Moje sześć ulubionych filmów Marvel Cinematic Universe

Ostatnio złapałam się na tym, że niespecjalnie czekam na Avengers: Endgame. Właściwie to od jakiegoś czasu nie za bardzo interesuje mnie to, co Marvel ma do zaoferowania, po części dlatego, że interesują mnie inne franczyzy, a po części dlatego, że da się wyczuć pewnego rodzaju zmęczenie materiału. Oczywiście, mogę powiedzieć, że ostatnie filmy MCU są, same w sobie, ciekawe, ale jednak nie jaram się nimi tak jak kiedyś.

I to odkrycie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tymi filmami Marvel Cinematic Universe, które zaliczyłabym do swoich ulubieńców i które nieraz lubię sobie obejrzeć. Były na przestrzeni tych dziesięciu lat takie filmy Marvela, które poruszały moją wyobraźnię. I tak po krótkim namyśle udało mi się znaleźć sześć takich filmów.

Czytaj dalej „Moje sześć ulubionych filmów Marvel Cinematic Universe”

Cztery powoody, dla których uwielbiam Miryoku

No więc miałam w tym roku przygotować wreszcie na Walentynki listę pairingów, które faktycznie shippuję… jednakże dowiedziałam się jakiś czas temu, że Miryoku ma 16 lutego urodziny.
Jak może pamiętacie, kiedyś zrobiłam listę rzeczy, które uwielbiam w Astroni. Jakiś czas później zrobiłam podobną o kociarze81, a potem o Agacie Christie i jeszcze o Terry’m Pratchetcie. Wszystkie te listy powstały z okazji urodzin każdej z tych osób, a Miryoku wyraziła dawno temu chęć ujrzenia takiego rankingu o sobie.
W związku z tym dałam Mir do wyboru dwa pomysły na „tekstowe” prezenty urodzinowe dla niej, w tym – wyżej wspomnianą listę. Zdecydowanie bardziej jej się podobała ta opcja od tego co proponowałam jako drugą, i tak oto jesteśmy tutaj.
Lista jest, co prawda, krótka, ale wszystkie punkty na niej mają niemałe znaczenie, tak więc, panie i panowie, oto cztery powody, dla których uwielbiam Miryoku.


Powód czwarty: Rozmowy fandomowe
Kiedy tylko zdarzy się, że akurat ja i Miryoku jesteśmy akurat w tym samym fandomie; albo kiedy jedna z nas jest w fandomie, w którym kiedyś była druga, zawsze nie omieszkamy podzielić się ze sobą swoimi wrażeniami.
Jest to rzecz o tyle istotna, że mniej więcej dzięki jednemu z tych fandomów w ogóle się z Mir poznałyśmy. Dawno, dawno temu pisałam fanfiki do Przygód Merlina, Miryoku się nimi zainteresowała i postanowiła obejrzeć sam serial. Wkrótce się weń wciągnęła i zaczęłyśmy gadać o Merlinie tak w oficjalnym wątku na forum, jak i w prywatnych wiadomościach. Później, dużo, dużo później, kiedy wybrałam się do Krakowa, umówiłyśmy się na spotkanie – pierwsze z wielu, które miały miejsce na przestrzeni tych niemal dziewięciu lat wspólnej znajomości. I przebiegło ono pod znakiem wspólnych rozmów na temat Merlina, Hetalii i wielu, wielu innych fandomów, w których wtedy byłyśmy albo o które się otarłyśmy. To wciąż jest jedno z moich najmilszych wspomnień.
Zresztą Miryoku potrafi ciekawie opowiadać. Z całą pewnością w naszym niedawnym animcowym podkaście słucha jej się o wiele lepiej niż mnie (i nie tylko dlatego, że się zacinam i mam nieprzyjemny głos).
 
Powód trzeci: Komentarze do moich tekstów
Jak mówiłam, poznałyśmy się z Mir po części dzięki moim fanfiction do Przygód Merlina. Miryoku pozostawiała mi pod nimi długie komentarze, które radowały moje pisarskie serduszko. Po części też świadomość tego, że Miryoku czeka na ostatni rozdział Wyzwania, sprawiła, że wielokrotnie chciałam go w końcu skończyć.
I też w przeciągu tych kilku lat naszej znajomości, Miryoku wielokrotnie pozostawiała pod moimi tekstami – tak na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction, jak i na Planecie Kapeluszy – rzeczowe, nieraz bardzo pomocne komentarze. I wiele z uwag Mir na zawsze wbiło mi się w pamięć, jak na przykład nieprzechodzenie z jednego punktu widzenia do drugiego w tej samej części rozdziału.
Tak czy inaczej, komentarze Mir są zawsze mile widziane (mam nadzieję, że ten punkt nie będzie potraktowany jak próba wybłagania czegoś.)
Powód drugi: Talent rysowniczy
Wiecie, mam takie marzenie, że moi przyjaciele odnoszą sukcesy: Preity zakłada sklep z włóczkowymi tworami, Oscar Readmore wydaje swoje Slashery, Zwierz Hienisty tworzy własną grę… a Miryoku robi webcomic, którego czytają miliony.
Właściwie na przestrzeni tych sześciu lat istnienia Planety Kapeluszy mogliście podziwiać różne rysunki Miryoku. Tytuł bloga z ni to kapeluszem, ni to planetą z pierścieniami – Mir. Grafika na piątą rocznicę bloga – Mir. Mój stary avatar, którego ostatnio użyłam jako ilustracji do posta o moich postanowieniach noworocznych (i od siebie dodałam tylko koślawy napis) – Mir. Chibiki na naszym podkaście – Mir. Co więcej, rok temu dostałam od niej ręcznie robioną kartkę świąteczną, którą mogliście podziwiać na moim fanpage’u.
Miryoku z własnej, nieprzymuszonej woli użycza mi swojego talentu, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Jedyne, co mogę dla niej zrobić, to odesłać Was na jej stronę na deviantArcie albo na jej tumblra.
Kilka miesięcy temu użytkownicy Polskiej Bazy Opowiadań i Fanfiction mieli okazję zobaczyć komiks, który Miryoku narysowała do pewnej antologii. Tak pod kątem wizualnym, jak i fabularnym, komiks stał na wysokim poziomie, toteż mam nadzieję, że kiedyś Miryoku zacznie wydawać własny webcomic. Myślę, że mogłaby stworzyć coś genialnego.
Powód pierwszy: Wsparcie
Miryoku oprowadziła mnie po Krakowie, przenocowała mnie i pomogła rozeznać się podczas Ryuconu – mojego pierwszego, prawdziwego konwentu; wielokrotnie doradzała mi, kiedy rozważałam swój debiut literacki i zastanawiałam się, jak przyciągnąć więcej ludzi na Planetę Kapeluszy; pocieszała mnie w trudnych chwilach, a także (jak wspominałam powyżej) przygotowywała mi grafikę na bloga.
Bywa, że się ze sobą nie zgadzamy; bywa, że się nawzajem irytujemy, niemniej jednak zaliczam Miryoku do grona moich najbliższych przyjaciół (do tego stopnia, że pewnie gdybym miała kiedyś wychodzić za mąż, pewnie wzięłabym Mir na druhnę). Ma też do mnie masę cierpliwości (ci, co mnie znają osobiście, wiedzą, że potrafię być za bardzo skoncentrowana na sobie).
Miryoku jest dobrą przyjaciółką, wspaniałą artystką, fantastycznym recenzentem i zasługuje na wszystko, co najlepsze. Dlatego, Mir, w dniu twoich urodzin życzę ci szczęścia, weny, dobrych ludzi dookoła i żebyś spełniła swoje marzenia. Zapewne za rzadko ci to mówię, ale uwielbiam cię i fajnie, że jesteś.

Moich sześciu ulubionych kosmitów

W 2013 Vampircia przygotowała listę swoich pięciu ulubionych fikcyjnych ras. Bardzo długo nosiłam się z tym, aby przygotować podobną listę, ale wkrótce przekonałam się, że po pierwsze – większość pozycji na tej liście właściwie sprowadzałaby się do tego, że lubię nie tyle całą rasę, co poszczególnych jej przedstawicieli; i po drugie – przeważaliby tam kosmici. Dlatego postanowiłam, że temat ulubionych fikcyjnych ras zostawię sobie na kiedy indziej, a tymczasem skupię się na ulubionych kosmitach.

Jako że niedawno odkryłam na nowo uniwersum Star Treka i polubiłam poszczególne postaci obcych z różnych serii, zastanawiałam się, czy tym razem nie odpuścić sobie zasady „jeden przykład na fandom” (i pierwotna lista zawierała o trzy pozycje ze Star Treka więcej), ale doszłam do wniosku, że przynajmniej niektórzy z czytelników Planety Kapeluszy mają już dość mojego rozwodzenia się na temat tego uniwersum, więc postanowiłam, że zasada zostaje. A jako że zasada nie powtarzania postaci, które omawiałam w innych tekstach, również obowiązuje, musiałam zrezygnować z Megamocnego i Yondu Udonty.

Tak więc, panie i panowie, oto moich sześciu ulubionych kosmitów.

Czytaj dalej „Moich sześciu ulubionych kosmitów”

Pięć utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię

Uwaga, tekst zawiera spoiler do Dragon Ball GT.

No więc jakiś czas temu Oscar zaczął na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction rzucać wszystkim wyzwania. Nikt specjalnie nie traktował ich poważnie i podejrzewam, że większość z nas pomyślała sobie, że może się ich podejmą, może nie, nie ma nacisku.
W każdym razie mnie przypadło „top5 seriali/filmów/książek/czego tam chcesz, które były dla ciebie nostalgiczną podróżą w przeszłość”. I to jest ciekawe zagadnienie, albowiem ja poniekąd byłam wychowana przez telewizję i znam wiele kreskówek i programów, których większość moich znajomych nie kojarzy. Zaczęłam się więc zastanawiać nad serialami, które zwykle wywołują u mnie tęsknotę za dzieciństwem, i jakoś tak wyszło, że przeszłam na oglądanie czołówek i motywów przewodnich z kreskówek mojej młodości.
Jest kilka utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię; właściwie przypominają mi o dawnych, może nawet nieco prostszych czasach. Układając tę listę zdałam sobie sprawę z tego, że nie ma ich znowu aż tak dużo (bo to jednak specyficzne uczucie). Niemniej jednak pięć miejsc okazało się być w sam raz. Będą to głównie czołówki z kreskówek i anime, ale trafi się jeden wyjątek.
Tak więc zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, w podróż w przeszłość.


Scooby’ego poznałam dzięki TVP2. Dawno, dawno temu „dwójka” puszczała w sobotę rano program Hanna Barbera Przedstawia, w którym pokazywani byli zarówno Flinstonowie i Miś Yogi, jak i właśnie Scooby Doo. Hanna Barbera Przedstawia była z lektorem, toteż moje pierwsze zetknięcie z chwytliwą czołówką Scooby Doo, Where Are You?, było po angielsku. Niestety, archiwum TVP2 spaliło się i polskie wersje kreskówek Hanny Barbery przepadły. Dopiero kiedy Cartoon Network zaczęło nadawać po polsku, podjęto się tłumaczenia i dubbingowania klasyków Hanny Barbery, między innymi właśnie Scooby Doo. Dzięki temu też dostaliśmy polską wersję czołówki.
Ten pierwszy Scooby Doo jest przesiąknięty latami sześćdziesiątymi i siedemdziesiątymi (w końcu jego premiera miała miejsce w 1969). I też piosenka tytułowa jest robiona w tym klimacie – wydaje się, że Scooby Doo, Where Are You? jest wykonywana przez jakiś zespół próbujący naśladować Beatlesów. Co więcej – wiele sekwencji ucieczek w samym serialu ma podkład muzyczny w podobnym stylu.
W dzisiejszych czasach Scooby Doo próbuje być nieco głębszy od swojego pierwowzoru. W latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych schemat Scooby Doo był taki: gang natrafia na zagadkę ze „straszakiem”, Scooby i Kudłaty mają szalone przygody, które są tylko po to, aby wypełnić czas, podczas gdy Fred, Daphne i Velma zajmują się właściwym śledztwem; a w końcu „straszak” zostaje złapany w pułapkę, w której Scooby i Kudłaty robią za przynętę, i okazuje się, że pod maską krył się ktoś, kogo gang spotkał wcześniej. To był w sumie prosty serial i charakterystyka postaci też była całkiem prosta. Fred, Velma i Daphne byli do siebie podobni, chociaż Fred był wyraźnie przywódcą, a Velma mózgowcem.
Tymczasem dzisiaj chce się rozwinąć całą piątkę, nadać jej głębi, pokazać ich rodziny i warunki, w jakich byli wychowywani. Niestety w tym zestawieniu Daphne jest przedstawiana zwykle jako ktoś, kto ma etykietkę „ślicznej buźki” i dlatego jest postrzegany jako bezużyteczny. Aha, i według filmów aktorskich jest ciągle porywana (chociaż w oryginale porywają ją może dwa-trzy razy). Dlatego dziewczyna chce jakoś się tej etykietki pozbyć. Samo w sobie to może nie jest jakoś złe, ale bardzo mi przeszkadza we współczesnej charakterystyce Daphne. W oryginalnym serialu była jedną z trzech osób, które faktycznie coś robiły; które zajmowały się śledztwem i pod koniec brały udział w wyjaśnianiu zagadki… w przeciwieństwie do Kudłatego i Scooby’ego, którzy przez większą część czasu nic nie robili.
Ale wróćmy do Scooby Doo, Where Are You? – jak dotąd żadna inna czołówka do serialu o Scooby Doo nie jest tak chwytliwa i zapadająca w pamięć jak ta pierwsza. Mimo wszystko wychowało się na niej kilka pokoleń dzieciaków i jest ona jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek tytułowych kreskówek. Nie ma siły, aby nie wywoływała nostalgii.
 
Ach, Fighting Dreamers… Jeden z najbardziej znanych openingów Naruto. O tym dlaczego Naruto zajmuje szczególne miejsce w moim fanowskim życiu, już kiedyś mówiłam, natomiast Walczący Marzyciele należą do tego typu utworów muzycznych, które napełniają mnie bojową energią. Jednocześnie jest w nich coś z barowej przyśpiewki.
W każdym razie, Go! Fighting Dreamers jest czwartym openingiem do Naruto i (z tego co się orientuję, w końcu oglądałam to anime dawno i z przerwami) przypada akurat na taki słodko-gorzki okres pomiędzy Sagą Egzaminów na Chunnina a pogonią za Sasuke, który zdecydował się iść do Orochimaru. Z jednej strony mamy pozbawioną przywódcy Konohę próbującą się jakoś pozbierać po walce z Suną i Rocka Lee, który po potyczce z Gaarą jest kaleką; a z drugiej strony Naruto spotyka Jirayę i wyrusza z nim po Tsunade, która mogłaby zostać nowym Hokage; a także pojawia się kilka lekkich odcinków fillerowych.
Niezależnie jednak od tego, co się działo w samym anime, Go! Fighting Dreamers kojarzą mi się z tym wczesnym Naruto, kiedy jeszcze sprawy z Sasuke się nie skomplikowały. Już sama nazwa kojarzy mi się z poszczególnymi młodocianymi ninja, którzy mają swoje cele i do nich dążą; a już w szczególności kojarzy mi się z samym głównym bohaterem i z moim ulubieńcem, czyli Lee.
A fakt, że jest to tak skoczna piosenka, sprawia, że pewnie kiedy będę układać jakąś playliste do treningów, Go! Fighting Dreamers tam też na pewno będą.
 
Jak to, miało tutaj zabraknąć czegoś związanego z Lucky Lukiem? Jeśli serio tak myśleliście, to widać słabo mnie znacie.
Kiedy słyszę Poor Lonesome Cowboy, słońce zaczyna świecić jaśniej… jak na prerii  i pustkowiach, które Luke przemierza na Jolly’m i na których spotyka czasem kolorowe postaci z Dzikiego Zachodu. To cudeńko, co prawda, odkryłam na nowo po latach, bo też moja miłość do Luke’a przyszła bardzo późno… ale jak już wreszcie znalazłam Poor Lonesome Cowboy Pata Woodsa, słuchałam jej na okrągło.
Potem dowiedziałam się, że jest to piosenka napisana na długo przed powstaniem Lucky Luke’a. Być może Morris i Goscinny ją znali, być może nie, ale to nie zmienia faktu, że Poor Lonesome Cowboy idealnie wpasowuje się w postać Luke’a. Piosenka opowiada przecież o „biednym, samotnym kowboju, daleko, daleko od domu”, przemierzającym prerię na swoim koniu (pierwsza zwrotka); rozwiązującym konflikty pokojowo (druga zwrotka) i nie zamierzającym się ustatkować, bo wystarcza mu towarzystwo jego rumaka (trzecia zwrotka). Nie bez powodu jest to też piosenka, którą puszczano pod koniec, kiedy Luke odjeżdżał w stronę słońca. W końcu pierwsza zwrotka kończyła się zdaniem: „My horse and me keep riding/Into the setting sun.”
Poor Lonesome Cowboyjest niemalże sprzężony z Lucky Lukiem. Zarówno w komiksach, jak i wszędzie indziej Luke jest przecież Samotnym Kowbojem, tak samo jak Poirot jest Małym Belgiem, a Superman Człowiekiem ze Stali. A fakt, że ta piosenka śpiewana jest przez Luke’a pod koniec każdej przygody, świadczy o tym, że ten samotny kowboj, daleko, daleko od domu, jest zawsze w siodle, gotów na spotkanie na to, co jeszcze go czeka.
 
Muzyka z pierwszego The Sims w ogóle jest dla mnie bardzo nostalgiczna. Mimo wszystko ta seria była częścią mojego życia przez bardzo długi czas i właściwie często do niej wracam, chociaż już nie do pierwszej generacji, tylko do dwójki i trójki.
Ponadto jest jeszcze taka kwestia, że wiele ścieżek dźwiękowych The Sims 1 kojarzy mi się trochę z melodiami z lat pięćdziesiątych, które leciały w różnych amerykańskich filmach pokazujących jaka to przyszłość będzie piękna (coś w stylu czołówki do Jetsonów). Można więc wywnioskować, że Amerykanom Simsy miały na początku trochę przywodzić na myśl tak zwaną rodzinę nuklearną.
W każdym razie, kiedy słucham muzyki z The Sims, przychodzą mi do głowy te prostsze Simsy z pierwszej generacji, które może i były dość prymitywne jak na dzisiejsze standardy, ale dawały mi sporo radochy. Przypomina mi się moja pierwsza rodzina – Laura Anderson i jej młodsza siostra, Eve – oraz Ćwirowie. Przypomina mi się również granatowy kolor menu i wszechobecny Comic Sans.
Trochę też żal słuchać tej melodii, kiedy wie się, że firma, która stworzyła The Sims – Maxis – kilka lat temu splajtowała i w tym momencie marka stała się jedną z dojnych krów EA i z każdym następnym dodatkiem ma się wrażenie, że coraz trudniej jest się nią ekscytować. Toteż wielu Simsomaniaków spogląda wstecz z rozrzewnieniem, przypominając sobie skromne, acz sympatyczne początki serii.
 
Mimo że nie jestem jakąś wielką fanką Dragon Balla, nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z tych anime, na których się wychowałam.
I o ile Dragon Ball i Dragon Ball Z miały w Polsce czołówki francuskie, które brzmią całkiem niewinnie (i nieraz nijak nie przystawały do tego, co było pokazywane), o tyle przy Dragon Ball GT polski dystrybutor pokusił się o czołówkę japońską. Powiedziałabym nawet, że o ile Dragon Ball GT było takie sobie względem poprzedników, o tyle opening miało naprawdę dobry.
Właściwie wszystkie trzy czołówki napawają mnie nostalgią, ale Dan Dan Kokoro Hikareteku najbardziej. W dużej mierze spowodowane jest to tym, że pełna wersja tej piosenki była puszczana w finale Dragon Ball GT, jako podkład do montażu najważniejszych momentów z wszystkich trzech serii. Twórcy chcieli pokazać widzom drogę jaką przebył Son Goku jako bohater. A ponieważ w finale Dragon Ball GT Goku odchodzi z Ziemi na grzbiecie smoka Shen Longa, Dan Dan Kokoro Hikareteku staje się piosenką pożegnalną.
Kiedy słyszę Dan Dan Kokoro Hikareteku, myślę o tych popołudniach, kiedy oglądałam wraz z braćmi Dragon Balla i wszystkie inne anime, kiedy puszczało TVN7. Teraz już pewnie zamiast tego lecą jacyś Agenci NCIS albo któreś z miliona CSI. Trochę żal, że niektóre rzeczy należą już do przeszłości, ale, na szczęście, można chociaż kilka z nich sobie powtórzyć, dzięki internetowi. Niemniej jednak to już nie to samo.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o utwory muzyczne, które napawają mnie nostalgią. A Wy macie takowe?

7 interesujących rozwiązań w uniwersach superbohaterskich

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do drugiego sezonu Daredevila, Mighty Med, One Punch Mana, Tiger and Bunny, My Hero Academia, The Death of Superman i Kleszcza!

Superbohaterowie istnieją od jak dawna? Osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu lat? To całkiem sporo, nie? Wystarczająco długo, aby siłą rzeczy z czasem twórcy superbohaterskich uniwersów zaczęli wprowadzać do nich pewien realizm. A konkretnie – w miarę jak rozwijało się społeczeństwo, próbowali oni wyobrazić sobie jak społeczeństwo w DC albo Marvelu rozwijałoby się w świecie, gdzie superbohaterowie żyją tuż obok zwykłych ludzi. I przez lata stworzyli kilka interesujących rozwiązań.
Właśnie o nich chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Starałam się ograniczyć do jednego przykładu na uniwersum (chociaż na początku rozważałam dwa przykłady z DC) i aby kilka z nich obejmowało takie pomysły, które wielu twórców próbowało wprowadzić jako komentarz społeczny, ale tylko niektórzy – moim zdaniem – zrobili to najlepiej. A że wkrótce czeka nas Czerwiec z Supermanem, wydaje mi się, że lista ta jest tym bardziej na miejscu.
Tak więc oto siedem rozwiązań w uniwersach superbohaterskich, które ja osobiście uważam za interesujące.
 
Miejsce siódme: Proces Franka Castle (Marvel Cinematic Universe)
W trakcie swojej kariery prawniczej Matt Murdock miał okazję być obrońcą wielu superbohaterów – od Namora i Hulka w komiksach po Fantastyczną Czwórkę i Petera Parkera w serialach animowanych Sabana. Nie mogło też zabraknąć takiej sytuacji w serialu Netflixa, będącego częścią Marvel Cinematic Universe. Fani, co prawda, chcieliby, żeby pierwszym tego typu klientem kancelarii „Nelson & Murdock” był Zimowy Żołnierz, jednak padło na Franka Castle’a, czyli Punishera.
Jak może pamiętacie z mojego artykułu o konfliktach między superbohaterami, w drugim sezonie Daredevila Matt i Frank zaczynali jako przeciwnicy, bo mieli różne poglądy na temat tego czy zabijać przestępców, czy nie. Poza tym jest taka kwestia, że kancelaria „Nelson & Murodck” na początku tego sezonu chroniła jedynego ocalałego z masakry dokonanej przez Castle’a członka irlandzkiego gangu. Akcja się nie udaje, przestępca ginie, ale Daredevil, który dowiedział się kilku rzeczy na temat Punishera i miał okazję z nim dwa razy porozmawiać (raz – na dachu, drugi raz – kiedy pomógł Frankowi uciec z niewoli u pałającego zemstą przywódcy Irlandczyków), doszedł do wniosku, że coś w tej sprawie śmierdzi i trzeba by się zająć obroną Punishera. Foggy i Karen są przez pewien czas sceptyczni, biorąc pod uwagę to, że przegrana może kancelarię wiele kosztować (poza tym, wiecie, jest ta cała kwestia Punishera będącego masowym mordercą), ale koniec końców, Matt przekonuje ich do tego i wkrótce podejmują się oni obrony Franka Castle.
Co prawda, Matt potem zajęty jest Elektrą i wątkiem Ręki, więc większość roboty robią Foggy i Karen, niemniej jednak proces Punishera ma istotne znaczenie z punktu widzenia uniwersum, zwłaszcza tego zakątka, który okupują seriale Netflixa o Obrońcach. Ów proces nie tylko wzbudza silne emocje wśród obywateli Nowego Jorku, ale też pewnej pani prokurator zależy na tym, aby Punishera skazać, gdyż to utworzyłoby precedens prawny związany z działalnością vigilante, którymi są przecież Daredevil, Luke Cage i (do pewnego stopnia) Jessica Jones. Dodajmy do tego, że osoby odpowiedzialne za śmierć żony i dzieci Franka, bardzo chcą się go pozbyć i mamy sytuację, w której Matt, Foggy i Karen próbują odeprzeć ataki z wielu stron.
Sam Frank z jednej strony nawiązuje więź z Karen i z nią często rozmawia; a z drugiej odmawia użycia PTSD jako linii obrony ze względu na szacunek wobec żołnierzy, którzy faktycznie na nie cierpią. W ogóle podczas tego procesu Frank odkrywa, tak przed swoimi sojusznikami, jak i przed widzami, swoją lepszą stronę. W szpitalu mówi Karen, że nigdy nie strzela do cywili (czyli ma pewien kodeks honorowy), a kiedy pewien młodzieniec krzyczy: „Zabiłeś mi ojca!”, Punisher jest wyraźnie wstrząśnięty. Poza tym jego były dowódca opowiada historię, w której Castle okazuje się być nie tylko odważny i bohaterski, ale też troszczy się o życie swoich współtowarzyszy.
Ostatecznie proces kończy się tym, że Frank idzie na układ z Wilsonem Fiskiem, który obiecał mu dojście do mordercy jego rodziny, i sam się pogrąża. Jednakże wątek Punishera w drugim sezonie Daredevila trwa nadal, aż do końca.
Miejsce szóste: Oddział specjalny (Mighty Med)
Mighty Med to jeden z tych seriali na Disney Channel, za którym stoi ciekawy pomysł, ale serial nie zawsze jest w stanie wykorzystać jego potencjał w pełni. Tym razem głównym założeniem fabuły jest istnienie oddziału szpitala poświęconego schorzeniom superbohaterów.
Po nieudanym eksperymencie dwaj nastoletni chłopcy – Oliver i Kaz – utknęli w plastikowej obręczy, wybrali się więc na pogotowie, aby tam obręcz została usunięta. Przypadkiem Kaz dostrzega dziwnego mężczyznę, który wszedł do schowka na szczotki. Nadpobudliwy Kaz zaciąga Olivera w ten sam schowek, a tam na  ścianie wisi dziwny, świecący obrazek, w którym chłopcy szybko rozpoznają łamigłówkę. Po ułożeniu jej, odkrywają tajny oddział szpitala – tytułowy oddział specjalny, w którym leczeni są superbohaterowie posiadający supermoce. Na początku ordynator, Horacy Diaz, chce się Olivera i Kaza pozbyć (gdyż są „normalsami” i nie powinni nawet wiedzieć o oddziale), ale wkrótce odkrywa, że ponieważ mają oni całkiem sporą wiedzę o superbohaterach, postanawia ich zatrudnić na pół etatu.
I choć nastolatki pracujące w szpitalu tylko dlatego, że czytają komiksy, to pomysł, który lekko trąci myszką, ma on pewien sens. W tym uniwersum istnienie superbohaterów jest ukrywane, więc komiksy to taki w miarę bezpieczny zapis ich potyczek ze złem. Oliver i Kaz czytali większość tych komiksów, znają więc historie swoim pacjentów – wiedzą, jak działają ich moce, jakie są ich słabości i czego się spodziewać po rozmaitych superłotrach. Dodajmy do tego, że Oliver i Kaz mają nieraz świetne pomysły na to, jak zażegnać pewne kryzysy i nagle ich obecność jest nieco mniej bezsensowna.
Sam oddział specjalny składa się z izby przyjęć, kilku łóżek, siłowni i laboratorium, ale też wyposażony jest w zmyślną aparaturę, która pomaga uporać się ze szczególnymi potrzebami pacjentów. Również personel medyczny składa się z osobników o supermocach. Mamy więc ordynatora Horacego, który potrafi zatrzymywać czas; jego siostrzeńca, Alana, który posiada zdolność telekinezy; i pewnego sanitariusza, który jest speedsterem (ale może biec tylko do tyłu). Na oddziale siedzi też superbohaterka, Skyler Burza, która utraciła swoje moce i próbuje sobie z tym poradzić, dopóki Horacy i chłopaki nie odkryją jak jej pomóc.
Jak dotąd postacią, którą lubię najbardziej, jest właśnie ordynator Horacy Diaz. Z jednej strony nieco wredny i zakręcony, a z drugiej – w miarę rozsądny i potrafiący stanąć na wysokości zadania. Jeszcze nie obejrzałam serialu do końca, jednak wiem, że w późniejszych odcinkach zostaje odkryte, że Horacy to tak naprawdę starożytny uzdrawiacz superbohaterów, Kaduceo; i że potrafi o wiele więcej, niż się ludziom wydaje.
Miejsce piąte: Poziomy zagrożenia (One Punch Man)
Długo się zastanawiałam, który element uniwersum One Punch Mana nadaje się najlepiej na tę listę i doszłam do wniosku, że na pewno nie jest to Stowarzyszenie Bohaterów, ze swoją biurokracją i hierarchią, ale to, że owa organizacja wprowadziła pewien podział zagrożenia Tajemniczych Bytów, które regularnie atakują świat przedstawiony.
Tajemnicze Byty to potwory, które lata temu zaczęły pojawiać się na terenie Japonii i wprowadzać zamęt. Czasem są one wynikiem eksperymentów, czasem mutacji wynikającej z zanieczyszczeń, czasem są istotami z innych planet, ale zawsze są duże i groźne. To, co jednak jest najważniejsze, to to, że właśnie spotkanie jednego z takich potworów i Saitamy doprowadziło do tego, że powołano do życia Stowarzyszenie Bohaterów. Z kolei Stowarzyszenie Bohaterów po jakimś czasie wprowadziło rangi oparte na sile i popularności bohaterów; a także podział Tajemniczych Bytów ze względu na to, jakich zniszczeń mogą one dokonać.
Najsłabszy poziom to Wilk (pojawienie się bytu, który może stanowić zagrożenie i do którego wysyła się co najwyżej trzech bohaterów klasy C albo jednego bohatera klasy B). Potem mamy: Tygrysa (zagrożenie dla dużej liczby ludzi, do którego wysyła się pięciu bohaterów klasy B albo jednego bohatera klasy A), Demona (zagrożenie dla całego miasta lub jego infrastruktury, do którego to zagrożenia wysyła się dziesięciu bohaterów klasy A lub jednego bohatera klasy S), Smoka (zagrożenie dla wielu miast) i Boga (zagrożenie dla przetrwania całej ludzkości).
Ta klasyfikacja jest najpierw tłumaczona przez Ganosa Saitamie, a potem wykorzystywana w praktyce nie tylko w dialogach, kiedy to Stowarzyszenie informuje swoich członków o nadchodzących zagrożeniach; ale też poprzez tabliczki informacyjne pod każdym pojawiającym się po raz pierwszy potworem. Teraz zresztą w mangowej adaptacji webcomiku trwa Saga Stowarzyszenia Potworów, więc mamy okazję widzieć potwory, których poziom nie spada poniżej Demona. Co więcej – istnieje spore prawdopodobieństwo, że Pogromca Bohaterów, Garou, stanie się wkrótce potworem. Istnieje też teoria, że sam Saitama już dawno nie jest człowiekiem.
Miejsce czwarte: Superbohaterskie reality show (Tiger and Bunny)
Wielu twórców próbowało podejść do superbohaterów jak do celebrytów. Według mnie najlepiej przedstawiono ten pomysł w anime Tiger and Bunny, które poznałam dzięki Vampircii. Tam nie tylko walki superbohaterów ze złoczyńcami są relacjonowane na żywo przez telewizję i robi się z nich jeden wielki spektakl; ale też sami superbohaterowie mają sponsorów i nieraz ich zbroje zawierają lokowania produktów. Ba – mamy nawet przerywnik w postaci jednej z superbohaterek reklamującej nam pepsi!
Naturalnie nasi superbohaterowie muszą się starać, aby podobać się gawiedzi i aby nie wypaść z gry. Nasz bohater, którego supermoc ma limit czasowy, zostaje zmuszony przez nowego sponsora do współpracy z arogantem o podobnej mocy, co on. Tak oto nasze nowe superbohaterskie duo – Tiger i Bunny – zostaje uformowane. Na początku panowie się nie dogadują, z czasem jednak – jak można się spodziewać – przekonują się do siebie i stają się prawdziwymi towarzyszami broni.
Jednak skoro w tym uniwersum tak ważna jest spektakularność superbohaterów i ich wizerunek, poruszane są kwestie tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami; tego, jak pewne rzeczy są przedstawiane; oraz tego, jak społeczeństwo postrzega pewne supermoce. Na przykład po jakimś czasie dowiadujemy się, że idol Tigera z czasów dzieciństwa był zupełnie inny w gronie rodziny. Z kolei jeden z superbohaterów, z którymi Tiger i Bunny współpracują, jest zmiennokształtnym – obiektywnie rzecz biorąc ma bardzo przydatną supermoc, jednak nie za bardzo nadaje się ona do pokazania w telewizji podczas monumentalnych potyczek. Do tego mało kto wie o tym, że Tiger ma córkę; nawet niektórzy superbohaterowie dowiadują się o tym bardzo późno. Poza tym w tym świecie jest jeszcze problem uprzedzeń względem osób z mocami, a w związku z tym są też terroryści, którzy zrodzili się z tych uprzedzeń.
Szkoda tylko, że w Tiger and Bunny nie ma kogoś w stylu Pogromcy Bohaterów Garou czy Zabójcy Bohaterów Staina – kogoś, kto atakowałby bohaterów ponieważ uważa, że robią to, co robią, dla sławy i pieniędzy. Prawda, mamy Lunatica, który uważa, że współcześni bohaterowie są za delikatni dla przestępców… no ale umówmy się – to bardziej Punisher, niż Stain. A szkoda, bo jednak One Punch Man i My Hero Academia zrobili to lepiej.
A skoro już przy tym jesteśmy…
Miejsce trzecie: System edukacyjny superbohaterów (My Hero Academia)
Już wcześniej Sky High próbowało coś zdziałać z konceptem szkoły dla superbohaterów. Zdaję sobie sprawę, że na pewno jest gdzieś na rynku kilka komiksów o podobnej tematyce. Jednakże jak dotąd najlepiej rozwinięty motyw edukacji przyszłych pokoleń superherosów widziałam właśnie w My Hero Academia.
Pamiętajmy, że świat, w którym żyje Izuku Midoriya, w przeważającej ilości składa się z osobników z „quirkami”, czyli supermocami. Przez lata użytek quirków został uregulowany prawnie i stworzono oddzielny zawód bohatera, aby przeciwstawić się napływowi złoczyńców z supermocami. Z czasem zaczęto też szkolić młodzież, która chciałaby zostać bohaterami, do tego, aby należycie wykonywała swoje zadania. Stworzono cały system edukacyjny – od liceum po staże – mający na celu wykształcenie takiego superbohatera.
Izuku chce się dostać do Yuuei – najlepszej szkoły kształcącej bohaterów. Pierwszy egzamin na Yuuei jest dość interesujący. Wiecie dlaczego? Bo polega na tym, że w sztucznym mieście kandydaci muszą pokonywać mechaniczne pająki i zebrać jak najwięcej punktów… ale rzecz w tym, że jest jeszcze dodatkowa, ukryta punktacja – punkty ratownicze, nagradzające chęć kandydatów do pomocy innym. I w taki sposób Izuku (między innymi) dostaje się do upragnionej szkoły.
Od teraz nasz protagonista i jego koledzy z klasy uczą się rozwijać swoje quirki, zdają kolejne egzaminy, uczestniczą w szkolnych wydarzeniach, takich jak festiwal sportowy czy zielona szkoła… ale też biorą udział w stażach pod różnymi superbohaterami, zdobywają prowizoryczne licencje na działalność bohaterską i trenują różne sytuacje, skupiając się, na przykład, na katastrofach naturalnych. Konkurują również z innymi szkołami, a wychowawca klasy Izuku, Aizawa, potrafi być straszną piłą.
Izuku i reszta mają też pecha, bo co rusz Yuuei atakuje nowopowstała Liga Złoczyńców, a sami uczniowie stają się obiektem ataków różnych mrocznych indywiduów. To z kolei sprawia, że grono pedagogiczne Yuuei musi wynajdywać coraz to nowe środki bezpieczeństwa, aby chronić swoich uczniów.
Poza tym system edukacyjny w My Hero Academia nie jest idealny i są historie o tym jak ludzie się na nim zawiedli. Wspomniany wyżej Stain dorobił się swoich skrajnych poglądów, widząc jak zachowują się niektórzy bohaterowie; a Gentle Criminal chciał zostać bohaterem, ale miał pecha. No i powiedzmy sobie szczerze – zawsze znajdą się ludzie, którzy po prostu nie będą lubić bohaterów za to, że są tak obrzydliwie praworządni.
Miejsce drugie: Narodowy Dzień Żałoby (uniwersum DC)
O tym dowiedziałam się z recenzji The Blackest Night Linkary… i jak dotąd nie znalazłam o tym informacji nigdzie poza tym eventowym komiksem.
Otóż dzień, w którym Superman zginął w potyczce z Doomsdayem, został ogłoszony Narodowym Dniem Żałoby (National Day of Mourning). Później, kiedy Superman powstał z martwych, święto zyskało nowe znaczenie – stało się dniem, w którym ludzie upamiętniają superbohaterów, którzy polegli w obronie ludzkości. Noszą nawet specjalne jasnozielone wstążki i przychodzą na groby owych superbohaterów. Linkara zwraca uwagę na to, że jest to ciekawy element budowania świata przedstawionego, w którym superbohaterowie istnieli od lat czterdziestych.
Sam w sobie Narodowy Dzień Żałoby jest poniekąd wzruszający. Co prawda, superbohaterowie mają tendencję do powracania w ten czy inny sposób do życia, jednakże pamiętajmy, że niektóre z tych śmierci zwykle muszą czekać na jakiś reboot serii, aby zostać odwrócone. Poza tym dość często postaci padają jak muchy podczas jakiegoś wielkiego eventu jak Civil War albo Kryzys na Nieskończonych Ziemiach; i że zwykle nie czeka ich spokojna śmierć, tylko śmierć w boju (a trzeba tu jeszcze nadmienić, że w kontekście The Blackest Night ta scena ludzi czczących pamięć poległych superbohaterów nabiera smutnego posmaku…) Można więc potraktować Narodowy Dzień Żałoby jako coś na miarę Dnia Weterana poświęconego superbohaterom.
Miejsce pierwsze: Dwudziesta Ósma Poprawka (Kleszcz z 2016)
Pod koniec drugiego odcinka Kleszcza z 2016, policja zastaje Artura otoczonego ciałami członków Gangu Piramidy. Księgowy w przerażeniu zaczyna krzyczeć: „Dwudziesta Ósma Poprawka! Prawo Murphy’ego! Powołuję się na Dwudziestą Ósmą Poprawkę!”, na co jeden z policjantów klnie pod nosem i mówi przez radio: „Hej, odbiór! Mamy tu… mamy tu superbohatera.”
Po czym w następnym odcinku dowiadujemy się, że niejaki Cat-Man Dude został aresztowany w sprawie serii ataków i w trakcie zatrzymania został zdemaskowany, a jego tajna tożsamość wyjawiona. Nazwisko Mudsa „Murpha” Murphy’ego (bo tak się zwał Cat-Man Dude w cywilu) zostało rozpowszechnione przez media, to z kolei poskutkowało tym, że ludzie Terrora włamali się w nocy do domu Murphy’ego i zabili jego rodzinę. Właśnie dlatego ustanowiona została Dwudziesta Ósma Poprawka (zwana również Prawem Murphy’ego… tija…), według której organy prawne nie mogą wyjawić tajnej tożsamości superbohatera zarejestrowanego w AEGIS.
Uwielbiam pomysł Dwudziestej Ósmej Poprawki. Widzicie, koncept rejestracji i prawa regulującego superbohaterów jest prawie tak stary jak X-Meni (a ostatnio nawet mogliśmy podziwiać go w Kapitanie Ameryce: Wojnie Bohaterów), ale zwykle były to prawa, które miały w jakiś sposób kontrolować superbohaterów i karać ich za działanie samodzielne. Tutaj zaś mamy sytuację, w której owe regulacje mają za zadanie chronić superbohaterów – ich prawo do prywatności, ich rodziny i ich własne życia.
Co więcej – jest to prawo, które trafiło do konstytucji Stanów Zjednoczonych! Mogę sobie wyobrazić, że historia Cat-Man Dude’a wstrząsnęła opinią publiczną; że ludzie wychodzili na ulice protestować i maszerowali do Waszyngtonu z transparentami; że w kongresie i w prasie zaczęto debatować o prawach superbohaterów do tajnych tożsamości i jak można by je chronić.
I tak, wiem, że superbohaterowie muszą być zarejestrowani; i że brak Artura w rejestrze nie został wykryty tylko dlatego, że policjanci nie chcieli nawału papierkowej roboty, ale mimo wszystko mamy tu sytuację, w której prawo jest, że tak powiem, „superhero friendly” i to jest coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam.
I właśnie specjalnie zaczęłam tę listę od procesu Punishera i skończyłam na Dwudziestej Ósmej Poprawce. A to dlatego, że chciałam Wam pokazać jak różnie prawo może się odnosić do superbohaterów w uniwersach, gdzie są oni częścią świata przedstawionego. A poza prawem dotknęliśmy również kwestii służby zdrowia, edukacji, przeciwdziałania katastrofom, rozrywki, a nawet świąt narodowych. Ludzie wymyślili to wszystko zastanawiając się nad tym, jak te sfery naszego życia odnosiłyby się do świata, w którym superbohaterowie to chleb powszedni.
I wiem, że nie wszyscy moi czytelnicy lubią superbohaterów, ale sami przyznajcie – to się dopiero nazywa budowanie świata przedstawionego!