Meg ogląda MCU – Thor

Kiedy Pierwsza Faza Filmowego Uniwersum Marvela już się rozkręcała (a zwłaszcza kiedy Avengers okazali się tak wielkim sukcesem, pokazując, że filmowy crossover na podstawie komiksów może być dobrze zrobiony), panowała opinia, że no, w sumie filmy MCU są genialne i w ogóle, ale jeden z nich jest słabszy od pozostałych. Dla jednych tym filmem był Iron Man 2, dla innych – Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie, a dla jeszcze innych Thor. W zasadzie dość dużo ludzi uważało pierwszego Thora za taki sobie film – sceny w Asgardzie były nadmiernie pompatyczne, chemia między Thorem a Jane Foster właściwie nie istniała, a sam Thor był mało interesujący. W zasadzie Loki i sceny na Ziemi wychodzą temu filmowi najlepiej.

Byłam jedną z osób, które podzielały ten pogląd. Niemniej jednak po obejrzeniu Thora ponownie – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co działo się z protagonistą (i jego bratem!) przez te wszystkie lata – doszłam do wniosku, że ten film ma kilka ciekawych elementów i całkiem dobrze radzi sobie z motywem butnego księcia, który musi nauczyć się pokory.

Tak więc opowiedzmy sobie o tym, jak film o bogu piorunów radzi sobie po latach.

Opis Fabuły:

W dzień koronacji boga Thora na króla Asgardu, trzech Lodowych Olbrzymów (Jotunów) włamuje się do zbrojowni, ale zostaje zatrzymanych przez Strażnika. Choć ojciec Thora, Odyn, każe synowi zostawić króla Jotunów, Loufeya, w spokoju ze względu na kruchy pokój między Jotunheimem a Asgardem, Thor wybiera się z przyjaciółmi – Lady Sif, Trzema Wojami i Lokim – skonfrontować Lodowych Olbrzymów z ich niedawną zbrodnią. Wyprawa kończy się porażką i pomimo starań Odyna, Loufey wypowiada Asgardowi wojnę. Widząc, że jego syn jest nierozważnym i skłonnym do bitki mężczyzną, Odyn postanawia ukarać Thora – odbiera mu jego moce i magiczny młot, Mjolnir, i zsyła na wygnanie do naszego świata. Traf chce, że na Ziemi Thor spotyka astrofizyczkę, Jane Foster, która bada dziwne fenomeny, pojawiające się ostatnio w Nowym Meksyku.

Wnioski Ogólne:

Pamiętacie jak mówiłam, że każdy film MCU jest innego gatunku? Otóż Thor to urban fantasy z nordyckimi bogami.

Thor jest opowieścią o lubującym się w bitwach, aroganckim wojowniku, który zostaje sprowadzony do poziomu śmiertelnika, aby nauczyć się pokory i wartości pokoju. Tak było w zasadzie od pierwszych komiksów z Thorem, ale one szły o wiele dalej, bo bóg piorunów został w nich uwięziony w ciele niepełnosprawnego lekarza, Donalda Blake’a (który tutaj został sprowadzony do bycia czymś niewiele więcej niż Easter Egg… a szkoda, bo chciałabym, aby ten element marvelowskiego Thora został zachowany).

Pod tym kątem film całkiem zgrabnie buduje wątek Thora dorastającego do bycia królem, i to od momentu, w którym Odyn wygłasza mowę podczas koronacji syna. Najpierw Wszechojciec wspomina o tym, że młot Thora, Mjolnir, ma na celu być nie tylko bronią, ale i narzędziem tworzenia. „To godny atrybut króla”, mówi Odyn, któremu zależy na tym, aby Asgard miał rozważnego władcę; a następnie zaprzysięga Thora do tego, aby „strzegł Dziewięciu Królestw, bronił pokoju, odrzucił wszelkie własne pragnienia i żył tylko dla dobra królestwa”. W przeciągu kolejnych kilku godzin Thor, wiedziony zranioną dumą i chęcią odwetu na Jotunach, łamie tę przysięgę, udowadniając tym samym, że nie jest gotowy na objęcie tronu. Skazując syna na wygnanie, Odyn rzuca jednak na Mjolnir zaklęcie: „Ktokolwiek trzyma ten młot, jeśli jest godny, powinien posiąść moc Thora.” Mjolnir to „atrybut króla”, więc Thor musi udowodnić swoimi czynami, że jest godzien go nosić.

Wielokrotnie temat tego, kto jest godzien dzierżyć Mjolnira i dlaczego, był podejmowany zarówno w samym MCU, jak i przez fanów. W drugich Avengersach mieliśmy całą scenę poświęconą poszczególnym Mścicielom, próbującym podnieść młot Thora, a jedną z najbardziej ikonicznych scen Końca Gry, jest ta w wielkim finale, kiedy wreszcie udaje się to Steve’owi Rogersowi. Co jednak konstytuuje bycie godnym Mjolnira?

Jeszcze przez pewien czas po swoim wygnaniu, Thor zachowuje się jakby nadal był księciem Asgardu i bogiem piorunów pośród zwykłych śmiertelników. Nie jest zły (ma momenty, kiedy jest całkiem uprzejmy i sympatyczny, zwłaszcza wobec Jane, Selviga i Darcy), ale nadal myśli w kategoriach, że jak rozbije kubek, to karczmarka/właścicielka knajpy da mu dolewkę kawy; i że wystarczy, że wbije na oślep do bazy, w której trzymany jest Mjolnir, i go sobie weźmie. No bo wiecie, Mjolnir mu się w zasadzie należy.

Thor nie zastanawia się, dlaczego został wygnany, bo przez dłuższy czas nie widzi niczego złego w tym, że w gniewie zaatakował Jotunheim. Przed wygnaniem nawet wygarnia Odynowi, że jego umiłowanie pokoju to oznaka słabości i że inne królestwa się z niego śmieją. I, prawda, można powiedzieć, że Thor ma trochę racji (no bo jednak to Jotunowie zaczęli, włamując się do Asgardu), ale problem polega na tym, w jaki sposób Thor podchodzi do tej sprawy i w tym, że motywowany jest głównie urażoną dumą (bo Jotunowie śmieli wbić do Asgardu akurat na jego koronację). Thor nie myślał o konsekwencjach swojego czynu dla Dziewięciu Królestw i jako taki nie nadawał się na króla.

I choć scena, w której grupka facetów z Nowego Meksyku próbuje podnieść Mjolnira i ponosi sromotne porażki, jest zabawna, to scena, w której – po przebiciu się przez kilkunastu wyszkolonych agentów TARCZY – robi to Thor i nie jest w stanie podnieść młota nawet o cal, ma o wiele bardziej smutny wydźwięk. Bo nagle bóg piorunów zdaje sobie sprawę – naprawdę zdaje sobie sprawę – z tego, że nie będzie w stanie tak po prostu wrócić do Asgardu. Jeszcze bardziej dobitne jest to, że potem przed uwięzionym przez TARCZĘ Thorem pojawia się Loki, który mówi mu, że tuż po jego wygnaniu ich ojciec umarł z żalu; że ich matka nie chce go znać i że Thor pozostający w banicji jest warunkiem pokoju między Asgardem a Jotunheimem.

To kłamstwo, oczywiście; kłamstwo mające na celu złamać ducha Thora. Ale uświadamia ono wygnanemu bogu, że jego bezmyślny czyn ma konsekwencje dla jego rodziny i domu; a w związku z tym, nie może on wrócić do Asgardu. Przez jakiś czas Thor nie ma pojęcia co robić, ale zaczyna myśleć o innych i o tym, jaki wpływ ma na nich jego zachowanie. Na prośbę Selviga zgadza się odejść, aby nie narażać Jane. Robi nowym przyjaciołom śniadanie. Kiedy Sif i Trzej Wojowie przybywają, aby zabrać go do domu, on twierdzi, że nie może wrócić, bo doprowadził do śmierci ojca. Wreszcie kiedy pojawia się wysłany przez Lokiego Strażnik, Thor przeprasza brata za swoje przewinienia i błaga go o to, aby nie zabijał niewinnych ludzi, a w zamian za to odebrał życie jemu, Thorowi. I kiedy nasz bohater ginie od ciosu Strażnika, w zasadzie oddając życie za ludzi w Midgardzie, udowadnia, że jest godzien Mjolnira.

Jeszcze wrócę do tej sceny, kiedy będziemy omawiać Avengers: Wiek Ultrona.

Już dość o Thorze. Teraz przejdźmy do Lokiego.

Jak już kiedyś wspominałam, Loki w pierwszym Thorze jest moim ulubionym Lokim w MCU, z tej prostej przyczyny, że jego motywacją nie jest ani zemsta, ani władza (choć na pierwszy rzut oka można tak pomyśleć). Na początku filmu Loki jest zazdrosny o Thora, ale jego wielki plan motywowany jest tym, aby go zdyskredytować jako nadpobudliwego i nierozważnego narwańca, nie nadającego się na władcę. Świetnie gra troskliwego brata, do tego stopnia, że jesteśmy skłonni mu uwierzyć (zwłaszcza scena wygania Thora każe mi myśleć, że może Loki nie spodziewał się, że sprawy zajdą aż tak daleko), ale też wiele jego słów tylko pobudza Thora do nierozważnych zachowań. Sprawy komplikują się, kiedy Loki odkrywa prawdę o swoim pochodzeniu – kiedy odkrywa, że jest Lodowym Olbrzymem. Wszystkie jego dalsze intrygi – przejęcie władzy w Asgardzie, spiski z Jotunami, a nawet plan ludobójstwa Lodowych Olbrzymów – podyktowane są tym odkryciem, które kładzie cień na jego przeszłości i relacjach z rodziną. Zazdrość Lokiego o względy jakimi cieszy się Thor, połączona z tym, co Asgardianie myślą o Jotunach, sprawiły, że Loki ma przeświadczenie, że był mniej kochany, ponieważ był „obcy”. I też jego szalony plan, aby sprowadzić Loufeya do Asgardu, a potem zabić go w momencie, kiedy król Jotunów przymierzałby się do zamordowania Odyna, był podyktowany pragnieniem pokazania swojej wartości ojcu.

Loki chciał, aby ojciec był z niego dumny. I jest to o tyle tragiczne, że wmówił sobie, że Odyn miał go za potwora.

I jest to po trochę również wina samego Odyna, bo niby zawarł pokój z Jotunami, niby chciał posadzić Lokiego na ich tronie, ale nie pomyślał nie tylko o tym, że Loki może kiedyś odkryć swoje pochodzenie, ale też o tym, żeby zwalczać rasizm wobec Lodowych Olbrzymów. Sam bóg kłamstw zwraca Wszechojcu uwagę na to, że „jest potworem, którym straszy się dzieci”.

Nie będzie to jednak jedyna przewina Odyna. Kiedy będziemy omawiać kolejne Thory, zobaczymy, że Wszechojciec nie jest tak pokojowy i kryształowy, jak był pokazany tutaj. (W istocie – jego zachowanie w późniejszych filmach sprawiło, że uzyskał u mnie przydomek „Ass of the Asgard”.)

Po latach spoglądam nieco bardziej przychylnie na Jane Foster i sceny między nią a Thorem. Ukazana jest tutaj jako niezłomna i nieco narwana astrofizyczka, która musi sobie radzić z tym, co ma, bo prawie nikt nie traktuje jej poważnie… ale to nie zmienia faktu, że sama stworzyła urządzenia do swoich badań, które otwierają ludziom w MCU drogę do nowych światów. Thor postrzega ją jako inteligentną, zaradną i dzielną kobietę, i zapewne spotkanie z nią, Selvigiem i Darcy sprawia, że bóg piorunów zaczyna doceniać śmiertelników. I to też wpływa na jego przemianę.

Na koniec powiem co nieco o Clincie Burtonie, który miał w tym filmie swój debiut. Nie jest on tak rozbudowany jak debiut Czarnej Wdowy, która przez całego drugiego Iron Mana pokazywała, że jest nie tylko dobrą wojowniczą, lecz także zręcznym szpiegiem, ale ta krótka scena, kiedy Hawkeye czeka na rozkaz, aby unieszkodliwić Thora i rzuca co chwila kąśliwe uwagi, była fajnym smaczkiem, który zapowiadał ciekawsze rzeczy wkrótce.

No cóż, ludzie, pozostał nam ostatni film Pierwszej Fazy MCU przed wielkim wydarzeniem. I tak się składa, że jest to jeden z moich ulubionych filmów Marvela. Nie mogę się już doczekać.

Leave a Reply