Meg ogląda Star Trek: TOS – 1×10 "Karbomit"

Pamiętacie jak wspominałam o tym, że w Wirusie pojawia się ikoniczna dla serialu scena z półnagim Sulu? Cóż, Karbomit prezentuje nam ikoniczny obrazek łysego, szarego kosmity, którego załoga Enterprise widzi na dużym ekranie. Zarówno Sulu jak i ów kosmita pojawiają się w napisach końcowych późniejszych odcinków.
Jednakże to nie wszystko! Już po „złotym” uniformie Uhury zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to kolejny odcinek, który nakręcono dużo, dużo wcześniej. Teoretycznie rzecz biorąc, Karbomit to debiutancki odcinek kilku postaci, w tym: Uhury, doktora McCoya i podoficer Rand. Skupia się też bardziej na dynamice między niektórymi z bohaterów i tak oto mamy bardziej rozwiniętego doktora McCoya.

Opis Fabuły:
Podczas przygotowywania mapy obszaru gwiezdnego, w którym się akurat znajdują, Enterprise napotyka na przeszkodę – latającą w przestrzeni kolorową kostkę, która blokuje im przejście dalej. Przy próbie ominięcia blokady, statek zostaje narażony na radiację i w końcu Kirk postanawia zniszczyć kostkę. Potem jednak pojawia się kolejne zagrożenie: gigantyczny statek kosmiczny, którego rezydenci odebrali destrukcję kostki jako akt agresji i uznali, że załoga Enterprise jest skłonna do przemocy. Oznajmili więc, że dają załodze dziesięć minut, aby uporządkowali swoje sprawy, a potem zniszczą statek.
Co Z Tego Pamiętam:
Pamiętam zwrot akcji, w którym okazało się, że szary kosmita nie jest tym, czym się wydawał. Nie pamiętałam jednak szczegółów, co do tego, kto się za nim krył.
O dziwo, jest to też odcinek, w którym Spock porównuje zaistniałą sytuację do szachów, gdzie silniejszy przeciwnik (kosmita) przytłacza słabszego (Enterprise); a potem Kirk stwierdza, że do tego przeciwnika trzeba podejść jak w pokerze – blefując. Myślałam, że to ma miejsce dopiero w odcinku z Romulanami (i ma, ale tutaj pojawia się po raz pierwszy).
Wnioski Ogólne:
Właściwie zatrzymajmy się na moment na tym blefie, bo według mnie jest to jedna z tych scen, które definiują Kirka jako kapitana. Chodzi mi o to, że James T. Kirk jest trochę typem oszukańca, kogoś, kto podchodzi do zaistniałych problemów w bardziej innowacyjny, niekonwencjonalny sposób. Do momentu, w którym postanowił postawić kosmicie ultimatum i wmówić mu, że posiada substancję, która zniszczy zarówno Enterprise jak i statek, który go atakuje, Kirk próbuje negocjować z przeciwnikiem; przekonać go, że ludzie nie mają złych zamiarów i to wszystko to jedno wielkie nieporozumienie. W chwili jednak kiedy dyplomacja zawodzi i Enterprise czeka zagłada, Kirk podejmuje się ryzykownej strategii, jest jednak tak pewny siebie i tak dobrze odgrywa swoją rolę, że jego przeciwnik daje wiarę blefowi.
Pamiętajmy – to facet, który zhakował Kobayashi Maru – test, który polega na przedstawieniu sytuacji bez wyjścia, „nie do wygrania” – i znalazł wyjście. To człowiek, który stał się legendą Gwiezdnej Floty właśnie dlatego, że udawało mu się znaleźć niekonwencjonalne rozwiązania. Czasem złamie jakieś zasady (zdarzało mu się dość często łamać Pierwszą Dyrektywę), ale jest przy tym tak niesamowity, że następni kapitanowie (jak na przykład Sisko i Janaway) spoglądają na jego czasy z nostalgią, a jego samego wręcz uważają za bohatera. Lata później, kiedy Spock spotka się z Picardem, nazwie zachowanie swojego byłego kapitana „kowbojską dyplomacją”. Kirk jest do pewnego stopnia kowbojem, który działa na granicy prawa i jest takim uroczym draniem.
I myślę, że znamienne jest to, że Kirk w tej scenie czerpie inspirację właśnie z pokera. Poker to gra, która kojarzy się trochę z kowbojami, a przede wszystkim – z hazardem i podejmowaniem ryzyka. To gra, która wymaga zarówno szczęścia, jak i umiejętności.
Pozostałym kapitanom – Picardowi, Sisko, Janaway i Archerowi – podejmowanie ryzyka w kryzysowych sytuacjach, a nawet oszukiwanie i blefowanie przeciwnikowi również nie są obce. Są pewne rzeczy, które łączą ich wszystkich z Kirkiem, jak to, że są gotowi walczyć o swoje załogi i statki, i że starają się zawsze postępować właściwie (z lepszym lub gorszym skutkiem). Kirk stanowi taki wzorzec dla kapitanów Star Treków – pewne elementy jego systemu etycznego i sposobu działania są przekazywane pozostałym, ale twórcy serii postarali się, aby każdy z nich jakoś się od Kirka wyróżniał. I tak mamy zakochanego w przeszłości samotnika, Picarda; owdowiałego i usadzonego na stacji kosmicznej ojca, Sisko, który jest właściwie na misji dyplomatycznej w Bajorze; zagubioną z dala od Federacji i próbującą zachować standardy Floty Janaway, która czasem dokonuje dwuznacznych moralnie decyzji; a wreszcie działającego przed powstaniem Federacji i próbującego położyć jakieś podwaliny pod przyszłe procedury Floty Archera.
Również fakt, że McCoy w tym odcinku droczy się z kapitanem, przeciwstawia mu się i wyraża przy wszystkich swoje zdanie, a Kirk słucha tego zdania i również się z doktorem droczy, stanowi pewien standard relacji między startrekowymi kapitanami a ich załogami. Kapitanowie darzą swoich oficerów przyjaźnią, szacunkiem i zaufaniem i w zamian otrzymują to samo. Oficerowie mogą się nie zgadzać z kapitanem, mogą zgłaszać zastrzeżenia, jeśli kapitan wydaje im się nie w pełni rozumu, ale on skoczyłby za nimi w ogień, a oni skoczyliby w ogień za nim.
A skoro już jesteśmy przy lojalności wobec kapitana, to za tydzień czeka nas podwójny odcinek – Menażeria – w którym Spock opowie o swoim dawnym dowódcy, Christopherze Pike’u.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.