Maj z Batmanem – 10 najlepszych odcinków "Gotham"

Uwaga! Tekst zawiera spoilery!

Ta lista pewnie nie powstałaby, gdyby nie to, że dowiedziałam się, iż piąty sezon Gotham jest ostatnim; i gdybym nie postanowiła powrócić do tego serialu, a potem go nadrobić w ramach przygotowań do Maja z Batmanem. Poniekąd cieszę się, że to zrobiłam, bo nie tylko przypomniałam sobie odcinki, które swego czasu mnie zachwyciły, ale też odkryłam te kilka, których nie widziałam, bo odpuściłam sobie Gotham na początku trzeciego sezonu.

Praktycznie każdy sezon ma takie genialne momenty, które warto zobaczyć – jakieś interakcje między bohaterami, jakieś wątki poboczne wyjawiające coś o postaciach, jakiś ukłon w stronę fanów, jakieś monumentalne przemowy… Ja sama mam kilka takich ulubionych momentów, jednak gdybym zrobiła listę swoich ulubionych odcinków, jakieś 2/3 z nich zajmowałyby te, które w jakiś sposób skupiają się na Brucie i Alfredzie. Dlatego postanowiłam, że postaram się być obiektywna i skupić się na tych odcinkach, które uważam za najlepsze. To wciąż będzie lista subiektywna, ale – że tak powiem – starałam się, aby nie była zbyt subiektywna.

Pierwotnie zakładałam, że zrobię limit dwóch odcinków na sezon, ale że w piątym sezonie udało mi się odnaleźć tylko jeden odcinek, który uważam za dobry, a poza tym miałam wrażenie, że sezon pierwszy i drugi miały takich odcinków więcej, postanowiłam odpuścić sobie limit. Jedna z pozycji jest też szczególna, ale do niej jeszcze dojdziemy.

A tymczasem zapraszam do listy dziesięciu najlepszych odcinków Gotham.

Czytaj dalej „Maj z Batmanem – 10 najlepszych odcinków "Gotham"”

Moje sześć ulubionych filmów Marvel Cinematic Universe

Ostatnio złapałam się na tym, że niespecjalnie czekam na Avengers: Endgame. Właściwie to od jakiegoś czasu nie za bardzo interesuje mnie to, co Marvel ma do zaoferowania, po części dlatego, że interesują mnie inne franczyzy, a po części dlatego, że da się wyczuć pewnego rodzaju zmęczenie materiału. Oczywiście, mogę powiedzieć, że ostatnie filmy MCU są, same w sobie, ciekawe, ale jednak nie jaram się nimi tak jak kiedyś.

I to odkrycie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tymi filmami Marvel Cinematic Universe, które zaliczyłabym do swoich ulubieńców i które nieraz lubię sobie obejrzeć. Były na przestrzeni tych dziesięciu lat takie filmy Marvela, które poruszały moją wyobraźnię. I tak po krótkim namyśle udało mi się znaleźć sześć takich filmów.

Czytaj dalej „Moje sześć ulubionych filmów Marvel Cinematic Universe”

Cztery powoody, dla których uwielbiam Miryoku

No więc miałam w tym roku przygotować wreszcie na Walentynki listę pairingów, które faktycznie shippuję… jednakże dowiedziałam się jakiś czas temu, że Miryoku ma 16 lutego urodziny.
Jak może pamiętacie, kiedyś zrobiłam listę rzeczy, które uwielbiam w Astroni. Jakiś czas później zrobiłam podobną o kociarze81, a potem o Agacie Christie i jeszcze o Terry’m Pratchetcie. Wszystkie te listy powstały z okazji urodzin każdej z tych osób, a Miryoku wyraziła dawno temu chęć ujrzenia takiego rankingu o sobie.
W związku z tym dałam Mir do wyboru dwa pomysły na „tekstowe” prezenty urodzinowe dla niej, w tym – wyżej wspomnianą listę. Zdecydowanie bardziej jej się podobała ta opcja od tego co proponowałam jako drugą, i tak oto jesteśmy tutaj.
Lista jest, co prawda, krótka, ale wszystkie punkty na niej mają niemałe znaczenie, tak więc, panie i panowie, oto cztery powody, dla których uwielbiam Miryoku.


Powód czwarty: Rozmowy fandomowe
Kiedy tylko zdarzy się, że akurat ja i Miryoku jesteśmy akurat w tym samym fandomie; albo kiedy jedna z nas jest w fandomie, w którym kiedyś była druga, zawsze nie omieszkamy podzielić się ze sobą swoimi wrażeniami.
Jest to rzecz o tyle istotna, że mniej więcej dzięki jednemu z tych fandomów w ogóle się z Mir poznałyśmy. Dawno, dawno temu pisałam fanfiki do Przygód Merlina, Miryoku się nimi zainteresowała i postanowiła obejrzeć sam serial. Wkrótce się weń wciągnęła i zaczęłyśmy gadać o Merlinie tak w oficjalnym wątku na forum, jak i w prywatnych wiadomościach. Później, dużo, dużo później, kiedy wybrałam się do Krakowa, umówiłyśmy się na spotkanie – pierwsze z wielu, które miały miejsce na przestrzeni tych niemal dziewięciu lat wspólnej znajomości. I przebiegło ono pod znakiem wspólnych rozmów na temat Merlina, Hetalii i wielu, wielu innych fandomów, w których wtedy byłyśmy albo o które się otarłyśmy. To wciąż jest jedno z moich najmilszych wspomnień.
Zresztą Miryoku potrafi ciekawie opowiadać. Z całą pewnością w naszym niedawnym animcowym podkaście słucha jej się o wiele lepiej niż mnie (i nie tylko dlatego, że się zacinam i mam nieprzyjemny głos).
 
Powód trzeci: Komentarze do moich tekstów
Jak mówiłam, poznałyśmy się z Mir po części dzięki moim fanfiction do Przygód Merlina. Miryoku pozostawiała mi pod nimi długie komentarze, które radowały moje pisarskie serduszko. Po części też świadomość tego, że Miryoku czeka na ostatni rozdział Wyzwania, sprawiła, że wielokrotnie chciałam go w końcu skończyć.
I też w przeciągu tych kilku lat naszej znajomości, Miryoku wielokrotnie pozostawiała pod moimi tekstami – tak na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction, jak i na Planecie Kapeluszy – rzeczowe, nieraz bardzo pomocne komentarze. I wiele z uwag Mir na zawsze wbiło mi się w pamięć, jak na przykład nieprzechodzenie z jednego punktu widzenia do drugiego w tej samej części rozdziału.
Tak czy inaczej, komentarze Mir są zawsze mile widziane (mam nadzieję, że ten punkt nie będzie potraktowany jak próba wybłagania czegoś.)
Powód drugi: Talent rysowniczy
Wiecie, mam takie marzenie, że moi przyjaciele odnoszą sukcesy: Preity zakłada sklep z włóczkowymi tworami, Oscar Readmore wydaje swoje Slashery, Zwierz Hienisty tworzy własną grę… a Miryoku robi webcomic, którego czytają miliony.
Właściwie na przestrzeni tych sześciu lat istnienia Planety Kapeluszy mogliście podziwiać różne rysunki Miryoku. Tytuł bloga z ni to kapeluszem, ni to planetą z pierścieniami – Mir. Grafika na piątą rocznicę bloga – Mir. Mój stary avatar, którego ostatnio użyłam jako ilustracji do posta o moich postanowieniach noworocznych (i od siebie dodałam tylko koślawy napis) – Mir. Chibiki na naszym podkaście – Mir. Co więcej, rok temu dostałam od niej ręcznie robioną kartkę świąteczną, którą mogliście podziwiać na moim fanpage’u.
Miryoku z własnej, nieprzymuszonej woli użycza mi swojego talentu, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Jedyne, co mogę dla niej zrobić, to odesłać Was na jej stronę na deviantArcie albo na jej tumblra.
Kilka miesięcy temu użytkownicy Polskiej Bazy Opowiadań i Fanfiction mieli okazję zobaczyć komiks, który Miryoku narysowała do pewnej antologii. Tak pod kątem wizualnym, jak i fabularnym, komiks stał na wysokim poziomie, toteż mam nadzieję, że kiedyś Miryoku zacznie wydawać własny webcomic. Myślę, że mogłaby stworzyć coś genialnego.
Powód pierwszy: Wsparcie
Miryoku oprowadziła mnie po Krakowie, przenocowała mnie i pomogła rozeznać się podczas Ryuconu – mojego pierwszego, prawdziwego konwentu; wielokrotnie doradzała mi, kiedy rozważałam swój debiut literacki i zastanawiałam się, jak przyciągnąć więcej ludzi na Planetę Kapeluszy; pocieszała mnie w trudnych chwilach, a także (jak wspominałam powyżej) przygotowywała mi grafikę na bloga.
Bywa, że się ze sobą nie zgadzamy; bywa, że się nawzajem irytujemy, niemniej jednak zaliczam Miryoku do grona moich najbliższych przyjaciół (do tego stopnia, że pewnie gdybym miała kiedyś wychodzić za mąż, pewnie wzięłabym Mir na druhnę). Ma też do mnie masę cierpliwości (ci, co mnie znają osobiście, wiedzą, że potrafię być za bardzo skoncentrowana na sobie).
Miryoku jest dobrą przyjaciółką, wspaniałą artystką, fantastycznym recenzentem i zasługuje na wszystko, co najlepsze. Dlatego, Mir, w dniu twoich urodzin życzę ci szczęścia, weny, dobrych ludzi dookoła i żebyś spełniła swoje marzenia. Zapewne za rzadko ci to mówię, ale uwielbiam cię i fajnie, że jesteś.

Moich sześciu ulubionych kosmitów

W 2013 Vampircia przygotowała listę swoich pięciu ulubionych fikcyjnych ras. Bardzo długo nosiłam się z tym, aby przygotować podobną listę, ale wkrótce przekonałam się, że po pierwsze – większość pozycji na tej liście właściwie sprowadzałaby się do tego, że lubię nie tyle całą rasę, co poszczególnych jej przedstawicieli; i po drugie – przeważaliby tam kosmici. Dlatego postanowiłam, że temat ulubionych fikcyjnych ras zostawię sobie na kiedy indziej, a tymczasem skupię się na ulubionych kosmitach.

Jako że niedawno odkryłam na nowo uniwersum Star Treka i polubiłam poszczególne postaci obcych z różnych serii, zastanawiałam się, czy tym razem nie odpuścić sobie zasady „jeden przykład na fandom” (i pierwotna lista zawierała o trzy pozycje ze Star Treka więcej), ale doszłam do wniosku, że przynajmniej niektórzy z czytelników Planety Kapeluszy mają już dość mojego rozwodzenia się na temat tego uniwersum, więc postanowiłam, że zasada zostaje. A jako że zasada nie powtarzania postaci, które omawiałam w innych tekstach, również obowiązuje, musiałam zrezygnować z Megamocnego i Yondu Udonty.

Tak więc, panie i panowie, oto moich sześciu ulubionych kosmitów.

Czytaj dalej „Moich sześciu ulubionych kosmitów”

Pięć utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię

Uwaga, tekst zawiera spoiler do Dragon Ball GT.

No więc jakiś czas temu Oscar zaczął na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction rzucać wszystkim wyzwania. Nikt specjalnie nie traktował ich poważnie i podejrzewam, że większość z nas pomyślała sobie, że może się ich podejmą, może nie, nie ma nacisku.
W każdym razie mnie przypadło „top5 seriali/filmów/książek/czego tam chcesz, które były dla ciebie nostalgiczną podróżą w przeszłość”. I to jest ciekawe zagadnienie, albowiem ja poniekąd byłam wychowana przez telewizję i znam wiele kreskówek i programów, których większość moich znajomych nie kojarzy. Zaczęłam się więc zastanawiać nad serialami, które zwykle wywołują u mnie tęsknotę za dzieciństwem, i jakoś tak wyszło, że przeszłam na oglądanie czołówek i motywów przewodnich z kreskówek mojej młodości.
Jest kilka utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię; właściwie przypominają mi o dawnych, może nawet nieco prostszych czasach. Układając tę listę zdałam sobie sprawę z tego, że nie ma ich znowu aż tak dużo (bo to jednak specyficzne uczucie). Niemniej jednak pięć miejsc okazało się być w sam raz. Będą to głównie czołówki z kreskówek i anime, ale trafi się jeden wyjątek.
Tak więc zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, w podróż w przeszłość.


Scooby’ego poznałam dzięki TVP2. Dawno, dawno temu „dwójka” puszczała w sobotę rano program Hanna Barbera Przedstawia, w którym pokazywani byli zarówno Flinstonowie i Miś Yogi, jak i właśnie Scooby Doo. Hanna Barbera Przedstawia była z lektorem, toteż moje pierwsze zetknięcie z chwytliwą czołówką Scooby Doo, Where Are You?, było po angielsku. Niestety, archiwum TVP2 spaliło się i polskie wersje kreskówek Hanny Barbery przepadły. Dopiero kiedy Cartoon Network zaczęło nadawać po polsku, podjęto się tłumaczenia i dubbingowania klasyków Hanny Barbery, między innymi właśnie Scooby Doo. Dzięki temu też dostaliśmy polską wersję czołówki.
Ten pierwszy Scooby Doo jest przesiąknięty latami sześćdziesiątymi i siedemdziesiątymi (w końcu jego premiera miała miejsce w 1969). I też piosenka tytułowa jest robiona w tym klimacie – wydaje się, że Scooby Doo, Where Are You? jest wykonywana przez jakiś zespół próbujący naśladować Beatlesów. Co więcej – wiele sekwencji ucieczek w samym serialu ma podkład muzyczny w podobnym stylu.
W dzisiejszych czasach Scooby Doo próbuje być nieco głębszy od swojego pierwowzoru. W latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych schemat Scooby Doo był taki: gang natrafia na zagadkę ze „straszakiem”, Scooby i Kudłaty mają szalone przygody, które są tylko po to, aby wypełnić czas, podczas gdy Fred, Daphne i Velma zajmują się właściwym śledztwem; a w końcu „straszak” zostaje złapany w pułapkę, w której Scooby i Kudłaty robią za przynętę, i okazuje się, że pod maską krył się ktoś, kogo gang spotkał wcześniej. To był w sumie prosty serial i charakterystyka postaci też była całkiem prosta. Fred, Velma i Daphne byli do siebie podobni, chociaż Fred był wyraźnie przywódcą, a Velma mózgowcem.
Tymczasem dzisiaj chce się rozwinąć całą piątkę, nadać jej głębi, pokazać ich rodziny i warunki, w jakich byli wychowywani. Niestety w tym zestawieniu Daphne jest przedstawiana zwykle jako ktoś, kto ma etykietkę „ślicznej buźki” i dlatego jest postrzegany jako bezużyteczny. Aha, i według filmów aktorskich jest ciągle porywana (chociaż w oryginale porywają ją może dwa-trzy razy). Dlatego dziewczyna chce jakoś się tej etykietki pozbyć. Samo w sobie to może nie jest jakoś złe, ale bardzo mi przeszkadza we współczesnej charakterystyce Daphne. W oryginalnym serialu była jedną z trzech osób, które faktycznie coś robiły; które zajmowały się śledztwem i pod koniec brały udział w wyjaśnianiu zagadki… w przeciwieństwie do Kudłatego i Scooby’ego, którzy przez większą część czasu nic nie robili.
Ale wróćmy do Scooby Doo, Where Are You? – jak dotąd żadna inna czołówka do serialu o Scooby Doo nie jest tak chwytliwa i zapadająca w pamięć jak ta pierwsza. Mimo wszystko wychowało się na niej kilka pokoleń dzieciaków i jest ona jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek tytułowych kreskówek. Nie ma siły, aby nie wywoływała nostalgii.
 
Ach, Fighting Dreamers… Jeden z najbardziej znanych openingów Naruto. O tym dlaczego Naruto zajmuje szczególne miejsce w moim fanowskim życiu, już kiedyś mówiłam, natomiast Walczący Marzyciele należą do tego typu utworów muzycznych, które napełniają mnie bojową energią. Jednocześnie jest w nich coś z barowej przyśpiewki.
W każdym razie, Go! Fighting Dreamers jest czwartym openingiem do Naruto i (z tego co się orientuję, w końcu oglądałam to anime dawno i z przerwami) przypada akurat na taki słodko-gorzki okres pomiędzy Sagą Egzaminów na Chunnina a pogonią za Sasuke, który zdecydował się iść do Orochimaru. Z jednej strony mamy pozbawioną przywódcy Konohę próbującą się jakoś pozbierać po walce z Suną i Rocka Lee, który po potyczce z Gaarą jest kaleką; a z drugiej strony Naruto spotyka Jirayę i wyrusza z nim po Tsunade, która mogłaby zostać nowym Hokage; a także pojawia się kilka lekkich odcinków fillerowych.
Niezależnie jednak od tego, co się działo w samym anime, Go! Fighting Dreamers kojarzą mi się z tym wczesnym Naruto, kiedy jeszcze sprawy z Sasuke się nie skomplikowały. Już sama nazwa kojarzy mi się z poszczególnymi młodocianymi ninja, którzy mają swoje cele i do nich dążą; a już w szczególności kojarzy mi się z samym głównym bohaterem i z moim ulubieńcem, czyli Lee.
A fakt, że jest to tak skoczna piosenka, sprawia, że pewnie kiedy będę układać jakąś playliste do treningów, Go! Fighting Dreamers tam też na pewno będą.
 
Jak to, miało tutaj zabraknąć czegoś związanego z Lucky Lukiem? Jeśli serio tak myśleliście, to widać słabo mnie znacie.
Kiedy słyszę Poor Lonesome Cowboy, słońce zaczyna świecić jaśniej… jak na prerii  i pustkowiach, które Luke przemierza na Jolly’m i na których spotyka czasem kolorowe postaci z Dzikiego Zachodu. To cudeńko, co prawda, odkryłam na nowo po latach, bo też moja miłość do Luke’a przyszła bardzo późno… ale jak już wreszcie znalazłam Poor Lonesome Cowboy Pata Woodsa, słuchałam jej na okrągło.
Potem dowiedziałam się, że jest to piosenka napisana na długo przed powstaniem Lucky Luke’a. Być może Morris i Goscinny ją znali, być może nie, ale to nie zmienia faktu, że Poor Lonesome Cowboy idealnie wpasowuje się w postać Luke’a. Piosenka opowiada przecież o „biednym, samotnym kowboju, daleko, daleko od domu”, przemierzającym prerię na swoim koniu (pierwsza zwrotka); rozwiązującym konflikty pokojowo (druga zwrotka) i nie zamierzającym się ustatkować, bo wystarcza mu towarzystwo jego rumaka (trzecia zwrotka). Nie bez powodu jest to też piosenka, którą puszczano pod koniec, kiedy Luke odjeżdżał w stronę słońca. W końcu pierwsza zwrotka kończyła się zdaniem: „My horse and me keep riding/Into the setting sun.”
Poor Lonesome Cowboyjest niemalże sprzężony z Lucky Lukiem. Zarówno w komiksach, jak i wszędzie indziej Luke jest przecież Samotnym Kowbojem, tak samo jak Poirot jest Małym Belgiem, a Superman Człowiekiem ze Stali. A fakt, że ta piosenka śpiewana jest przez Luke’a pod koniec każdej przygody, świadczy o tym, że ten samotny kowboj, daleko, daleko od domu, jest zawsze w siodle, gotów na spotkanie na to, co jeszcze go czeka.
 
Muzyka z pierwszego The Sims w ogóle jest dla mnie bardzo nostalgiczna. Mimo wszystko ta seria była częścią mojego życia przez bardzo długi czas i właściwie często do niej wracam, chociaż już nie do pierwszej generacji, tylko do dwójki i trójki.
Ponadto jest jeszcze taka kwestia, że wiele ścieżek dźwiękowych The Sims 1 kojarzy mi się trochę z melodiami z lat pięćdziesiątych, które leciały w różnych amerykańskich filmach pokazujących jaka to przyszłość będzie piękna (coś w stylu czołówki do Jetsonów). Można więc wywnioskować, że Amerykanom Simsy miały na początku trochę przywodzić na myśl tak zwaną rodzinę nuklearną.
W każdym razie, kiedy słucham muzyki z The Sims, przychodzą mi do głowy te prostsze Simsy z pierwszej generacji, które może i były dość prymitywne jak na dzisiejsze standardy, ale dawały mi sporo radochy. Przypomina mi się moja pierwsza rodzina – Laura Anderson i jej młodsza siostra, Eve – oraz Ćwirowie. Przypomina mi się również granatowy kolor menu i wszechobecny Comic Sans.
Trochę też żal słuchać tej melodii, kiedy wie się, że firma, która stworzyła The Sims – Maxis – kilka lat temu splajtowała i w tym momencie marka stała się jedną z dojnych krów EA i z każdym następnym dodatkiem ma się wrażenie, że coraz trudniej jest się nią ekscytować. Toteż wielu Simsomaniaków spogląda wstecz z rozrzewnieniem, przypominając sobie skromne, acz sympatyczne początki serii.
 
Mimo że nie jestem jakąś wielką fanką Dragon Balla, nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z tych anime, na których się wychowałam.
I o ile Dragon Ball i Dragon Ball Z miały w Polsce czołówki francuskie, które brzmią całkiem niewinnie (i nieraz nijak nie przystawały do tego, co było pokazywane), o tyle przy Dragon Ball GT polski dystrybutor pokusił się o czołówkę japońską. Powiedziałabym nawet, że o ile Dragon Ball GT było takie sobie względem poprzedników, o tyle opening miało naprawdę dobry.
Właściwie wszystkie trzy czołówki napawają mnie nostalgią, ale Dan Dan Kokoro Hikareteku najbardziej. W dużej mierze spowodowane jest to tym, że pełna wersja tej piosenki była puszczana w finale Dragon Ball GT, jako podkład do montażu najważniejszych momentów z wszystkich trzech serii. Twórcy chcieli pokazać widzom drogę jaką przebył Son Goku jako bohater. A ponieważ w finale Dragon Ball GT Goku odchodzi z Ziemi na grzbiecie smoka Shen Longa, Dan Dan Kokoro Hikareteku staje się piosenką pożegnalną.
Kiedy słyszę Dan Dan Kokoro Hikareteku, myślę o tych popołudniach, kiedy oglądałam wraz z braćmi Dragon Balla i wszystkie inne anime, kiedy puszczało TVN7. Teraz już pewnie zamiast tego lecą jacyś Agenci NCIS albo któreś z miliona CSI. Trochę żal, że niektóre rzeczy należą już do przeszłości, ale, na szczęście, można chociaż kilka z nich sobie powtórzyć, dzięki internetowi. Niemniej jednak to już nie to samo.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o utwory muzyczne, które napawają mnie nostalgią. A Wy macie takowe?