
Zwykle jest w Meg ogląda… podział na segmenty Opis Fabuły i Wnioski Ogólne, jednakże ponieważ A Gdyby…? to antologia, od samego początku wiedziałam, że taka formuła nie ma za bardzo sensu. Toteż postanowiłam pójść w nieco inną stronę.
Pomysł na A Gdyby…? był prosty: mamy historię, która wydaje się osadzona w MCU, ale doszło w niej do jednej, zasadniczej zmiany. A z tej jednej, zasadniczej zmiany wynikają kolejne, które sprawiają, że wydarzenia z filmów i seriali Marvela toczą się inaczej niż w Świętej Chronologii. Wszystko zaś opowiadane jest przez istotę zwaną Obserwatorem, która przygląda się każdej historii, ale nie ingeruje.
Postanowiłam, że ta odsłona Meg ogląda MCU będzie listą odcinków A Gdyby…?, które uważam za najlepsze. Kierowałam się trzema kryteriami: Po pierwsze, odcinek miał opowiadać ciekawą historię; po drugie, musiał mówić coś więcej o postaci, którą znamy z MCU, a w Świętej Chronologii nie poświęcono jej zbyt wiele miejsca; i po trzecie, musiał być istotny, jeśli nie dla Świętej Chronologii, to przynajmniej dla fabuły A Gdyby…? i przyszłych projektów MCU w ogóle. Każdy z wybranych przeze mnie odcinków spełnia przynajmniej jedno z tych kryteriów.
Miejsce siódme: A gdyby… Zombie?! (1×5)

Zaczynamy z grubej rury, bo ten odcinek jest z jednej strony adaptacją słynnej, bardzo długiej linii komiksów, a z drugiej, dzisiaj na Disney Plus wychodzi spin-off skupiający się właśnie na tej rzeczywistości. I wiecie, oryginalna historia o wirusie zombie atakującym superbohaterów Marvela jest jedną z najmroczniejszych w historii wydawnictwa, zwłaszcza że ten wirus nie zabierał ofiarom inteligencji, tylko sprawiał, że opanowywał ich przemożny głód. Przez to dawni bohaterowie posuwali się do strasznych rzeczy tylko po to, aby ten głód zaspokoić i dlatego jest to w zasadzie opowieść o upadku herosów, których znamy z komiksów.
A Gdyby…? upraszcza pewne rzeczy w adaptacji Marvel Zombies. Po pierwsze, wirus zombie nie jest spowodowany przez podróże międzywymiarowe (a co za tym idzie – nigdy nie rozprzestrzenia się poza swoje uniwersum), tylko po prostu przez pasożyta, który zainfekował Janet Van Dyne-Pym w Kwantowym Wymiarze i przeniósł się na Ziemię, kiedy Hank przybył uratować żonę. Po drugie, choć ten odcinek czerpie pewne elementy z materiału źródłowego, jednak przypomina tradycyjną zombie apokalipsę z bezmyślnymi żywymi trupami i z motywem przewodnim przetrwania oraz nadziei. Mamy więc tam i grupkę ocaleńców (między innymi, w postaci Petera Parkera, Kurta, Hope Van Dyne, Bucky’ego Barnesa i Bannera), i jednego z jej członków, który zostaje zainfekowany, i wyścig z czasem po możliwe lekarstwo…
Zarazem ponieważ mamy do czynienia z superbohaterami przemienionymi w zombie, ich supermoce czy sprzęt czynią z nich niebezpiecznych przeciwników. Mamy przedsmak tego w scenie otwierającej odcinek, kiedy Bruce Banner pojawia się na Ziemi, aby ostrzec wszystkich przed Thanosem, ale Tony Stark, Wong i Doktor Strange już są przemienieni i Bruce musi uciekać przed dwoma czarownikami i człowiekiem w zbroi najnowszej generacji. Potem jest cała sekwencja na stacji kolejowej, gdzie bohaterowie próbują uruchomić pociąg, ale na swojej drodze spotykają dawnych przyjaciół, w tym – latającego na skrzydłach Falcona i strzelającego z łuku Hawkeye’a. Wreszcie w kulminacyjnej scenie widzimy zamienioną w zombie Wandę Maximoff, która nadal włada magią chaosu.
Miejsce szóste: A gdyby… Kapitan Carter była pierwszą Avengerką? (1×1)

To pierwszy odcinek serialu w ogóle i jako taki przedstawia na czym A Gdyby…? ma polegać. Zarazem Kapitan Carter potem stała się postacią, do której serial wracał – najpierw robiąc z niej Strażniczkę Multiwersum w finale pierwszego sezonu, a potem dając jej kolejne przygody w dwóch następnych sezonach (mieliśmy nawet jej wersję Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza). Stawiam ten odcinek tak nisko, bo jej eksploatacja potem stała się kwestią sporną wśród fanów – jedni uważali, że to dobra postać, inni, że jest jej stanowczo zbyt dużo, jak na antologię.
Tak czy inaczej, zamysł jest taki: w dzień, kiedy Steve Rogers miał dostać Serum Superżołnierza, Peggy postanowiła nie oglądać wszystkiego z góry, tylko towarzyszyć ukochanemu na dole. Agent Hydry, który w Pierwszym Starciu dokonuje sabotażu i zabija Erskine’a, tutaj postrzeliwuje Steve’a, a że proces już się rozpoczął i to jedyna szansa, aby go przeprowadzić, Peggy postanawia wejść do maszyny. Od tej pory to ona jest superżołnierzem, na początku traktowana jest z lekceważeniem jako kobieta, ale ostatecznie sprawdza się w boju, tak jak Kapitan Ameryka w Świętej Chronologii. Robi wiele rzeczy, które Steve Rogers robił w swoim debiutanckim filmie – walczy z Hydrą, ratuje Bucky’ego i spółkę, nawet atakuje pociąg Hydry – ale wiele rzeczy potoczyło się inaczej. Po pierwsze, ponieważ Steve nie został Kapitanem Ameryką, ale nadal chciał brać udział walce, Howard Stark zbudował mu mecha, którym od tej pory Steve latał. Po drugie, ponieważ Kapitan Carter udaje się szybko przejąć Tesseract, Red Skull nie rozwinął swojej dziwnej technologii, tylko postanowił wykorzystać do swoich planów potwory z innego wymiaru. Po trzecie, Bucky nie „ginie” podczas ataku na konwój, ale jego miejsce zajmuje Steve… chociaż też nie do końca, bo w ostatecznej walce okazuje się, że jest cały i zdrowy w niewoli Hydry.
Jednak w Serum Superżołnierza najciekawsze było zawsze to, że ono wzmacniało pewne cechy pacjenta – problemy z gniewem, umiłowanie walki, kompleksy, odwagę… – i tutaj też możemy lepiej przyjrzeć się agentce Peggy Carter. Oryginalna Peggy była profesjonalistką z zasadami, która musiała użerać się z lekceważącymi ją mężczyznami. Jako Kapitan Carter jest o wiele bardziej pewna siebie i nareszcie wszyscy ją widzą. Nadal jednak pozostaje profesjonalistką i dobrą osobą i nawet poświęca się dla dobra świata, aby powrócić w czasach współczesnych, tak jak Steve w Świętej Chronologii.
A skoro już mowa o Stevie Rogersie, to w moim odczuciu jednym z najlepszych elementów tego odcinka, jest właśnie on i jego relacje z Peggy. Pamiętajmy, że agentka Carter zakochała się właśnie w tym małym, „przed-serumowym” Stevie, który wykazał się sprytem i odwagą. Tutaj jest on uroczym, zabawnym, wspierającym chłopakiem, który nawet nie wydaje się jakoś zazdrosny o to, że to ona jest superżołnierzem, a nie on. W zasadzie widzimy go oczami Peggy i potem, kiedy kobieta trafia do innych czasów, czuć, że jest on dla niej utraconą miłością.
Miejsce piąte: A gdyby… Hela znalazła Dziesięć Pierścieni? (2×7)

Tym razem mamy odcinek poświęcony Bogini Śmierci, Heli, która była główną antagonistką w Thorze: Ragnaroku. Tam przeszłość Heli oraz podbojów Odyna była ledwie muśnięta. A Gdyby…? pozwala nam wejść do głowy Bogini Śmierci, dzięki czemu rozumiemy ją nieco bardziej. I cóż, po raz kolejny przekonujemy się o łajzowatości Odyna.
W Świętej Chronologii Wszechojciec wygnał swoją córkę do piekła, gdzie spędziła całe tysiąclecia w samotności. Tutaj zaś doszedł do wniosku, że Bogini Śmierci powinna nauczyć się szanować życie, dlatego rzucił czar na jej koronę (tak jak w pierwszym Thorze rzucił czar na Mjolnira), a następnie wygnał córkę na Ziemię, zamieniając ją w śmiertelniczkę. Hela trafiła do Chin i starła się z Wenwu i jego Dziesięcioma Pierścieniami. Przez jakiś czas nawet zafascynowany tajemniczą nieznajomą Mandaryn gościł ją u siebie, ale ona go zdradziła i z pomocą hunduna trafiła do Ta Lo. Tam zaś niejaka Jiayi postanawia poddać Helę szkoleniu.
Oczywiście na samym początku Hela – tak jak jej młodszy brat w przyszłości – nie rozumie jeszcze, że nie jest już boginią o wielkiej mocy. Jeszcze przez jakiś czas jest butna, ale nagle zdaje sobie sprawę, że ani nie może podnieść swojej korony, ani przyzwać ostrzy, którymi zwykła walczyć. W zasadzie przez (mniej więcej) pół odcinka próbuje znaleźć sposób, aby odzyskać potęgę i odegrać się na Odynie, i w nosie ma nauki duchowe Ta Lo. Dopiero kiedy Jiayi pyta ją, dlaczego tak bardzo chce zdobyć tron Asgardu i podbić Dziewięć Królestw, Hela zdaje sobie sprawę z tego, czego tak naprawdę chce: nie władzy i nie zemsty, ale przede wszystkim wolności. Bo Odyn całe lata pobudzał jej żądzę krwi, traktował ją jak narzędzie i swojego kata, a kiedy wymknęła mu się spod kontroli, wygnał ją. Nawet mamy retrospekcję, w której widzimy, jak mała Hela bawi się ze swoim wilkiem Fenrirem, a Odyn nagle zakuwa go w kajdany i twierdzi, że to dzika bestia, którą trzeba ujarzmić i wykorzystać do własnych celów (i jest to niejako paralela do tego, jak Wszechojciec traktował córkę).
W zasadzie wygnanie Heli i obłożenie jej korony klątwą, to jedyne dobre rzeczy, które Odyn robi w tym odcinku. A tak, to przez większość czasu pełni rolę antagonisty – nie tylko jako ten przemocowy ojciec, od którego wpływów Bogini Śmierci próbuje się uwolnić, ale też jako przywódca, który bardzo szybko porzuca piękne przemowy o pokoju i poszanowaniu życia, kiedy tylko Heimdall oznajmia, że nie wyczuwa Heli i Wszechojciec postanawia wybić w pień ludzi, którzy (w jego mniemaniu) zabili jego córkę. Jest w nim wiele z tamtego Odyna, którego poznaliśmy w oryginalnej trylogii Thora (zwłaszcza w Mrocznym Świecie), ale tam chociaż jego wymówką było to, że jest stary i nie do końca w pełni rozumu.
Ostatecznie to właśnie Hela wraz z Wenwu, Dziesięcioma Pierścieniami i mieszkańcami Ta Lo staje mu naprzeciw i próbuje go powstrzymać przed rozlewem krwi. Bo to Hela, która przeszła podobny rozwój postaci, co Thor (a nawet Loki w swoim solowym serialu) – pełna pokory, rozumiejąca swoje błędy i mająca pośród śmiertelników bliskich, dzięki którym zależy jej na Midgardzie. Ten odcinek daje Heli drugą szansę, a nam pokazuje nową perspektywę na jej postać.
Miejsce czwarte: A gdyby… Nebula wstąpiła do Korpusu Nova? (2×1)

Ten odcinek z kolei ma bardzo specyficzny klimat filmu noir połączonego z cyberpunkiem, i to, w moim odczuciu, jest w nim powiew świeżości.
Z jednej strony mamy Ronana, który obalił Thanosa i wyrzucił Nebulę na śmierć, a ona została odratowana przez Korpus Nova i znalazła w nim nowy sens życia. Z drugiej strony, aby ochronić się przed flotą Ronana, Xandar zamknął się pod nieprzenikalną kopułą, a izolacja i brak słońca doprowadziły do wzrostu przestępczości na planecie. W tej wersji historii Nebula jest więc detektywem prowadzącym śledztwo w brudnym i ponurym świecie. Wydaje się, że sprawa zabójstwa Yondu Udonty szybko zostanie zamknięta (no bo pewnie zabił go pierwszy lepszy zbir, a poza tym dobrze mu tak), niemniej jednak Nebula wyczuwa, że kryje się za tym coś więcej. Tak oto wkrótce natyka się na większą aferę.
Poza tym, że mamy ten klimat cyberpunkowego czarnego kryminału, podobnego do Łowcy androidów, a Nebula jest detektywem, który nawet w pewnym momencie prowadzi monolog wewnętrzny, samo spojrzenie na „córkę” Thanosa jest tutaj bardzo ciekawe. W Świętej Chronologii Nebula jest najpierw wiernym żołnierzem Szalonego Tytana (nawet jeśli go nienawidzi) i dopiero w późniejszych częściach, kiedy staje się częścią Strażników Galaktyki, znajduje swoje miejsce we wszechświecie, a nawet przyjaciół. A Strażnicy Galaktyki to tacy trochę najemnicy, balansujący na granicy prawa. Tutaj z kolei mamy Nebulę, która znalazła odkupienie i sens życia, stając się stróżem prawa. I tak jak Strażnicy zaczynali jako grupka przestępców, którzy z czasem stali się bohaterami, tak Korpus Nova zaczyna jako obrońcy porządku, ale po pięciu latach pod kopułą staje się skorumpowany i Nebula musi się przez cały ten brud przebić do prawdy.
Miejsce trzecie: A gdyby… Peter Quill zaatakował Ziemię? (2×2)

A skoro już jesteśmy przy Strażnikach Galaktyki, to tutaj mamy wariację na temat drugiej części, a konkretnie – co by było, gdyby Yondu Udonty nie ruszyło sumienie i dostarczyłby Petera Quilla do Ego?
Przy czym Peter Quill ze swoimi mocami pół-Celestianina, przechadzający się po Ziemi zrazu wydaje się maszyną masowej zagłady. Dlatego TARCZA powołuje do pomocy drużynę złożoną z Hanka Pyma, doktora Billa Fostera (który korzysta z cząsteczek Pyma, aby się powiększać), króla T’Chaki (który jest Czarną Panterą), Wendy Lawson (która pracuje dla Kree i przekazuje bohaterom informacje o tym, z czym mają do czynienia), Thora i wysłanego przez Związek Radziecki Zimowego Żołnierza. Przy okazji Hank nie miał z kim zostawić córki, więc wziął Hope ze sobą do TARCZY, co będzie miało później pewne konsekwencje.
Jest w tym małym Peterze coś upiornego, zwłaszcza kiedy używa swoich mocy i jego oczy zaczynają się świecić. A że w drugich Strażnikach Galaktyki Ego w pewnym momencie przejął kontrolę na umysłem Star-Lorda, trudno nie odnieść wrażenia, że to samo ma miejsce teraz… zwłaszcza że Peter niedawno stracił matkę i jest w bardzo delikatnej sytuacji psychicznej (na co zwraca uwagę sam Obserwator). Niejako pierwszym znakiem, że sprawy wyglądają nieco inaczej, niż można się spodziewać, jest to, że Peter zatrzymuje się na Coney Island i korzysta z tamtejszych atrakcji – jeździ kolejką, gra w gry, zajada się słodyczami. Tak naprawdę dopiero, kiedy pojawiają się bohaterowie, chłopiec jest zmuszony się bronić.
W pewnym momencie pojawia się ten sam dylemat, co zawsze, kiedy mamy historię o dziecku, które dokonuje dzieła zniszczenia – czy dla ochrony ludzkości trzeba je zabić, czy może jest jakiś inny sposób, aby je powstrzymać. Zwłaszcza że w pewnym momencie na Ziemię przybywa Ego, aby dokończyć to, co zaczął Peter.
Najbardziej interesujące jest to, że poza Thorem, Billem Fosterem i Zimowym Żołnierzem mamy w tych retro Avengersach poprzedników znanych nam superbohaterów. Hank Pym jest Ant-Manem, Lawson to Mar-Vell, a T’Chaka to Czarna Pantera. Wiemy, że zanim pojawili się Scott Lang, Carol Danvers i T’Challa, ta trójka działała, ale do tej pory byli raczej oddelegowywani do bycia mentorami albo utraconymi bliskimi (no, może Hank wysyłał na pomoc jakieś mrówki, ale nic poza tym). Tutaj zaś są młodsi i mogą się jakoś bardziej wykazać. I tak po prawdzie, to nawet Howard Stark – chociaż siedzi raczej z tyłu i monitoruje sytuację – ma moment, w którym wnosi istotny wkład w misję.
Miejsce drugie: A gdyby… Doktor Strange stracił serce zamiast dłoni? (1×4)

Mam wrażenie, że ten odcinek idealnie to uzupełenie Doktora Strange’a w Multiwersum Obłędu. Nie tylko dlatego, że w tamtym filmie pojawia się skorumpowany przez Darkhold Strange łudząco podobny do Strange’a Supreme’a, lecz także dlatego, że ciągnącym się tam motywem jest Doktor Strange z alternatywnych rzeczywistości robiący ryzykowne rzeczy; oraz jego związek z Christine, który jest skazany na porażkę w każdym wszechświecie.
Pomysł jest taki, że w tę pamiętną noc podczas jazdy samochodem Stephen Strange nie stracił w wypadku czucia w dłoniach, tylko Christine Palmer, która z nim wtedy jechała. Nadal Strange skierował się do Kamal-Taj, nadal studiował tam magię i nadal zmusił Dormammu, aby zostawił Ziemię w spokoju, ale w drugą rocznicę śmierci ukochanej postanowił znaleźć sposób na to, aby przywrócić ją do życia. W tym celu najpierw wielokrotnie cofał się w czasie za pomocą Oka Agamotto. Próbował wielu różnych wariantów tego wieczoru – wybierał inną trasę, nie wyprzedzał na trzeciego, w ogóle nie jechał z Christine na galę i spędzał z nią noc w barze, w końcu sam zajął miejsce pasażera, aby zginąć zamiast niej, jednak zawsze ponosił porażkę. Wreszcie został poinformowany przez Starożytną z przeszłości, że śmierć Christine to Punkt Absolutny – zbyt ważny dla tej konkretnej linii czasu, aby można go było zmienić bez poważnych konsekwencji dla wszechświata. Dlatego Strange zdaje sobie sprawę z tego, że musi szukać gdzie indziej. Trafia do pewnej starożytnej biblioteki, a tam zaczyna pochłaniać moce mistycznych istot, aby przygotować się do rzucenia najważniejszego zaklęcia.
Ten odcinek stanowi świetne studium postaci Stephena Strange’a. Zwłaszcza że w swoim pierwszym filmie wykazywał się skłonnością do obsesji, przekory i podejmowania ogromnego ryzyka i jego droga bohatera związana była z nauką pokory i pogodzenia się z porażką. Utrata czucia w rękach złamała mu karierę i zniszczyła życie, i dlatego łapał się licznych desperackich prób, aby się wyleczyć. Tutaj zaś mamy utratę bliskiej osoby, i choć nie jest to pierwsza śmierć, której Stephen nie był w stanie zapobiec, to jednak boli go bardziej. I my patrzymy, jak powoli ten Stephen Strange zatraca się w obsesji, jak pochłania kolejne żywe istoty, coraz większe i większe, sam stając się coraz bardziej potworem i nie bacząc na konsekwencje. Niby przeszedł rozwój postaci podobny do tego Strange’a ze Świętej Chronologii, ale i „nasz” Strange miewa tendencję do sięgania po ryzykowne (a czasem nawet zakazane) techniki, jeśli nie widzi innego wyjścia z sytuacji. Zazwyczaj jednak jest na tyle rozsądny, aby wiedzieć, jak daleko może się posunąć, zanim zrobi się niebezpiecznie. Ten Strange staje się Strange’m Supreme’m, bo zaślepia go żałoba i dlatego ignoruje wszystkie ostrzeżenia, zanim nie jest za późno.
Tuż obok Kapitan Carter, Strange Supreme jest jedną z najczęściej powracających postaci w A Gdyby…?, gdyż nie tylko staje się częścią Strażników Multiwersum, ale też potem pełni ważną rolę w finałach drugiego i trzeciego sezonu. W drugim sezonie udaje mu się nawet odtworzyć swój wszechświat (po tym, jak stał się głównym antagonistą tegoż sezonu), ale za cenę własnego istnienia.
A skoro już o finałach mowa…
Miejsce pierwsze: A gdyby… a gdyby? (3×8)

Zastanawiałam się, czy by nie wstawić na tę listę finału pierwszego sezonu (A gdyby… Obserwator złamał zasady?), jako że jest tam ten wątek utworzenia Strażników Multiwersum z postaci, które już zdążyliśmy poznać w poprzednich odcinkach; i próby powstrzymania Ultrona Nieskończoności zdecydowanego zniszczyć życie w alternatywnych rzeczywistościach za pomocą Kamieni Nieskończoności. Niemniej jednak doszłam do wniosku, że finał serii nadaje się na tę listę o wiele bardziej. Z jednej prostej przyczyny: skupia się na samym Obserwatorze.
Bo tak się składa, że przez te trzy sezony Obserwatorowi zdarzyło się kilka razy interweniować w oglądaną przez siebie historię. Czasem było to subtelne oddziaływanie na otoczenie, czasem odezwanie się bezpośrednio do bohatera, ale czasem było to skrzyknięcie drużyny, aby zapobiec większemu złu (również dlatego, że to przez Obserwatora Ultron Nieskończoności zdał sobie sprawę z tego, że multiwersum istnieje). Ponieważ zaś Obserwator jest częścią zakonu, który wymaga bezwzględnego wyrzeczenia się własnych pragnień i opinii, a także nie mieszania się w obserwowane historie, jego przełożeni postanawiają go ukarać.
Jeżeli ktoś pamięta animacje od Marvela i Sabana, to wie, że w Srebrnym Surferze i Fantastycznej Czwórce Obserwator po raz pierwszy łamie swoje śluby nieinterwencji, kiedy Galactus przybywa pochłonąć Ziemię; i potem zdarza mu się kilka razy jeszcze ostrzec bohaterów przed tym, co ich czeka. Mamy tam też okazję poznać jego imię: Uatu. Mówię o tym wszystkim dlatego, że dotąd Obserwator właśnie przez swoją zasadę nieinterwencji nawet w obliczu śmierci całego świata był poddawany krytyce. Również w finale pierwszego sezonu A Gdyby…? mamy scenę, w której Czarna Wdowa z postapokaliptycznej rzeczywistości wygarnia Obserwatorowi, że nic nie zrobił, kiedy umierali jej przyjaciele. On zaś odpowiada, że on nie ma nic, poza historiami z multiwersum. Ten Uatu zdążył już się rozwinąć i dał się poznać wielu innym postaciom, tak więc teraz, kiedy jest w niebezpieczeństwie, Kapitan Carter chce go uratować i nawet jest wprost powiedziane, że chce ona ocalić przyjaciela.
Zarazem trzej Obserwatorzy, którzy sprawują sąd na Uatu i przeciw którym rusza drużyna złożona z Kapitan Carter, Sztorm dzierżącej Mjolnira, Kahhori (rdzennej Amerykanki, która zyskała moce dzięki Tesseractowi) oraz Byrdie Kaczor (córki Howarda Kaczora i Darcy), upierają się, że Uatu dopuścił się świętokradztwa i dlatego chcą zniszczyć jego i drużynę Peggy. Przez cały czas mówią mu, że powinien być nikim, że powinien poświęcić własne pragnienia i punkt widzenia… tyle, że im dłużej ich słuchamy, tym bardziej oni sami nie są tacy bezstronni, jakby się mogli wydawać. Paradoksalnie fakt, że chcą ukarać Uatu; że mają w pogardzie ludzi, którym się przyglądają, a nawet w pewnym momencie próbują unicestwić warianty, które są dla nich niewygodne, sprawia, że łamią własne zasady.
To długa i męcząca walka, bo Uatu próbuje argumentami przekonać do swoich racji swoich sędziów, a oni są nieprzejednani. W pewnym momencie, aby wyrównać szanse, Uatu daje Peggy, Sztorm, Kahhori i Byrdie moce Obserwatorów, ale i to na dłuższą metę nie pomaga, bo ich przeciwnicy są silniejsi. Wreszcie udaje im się dotrzeć do odrodzonego wszechświata Strange’a Supreme’a, który wspomaga ich w walce. Obserwatorzy zostają pokonani (chociaż nie bez poświęceń), i Uatu rozpoczyna nową erę w historii swojego zakonu.
Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że historie o multiwersum najlepiej działają, kiedy widać, że są robione z miłością. A Gdyby…? jest tego przykładem – od samego początku w tym serialu chodziło o to, że są miliardy możliwości i to sprawia, że multiwersum jest piękne. Ten finał też ma sprawić, że spojrzymy na nie oczami Uatu, który widzi w każdym wszechświecie coś zachwycającego i unikalnego.
Nadchodzi październik, tak więc w następnych tygodniach będziemy brać się za okołohalloweenowe odsłony MCU. A zaczniemy od halloweenowego specialu – Wilkołaka Nocą.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
