS Zeffir zostaje zaatakowany przez orków na maszynach latających. Spośród wszystkich pasażerów przeżył tylko jeden, którym jesteśmy my. I tu pojawia się pierwszy z dwóch głównych wątków fabularnych, bo spotkany pośród zgliszczy umierający gnom (który potem okaże się nie być gnomem, tylko krasnoludem) prosi nas o to, aby dostarczyć pierścień pewnemu chłopcu (który okazuje się nie być już chłopcem, tylko dorosłym mężczyzną, przedsiębiorcą Gilbertem Batesem). Bohater musi więc dowiedzieć się, gdzie jest ów chłopiec, a przy okazji zadbać o to, aby nikt niepowołany nie dostał pierścienia w swoje ręce. Drugi wątek rozpoczyna się od tego, że spotykamy kilka minut po katastrofie mnicha Virgila, który oznajmia nam, że jesteśmy wcieleniem boga, który kiedyś pokonał ciemność, zaprowadził porządek w krainie Arcanum i założył religię Pandrii. Dlatego Virgil (dość tajemniczy, ale użyteczny gość) chce nam towarzyszyć, aby z jednej strony chronić nas, a z drugiej służyć nam radą. Te dwa wątki łączą się ze sobą, bo po dostarczeniu pierścienia Batesowi dowiadujemy się, co przydarzyło się krasnoludzkiemu Klanowi Czarnej Góry, a to z kolei ma związek z tym, dlaczego wszyscy chcą nas zabić i z zagrożeniem, jakie wisi nad całym Arcanum.
Jednak – jak w większości gier RPG – poza główną fabułą mamy jeszcze całą masę małych misyjek, które pomogą nam zdobyć doświadczenie i nowy ekwipunek, a przy okazji pozwolą nam eksplorować ten niesamowity świat, jakim jest Arcanum. Każde miejsce ma swój klimat, w każdym z nich można znaleźć ciekawe rzeczy i ciekawe osobistości. Spójrzmy chociażby na najpotężniejsze miasto Arcanum, Tarant, gdzie mamy: dzielnicę uniwersytecką z biblioteką, archiwum i muzeum naturalnym; dzielnicę przemysłową z fabryką Gilberta Batesa, Kocioł z walczącymi ze sobą gangami, do których możemy przystać bądź nie; Klub Dżentelmenów, sklep z odzieżą, rusznikarza, redakcję Dziennika Taranckiego, telegraf, wróżkę, a nawet burdel (w którym jest miejsce dla niemalże każdego dewianta). A poza Tarantem jest jeszcze Kaladon, gdzie znajduje się między innymi zoo; stolica Kambrii, której król-uzurpator zakazał technologii, miasto portowe Czarnokorzeń, Ashbury, gdzie można zrobić sobie na zamówienie okulary; Kopalnie Klanu Koła, wioska elfów Qintarra, Wyspa Rozpaczy, czyli kolonia karna, gdzie przebywa między innymi prawowity król Kambrii… Jest tego naprawdę dużo i naprawdę warto spędzić trochę czasu na łażenie po mieście czy wiosce. Świat Arcanum jest bogaty w różne małe smaczki, o których jeszcze powiem przy okazji tekstów do czytania.
Misje – tak te, które pozwolą nam posunąć się dalej z fabułą, jak i te poboczne – bywają bardzo różne. Niektóre z nich zasadzają się na standardowym „zejdź, zabij paru przeciwników, znajdź, co trzeba, wracaj”, ale są też takie, które wręcz przypominają zagadkę kryminalną (na przykład sprawa mordercy prostytutek z Kaladonu albo sprawa człowieka, który wydał mrocznym elfom T’sen Ang ostatniego właściciela książki Groza wśród mrocznych elfów) i przy tych trzeba się nieraz nagłowić, może niekoniecznie nad tym, kto to zrobił, ale jak udowodnić, że to właśnie on. Czasem trzeba skorzystać z telegrafu, przepytać kogoś, przeszukać archiwum, aby znaleźć właściwy ślad. Ta gra wymaga od nas myślenia i to jest wspaniałe.
Co zaś się tyczy przeciwników, warto mieć jakąś strategię, zwłaszcza na tych większych i silniejszych, a już szczególnie na początku rozgrywki, kiedy jesteśmy raczej słabi. Virgil może nas uzdrawiać i też w miarę jak zdobywa doświadczenie, idzie mu to coraz łatwiej i efektowniej, ale potrzebuje do tego dłuższego odpoczynku. Dlatego ja zwykle wabiłam kilku przeciwników, odłączając ich od reszty, i po kolei zabijałam, a potem czekałam aż ja i Virgil naładujemy akumulatory, i znowu używaliśmy tej samej techniki, dopóki dany fragment lokacji nie był czysty i mogliśmy przeszukać różne skrzynki i beczki, zanim poszlibyśmy dalej.
Podczas takich właśnie ładowań akumulatorów warto wziąć ze sobą książkę (o ile pozwala nam na to miejsce w ekwipunku). I tu właśnie mamy kolejne novum, jeśli chodzi o rozgrywkę. W Arcanum można spokojnie wziąć jakąś książkę albo gazetę i przeczytać ją sobie, podczas gdy czas mija, a mana Virgila powoli się odnawia. Tymczasem w innych grach raczej bywa tak, że aby zajrzeć do jakiegoś tekstu, trzeba powrócić do konkretnego miejsca (nie liczę, oczywiście, wszystkich tych gier, gdzie zbiera się notki). Książki i gazety zaś należą najczęściej do tak zwanych flavor text – tekstów, które nie tyle są ważne dla fabuły, co rozwijają uniwersum, w którym ta fabuła ma miejsce. I tak oto mamy książki o nauce, religii, stosunkach społecznych, historii, magii… a z Dziennika Taranckiego możemy dowiedzieć się, na przykład, że pewien naukowiec postanowił zrobić broń łączącą ze sobą magię i technologię i że zgodnie z przewidywaniami ekspertów ten eksperyment zakończył się fiaskiem.
Tak jak w niektórych grach (i w tej również) istnieje wskaźnik pokazujący jak działania postaci wpływają na jej charakter, tak w Arcanum istnieje wskaźnik zdradzający, czy bliżej jej do magii czy do technologii. Technologiczna staje się, kiedy uczy się schematów, dzięki którym może robić różne rzeczy (broń, materiały wybuchowe, lekarstwa…), i praktykuje ich stosowanie. Magiczna zaś, kiedy uczy się zaklęć i często ich używa. Magia sprawia, że technologia wariuje, dlatego jeśli jest się maksymalnie magicznym, kowale proszą, aby gracz wyszedł, a panie na stacjach kolejowych nie chcą go wpuścić do pociągu w obawie, że po drodze się rozkraczy. Za to bardziej technologiczni bohaterowie muszą mieć się na baczności w mieście magów, Tulli.
Większość moich postaci była technologiczna, bo raz, że chciałam być przynajmniej trochę niezależna od leczniczych zdolności Virgila i dlatego robiłam mnóstwo maści leczniczych; a dwa, że wielokrotnie koktajle Mołotowa udowodniły swoją użyteczność w walce ze szczególnie potężnym przeciwnikiem, którego chciałam trzymać na dystans. Dopiero moja ostatni postać jest maksylanie magiczna i choć posiada wiele użytecznych umiejętności, zaklęcie krzywdy nadal pozostaje podstawowym zaklęciem, jakiego używam w walce. Nawiasem mówiąc, doszło już do tego, że czekamy już nie na napełnienie się many Virgila, ale właśnie mojej.
Przy okazji ważne jest to, jaką rasą się gra, bo na przykład elfy i półelfy mają naturalny talent do magii, a krasnoludy – do technologii. Ponadto to, kim będziemy grać, wpłynie na to, jak wszystkie NPC będą na nas reagować. Jeżeli jesteśmy jakimkolwiek mieszańcem, będzie się na nas patrzeć krzywo, a nawet zdarzą się tu i tam jakieś rasistowskie wyzwiska (ba, jest w Tarancie pewien niziołek, który stoi cały dzień na ulicy i obraża każdego, kto chce z nim zacząć rozmowę, a jego inwektywy często mają związek z rasą naszego bohatera). W szczególny sposób jest to widoczne przy półograch, bo takie dzieci rodzą się zwykle z gwałtów. Kiedy indziej, będąc kobietą, nie mamy wstępu do Klubu Dżentelmenów, chyba, że pogadamy z jego założycielem, a on wpuści nas tylko wtedy gdy albo spędzimy z nim noc, albo go nastraszymy. W trakcie tworzenia postaci możemy wybrać jedną z wielu charakterystyk, które wpływają na punkty, które na wstępie dostajemy i na to, jak się nas postrzega. Na przykład konował ma blizny po ukąszeniach wężów, których jad pozyskuje, i dlatego ma niską punktację urody, a każdy uczynek potomka bohatera jest odbierany przez postronnych bardziej pozytywnie bądź negatywnie.
Przez dłuższy czas wędrujemy tylko z Virgilem, który walczy razem z nami i czasem coś wtrąci, w miarę jednak jak poznajemy nowe miejsca, natykamy się (przeważnie w gospodach) na osobników, których możemy zapytać, czy chcą się do nas przyłączyć. Czasem jesteśmy dla nich za słabi albo zbyt mili, ale czasem się zgadzają. Są to osobnicy naprawdę różni – wiecznie pijany ogr, wychowany w mieście krasnolud-pozer, nie wyglądający na godnego zaufania niziołek, praktykująca czarną magię czarodziejka, a nawet sama elfia księżniczka Quintarry (która przy pierwszym postoju wzięła i mnie zaatakowała). Zresztą i zwykłe NPC bywają kolorowi. Na przykład jeden z ekspertów w strzelaniu z broni palnej nawrócił się na pewną religię i aby uniemożliwić sobie dalsze krzywdzenie bliźnich, pozwolił swoim braciom uciąć sobie palce, które mogłyby pociągnąć za spust pistoletu; w Czarnokorzeniu można spotkać oddział, który kiedyś zasiadał na smokach, a we wsi Stillwater znajduje się człowiek badający giganta, który może zmieniać się we fioletowego króliczka. W zasadzie każda osada ma swoje osobowości, a rozmowa z nimi pozwala dowiedzieć się więcej o świecie Arcanum i jego prawach, ale też pozwala nam poznać czyjąś bardzo ciekawą historię.
Cóż dodać? Arcanum posiada wiele ciekawych rozwiązań, zwłaszcza w kwestii nawigacji (nie trzeba klikać wciąż i wciąż, aby bohaterowie szli dalej, wystarczy wyznaczyć trasę na mapie), no i rozmów z innymi postaciami, gdzie zawsze ma się kilka odpowiedzi do wyboru, a droga, którą prowadzi się konwersację, daje różne, nieraz zaskakujące rezultaty. Mimo też, że grafika Arcanum jest bardzo prosta i wiele postaci jest do siebie podobnych, sama rozgrywka wciąga i chce się wiedzieć więcej o tym, co się dzieje i o świecie przedstawionym.
Żałuję, że nie ma też fanfików do Arcanum, bo chętnie bym sobie jakieś poczytała. Co prawda miałam kilka pomysłów (w tym jeden crossover z opowiadaniem autorskim), ale do każdego z nich zabrakło mi weny. Za to cieszę się, że istnieją do tej gry fanarty i solucje, a także znajduję coraz więcej ludzi, którzy tę grę znają i również cenią za ogólny klimat, i mogę z nimi o tej grze rozmawiać.
Biorąc pod uwagę wszystko to, co tutaj napisałam, chciałabym, aby powstał jakiś sequel Arcanum: Przypowieści o Maszynach i Magyi. Chętnie zobaczyłabym, co da się zrobić z tym światem przy użyciu obecnej technologii… a także jak by ten świat wyglądał z kolejnymi zdobyczami techniki, na przykład w klimatach dieselpunkowych albo nawet urban fantasy. Jest to niewątpliwie uniwersum warte rozwinięcia.

Ze wspomnień fana: Lucky Luke

Moja znajomość z Lucky Lukiem nie zaczęła się najlepiej. Byłam wtedy przedszkolakiem, który – jeśli nie miał nic lepszego do roboty – w letnie popołudnia siedział przed telewizorem i oglądał telewizję. Pech chciał, że moim pierwszym zetknięciem z Lukiem była aktorska adaptacja z Terrencem Hillem w roli głównej. Toteż przez długi czas postać samotnego kowboja kojarzyła mi się ze smędzącym blondynem gadającym ze swoim koniem i wzdychającym do jakiejś babki.

Na szczęście wkrótce pojawił się również pierwszy serial animowany, i choć moje poprzednie doświadczenia sprawiały, że podchodziłam do niego sceptycznie, to kiedy wreszcie obejrzałam jeden odcinek od początku do końca, to poczyniłam dwie istotne obserwacje. Po pierwsze – ten animowany Luke był brunetem. Po drugie – był o wiele bardziej zabawny. Do dziś pamiętam odcinek na podstawie Bitwy o ryż, kiedy to nadużywający przymiotnika „czcigodny” Chińczyk padł ofiarą knowań jednego oprycha, który podburzył przeciw niemu właściciela pralni po drugiej stronie ulicy, a potem obaj Azjaci zaczęli strzelać do siebie z armat. Niestety nie zawsze byłam w stanie obejrzeć każdy odcinek, a jakiś czas potem serial przestano już puszczać.

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Lucky Luke”

Ze wspomnień fana: Harry Potter

Pierwszy raz spotkałam się z Harry’m Potterem, kiedy to szłam z matką i młodszym bratem przez ulicę i zobaczyłam, że jakiś staruszek sprzedaje książki z chłopakiem w okularach, który lata a to na miotle, a to na gryfie, a to trzymając się czegoś czerwonego. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego, myślałam, że akcja dzieje się gdzieś na Bliskim Wschodzie (zmyliły mnie te kolumny na tle fioletowego nieba… zresztą Azkaban też brzmiał jakoś tak arabsko). Później dowiedziałam się, o czym jest ta seria i poprosiłam mamę, aby kupiła mi pierwszy tom. Po jego przeczytaniu, było mi mało i wkrótce dostałam drugi, a niedługo potem trzeci i czekałam aż wyjdzie w Polsce Harry Potter i Czara Ognia.

Jeśli miałabym powiedzieć, co urzekło mnie (i nie tylko mnie) w tej serii, to fakt, że mieliśmy tam niejako wgląd w edukację młodych czarodziejów i czarownic, i to edukację o charakterze instytucjonalnym. Dotychczas w książkach fantasy mieliśmy do czynienia z magami, którzy są albo samoukami, albo uczyli się u jednego mistrza. Szkoły magii nie były tak rozpowszechnione, a jeśli już, to były to częściej wyższe uczelnie, niż placówki edukacji podstawowej (aczkolwiek pamiętam, że był serial telewizyjny opowiadający o szkole dla czarownic). Wydaje mi się, że przynajmniej w pierwszym tomie czytelnikom bardziej podobał się Hogwart, niż dziejąca się na nim przygoda. Chyba każdy fan Harry’ego Pottera chciałby dostać się do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, zostać przydzielonym do jakiegoś domu i uczyć się latania na miotle, zaklęć i eliksirów. Świat stworzony przez Rowling jest z jednej strony bardzo podobny do naszego (szkoły magii, Ministerstwo Magii i bigoteryjny stosunek co poniektórych czarodziejów do szlam i pewnych magicznych stworzeń), a z drugiej – zachwyca swoją kolorowością i różnorodnością (począwszy od magicznych cukierków, a na samym Hogwarcie skończywszy). Poza tym jest on zawieszony pomiędzy Urban Fantasy a Heroic Fantasy, gdyż jest częścią naszego świata, a jednocześnie jest od niego do pewnego stopnia odcięty (Hogwart to średniowieczny zamek, większość czarodziejów nosi się po staremu i nie wie nawet, co dzieje się w świecie mugoli).
Wszystkie posiadane przeze mnie tomy Harry’ego Pottera. Wciąż nie zdecydowałam się kupić dwóch ostatnich.

Pierwsze dwa tomy mają lekki i w miarę wesoły ton. Poza tym wydają się być fabularnie zamknięte w sobie (jak na przykład poszczególne książki o Sherlocku Holmesie, które można przeważnie czytać nie po kolei), a jedyna ciągłość fabularna, która łączy przygodę z pierwszego i drugiego tomu, to fakt, że jest to kontynuacja edukacji Harry’ego w Hogwarcie. Jeszcze nie ma tam motywu z powracającym do życia i zbierającym sojuszników Voldemortem, który zagraża wolnemu światu czarodziejów i mugoli. We Więźniu Azkabanu mamy dopiero pierwsze przesłanki, że Voldemort niebawem znów przybędzie za sprawą swego sługi, a jego ostateczny powrót następuje w Czarze Ognia. Prawdę mówiąc, kiedy czasem porównuję te dwie pierwsze części do takiego chociażby Zakonu Feniksa, poważnie zaczynam tęsknić za prostotą pierwowzoru.

Inna rzecz, na którą chciałabym zwrócić waszą uwagę, jest to, że Harry Potter ma pewne elementy klasycznego kryminału. Przez całą książkę zawiązuje się intryga, Harry napotyka na swojej drodze różne przesłanki odnośnie tego, co się dzieje, wysuwa własne wnioski (często z pomocą Rona i Hermiony), a na końcu, podczas klimatycznej konfrontacji z przeciwnikiem, i potem, kiedy przychodzi do niego Dambledore i odpowiada na jego pytania, odkrywane są przed nim wszystkie sekrety i okazuje się, że rozwiązanie jest bardzo zagmatwane i niespodziewane.
Nie pamiętam, czy było to z okazji wydania w Polsce Czary Ognia, czy też raczej premiery któregoś filmu, tak czy inaczej Gazeta Wyborcza, która w tym czasie dodawała do piątkowego wydania nie tylko program telewizyjny, ale również kilka małych komiksów z Kaczorem Donaldem, Tymkiem i Mistrzem i innymi, na samym końcu tegoż dodatku z komiksami zaczęła zamieszczać gazetkę opowiadającą o tym, co też takiego dzieje się w świecie czarodziejów (w tym opisującą aferę z panem Twardowskim). Jako że moja faza na Harry’ego Pottera sprawiła, że jeszcze bardziej chciałam zostać czarownicą i często wyobrażałam sobie siebie jako czarownicę, te gazetki działały na moją wyobraźnię.

Pamiętam, że pierwszy materiał promocyjny do filmu na podstawie Harry’ego Pottera i kamienia filozoficznego był bardzo długi – najpierw pokazywali tam dzieciaki siedzące w kinie i przyciskające do piersi pierwszy tom, a potem przeszli do narracji opowiadającej o tym jak to młody czarodziej Harry Potter ma przybyć do Hogwartu, gdzie „spotka swoich przyjaciół (tu pokazani Ron i Hermiona) i wrogów (tu pokazany Snape)”, a potem narrator przeszedł do przeróżnych kinowo-cocacolowych promocji. Tak czy inaczej – jak zwykle przy kinowych adaptacjach książek – filmowy Harry Potter był wielkim wydarzeniem dla fanów serii. A że tak się złożyło, że jego polska premiera miała odbyć się w styczniu, rozważałam pójście na niego w dniu swoich urodzin (dopóki nie odkryłam, że została ona i tak zaplanowana na dziesięć dni po nich). A tymczasem na Gwiazdkę dostałam pierwszą grę na licencji (opowiem o niej później). Kiedy wreszcie obejrzałam w kinie z tatą ekranizację Kamienia Filozoficznego, raczej mi się podobała i chyba nie zauważyłam jakiegoś specjalnego odejścia od fabuły, które mogłoby mnie wkurzyć.

W wakacje 2001 roku wyjechaliśmy do Australii i jedną z wielu atrakcji, na które się natknęliśmy, był park rozrywki na Gold Coastcie – Movie World, będący pod patronatem wytwórni Warner Brothers. Toteż większość atrakcji w Movie Worldzie była powiązana z filmami właśnie Warner Bros., i nie mogło tam zabraknąć Harry’ego Pottera. W zasadzie jednak ta atrakcja polegała na tym, że za przejściem przypominającym ścianę dzielącą świat mugoli od Ulicy Pokątnej, kryła się wystawa z rekwizytami z filmu. Pamiętam też, że w sklepie z pamiątkami można było kupić między innymi Nimbusa 2000.
Lata mijały, kolejne tomy pojawiały się w księgarniach i kolejne filmy trafiały do kin. Na Komnatę Tajemnic poszłam wraz z wycieczką szkolną (moja wychowawczyni powiedziała mi po seansie, że ciągle słyszała mój chichot), Więźnia Azkabanu obejrzałam na komputerze taty, a Czarę Ognia, Zakon Feniksa i Księcia Półkrwi w telewizji. Przy okazji zauważyłam pewien ciekawy trend, jeśli chodzi o premiery telewizyjne filmów z Harry’m Potterem. Zazwyczaj kiedy na ekrany kin wchodziła adaptacja kolejnego tomu, stacją, która puszczała poprzednią część po raz pierwszy w telewizji, było HBO, tymczasem TVN pokazywał tą, która była jeszcze wcześniej, robiąc przy okazji maraton wszystkich części, które ma w archiwach. Ta zasada przestała obowiązywać przy ostatnich dwóch filmach, bo choć HBO wyemitowało już dawno drugą część Insygniów Śmierci, TVN wciąż nie pokazało pierwszej.
Jak już wspomniałam w swojej liście ulubionych filmów, moją ulubioną ekranizacją jest Więzień Azkabanu. O ile sama książka dłużyła mi się niemiłosiernie i nie wzbudzała takich emocji jak pozostałe dwie, o tyle film zachwycił mnie, szczególnie w scenie, kiedy Gary Oldman udaje szaleństwo. Jednakże gdybym miała wybrać, która książka mi się szczególnie podobała, pewnie nie byłabym w stanie wskazać jednej książki. To samo tyczy się postaci – chyba nie miałam i nadal nie mam swojej ulubionej.
Pomówmy teraz o grach. Ja osobiście grałam w dwie pierwsze i nawet napoczęłam czwartą (dzięki uprzejmości mojego starszego brata). Pierwsza sprawiła mi dużo frajdy, bo w sumie był to jakiś ekwiwalent bycia uczniem Hogwartu – chodziło się po korytarzach szkoły i jej obrzeżach, grało w quidditcha (tak na marginesie – wyszła gra poświęcona w całości mistrzostwom szkół w quidditchu), rzucało zaklęcia… Wciąż pamiętam lekcję latania polegającą na przelatywaniu przez kolorowe kółka z baniek, a także to, że po narysowaniu każdego zaklęcia myszką, trzeba było wypróbować je w praktyce na poziomie rodem z Tomb Raidera (a poziom na lekcji zielarstwa był jeszcze najeżony niebezpiecznymi roślinami). Sama gra na podstawie Kamienia Filozoficznego nie była jakoś szczególnie trudna i mój brat bardzo szybko ją przeszedł, ja jednak, mimo licznych prób, nie byłam w stanie pokonać finałowego bossa i musiałam zadowolić się zakończeniem osiągniętym przez brata.
Wszystkie posiadane przeze mnie gry z Harry’m Potterem.
Komnata Tajemnicbyła o wiele trudniejsza i odkryłam to już w momencie, kiedy byłam zmuszona ganiać za (w pierwszej grze nieruchomą) czekoladową żabą, będącą moją apteczką. Gobliny, które pierwszej części po jednym rzuceniu zaklęcia były unieszkodliwione, w drugiej po jakimś czasie się podnosiły i znów atakowały. Dodatkowym utrudnieniem dla mnie był problem systemowy polegający na tym, że po jakimś czasie wszystkie zapisy gry (obojętnie, na którym byłam etapie) zaczęły się sypać i musiałam zaczynać od początku. Oczywiste jest to, że po jakimś czasie straciłam grą zainteresowanie. Kiedy zaś starszy brat pokazał mi czwartą grę, gdzie można było wybrać postać (Harry’ego, Rona lub Hermionę), którą można było się poruszać, pomyślałam, że fajna byłaby gra na podstawie Harry’ego Pottera, w której tworzyłoby się własną postać ucznia Hogwartu. Wiem jednak, że to by się trochę mijało z celem, bo przecież wszystkie te przygody przydarzają się Harry’emu, a nie jakiemuś OC (można by zrobić coś takiego tylko w oderwaniu od kanonicznych wydarzeń).

Harry Potter był też pierwszym fandomem, w którym zetknęłam się z koncepcją fanfików i fanartów, a to za sprawą prac fanowskich, które były zamieszczane na polskiej stronie poświęconej serii. I choć parę fików zaczęłam czytać, po kilku linijkach mi się odechciewało, bo to jednak nie był ten styl J.K. Rowling i po prostu nie czytało mi się tago jak dzieło macierzyste. Później dowiedziałam się, że Harry Potter uchodzi za fandom, do którego pisze się najgorsze fanfiki, czego przykładem jest chociażby legendarne My Immortal.
Rozmawiałam o Harry’m Potterze z koleżankami w gimnazjum, trochę również w liceum, na studiach zaś przyrównano mnie do Hermiony Granger, a o koleżance z roku, która chodziła na wiele wykładów i zajęć żartowano, że ma wisiorek z cofającą czas klepsyderką. Wiele razy rozmyślałam o tej serii (porównując ją na przykład z taką Serią Niefortunnych Zdarzeń), dwa razy w życiu robiłam sobie test na to, do którego domu by mnie przyjęto (za pierwszym razem był to Ravenclaw, a za drugim – Hufflepuff… osobiście wolałabym znaleźć się w tym pierwszym), a co jakiś czas rozważam odświeżenie sobie lektury wszystkich posiadanych przeze mnie tomów, a być może nawet zakupienie tych dwóch ostatnich części, które znam właściwie z drugiej ręki – szóstego filmu, recenzji siódmego i ósmego, a także przeróżnych gifów. Wiem też, że jest coś takiego, jak A Very Harry Potter Musical, będący parodią całej serii zrobioną przez grupkę studentów. Tak czy inaczej, jest to element mojej młodości i bodajże pierwsza wielka faza, która przetrwała w sumie kilka lat. Co więcej, był to niejako mój start w fantastykę. Zaraz po Harry’m Potterzeprzeczytałam Hobbita, czyli tam i z powrotem, a także pierwszą część trylogii Ursulii Le Guin o Czarnoksiężniku z Archipelagu. W swoim życiu przeczytałam mnóstwo książek fantasy – od lekkich, łatwych i przyjemnych przygodówek z Jakubem Wędrowyczem po poważną i ciężką Grę o Tron – ale to właśnie Harry Potter był moją pierwszą książką fantasy. I jestem pewna, że nie tylko moją.

Ze wspomnień fana: Naruto

Swoją serię poświęconą wspomnieniom z poszczególnych fandomów zaczynam od Naruto, mimo że odkryłam go dopiero w liceum i wcześniej byłam już fanką wielu książek i seriali. Powód takiego właśnie posunięcia z mojej strony jest dość prosty – to właśnie przy Naruto odkryłam fanostwo wykraczające poza rozmowy kilku kumpli w szkolnej ławce i samotne przeglądanie stron poświęconych konkretnej serii. Ale po kolei.

Najpierw pokrótce co to jest (dla tych, co nie wiedzą). Naruto to manga (a co za tym idzie – również anime na jej podstawie) Masashiego Kishimoto, osadzona w fikcyjnym świecie, którego realia łączą ze sobą elementy nowoczesności i przeszłości, i gdzie dość rozwinięta jest koncepcja ninja. Mamy kilka krajów, każdy ma Wioskę Ukrytego Czegoś (np. Konoha – ojczysta wioska głównego bohatera – to Wioska Ukrytego Liścia), a każda z nich ma za wójta tak zwanego Kage – ninja, który jest najsilniejszy i najbardziej doświadczony. Są również pomniejsi ninja – jounini, chuunini i genini. Ci ostatni to absolwenci Akademii Ninja.
Naszym głównym bohaterem jest tytułowy Naruto – sierota borykający się z samotnością i marzący o tym, aby zostać w przyszłości Kage swojej wioski; niezbyt pilny uczeń Akademii Ninja, a także dziecko, w którego brzuchu zapieczętowano demona – Lisa o Dziewięciu Ogonach (czego nie jest na początku świadom). W pierwszym odcinku zostaje wciągnięty podstępem do kradzieży zwoju zawierającego różne techniki z wyższej półki. Uczy się jednej z nich, polegającej na tworzeniu klonów.
Każdy ninja dysponuje jako bronią shirukenami, nożami, prochem… ale również siłą życiową, chakrą, z którą mogą robić różne ciekawe rzeczy. W miarę jak akcja się posuwa, odkrywamy coraz to nowe sposoby wykorzystywania chakry – łapanie cieni, dzięki któremu można kontrolować przeciwnika; porozumiewanie się z owadami, lalkarstwo (pojmowane jako używanie do walki marionetek)… W zasadzie widzieliśmy to już w kilku anime. Motyw siły życiowej, która (odpowiednio ukierunkowana) działa trochę jak magia, jest może trochę wyświechtany, ale musicie przyznać, że daje duże pole do popisu.
W każdym razie moja przygoda z Naruto zaczęła się od tego, że mój młodszy brat przyniósł ze sobą na działkę kilka dysków z odcinkami tego anime, aby umilić sobie pobyt poza zasięgiem Internetu. Siedział przy komputerze i oglądał je z angielskimi napisami, a ja w końcu przyszłam do niego i spytałam, czy mogę oglądać z nim. On się zgodził i nawet odpowiedział pokrótce na moje pytania o to, co to jest, kto jest kim i co się dotąd stało. Przesiedzieliśmy przy komputerze kilka godzin i, nawet nie dbając o to, że robi się ciemno, przeszliśmy przez prawie całą sagę Zabuzy, a potem musiałam iść spać, bo było po północy, a to, że nie włączyliśmy światła, jeszcze potęgowało u mnie poczucie senności. Ale następnego wieczoru znowu zasiadłam z moim bratem do nocnego seansu, po którym wciągnęłam się jeszcze bardziej, zwłaszcza, że pojawiła się tam postać, którą szybko polubiłam – Rock Lee (jeszcze do niego wrócę).
Szybko znalazłam polską stronę KonohaSenpuu, poświęconą Naruto. Przeczytałam po kolei każdy opis postaci i natknęłam się na fanfiction do tego fandomu. Co prawda, koncept fanfików nie był mi wtedy obcy (znalazłam tego trochę, jak byłam w fandomie Harry’ego Pottera), ale to właśnie do Narutozaczęłam pisać swoje pierwsze fiki, chociaż z początku ich nigdzie nie publikowałam. Wysłałam tylko pierwszy rozdział Kronik Rodzeństwa Piasku na KonohaSenpuu, ale mi do dzisiaj nie odpisali i raczej go nie zamieścili. W każdym razie, rzeczone Kroniki… pisałam systematycznie dla własnej przyjemności.
Naruto ma to do siebie, że ma dużo postaci, a co za tym idzie – całkiem sporo relacji między nimi, które przeciętny fan może ze sobą porównywać i analizować. Poczynając od tych najbardziej podstawowych relacji przyjaźni (nie lubiący się i traktujący siebie nawzajem jak rywali Naruto i Sasuke, a jednocześnie gotowi walczyć ramię w ramię, gdy wymaga tego sytuacja; Shikamaru, który dzieli się jedzeniem ze swoim przyjacielem Choujim), uczeń-nauczyciel (Iruka, który traktuje Naruto jednocześnie jak niesfornego ucznia, a z drugiej strony zabiera go na ramen; wpatrzony w swojego głośnego i pompatycznego mistrza Rock Lee i Maito Gai, który traktuje swojego ucznia w bardzo uczuciowy sposób i nazywa go geniuszem ciężkiej pracy), między szefem i podwładnym (Haku, który widzi cały swój sens życia w służbie Zabuzie), między rodzeństwem (Kankuro i Temari, którzy z jednej strony boją się swojego młodszego brata, Gaary, a z drugiej strony są zdolni do tego, aby mu się przeciwstawić i pomóc mu w potrzebie; Sasuke, który doskonali się tylko po to, aby wywrzeć pomstę na bracie)… Nawet w niesławnych fillerach można znaleźć, jeśli nie rozwinięcie już przedstawionych relacji, to chociaż opowiedzenie historii nowych postaci, które też są dość ciekawe i pojawiają się tylko w tych fillerach.
Ktoś może powiedzieć: „Przecież w każdej fabule występują jakieś relacje między postaciami.” i ja się z nim zgodzę, jednak Naruto należy do tego typu fabuł, które na relacjach się mocno koncentrują. O wiele ważniejsi niż zagrożenia ze strony tajnych organizacji i obcych wiosek, są ludzie, którzy napadają na Konohę i którzy jej bronią. Bieg między dwiema wioskami byłby zwykłą historią o zawodach, w których jedna ze stron perfidnie oszukuje, gdyby nie Idate, który przed laty przyczynił się do okaleczenia swojego starszego brata, został wygnany z Konohy i ma dług wdzięczności u przywódcy wioski za to, że go przygarnął i w niego uwierzył.
Jak już wspomniałam postacią z Naruto, którą najbardziej lubiłam (i nadal lubię), był Rock Lee. Rock Lee bardzo przypomina pod względem determinacji samego Naruto – postawił sobie cel i konsekwentnie do niego dąży, mimo że jego naturalne talenty są raczej niewielkie. Widzicie, są trzy sztuki ninja – ninjutsu (techniki oparte na chakrze i pieczęciach), genjutsu (iluzja) i taijutsu (sztuki walki). Lee nie miał zdolności do pierwszych dwóch, więc skupił się na ostatniej, hartując swoje ciało dzień i noc jeszcze w czasach akademickich. Tak się złożyło, że jego przyszły mistrz Maito Gai widział go podczas wieczornych ćwiczeń i był pod wrażeniem jego zapału. Ponieważ jego kolega z drużyny – Neji – został ogłoszony geniuszem i naśmiewał się z niego właśnie ze względu na jego ograniczone zdolności, Lee postanowił sobie, że zostanie wspaniałym ninją, znającym się tylko na taijutsu i trenował jeszcze gorliwiej. Był moment, w którym zwątpił w sens konkurowania z cudowne dziećmi takimi jak Neji, ale wtedy pojawił się Gai i powiedział mu, że Lee jest „geniuszem ciężkiej pracy”.
W ogóle relacje między Maito Gaim i Rockiem Lee są, moim zdaniem, jednymi z lepszych relacji w całym anime. Być może na początku Gai i Lee wyglądają jak para melodramatyzujących narwańców, jednakże kiedy dochodzi już do retrospekcji z ich treningów i do finału walki między Lee i Gaarą, widzimy, że szacunek chłopaka do własnego mistrza jest jak najbardziej uzasadniony. Gai ma specyficzne podejście do treningów, jest gotów przejść cała Konohę na rękach, bo przegrał z Kakashim w papier-kamień-nożyce, bezustannie stawia sobie wyzwania z konkretnym psychicznym podejściem. Lee go w tym wszystkim naśladuje i, prawdę mówiąc, trening ten jest bardzo skuteczny. Rock Lee może i nie umie genjutsu i ninjutsu, ale z pewnością skopałby tyłek niejednemu ninjy, który w nich przoduje.
Nie mówiąc już o tym, że między nimi panują relacje bardzo ciepłe. Śmiem rzec, że Gai i Lee są wręcz jak ojciec i syn. Widać to choćby po sposobie, w jaki Gai zwraca się do swojego ucznia po tym wszystkim, co zaszło podczas walki Lee i Gaary. Próbuje podnieść go na duchu, a w którymś momencie stwierdza nawet, że pragnie umrzeć razem z nim. Jestem osobą, która lubi bardzo motyw (szeroko pojętych) relacji ojciec-syn, toteż oglądałam odcinki Naruto ze wszystkimi takimi scenami po kilka razy.
Niejako właśnie dzięki Rockowi Lee odkryłam AMVki. Dotąd nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że istnieje YouTube. To znaczy – widziałam już różne filmiki w Internecie, ale był to zwykle JoeMonster, ewentualnie jakieś filmiki, które ściągnęli moi bracia ze stron poświęconych humorowi (Gandalf: „Bo ja tańczyć chceeę/Może nauczysz mnie jak tańczy sieeę…”). Toteż to, co zaczęło się od szukania odcinków Narutoz Rockiem Lee, przerodziło się w szukanie AMVek mu poświęconych. Wtedy zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy:
1. Niektóre piosenki tak bardzo pasują do niektórych postaci, że fani robią je na potęgę. Najwięcej AMVek z Lee (przynajmniej wtedy) zawierało jedną z dwóch piosenek: In The End Linkin’ Parku i Kung Fu Fighting(oryginał bądź remiks). Kibie i jego pieskowi, Akamaru, przypadało zwykle Who Let The Dogs Out, Gaarze – Enter The Sendman Metalliki albo Mr. Sandman The Chordettes, a jego bratu, Kankuro, specjalizującemu się w walce kukiełkami – Master of Pappets. Zauważyłam podobną prawidłowość w fandomie Sherlocka, kiedy wiele crack!vidów zawierało klipy z Mycroftem Holmesem i piosenką Rhianny Umbrella. Są jeszcze słynne Character Theme Songi, które polegają na tym, że do każdej bardziej znanej postaci z danego fandomu przydziela się właśnie piosenki, które kojarzą się z nią w ten, czy inny sposób. Do dziś pamiętam, że pierwsze takie wideo, które widziałam, zawierało Dancing Queen ABBY jako theme song Nejiego, Puppy Love zaś przypadł Kibie i Akamaru, a DDRowy kawałek Butterfly – Choujiemu.
2. Piosenka I’ll Make A Man Out Of You z Mulan jest jedną z najczęściej wykorzystywanych w fanvidach piosenek Disneya, jeśli nie najczęściejwykorzystywaną. Szczególnie, gdy w danej serii występują jakieś walki, sceny treningów i wojsko. Po prostu jest to piosenka tak dynamiczna, że idealnie wpasowuje się pod klipy, w których postaci się biją albo ćwiczą. W ogóle piosenki z filmów animowanych Disneya wydają się być idealne do fanvidów. Można nimi opisać tak różne sytuacje, jak zakochanie (I Won’t Say I’m In Love), spiskowanie przeciwko panującemu królowi (Be Prepared), ostracyzm (Not One of Us), podpisanie paktu z diabłem (Poor Unfortunate Souls), a nawet pożądanie (Hellfire).
3.Jeśli chodzi o crack!vidy, to całkiem sporo AMVek zawiera piosenki z South Parku i Avenue Q. Przy tym ostatnim zwłaszcza If You Were Gay (z wiadomych powodów), ale pierwszą piosenką z Avenue Q, jaką usłyszałam, było It Sucks To Be Me i w zasadzie do dzisiaj pamiętam AMVkę, w której ją wykorzystano.
4. Narutozapoczątkował modę na widea typu Real Ninjas. Oryginał zapewne wciąż można znaleźć na YouTube, a był taki okres czasu, że każdy fandom z „profesją” (zaraz zobaczycie o co mi chodzi) miał swój własny tego odpowiednik. Fullmetal AlchemistReal Alchemists, Król SzamanówReal Shamans, One Piece i Sid Meyer’s PiratesReal Pirates (polecam Real Pirates z tym ostatnim, jeśli jeszcze jest).
5. Przy okazji znalazłam też coś takiego jak Ask a Ninja. Facet przebrany za… no cóż, ninję, siedzi i odpowiada na pytania, które ktoś mu zadał. Ze zrozumiałych powodów podłożono audio z jego wideo pod klipy z Naruto. Szczególnie wart polecenia jest Ninja Omnibus.
6. Istnieje coś takiego jak yaoi, czyli (w tym kontekście) tendencja do łączenia w pary mężczyzn i robienie z nich gejów, do tego z podziałem na seme (partnera aktywnego) i uke (partnera biernego). Na początku było to dla mnie dziwne, chociaż tak naprawdę (jak zobaczycie w innym artykule) to, co najdziwniejsze i najbardziej przyprawiające mnie o ból głowy, miało dopiero nadejść.
Po jakimś czasie pula moich ulubionych postaci się powiększyła. Na początku miało to związek z pewnym snem, w którym byłam ninją i odkryłam, że Hinata jest opętana (tyle z tego pamiętam, więc nie pytajcie o szczegóły). W każdym razie ten sen zainspirował mnie do wymyślenia narutowego Self-Inserta, i nie będę kłamać, dość marysuistycznego. Panienka nazywała się Zoli, pochodziła z Wioski Ukrytego Kwiatu, która była wioską nomadów-amazonek; pisała wiersze i miała mroczną przeszłość. Miała być kimś w rodzaju posła we Wiosce Ukrytego Liścia i zaprzyjaźnić się z tamtejszymi geninami. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mogłabym ją z kimś zeswatać. Nie mogłam z Lee, bo było parę hintów, że będzie coś między nim a Tenten. Zaczęłam więc szukać jakiegoś zamiennika, chłopaka, który nie miał jeszcze kanonicznej pary, i w końcu padło na Kibę. Obejrzałam wszystkie odcinki, w których brał jakąś większą rolę, przeczytałam artykuł o nim na KonohaSenpuu, dowiedziałam się, co trzeba, o nim, o jego rodzinie i o Akamaru. Nagle zaczęłam na niego patrzeć w inny sposób i nawet go polubiłam. Nie będę przytaczać tego, co on i Zoli robili, to była bardzo długa, miejscami kliszowa, fantazja i, na szczęście, nie przelałam jej na papier (nie licząc korespondencji z taką jedną dziewczyną z YouTube, ale to i tak nie był fanfik, per se,tylko jego streszczanie). No cóż, każdy musi przejść fazę Mary Sue w swojej pisarskiej karierze.
A potem odkryłam wideo obrazujące głupawe konwersacje między Rodzeństwem Piasku i zdałam sobie sprawę z tego, że lubię również Gaarę i Kankuro. Jeden mój znajomy z liceum, który też siedział w tym fandomie i którego zamęczyłam na pewnej przerwie swoimi fanowskimi rozmyślaniami, wyraził stwierdzenie, że wszyscy lubią Gaarę. Właściwie jest to postać skomplikowana. Z jednej strony zachowuje się trochę jak sadystyczny psychopata, który zabija dla przyjemności, z drugiej – w momencie, kiedy poznajemy jego przeszłość, rozumiemy, dlaczego taki jest. Od razu nasuwa się banalne stwierdzenie, że nikt go nie kochał, ale to jak najbardziej prawda i to bardzo smutna prawda. Wszyscy się go bali (z tej racji, że miał w sobie demona piasku, Shuukaku) i nawet osoba, która miała się o niego troszczyć, w końcu okazuje się go nienawidzić. Na szczęście po walce z Naruto Gaara przeżywa nawrócenie i orientuje się, że jego starsze rodzeństwo nie jest od niego aż tak bardzo oddalone, jak mu się zdawało. W późniejszych odcinkach on, Kankuro i Temari pomagają nawet Wiosce Liścia (i Gaara miał tam nawet fajniejsze wdzianko).
Kankuro zaś spodobał mi się z powodu swojego sarkastycznego zachowania, stylu walki, ciekawego makijażu i tego, że był bratem Gaary. Po prostu wyobrażałam sobie, że po potyczce z Naruto, obaj się do siebie bardziej zbliżyli. Niejako z tego wyobrażenia zrodził się mój pierwszy fanfik z prawdziwego zdarzenia – Kroniki Rodzeństwa Piasku. Fabuła była na początku bardzo prosta – po udzieleniu Wiosce Liścia wyżej wspomnianego wsparcia, Gaara, Kankuro i Temari, na prośbę Kage Konohy, zostają zaproszeni do wioski i mogą korzystać ze wszystkiego za darmo. Przez jakiś czas wszystko idzie dobrze (pomijając to, że niektórzy są wobec nich nieufni), dopóki Kankuro nie zostaje odesłany do Wioski Ukrytego Piasku i po drodze zaatakowany, przez co zapada w śpiączkę. To miał być z jednej strony fik o zbliżającym się do siebie rodzeństwie, z drugiej – klasyczny kryminał, w którym sprawcą ataku miała być najmniej podejrzewana osoba. Na końcu miało dojść do wielkiej, epickiej bitwy, w której ninja z Wioski Ukrytego Liścia mieli stanąć u boku Gaary, Kankuro i Temari i skopać temu złemu tyłek. Niestety, tak jak się to wielokrotnie zdarza, straciłam wenę do tego opowiadania i musiałam zarzucić pracę nad nim.
Jeśli miałabym powiedzieć, kogo w tym anime nie lubiłam, od razu odpowiem, że Sakurę. Sakura otwiera długą listę postaci kobiecych, które wywołują u mnie irytację, bo próbuje się je przedstawić jako silne, niezależne kobiety, ale tak naprawdę biją głównego bohatera z jakiegoś głupiego powodu i rzadko kiedy są użyteczne. W dodatku Sakura zakochała się w Sasuke i próbowała na różne sposoby zwrócić na siebie jego uwagę. Często powtarzała jego imię, co irytowało jeszcze bardziej. W zasadzie ta dziewczyna denerwowała mnie tak bardzo, że przez pewien czas byłam członkinią klubu jej anty-fanów, który po jakimś czasie zamarł.
Moje zainteresowanie Narutoumarło po jakimś czasie i choć wiele razy wracałam do tego fandomu (obejrzałam nawet kilka odcinków Naruto Shippudenai spin-offową serię o Rocku Lee), to nigdy więcej nie byłam już z nim na bieżąco. Było to jednak anime, które przedstawiło mi tę dziwną kulturę Otaku i wszystko, co z nią związane – od tego, że mangę czyta się od prawej do lewej, poprzez AMVki, aż do yaoi. Od niego też zaczęło się moje fanostwo, które wykraczało poza bierne odbieranie fandomu i zachwycania się nad nim. I dlatego wydawało mi się właściwym rozpocząć moją serię Ze wspomnień fana właśnie od Naruto.