Meg ogląda MCU – Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Wkraczamy więc, moi drodzy, w Trzecią Fazę Filmowego Uniwersum Marvela. W dwóch poprzednich fazach mieliśmy po sześć filmów, w tym po jednym o Avengersach jako drużynie. Trzecia Faza zaś składa się z aż jedenastu filmów.

Jest to też moment, w którym bracia Russo na dobre przejęli pałeczkę, zmieniając to i owo w konceptach swoich filmów. Niektórzy właściwie mają im do dzisiaj za złe to, co bracia Russo zrobili z ich ulubionymi postaciami; inni spoglądają na te historie jak na powiew świeżości.

Długo nie zabierałam się za Kapitana Amerykę: Wojnę Bohaterów, bo jest to kolejny gwóźdź do trumny relacji między Avengersami. Choć jest to dobry film, pokazujący pewne niuanse polityczne, to jednak z perspektywy czasu ogląda się go coraz trudniej.

Już kiedyś pisałam o tym filmie w artykule o walkach superbohaterów. Od tamtego czasu sporo się zmieniło, a i sam Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów jest do dzisiaj dość kontrowersyjnym tematem w fandomie. A jak ja go widzę teraz?

Opis Fabuły:

Podczas misji Avengersów w Lagos Wanda doprowadza niechcący do tragedii – bomba Rumlowa wybucha w budynku pełnym ludzi, a ofiarami są, między innymi, obywatele Wakandy. Tymczasem po prezentacji na MIT do Tony’ego Starka podchodzi matka młodego człowieka, który zginął w ataku Ultrona w Sokovii. Wydarzenia z Lagos, sprawiają, że ONZ powołuje tak zwany Protokół z Sokovii, który wprowadza regulacje prawne odnośnie działań superbohaterów. Połowa Avengersów – w tym Iron Man – jest za podpisaniem Protokołu, podczas gdy druga połowa – w tym Kapitan Ameryka – jest przeciw. Kiedy już Protokół ma zostać podpisany przez członków Avengers w Wiedniu, dochodzi do zamachu, w którym ginie król Wakandy, T’Chaka. O zamach podejrzany jest Zimowy Żołnierz, toteż Steve Rogers postanawia znaleźć i przejąć Bucky’ego pierwszy. Tymczasem książę Wakandy, T’Challa, wyrusza, aby pomścić ojca, a niejaki Helmut Zemo poszukuje informacji na temat pewnej misji, którą w 1991 roku wykonał Zimowy Żołnierz.

Wnioski Ogólne:

Trzeci Kapitan Ameryka jest na podstawie słynnej linii fabularnej z komiksów Marvela, gdzie wprowadzona została rejestracja osób z supermocami i działających jako superbohaterowie. Civil War, bo o nim mowa, jest dość kontrowersyjnym komiksem, nie tylko z powodu pytania czy powinno się rejestrować superbohaterów (a przeto narażać ich tajne tożsamości na niebezpieczeństwo), ale też dlatego, że stojący na dwóch przeciwległych stronach barykady Kapitan Ameryka i Iron Man zupełnie nie są do siebie podobni i robią różne potworne rzeczy (dla zainteresowanych – podsumowanie Linkary). Późniejsze wydarzenia z tej linii fabularnej mają potem swoje konsekwencje w uniwersum.

Tyle, że już wcześniej (poniekąd również z powodu mutantów) były w komiksach próby regulacji prawnych ludzi z supermocami. I choć były wcześniejsze zapowiedzi w serialach, że w MCU społeczeństwo też zaczyna tak myśleć o całej tej sytuacji z Avengersami i osobami z mocami, Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów poświęca sporo miejsca temu tematowi.

Na przykład, dotąd widzieliśmy triumfujących Avengersów starających się za wszelką cenę uratować jak najwięcej istnień i zapobiegającym katastrofom. I to też wcale nie jest tak, że nie myślą o czymś takim, jak ochrona cywili – we wszystkich instancjach, które potem przywołuje sekretarz obrony Thaddeus Ross (którego znamy z Niesamowitego Hulka) – Nowy Jork, Waszyngton, Sokovia, a nawet Lagos – Avengersi też nie zapomnieli o tym, aby ewakuować cywilów i chronić ich przed śmiercią. Problem polega na tym – i Steve Rogers sam wspomina o tym, kiedy rozmawia z Wandą tuż po jej niedawnej wtopie – że nie zawsze będą w stanie uratować wszystkich i nie są nieomylni. A z punktu widzenia takich zwyczajnych obywateli Avengersi to celebryci, którzy przychodzą, robią swoje i odchodzą, zostawiając pogrążone w żalu rodziny zmarłych, których życia legły w gruzach.

Kolejna sprawa jest taka, że Avengersi dotąd działali samowolnie – przekraczali granice suwerennych państw i działali na ich terenie, jakby nigdy nic, a ich status prawny jako grupy był w najlepszym razie wątpliwy. Protokół z Sokovii miał być czymś co uregulowałoby ten status i określiło, jaki byłby zakres działania Avengersów. Tym razem działaliby na rozkaz ONZ, co sprawiłoby, że ich kompetencje byłyby jaśniej określone. Ale ONZ to też ludzie z własnymi agendami i co będzie jeśli z powodu polityki Avengersi nie będą mogli komuś pomóc?

Moim zdaniem scena, która najlepiej przedstawia złożoność całego problemu i pomaga pokazać, że żadna opcja nie jest do końca dobra ani do końca zła, to dyskusja Mścicieli tuż po rozmowie z sekretarzem Rossem. Każde z nich wysuwa sensowne i zrozumiałe argumenty. Vision wspomina o tym, że superbohaterowie stanowią wyzwanie dla superzłoczyńców; Rhodey – o tym, że to już nie Rada Bezpieczeństwa czy TARCZA, tylko właśnie Organizacja Narodów Zjednoczonych chce, aby spuerbohaterowie przed kimś odpowiadali; Steve i Sam zaś stwierdzają, że podpisanie Protokołu może oznaczać nie tylko ograniczenie ich działania dla celów politycznych, ale też przerzucenie odpowiedzialności na kogoś innego oraz zrzeczenie się prawa decydowania o sobie (zwłaszcza że Protokół obejmuje nie tylko superbohaterów, ale w ogóle ludzi z mocami albo ulepszeniami, na które niekoniecznie tacy ludzie mają wpływ). To jest moment, w którym widz sam zaczyna się zastanawiać, która opcja jest lepsza i po której stronie sam by się opowiedział.

Po tej bardzo rzeczowej dyskusji w zasadzie konflikt będzie powoli eskalował, ale istotne jest to, aby pamiętać, że te podziały miały miejsce dużo, dużo wcześniej niż po zamachu w Wiedniu.

W momencie, kiedy Bucky zostaje wrobiony w zamach w Wiedniu i Steve właściwie spodziewa się, że dawny Zimowy Żołnierz nie będzie miał uczciwego procesu, tylko od razu zostanie zabity, sprawa zaczyna się komplikować. Trzeba tu nadmienić, że Tony podchodzi do Protokołów bardzo emocjonalnie, gdyż konfrontacja z matką zabitego w Sokovii Amerykanina miała miejsce w momencie, kiedy niedawno zerwał z Pepper, która po wydarzeniach z Mandarynem, Hydrą i Ultronem jest sceptycznie nastawiona do Iron Mana (poniekąd popierając Protokół, Tony chce również ją do siebie przekonać). Historia z Bucky’m zaś sprawia, że Steve działa emocjonalnie, zwłaszcza że dowiaduje się o zamachu tuż po pogrzebie Peggy Carter (która przez całe lata była jedyną żywą częścią jego dawnego życia). Steve chce udowodnić, że Bucky jest niewinny i dojść do tego, co się stało tak naprawdę; a Tony chce przekonać wszystkich Avengers, że Protokół z Sokovii to dobre rozwiązanie, i sprawić, aby drużyna pozostała zjednoczona. W pewnym momencie jednak ta emocjonalna strona konfliktu zbierze swoje żniwo.

Bucky jest tutaj zresztą w dość szczególnym położeniu. Nie jest już Zimowym Żołnierzem, ale też jeszcze nie odzyskał w pełni swoich wspomnień. Jest też osobą „ulepszoną”, superżołnierzem, tak więc Protokół z Sokovii tak czy inaczej widzi w nim zagrożenie (a jego czyny jako Zimowego Żołnierza tylko to pogłębiają). Na jego obronę można powiedzieć to, że jest ofiarą prania mózgu i film dobitnie daje nam to do zrozumienia. Jedna z najbardziej przerażających scen w całym MCU (przynajmniej w moim odczuciu) to ta, w której Zemo wyczytuje hasła aktywujące Zimowego Żołnierza, okrążając zamkniętego Bucky’ego; a Bucky błaga go o to, aby przestał. A potem Zimowy Żołnierz sieje spustoszenie po budynku, w którym on, Kapitan Ameryka, Sokół i Czarna Pantera (książę T’Challa) są przetrzymywani, i ucieka, prawie zabijając kilku ludzi (w tym – Czarną Wdowę). Kiedy wreszcie Steve i Sam odnajdują go po tej ucieczce, wydaje się on skołowany, a dużo, dużo później, po walce na lotnisku – widząc ile Steve i jego przyjaciele są gotowi dla niego zrobić – stwierdza: „Nie jestem tego wart.”

Z jednej strony nie można zignorować wszystkich okropnych rzeczy, które Bucky zrobił jako Zimowy Żołnierz (on sam tego nie ignoruje i w zasadzie w Falcon and the Winter Soldier robi wszystko, aby odkupić swoje winy), ale z drugiej strony nie można też odrzucić faktu, że Bucky nie miał kontroli nad własnym ciałem, kiedy to wszystko robił. Przez całe dekady robiono mu bolesne pranie mózgu (do tego przy użyciu elektrowstrząsów) i dopiero od niedawna może się cieszyć życiem z dala od wpływów Hydry.

A jeszcze okazuje się, że jest więcej Zimowych Żołnierzy, tyle że uśpionych na Syberii. Kiedy Steve i Sam się o tym dowiadują, Kapitan Ameryka chce skontaktować się z Iron Manem – nadal uważa go za członka drużyny i ufa, że jeśli Tony dowie się, co się dzieje, to im pomoże… ale tym, który odwodzi go od tego pomysłu jest Sam – stwierdza, że Iron Man im nie pomoże, bo nawet jeśli będzie chciał, to przez Protokół będzie miał związane ręce.

Z drugiej strony trzeba też przyznać Tony’emu, że chce, aby Steve, Sam i Bucky zostali pojmani żywi. Udaje mu się nawet wytargować od Rossa, żeby dał Iron Manowi 36 godzin na schwytanie uciekinierów. I późniejsza walka na lotnisku – bodajże najbardziej znana scena z całego filmu – jest właściwie utrzymana w bardzo lekkim tonie: walczące ze sobą „Drużyna Iron Mana” i „Drużyna Kapitana” mogą się nawzajem trochę poturbować, ale ich celem jest powstrzymać „tych drugich”, a nie ich zabić. Toteż kiedy przez przypadek Vision trafia w Rhodey’go zamiast w Sama i przez to War Machine doznaje poważnych urazów, które kończą się kalectwem, śmiechy się kończą.

I w sumie w przeciągu całego filmu można zauważyć jak Tony Stark ma momenty, kiedy reaguje bardziej emocjonalnie, niż racjonalnie, bo otrzymuje kolejne, emocjonalne ciosy. Najpierw odchodzi od niego Pepper, potem matka Charlesa Spencera obwinia go za śmierć syna, następnie Kapitan Ameryka raz za razem przeciwstawia się Protokołowi i – z punktu widzenia Iron Mana – doprowadza do podziału Avengers, podczas gdy Tony robi wszystko, aby utrzymać ich razem. Potem nagle jego najlepszy przyjaciel zostaje poważnie ranny i wtedy Tony jest już w takim rozchwianiu emocjonalnym, że strzela do Sama, kiedy ten zlatuje na dół i przeprasza – teoretycznie to Vision jest bezpośrednim powodem, dla którego War Machine spadł, ale Sokół jest bliżej, więc to na nim skupia się gniew Iron Mana. Jeszcze kiedy Tony rusza za Steve’m i Bucky’m na Syberię, chce im pomóc i wszystko wyjaśnić… ale wtedy dowiaduje się, że Zimowy Żołnierz zabił jego rodziców (do tego w bardzo brutalny sposób) i wtedy czara jego goryczy względem Kapitana Ameryki się przelewa.

Zanim przejdę jednak do drugiej najważniejszej potyczki w tym filmie, trzeba powiedzieć coś o Helmucie Zemo. W komiksach Baron Zemo jest arystokratą, członkiem Hydry i jednym z ważniejszych przeciwników Kapitana Ameryki. Tutaj dowiadujemy się, że jest elitarnym żołnierzem, dowódcą sił specjalnych i to widać w sposobie, w jaki działa (chociażby przesłuchując byłego przełożonego Zimowego Żołnierza, czy przedostając się do więzienia Bucky’ego), ale przez dłuższy czas nie wiemy tak dokładnie, czego tak naprawdę Zemo chce. Kiedy Bucky wyjawia, że w 1991 roku miał odebrać serum superżołnierza, myślimy, że Zemo chce wskrzesić pozostałych Zimowych Żołnierzy i użyć ich do „obalenia imperium”. Ale na miejscu okazuje się, że Zemo ich zabił, bo nie chciał „więcej takich jak oni”. Tak naprawdę jego celem było doprowadzić do wewnętrznego podziału i upadku Avengers poprzez wykorzystanie przeszłości Bucky’ego. A wszystko dlatego, że mieszkająca w Sokovii rodzina Zemo zginęła w ataku Ultrona. Zemo zresztą sam siebie katuje, odsłuchując ostatnią zostawioną mu przez żonę wiadomość, a kiedy Iron Man i Kapitan Ameryka walczą, wreszcie ją kasuje i jest gotowy, aby popełnić samobójstwo… ale przeszkadza mu w tym T’Challa, który przybył za Bucky’m i dowiedział się o jego sytuacji.

T’Challa, czyli Czarna Pantera, jest przedstawiony jako syn pałający zemstą za śmierć ojca i w tym względzie podobny do Zemo. Przez cały film T’Challa to podąża za Steve’m, Samem i Bucky’m, to bierze udział w walce na lotnisku, to wreszcie leci za Iron Manem na Syberię i dowiaduje się prawdy o Zimowych Żołnierzach. I kiedy konfrontuje Zemo, który opowiada mu o śmierci bliskich, T’Challa zdaje sobie sprawę, że walczący ze sobą Iron Man i Kapitan Ameryka są zaślepieni zemstą, Zemo jest zaślepiony zemstą i sam książę Wakandy też był zaślepiony zemstą i prawie zabił człowieka nie odpowiadającego za śmierć jego ojca. Ostatecznie T’Challa dochodzi do wniosku, że Bucky też jest ofiarą i postanawia mu pomóc.

Tak więc Zemo pokazuje Steve’owi, Tony’emu i Bucky’emu nagranie z nocy, w której zginęli Maria i Howard Stark. Zaraz potem Iron Man zamierza rzucić się na Bucky’ego, ale Kapitan Ameryka go zatrzymuje. Tony pyta go, czy wiedział o tym, że Zimowy Żołnierz zabił jego rodziców i Steve najpierw odpowiada: „Nie wiedziałem, że to on.” Odpowiedź Steve’a nie satysfakcjonuje Tony’ego, tak więc Iron Man nalega: „Nie chrzań, Rogers! Czy wiedziałeś?” Kapitan odpowiada: „Tak.” I zaczyna się bójka – Iron Man walczy z Kapitanem, potem Bucky broni Steve’a, więc Tony rzuca się na niego i Steve broni Bucky’ego, i tak w kółko.

W różny sposób ludzie interpretują to, że Steve nie powiedział Tony’emu o rodzicach. Dla jednych po prostu chciał chronić jednego przyjaciela, ukrywając prawdę przed innym; dla drugich cały ten montaż w Kapitanie Ameryce: Zimowym Żołnierzu, kiedy Zola pokazywał Steve’owi i Natashy jak daleko sięga władza Hydry, był na tyle niejednoznaczny, że co najwyżej Kapitan mógł mieć pewne podejrzenia, ale nie być do końca pewnym. Jest jeszcze kwestia tego, że Tony – przynajmniej na zewnątrz – już przebolał śmierć rodziców i wspomnienie o zamachu tylko otworzyłoby stare rany (zresztą Wojna Bohaterów ma poważną dziurę fabularną: jak to jest, że Tony sam nie dowiedział się, kto zabił jego rodziców, skoro w drugim Kapitanie Ameryce Czarna Wdowa wypuściła dane Hydry do sieci?). Tak czy inaczej, do dzisiaj wielu fanów ma to Kapitanowi za złe i hardkorowi fani Ton’yego Starka lubią wyciągać tę scenę na wierzch (a nawet mieć za złe Steve’owi, że śmie bronić Bucky’ego przed słusznym gniewem Iron Mana). Obojętnie jednak jak na to spojrzeć ta słabość charakteru ze strony Steve’a Rogersa jest zrozumiała, zwłaszcza że tak naprawdę Iron Man i Kapitan Ameryka byli – w najlepszym razie – współpracownikami. Nawet jeśli łączyła ich jakaś nić porozumienia nawiązana podczas pierwszych Avengersów, to nie mogła się ona równać z wieloletnią przyjaźnią dwóch gości, którzy nie tylko byli razem na wojnie, ale też w jednym sierocińcu. Iron Man nawet nie był dla Kapitana miły.

Jedyne, co ich łączy (poza drużyną) to fakt, że Steve znał młodego Howarda, a Tony nasłuchał się o tym jaki to Kapitan Ameryka był niesamowity. Jak więc reakcja Steve’a na śmierć Starków świadczy o jego pamięci o Howardzie?

Ale podczas tej walki Kapitan Ameryka też w pewnym momencie zaczyna walczyć tak zaciekle, że prawie zabija Tony’ego Starka. Niszczy nawet jego reaktor łukowy, sprawiając, że zbroja Iron Mana jest bezużyteczna, a następnie odchodzi wraz z Bucky’m, zostawiając pokonanego Tony’ego, który woła: „To nie jest twoja tarcza! Nie zasługujesz na nią! Zrobił ją mój ojciec!” Tak więc Steve odrzuca tarczę Kapitana Ameryki i odchodzi.

Swego czasu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów był uważany za nieoficjalnych Avengers 3, bo po porażce jaką był Czas Ultrona zrobił coś interesującego z ekipą. Tyle że to miał być film o Kapitanie Ameryce, a tymczasem całkiem sporo miejsca było poświęcone Iron Manowi i jego dramatowi (naprawdę, adaptacja Civil War powinna być oddzielnym filmem, a nie podsumowaniem trylogii Kapitana).

Są jednak tacy ludzie, którzy interpretują Tony’ego Starka jako drugiego antagonistę Wojny Bohaterów. Tak jak Czas Ultrona, trzeci Kapitan Ameryka jest gwoździem do trumny tej postaci, biorąc pod uwagę to, co Tony tam wyczynia. Oczywiście, ma ludzkie odruchy (jak jego reakcja na to, że Sam, Clint, Wanda i Scott trafili do Raftu) i można jak najbardziej zrozumieć jego argumentację. Naprawdę, nie jest aż takim potworem, jakim go niektórzy malują.

Ale po pierwsze – w zasadzie tym, co stało się z Sokovią po ataku Ultrona, zaczął się interesować dopiero jak zginął Amerykanin (co wiąże się z zarzutem, że dba tylko o amerykańskie życia). Po drugie – przetrzymywał w areszcie domowym Wandę, bo to „broń masowej destrukcji”. Po trzecie – w zasadzie zmusił nastolatka (groźbą wyjawienia jego tajnej tożsamości) do tego, aby poleciał z nim (bez paszportu!) do Niemiec i walczył z dorosłymi superbohaterami (a z tego, jak Peter wspomina, co mu mówił „pan Stark” o całej sytuacji, raczej ominął to i owo na temat motywacji Kapitana). Po czwarte – próbował zmanipulować Steve’a do podpisania Protokołu z Sokovii. Po piąte – strzelił do Sama. Po szóste – w zasadzie sprzymierzył się z Rossem (który – pamiętajmy – polował na Hulka, bo chciał stworzyć superżołnierzy). I po siódme wreszcie – pamiętacie, jak omawiając Czas Ultrona, wspominałam, że Tony Stark nigdy nie przyznał się do winy za to, że stworzył zabójczego robota? Tutaj wydarzenia z tamtego filmu grają istotną rolę w fabule, ale sam zabójczy robot jest wspominany przez Starka tylko raz, w kontekście zerwania z Pepper (How It Should Have Ended pięknie podsumowało to w drugiej scenie po karcie tytułowej).

Poza tym Iron Man w zasadzie popiera to, z czym walczył na początku swojego drugiego filmu.

Tak więc pod koniec filmu Zemo został pojmany, T’Challa zaoferował pomoc w wyleczeniu Bucky’ego, a Rhodey uczy się chodzić za pomocą cudu techniki Stark Industries… ale Avengers są podzieleni. Kapitan Ameryka pierwszy wyciąga rękę na zgodę, wysyłając Iron Manowi list z przeprosinami i komórkę, dzięki której będzie mógł się on skontaktować z „Drużyną Kapitana”, jeśli będzie potrzebował pomocy z większym zagrożeniem. Tony z kolei pośrednio pomaga Steve’owi odbić z Raftu Wandę, Scotta, Clinta i Sama.

W zasadzie Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów zabił we mnie jakikolwiek entuzjazm związany z filmami z Avengers. Odtąd jarałam się bardziej pojedynczymi odsłonami franczyzy, a – jak wspominałam – Trzecia Faza ma ich całkiem sporo. Na przykład następny film w kolejce jest jednym z tych, na które bardzo długo czekałam. Bo otóż w następnym filmie poznamy doktora Stephena Strange’a.

Leave a Reply